środa, 28 lipca 2010

The Daysleepers - dyskografia

Hide Your Eyes EP (2005)



7.5

Woda, kolory, zmysły, zamknięte oczy, melodie,uczucia, sny, dezintegracja, melancholia, tajemnica, harmonia, syneztezja.

W tym umownie zamknijmy skojarzenia dotyczące muzyki Daysleepers. Zespołu z Buffalo, NY, twórczo czerpiącego z dorobku Slowdive, Cocteau Twins i jednej szczególnie płyty The Cure. Urzekającego słuchaczy pięknym, dream-popowo przymglonym, ale paradoksalnie bardzo wyrazistym brzmieniem, w którym odpowiednio zadbano o niemal każdy element. Dochodzą do tego odrealnione, rozmarzone teksty pełne metafor. W ten sposób dają o sobie znać na debiutanckiej EP’ce. Rozkosznej i obiecującej. Tu do odnotowania szczególnie utwór pierwszy „Threnody”, ale i drugi „Mesmerize”, a także epicki „Stars On Fire”. Swoje uznanie dla tego krótkiego krążka wyraziły takie jednostki jak Rachel Goswell, Neil Halstead (btw jakże kolosalny cover „She Calls” mają Daysleepers na swoim koncie!) czy Robin Guthrie. Schowajcie swe oczy bardzo głęboko. To dopiero początek.





The Soft Attack EP (2006)



7.5

Jeff Kandefer odpowiada za warstwę liryczną, śpiewa, jest też gitarzystą. To wizjom tego człowieka, i jego nieskrępowanej wyobraźni, my – garstka słuchaczy, którzy ich znają, zawdzięczamy taki, a nie inny wizerunek kompozycji. Taki to znaczy jaki? Głęboki, mistyczny, wypełniony niesamowitą aurą. To muzyka w jakiej się jest, w jakiej łatwo się „utopić” i pogrążyć. Woda. Ten motyw pełni niezmiernie ważną rolę i występuje często (woda, ocean, fala) zarówno jako coś kojącego, ale i destrukcyjnego. Weźmy na przykład „The Soft Attack” jeden z ich najlepszych kawałków, opener EP’ki o tym samym tytule, drugiej już, tym razem dłuższej od skromnego „Hide Your Eyes”. Jak Kandefer posługuje się tekstem by wzbudzić w odbiorcy sugestię. I Remember the sea, I Remember the water at my feet, I was watching the waves roll in …to drag me down, I Remember the Coastline, I remember the breeze was cool, and it drags me down… To w połączeniu z przejmującą, odpowiednio dopasowaną „kolorystycznie” muzyką udaje mu się znakomicie. EP’ka nr 2 choć w dalszym ciągu trochę nierówna, spokojnie powinna zaspokoić oczekiwania postawione wobec zespołu po pierwszym wydawnictwie. Pół godziny zajmującego, eterycznego shoegaze’u. Jeśli spodobały się komuś gitarowe odniesienia do „Disintegration” niechaj sięga po indeks nr 3, poprowadzone na cudnej linii „Cloudless”. Gustujący w pieśniach wielominutowych dostaną długaśne „Mother Ocean” oraz ustępujące mu ledwie trzydzieści sekund, oparte na urokliwych wokalach „Lightforms”.





Drowned In The Sea Of Sound (2008)



7.5

Nareszcie, w 2008 pod banderą Claire ukazał się debiut długogrający. Po raz kolejny z doskonale obrazującą zawartość okładką. Żeby tradycji stało się zadość na samym wstępie umieszczono nagranie-miazgę „Release The Kraken”. Rozmyte gitary, bebłędnie zharmonizowane głosy Jeffa i Elizabeth , okryte mgiełką tajemnicy melodie, I ten dreszcz przy „did you know love, my heart is a monster…”. Bez cienia wątpliwości, kawałek nieprzeciętny. Szkoda tylko, że w swej wybitności tutaj raczej osamotniony. Nie żeby „Drowned In The Sea Of Sound” było płytą złą, bo tak nie jest w żadnym wypadku. Utrzymano poziom EP’ek, serwując kawałek świetnego, przyjemnego grania w stylu do jakiego zdążyli nas przyzwyczaić. Znów te same „Smithowe” sześć strun, ładnie pobrzmiewająca echem perkusja, romantyczne teksty. Tym razem nieco (tylko odrobinkę) większa rola w wokalnym udzielaniu się koleżanki Elizabeth, której słodki głosik był wcześniej marginalnym dodatkiem do poczynań Kandefera. Problem w tym, że potencjał takiego „Krakena” każe wołać o zdecydowane więcej!!! Temu albumowi (jak i zespołowi) przydałoby się kilka wyrazistszych piosenek, takich, które dałyby radę funkcjonować także oddzielnie, zapaść w pamięć refrenem czy istotniejszym tematem. Jak na pierwszą płytę tak czy inaczej nieźle. Chcielibyście taką nagrać!



MySpace
oficjalna strona

niedziela, 25 lipca 2010

Chavez - Gone Glimmering (1995)












8

We're waiting in the basement, rolling all our hopes in little balls… zaśpiewał swojego czasu Matt Sweeney w kawałku “Laugh Track”. Słowa te mówią coś o tym jaki zespół stanowił nowojorski Chavez na wysokości „Gone Glimmering”. Herosi undergroundu, obrońcy ideałów niezależnego sierpnia, grupka facetów, którzy zamiast na muzyce robić kasę, wolą szlachetnie sobie w garażu ponapierdalać, tak tylko jak im przyjdzie na to ochota.

Powyżej to naturalnie spore uproszczenie. Gdyby byli wyłącznie taką sobie gitarową kapelką jakich wiele nie znaleźliby się na pewno w zacnym gronie ekip z Matador Records, i to w środku lat 90’tych. Wiadomo: Pavement, wczesna Liz Phair, Bardo Pond, Bailter Space i wielu innych. ELITA. Coś z tym ich łojeniem jednak musiało być na rzeczy. A i owszem, indie-rockowa zadyma pierwszego sortu. Ostra, surowa, na swój sposób powiedzmy sobie finezyjna. Korzeniami oscylowali gdzieś w lo-fi Guided By Voices, ale grali tak intensywnie jak tamtym nawet nie przyszłoby do głowy (popisowe „The Ghost By The Sea”). Opierali się na ekspresji bliskiej grunge’owcom, choć jednocześnie daleko im było do nich. Brzmieli w końcu całkiem podobnie do takich Les Savy Fav, ale nośny groove zespołu Harringtona wydaje się w ich kontekście zupełnie obcy.

Zdarzało się Chavez wpuścić gdzieniegdzie trochę powietrza, by zrobić miejsce dla kolejnego spekakularnego uderzenia (tylko takie potrafili). Raz wymyślili nawet w miarę wpadającą w ucho piosenkę („Break Up Your Band”). Poza tym ich inspiracje sięgały także do math-rocka i post-rocka (oczywiste „Wakeman’s Air” przypominające Slint). Dobrze wiemy jednak, że najwspanialsze były u nich potężne, siarczyste riffy, perkusja doskonale mocarna i energia uwalniana z utworów w ogromnych dawkach. Żaden z ich krążków nigdy nie miał okazji zagościć w Bilboard’owym rankingu. This artist hasn't charted yet, but keep checking Billboard for the latest updates, hehe.

Rok po debiutanckim „Gone Glimmering” na podstawie, którego ich tu przedstawiam, nagrali też dobrze przyjęty „Ride The Fader”, prędko zamykający dokonania grupy. Pomimo, że działalność Chaveza w zasadzie się zakończyła (nigdy nie rozpadli się oficjalnie, choć do tej pory nie wydali nic poza kompilacją „Better Days Will Haunt You”), jego członkowie w następnych latach artystycznie nie próżnowali. Sweeney współpracował z wieloma znanymi i poważanymi muzykami. Skumał się z Willem Oldhamem nagrywając firmowany obydwoma nazwiskami „Superwolf”. Z Billym Corganem i innymi przez krótki okres czasu współtworzył supergrupę Zwan. Gitarzysta Clay Tarver, co ciekawe, do spółki z J.J Abramsem napisał na przykład scenariusz do hollywoodzkiego thrillera „Prześladowca”.


piątek, 23 lipca 2010

Owen - New Leaves (2009)












8.5

Mike Kinsella a.k.a Owen od około dekady buduje swój żelazny wizerunek, tworząc muzykę spokojną, urokliwą i dość ascetyczną. Za początek tej drogi możemy uznać American Football, z którym wydał jedną płytę w 1999. Jako Owen brzmi trochę surowiej. Zazwyczaj na kształt kompozycji miewają wpływ tylko ona i on. Gitara i głos. Choć nierzadko słychać tam też dzwonki, wysmakowane solówki, niekiedy niepozorne wstawki skrzypiec. Chłopak tyle czasu gra swój lo-fi-folk w niezmieniony sposób, że mamy czasem wrażenie słuchania jednej piosenki na okrągło. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom. Jak na tak ograniczone pole działania przez cały czas potrafi zachwycać.

Po pierwszym odsłuchu "New Leaves" byłem zdania, że Mike przejechał się na kolejnym już eksplorowaniu tej samej stylistyki. Drugie odkryło przede mną prawidłowy obraz albumu. Na bank prawidłowy, bo kolejne przesłuchania tylko to potwierdziły. 22 września. Lepszej daty wydania nie można sobie wyobrazić. Jego poprzednika "At Home With Owen" chyba przez tą okładkę bardziej kojarzyłem z leniwym, letnim słuchaniem. Tymczasem "New Leaves" całkiem podobny przecież, świetnie wpasowuje się w jesienne barwy. Może dlatego, że wrzesień to praktycznie dopiero początek jesieni. Słońce jeszcze nie odpuszcza, jest ciepło, ale liście już zaczynają opadać. Jesteśmy w okresie „pomiędzy”. No to teraz pan Kinsella ma szansę się wykazać.

Tytułowy "New Leaves" ze swoją zniewalającą melodią, wspomnianymi dzwonkami i idealną harmonią zaczyna niczym najwyższej klasy opener. Może nie aż tak jak klasyczny "Bad News" trzy lata wcześniej, ale to bez znaczenia. Fajnie, że tym razem oszczędził nam kompozycji trwających 6-7 minut. Najdłuższa trwa 4:42, najkrótsza 2:47 jest więc rozsądnie i istnieje mniejsza szansa, iż ktoś mało odporny się zanudzi. "Good Friends, Bad Habits" znałem od wakacji, a niektórzy jeszcze od splitu Owen/The City On Film z 2007’ego. Moim zdaniem najlepszy, a już na pewno najbardziej wyrazisty, zdradza ciągoty do literackich odniesień (they fuck like Wilde, and die like Hemingway). W nim znajdziemy kapitalny, nostalgiczny fragment: Well sometimes, like every time, a train passes, I get jealous of the long nights, and blurred lights, the red eyes, the bar fights, where in the hell am I? Miniaturowa solówka też się całkiem broni.

Skoro już o tym wspomniałem to rozwinę myśl pod tytułem “teksty”. Wiadomo, że w takiej muzyce muszą być na poziomie. I są. Wystarczy spojrzeć na wspaniałe (również brzmieniowo) utwory "A Trenchant Critique" oraz "Amnesia and Me". Pierwszy równie doskonały co dwa poprzednie ma w sobie coś delikatnie country’owego. Liryki za to takie zwyczajnie zajebiste, afirmujące proste przyjemności: Well those were formative years, Maybe that’s why I like to drink my beers warm and I like to take my pants off. Drugi to piękne wyznanie miłosne dla żony, w którym metaforycznie została ona nazwana amnezją… (amnesia’s a pretty word to speak aloud or write, so I shall use it as a nickname for the girl I’ve in my life). Rock’n rollowy styl życia to na 100% nie jest coś dla młodszego z braci Kinsella. Wystarczy posłuchać słów: Now I know who I am, a house-broken one-woman man, Amnesia and Me, we’re sitting in our tree F-O-R-G-E-T-T-I-N-G everything we once new. Brzmi nieźle.




(recenzja pierwotnie publikowana 22.09.2009 w innym, nieistniejącym już miejscu)

piątek, 16 lipca 2010

Garść utworów (rok 2000)


Cursive - Making Friends and Acquaintances













Łamiący serce fragment “Domestici” . Najkrótszego, zupełnie nie przebojowego, ale niewątpliwie ważnego dla Cursive albumu, na którego warstwę tekstową znaczący wpływ wywarło rozstanie Tima Kashera z żoną. W„Making Friends…” nie doświadczymy wściekłości i pasji zauważalnej jeszcze w kilku wcześniejszych utworach ( „The Martyr”, „Shallow Means Deep Ends”). Doskonale odczuwalna jest tu za to swoista rezygnacja oraz podkreślony pięknym wiodącym motywem klawiszy smutek. No i to przejmujące it was nice to meet you… na końcu.

LINK


Mahogany – Chance

Za sprawą dwóch krążków wydanych w latach 2000 i 2006 Mahogany roszczą sobie pretensje do bycia jednym z ciekawszych dream-popowych składów ubiegłej dekady. „The Dream Of A Modern Day” i jej 6 lat młodsza siostra to zresztą materiał na znacznie dłuższe opowiadanie. Tymczasem „Chance” uprzejmie oferuje fragmencik wachlarza możliwości brooklyńczyków, przy okazji jakby antycypując Asobi Seksu .




Idlewild – Actually It’s Darkness












Ewidentna radocha grania, energia ledwie powstrzymywana w zwrotkach i spontanicznie uwolniona w refrenie. You shed a shade of shyness… to pewnie najbardziej Oasis’owy wers niewyśpiewany przez żadnego z Galagherów.

LINK


Flogging Molly – Devil’s Dancefloor

Niezrównany Dave King i ekipa w jednym ze swoich sztandarowych numerów czyli kopiący zady celtycki folk-punk w wykonaniu nowojorczyków o irlandzkich korzeniach.




Destroyer – In Dreams













To musiał być naprawdę kapitalny rok dla Dana Bejara . Wyśmienity solowy „Thief” i Pornographersowe „Mass Romantic” . Z tego pierwszego zawsze powala mnie kompozycja nr 10. Klawiszowa melodyjka, słodka i ckliwa, do bólu urocza.

LINK


The Clientele – Reflections After Jane

Poranek, motyle z pozłacanymi skrzydełkami, czerwone słońce, robotnicy na moście, bezsesnność, jej włosy tak ciemne w deszczu. A w słowniku angielsko-polskim wyskakuje mi zdanie „pójdźmy na spacer”.




Hefner – The Greedy Ugly People













Podczas gdy Belle And Sebastian powracali ze średnio przyjętym “Fold Your Hands Child, You Walk Like A Peasant” , londyński Hefner zaprezentował publice świetne „We Love The City” . W “The Greedy Ugly People”, jednym z jego licznych rarytasów łatwo odczytać naczelną inspirację kwartetu. Wyssany z tygrysim mlekiem zwiewny sposób prowadzenia piosenki, nie narzucające się trąbki, stonowanie i elegancja. Po ledwie kilku latach istnienia ci klasyczni bohaterowie drugiego planu pozostawili po sobie mocne dziedzictwo w postaci czterech dobrych płyt, kilku EP’ek oraz kilkunastu singli.

LINK


Samiam – Mud Hill

Na pierwszych albumach Samiam szybki melodyjny punk zacierał się momentami z intrygującym emo-core’m. Kiepsko wyprodukowane numery zasuwały jeden po drugim robiąc fanom stylistyki ewidentnie dobrze. Jeszcze lepiej było na kompozycyjnie ciekawszym, zawierającym dłuższe utwory „Billy” . I choć „Clumsy” oraz „You Are Freaking Me Out” przyniosły kolesiom z Berkeley większą popularność to jak łatwo się domyśleć brzmiały już mniej fajnie, a bardziej zachowawczo. W nową dekadę weszli za sprawą „Astray” . Promujący go teledyskiem „Mudd Hill” to kawałek solidnego indie-rocka. Emocjonalny, rozpoznawalny sznyt Jasona Beebouta nabiera dojrzalszej barwy, introspekcyjne melodie Brogana i Loobkoffa przeradzają się w rozmyślne gitarowe uderzenia wysuwając przesłanie „Dorośliśmy, nie gramy już punka, nie mamy energii sprzed dziesięciu lat, ale wciąż możemy was mile zaskoczyć”.




Badly Drawn Boy – Disillusion













Trzeci singiel z debiutanckiej i ponoć najlepszej płyty singer-songwrittera, którego cechami rozpoznawczymi stały się broda i czapka. Może to nie „Once Around The Block”, ale funkowy riff gitary, na którym ta piosenka płynie determinuje kończyny i ciało do ruchów, o które sam posiadający by siebie nie podejrzewał.

LINK


Dillinger Four – Last Communion

Istny walec pop punkowego ultra-energetycznego grania z potężnym brzmieniem czego się da i dwoma niepokornymi wokalami jakby na każdym kroku walczącymi o prawo bytu.




The Dandy Warhols – Horse Pills













In your Itsy-Bitsy Teeny-Weenie Riding-Up-Your-Butt bikini,
Keeping on the heels, cause you're sagging just a teeny
Yeah
Kick it
Yo, bitch
Word
That's right
Bust
Uh Huh
Yeah
Pills
Pills
Pills
Pills
Pills
Pills
Pills
Pills
Pills
Pills
Pills


LINK


Death Cab For Cutie – Scientist Studies

Czyż nie takie Death Cab zawsze zdobywało nasze dusze? Klasyczne indie-rockowe brzdąkanie miłych, przytulnych melodii, jeszcze opierających się o Built To Spill, ale z klimatem odpowiednim już wyłącznie dla nich. Do refleksyjnego posłuchania letnim wieczorem spędzanym samotnie (albo i nie) w domu. Niepoprawnie rozromantyzowane granie inteligentnych panów w okularach, z krótkim, acz treściwym pierdolnięciem na końcu.




Sleater-Kinney – You’re No Rock’N Roll Fun













Chwali się “You’re No Rock’N Roll Fun” sympatyczna piosenkowa prostota. Nawet jeśli potencjał tych trzech pań sięga o wiele, wiele wyżej (cokolwiek z „Call The Doctor” czy któryś z koszących fragmentów „One Beat” ) to i tak Sleater-Kinney w wydaniu chwytliwym i singlowym jest o dwie klasy fajniejsze niż twój ulubiony zespół z kobietą na wokalu!

LINK


The New Pornographers – The Fake Headlines

Miało być “Jackie”, ale nie chciało mi się wrzucać, a YouTube nie ma przyzwoitej wersji. „Letter For An Occupant” (nawet jak na mnie) wali oczywistością, że aż wstyd. Dlatego tym razem wystawiam kawałek samotnie może nie oszałamiający, ale bez wątpienia znacząco budujący zbiorczą power-popową potęgę „Mass Romantic” .




Pedro The Lion – Eye On The Finish Line













Tu z kolei mamy sytuację podobną do wczesnego DCFC. W kreśleniu wciągających, niebanalnych romantycznych ballad Dave Bazan był bowiem swojego czasu zawodnikiem podobnie uzdolnionym co Ben.G. W „Eye On The Finish Line” schodzi dodatkowo w pesymistyczne rejony „Goldheart Mountaintop Queen Directory” czym wcale nie umniejsza uroku kompozycji.

LINK


Kid Dynamite – Got A Minute?

Kawałki przekraczające próg trzeciej minuty dla Kid Dynamite bywały prawdziwą rzadkością. Rozwodzenie się nad czymś co zwykliśmy nazywać „kompozycją” najwyraźniej nie leżało w ich gestii. W minucie błyskawicznego, melodyjnego nawalania ci bohaterowie kalifornijskiego h-c zwykle zawierali swą zwięzłą muzyczną wypowiedź. Got a Minute? Pytanie retoryczne.




Avey Tare & Panda Bear – Penny Dreadfuls













Zrozumienie wrażliwości Dave’a Portnera na zawsze pozostanie poza moim zasięgiem. Pisanie specyficznych tekstów, przedstawianych z zaskakującego punktu widzenia to jeszcze nic. Ale wyrażenie się przez nie w tak poruszający sposób?! Słuchając magicznego „Penny Dreafuls” - wzruszającego fortepianu i ośmiominutowych poczynań szepczącego, zawodzącego, aż w końcu krzyczącego (you leave my boy aloooone!) Aveya odczuwamy jego przedziwną autentyczność. Paradoksalną realność przeżywanych emocji w zupełnie odrealnionym brzmieniowo świecie jaki tu wraz z Pandą stworzyli.

LINK


The Sea And Cake – All The Photos

Przypadek tego utworu przypomina mi jak wielka część mojej ulubionej muzyki powstała w Chicago, Illinois. Nie było chyba roku, w którym jakiś artysta stamtąd nie uraczył nas doskonałym wydawnictwem. Z takiego pochodzi przecież „All The Photos”. Zwiewność nad lekkościami i delikatność nad eterycznością. Dźwięki rozpływające się w słuchawkach i temu podobne…




The Living End – Roll On













Taki australijski Green Day. Z większą porcją rock’n rolla , rozpierdola i przynajmniej równie zaraźliwymi melodiami. Na teledyskach poza wokalistą Chrisem-wulkanem- Cheneyem szczególną uwagę zwraca basista-kontrabasista Scott Owen nierzadko stający na swoim instrumencie (lol).

LINK


Elliott – Shallow Like Your Breath

Rok 2000 zastaje muzykę emo na totalnym wymarciu. Choć jeszcze w drugiej połowie lat 90’tych druga fala miała się doskonale, wkrótce potem na scenie dokonał się niemal całkowity rozłam. Twórcy „U.S Songs” ruszyli drogą wielu, dystansując się od DIY’owskich zasad i standardowego emo-soundu. Nowofalowe syntezatory, bogatsze brzmienie, doskonała produkcja. „Shallow Like Your Breath” fenomenalnie przedstawia styl Elliotta z „False Cathedrals” . Wyciszony, harmonijny pejzaż przez kilka dobrych minut po cichu ewoluuje w drodze do epickiego, melo-dramatycznego finału, zestawionego z chłopięcym wokalem Chrisa Higdona. Kruchość i potęga w jednym.


wtorek, 13 lipca 2010

Spoon - A Series Of Sneaks (1998)











9

Sprzeczano się nie raz co do tego, który album Spoon z ostatniej dekady jest ich najlepszym. „Girls Don’t Tell” czy „Kill The Moonlight”? Może jednak „Gimme Fiction” lub „GaGaGaGaGaGa”? Niemożność wyboru podkreślała tylko jak kreatywna przez wiele lat potrafiła być ekipa Britta Daniela. Gdyby jednak „A Series Of Sneaks” zamiast w 1998 ukazało się dwa lata później możliwe, że mielibyśmy po zawodach.

Na drugiej płycie Spoona odnajdziemy świeżość i łatwość wyrażania się tych kilku muzyków poprzez precyzyjnie chwytliwe, krótkie, lo-fi’owe kawałki. Płodzone przez Daniela i kolegów kapitalne riffy, melodie, wszelakie pomysły wyciągane z rękawa jeden po drugim zyskują na niesamowitej lekkości i energii zarazem. Post-punkowa petarda „June’s Foreing Spell” rozsadza gitarowym powerem. „No You’re Not” to maestria indie-rockowego piosenkowania.“30 Gallon Tank” instrumentalnie niemal jak Fugazi, rozkosznie rozkręca się przez cały czas trwania, by na tym z premedytacją poprzestać. Singlowe „Car Radio” brzmi jak college-rockowy przebój ucięty gdzieś tak w połowie. Króciutkie „Chloroform” i „Staring At The Board” kłaniają się w pas Pollardowo-Sproutowej tradycji. Najlepsze i tak pozostaje na koniec. „Advance Cassette” klasycznie imitujące Pavement i to z ogromnym trzeba przyznać urokiem.

Ciekawe, że krążek tak silnie zakorzeniony w amerykańskiej alternatywie wydano w należącej do Warner Bros wytwórni Elektra. Stamtąd zresztą jak można było się spodziewać z uwagi na marną sprzedaż „Series Of Sneaks” panowie prędko zostali wykopani. Z kolei przejście „Łyżki” do niezależnej Merge zaowocowało już całkiem przyzwoitym sukcesem komercyjnym. Występy w wieczornych programach, utwory w popularnych serialach, egzemplarze płyt szybciej znikające ze sklepowych półek. Dzisiaj Spoon to powszechnie uznawane bossostwo indie-popu. Warto przypomnieć sobie jak to z nimi było 12 lat temu.


poniedziałek, 12 lipca 2010

Monster Movie - Last Night Something Happened (2002)











9.5

W Slowdive pierwsze skrzypce odgrywali eteryczna Rachel oraz korespondujący z nią wokalnie Neil. Z tą dwójką wiąże się najbardziej znana ścieżka utarta po rozpadzie shoegaze’owych debeściaków z Reading. O Mojave 3 słyszał każdy kto, choć odrobinę liznął temat. Tego samego nie da się niestety powiedzieć o Monster Movie. Kim w ogóle jest Christian Savill?

Ignorancja byłaby nawet wskazana gdyby w roku 2001 ten ex-drugoplanowy gitarzysta Slowdive wraz z kompanem Seanem Hewsonem oraz jego żoną Louise nie pokwapili się o zarejestrowanie w studiu nagraniowym materiału na „Last Night Something Happened”. To co się działo w ich dyskografii później( a były jeszcze całe 3 płyty) jest bowiem średnio warte zachodu. Na szczęście ten jeden moment, album, w którym RAZ A DOBRZE udało im się umieścić pokłady intymnej atmosfery i zasmuconego klimatu, nieco rodem z macierzystej kapeli Savilla, wystarczy by Monster Movie umieścić w nigdy nie istniejącej, nikomu nie potrzebnej dream-popowej loży zasłużonych.

Ich wydawcą zostało florydzkie Clairecords. Wytwórnia nieprzeceniona w trosce o niszowy shoegaze i dream-pop ostatnich kilkunastu lat. U nich ukazywały się krążki Sciflyer’a, Pia Fraus, The Brother Kite, Air Formation czy Astrobrite. „Last Night Something Happened” to być może największa chluba Claire. Jak pisałem już w innym miejscu, poza przypomnienem wyjątkowego stylu Slowdive, zwielokrotniono tu nastrojową głębię, zadbano by każdy element dało się „poczuć”, pobudzić nim wyobraźnię słuchacza i sprawić by ten całkowicie wsiąknął w dostarczane mu dźwięki.

Powieje w tym momencie trochę banałem. To jest ten typ muzyki, której najdoskonalej słucha się nocą, w łóżku, pod kołdrą, w absolutnej ciemności, w towarzystwie tylko własnych myśli, roztrząsając poszczególne fragmenty. Klawiszowe intro „First Trip To The City” swobodnie niesie do emocjonalnego „Shortwave” z tym świdrującym duszę pytaniem „do you feeeeeel?”. „Home” tak jak i całe „Last Night Something Happened” utrzymano w pół-mrocznym, smutnawo-miłosnym nastroju. Do otwierającej utwór pulsacji przywodzącej na myśl bicie serca dołącza w siódmej sekundzie mroźny klawiszowy motyw. Mam przed oczami całkowicie ciemny, zionący nieprzyjemną pustką pokój. Wtedy wchodzi oniryczny wokal Seana, a wraz z nim wiatr szumiący złowrogo w tle. Tak jakby ukradkiem przecisnął się do tego pokoju przez szczelinę w drzwiach. Prowadzi przez moment zwrotkę, aż do jej niebiańskiego wejścia. Głos Louise to jaśniejszy fragment, trochę ciepła, nadziei. A przede wszystkim osiągnięcie absolutnej harmonii wokali damsko-męskich. Instrumentale „Star City” intryguje kolaboracją smętnej piano-melodii z radiowymi szumami (A Silver Mt. Zion z debiutu się przypomina) i odgłosami helikoptera. Niewątpliwie wyszło im również kilka charakterystycznych tematów. Wiosenne, zwiewne plumkania w „Waiting”, coś co można przyrównać do rozpędzającej się lokomotywy w perfekcyjnym „Sleeping On A Train” czy dość zapamiętywalne linie gitary w zamykającym „Winter Is Coming” i „4th And Pine” gdzie dostojnie zostają wypowiedziane słowa tytułowe albumu.

Na koniec pozwolę sobie jeszcze wspomnieć, że kocham ten tytuł. „Last Night Something Happened”. Czy to nie daje do myślenia? Coś się wydarzyło, ostatniej nocy. Jakieś zdarzenie, może wypadek (okładka), może chodzi o sferę uczuciową, coś co stało się między dwojgiem ludzi? Niewiadomo, ale to tylko zachęca do kolejnego odsłuchu. Do jeszcze jednego wrzucenia na telefon i przesłuchania tuż przed zaśnięciem. Odsłuchu, który i tak nie da odpowiedzi. Ta płyta to tajemnica jakiej nigdy się nie odkryje, ale jaką nieustannie będzie się chciało odkrywać. I w tym chyba całe piękno.


Maritime - We, The Vehicles (2006)











8.5

Kiedy słyszę nazwisko Davey von Bohlen, w pierwszej kolejności wizualizuje mi się słynne zdjęcie The Promise Ring (zachęcam do poszukania na własną ręke, znajdziecie i rozpoznacie bez problemu). To na którym Davey wygląda niczym jeden z bohaterów licznych filmików o rodzimych żulach. Tych, jakie od kilku lat mamy okazję „podziwiać” na YouTube. Druga myśl, na którą odruchowo wpadam to oczywiście jego wspomniany wyżej najsłynniejszy zespół. Po trzecie, Dave’a projekt aktualny, indie-popowe Maritime.

Wyglądać to powinno dokładnie odwrotnie. Pomijając już kultowość The Promise Ring w niektórych kręgach i ich kilka dobrych + jedną świetną płytę, moją sympatię póki co najskuteczniej zdobyło „We, The Vehicles”. Album wydany już po odejściu Erica Axelsona (ale z nim jeszcze nagrany), ex-basisty Dismemberment Plan i zastąpieniu go Justinem Klugiem.Drugi ich z kolei, trzeci jeśli mamy liczyć EP’kę „Adios” z 2003.

Skąd się owa sympatia wzięła? Maritime zaproponowali tu zestaw lekkich, wakacyjnych piosenek opartych na niezłych riffach. Nie jakichś tam nadmiernie wesołych, eksplodujących energią, nabuzowanych wymiataczy. Ani to power-pop ani college-rock ani pop-punk. Nic z teki hajpu Pitchforka. Czyste, dobre amerykańskie granie z korzeniami w indie-emo. Trochę jak utwory Owena z szybszym tempem, przebojowym podbiciem, melodiami bliższymi (niekiedy) The Get Up Kids, zdecydowanie mniejszą dawką sentymentalizmu. Bezpretensjonalność, o tak, to słówko tutaj pasuje jak nigdzie indziej. Klimat tych kawałków niesie ulgę, jest odpowiednio wyważony, to numery ładne, trącące jakby delikatnym smutkiem wtrąconym w pogodne kompozycje. „Tearing Up The Oxygen”, "People The Vehicles”,„Twins”, uzależniające „Parade Of Punk Rock T-Shirts” czy praktycznie każdy wyciągnięty losowo fragment We, The Vehicles” jawi się doskonale skrojoną perełką.

Dlatego „Wehikuły” są mi bliższe chociażby od nierównego „Very Emergency”. Dlatego mam nadzieję, że zamiast Davey’a ze szczerozłotym uśmiechem ukazywać mi się będzie fotka Maritime na tle wieczornego lasu. Dlatego dźwięki tego świetnego krążka jeszcze nie raz zagoszczą w moich Panasonicach w ciągu kolejnych upalnych, leniwych dni.

* po czwarte: gitara w Cap'N Jazz, no przecież...