niedziela, 25 sierpnia 2013

Plug & Play - Reisefieber EP (2013)









6

Plug & Play grają i produkują swoje taneczne indie dość konsekwentnie, dawniej z nieco bardziej zauważalnymi wpływami post-punku („Whoreship EP”), dziś coraz lżej, głównie popowo i nowo-falowo. Ich nową EP’kę otwiera całkiem zgrabny kawałek, o iście 80’sowej lini melodycznej zwący się „Like Analog Tapes”. Żywe dźwięki strun i nieco rozmyte plamy melodii współtworzą mój ulubiony do tej pory obok „Alice From The Stars” utwór grupy. „Brand New Day” to także czysty niezal-pop, ładna, delikatnie funkująca piosenka na dwa głosy. W „Cities I’ll Never Go To” zwraca uwagę antemiczny mostek „if we find the time…” oraz specyficzny rym „Warsaw”-„Oslo”. „Sahara Beach” wypada ok (brzmi saksofon), ale u mnie osobiście trzy poprzednie wygrywają. „Reisefieber” trzyma solidny poziom kompozycyjny i jest raczej udanym krokiem w kierunku eleganckiego synth-popu czy też pokrewnych, modnych aktualnie gatunków korespondujących z muzyką dekady wczesnej Madonny i Michaela Jacksona



niedziela, 28 lipca 2013

XTC - 3D EP & White Music (1977-1978)














5

Debiutujący XTC sprawiali wrażenie bardziej pokręconych The Jam zmieszanych z odrobiną Talking Heads. Grali new-wave, bo wtedy chyba każdy kto odstawał od czystego punku, używał innych instrumentów i nie był przy tym Pink Floyd jakoś do tego terminu pasował. Odróżniać się próbowali za sprawą nietypowo brzmiących klawiszy oraz organów Barry’ego Andrewsa. EP’ka „3D” ukazuje wymyślność Partridge’a i spółki, prostotę nazwijmy to urozmaiconą. Z jednej strony lekko prymitywny feeling, opieranie kawałków na spontanicznej energii, z drugiej czysto avant-popową kombinatorykę. Widać starania, efekt nie jest najgorszy, ale znamy ich przecież z melodii, których tu nie ma prawie wcale. Ogromny nacisk panowie stawiają na rytmikę, wyjątek od reguły to klamra spinająca „She’s So Square”. Przy okazji tego wydawnictwa wyszedł także pierwszy singiel – „Science Friction” przedstawiający grupę jako nerdowatych wesołków, którzy ani nie mają ochoty za sprawą trzech akordów wojować i głosić prawd objawionych ani nie czują potrzeby eksponowania mroków swojej duszy.












5.5

Kwartet potrafił zresztą wspomnieć o różnych sprawach w sposób wyjątkowo zwiezły i ironiczny. Polityka: There's a message up in China, That they getting in Japan, Bouncing off an ocean line, Make em shake em in Siam oraz komentarz odnośnie panującej, wiadomej muzycznej mody:  All the kids are complaining, That there's nowhere to go , All the kids are complaining, That the songs are too slow znajdują swoje chwile już w żywo otwierającym pierwszą płytę “Radios In Motion” autorstwa Andy’ego. W podobnym muzycznie stylu, z odpowiednim sobie humorem Partridge drwi z zimnej wojny w “Atom Age”, marząc przy okazji o filmach porno w trójwymiarze. Jego są obydwa single: “This Is Pop” i “Statue Of Liberty”. Pierwszy dość niepowalający, z kiepskim refrenem. Drugi zaś rewelacyjny, doszczętnie przebojowy, zabawnie opowiadający o uczuciu kierowanym do Statuy Wolności. Reszta w jego wykonaniu czyli kawałki 9-12 wypadają już raczej nudnawo.  Colin Moulding zaczyna histerycznym pop punkiem “Cross Wires”, poprawia prostym jak drut i cieniutkim jak barszcz „Do What You Do”, średni poziom utrzymuje w „I’ll Set Myself On Fire”. Na tym etapie nikt nie powinien mieć wątpliwości kto w zespole grał pierwsze skrzypce.

Debiut długogrający traci nieco na gęstości brzmienia w stosunku do EP’ki, panowie więcej mają z rozbrykanych pop punkowców niż robotów (sprawdźcie „Dance Band” z „3D”). Pojawienie się pierwszej perełki - „Statue Of Liberty” to jednak fakt godny odnotowania, kilka innych numerów (chociażby „Radios In Motion”) również wyciąga krążek do góry.




Sonic Youth - Confusion Is Sex (1983)













5.5

Kontynuacja paranoicznego no-wave’u z pierwszej EP’ki. Wciąż bez Steve’a Shelleya, songwritersko udzielają się tylko Thurston i Kim. Duch nagrywania z Glennem Brancą nadal nieodłączny, grupa nie ma ochoty używać gitar w normalny sposób. Jak wiemy normalność straszy nudą.

Pozostajemy więc w muzycznej awangardzie, którą tradycyjnie można traktować jako oryginalniejszą formę sztuki, lub niesłuchalny śmietnik. Jest tu duszno i lodowato zarazem, trochę nieprzyjemnie, ciemno, a nawet chorobliwie. Uczucia wydają się zbędne, ale jeżeli komuś sprawia przyjemność mechaniczne artykułowanie, industrialne jazgoty oraz tworzące klaustrofobiczną ciasnotę hipnotyczne dzwony i zegary (między innymi „Lee Is Free”) ten powinien odczuć co najmniej ukłucie perwersyjnego zadowolenia. Kim Gordon jak zwykle z dobrym skutkiem udowadnia, że aby tworzyć interesującą muzykę nie trzeba wcale mieć talentu. To jej „Protect Me You” epatujące totalnym mrokiem jawi się najbardziej sugestywnym i zarazem „najładniej” brzmiącym utworem z płyty. Mi osobiście bardzo udziela się atmosfera dezorientacji i niepokoju zawarta w tekście oraz postawienie nacisku na klimatyczność. W interpretacji „I Wanna Be Your Dog” Kim nie jest już tak opanowana. Tu odziedziczona zostaje cała potępieńcza dzikość panów z The Stooges, zwłaszcza, że mowa o wersji wykonywanej na żywo. Innym elementem utrwalającym ciągłość nowojorskiej sceny jest całkiem niezłe „The World Looks Red” z post-apokaliptycznym tekstem Michaela Giry (w wykonaniu Thurstona). W przypadku „Shaking Hell”, trzeciego numeru Gordon, z początku niewiadomo czy ktoś tam na czymś gra czy może dwóch typów rytmicznie piłuje drzewo. Następująca dalej deklamacja i wykrzykiwanie haseł też raczej nie zachwycają, daleko do wrażenia z „Protect Me You”.  Czwarty, „Making The Nature Scene” to już czysta poezja miasta, wiersz w awangardowym stylu, w którym basistka Sonic Youth niczym Julian Przyboś staje się wykrzynikiem ulicy.
 
Numerami Moore’a są: adekwatnie zatytułowany „Inhuman”, w pewnym sensie manifestujący to co się dzieje na krążku „Confusion Is Next” (I maintain that, chaos is the future, And beyond it is freedom, Confusion is next, And next after that is true) i rozpoczynający całość “She’s In A Bad Mood” czyli wprowadzenie do rytualnej ceremonii, dawka czerni gęstej jak smoła.

Tak w skrócie prezentuje się długogrający debiut Soników. Album ciekawy, stanowiący pewną pożywkę intelektualną, choć raczej męczący jeśli mielibyśmy dla rozrywki słuchać go „na ripicie”. Do zaakceptowania, ale i do poprawki.




Protect me demons
that come at night



wtorek, 2 lipca 2013

Fuka Lata - Electric Princess EP (2013)












6.5

Na skrzyżowaniu marzycielskiego dream popu i niespiesznej, sugestywnej elektroniki stoi aktualnie duet Fuka Lata. Wydana przez zespół EP’ka „Electric Princess” to pozycja zabarwiona tanecznym potencjałem, aczkolwiek dawkująca go oszczędnie i skrupulatnie. Z jednej strony miłosno-smutnawe klimaty do poduszki i introwertycznych chwil, towarzysz samotnych odsłuchów romantycznych wrażliwców. Z drugiej parkiet, bity i syntezatory. Recepta w sumie nie nowa, doskonale sprawdzająca się choćby w zeszłym roku u Chromatics. Wciąż jednak wystarczająco atrakcyjna, pod warunkiem oczywiście, że dobrze zrealizowana, a tego zespołowi z Warszawy odmawiać nie powinniśmy. Spośród czterech zawartych tu nagrań nadal moim ulubionym pozostaje znane wcześniej, wycyzelowane do perfekcji, wciągające przez ponad sześć minut „Velvet Daze”. Wszystkie pozostałe pomimo stylistycznej jednorodności również posiadają swój charakter. Wkręca się klawiszowa pętla kawałka tytułowego, „Simple Case” logicznie kontynuuje wcześniejszy wątek, ale też powoli dąży do przodu ukazując nowe elementy. „Till The End” to najbardziej otwarta próba ogarnięcia pulsującej dyskotekowości, wzbogacona zmysłowością przetwarzonego głosu wokalistki Lee Margot. Cały materiał jawi się naturalnie mocno dopracowanym i profesjonalnym, staranność twórców nie ulega dyskusji.  I cóż więcej dodać, 20 minut muzyki od Fuka Lata jest zwyczajnie udaną pozycją w swojej kategorii. Nie dziwi również fakt, iż ta muzyka świetnie sprawdza się w warunkach koncertowych  o czym świadczy ostatni występ na Primaverze i kolejne zapowiedzi udziału duetu na polskich festiwalach alternatywnych.




czwartek, 30 maja 2013

The Cribs - Arigato Cockers EP (2006)













6

„Arigato Cockers” to EP’ka wydana na japoński rynek, pomiędzy wczesnym okresem Cribsów, na który umownie składają się dwie pierwsze płyty, a czasem spędzonym pod banderą dużej wytwórni. Wszystkie numery mogłyby się równie dobrze znaleźć na „The Cribs” i „The New Fellas”, stylistycznie bowiem, chłopaki wciąż totalnie tkwią w garażowej estetyce tychże pozycji.

Stanowiące najbardziej przebojowe, wsparte teledyskiem nagranie „You’re Gonna Loose Us” jawi się buńczucznym kawałkiem z tej samej popowo-punkowo-knajpianej bajki co chociażby „Martell” z albumu drugiego. Nie ustępuje mu ani energią, ani zadziornością ani czymkolwiek innym, tego się po prostu słucha bardzo dobrze. Co ciekawe, piosenka pierwotnie zaistniała jako b-side do słynnego „Hey Scenesters”. Słabo wypada natomiast „It Happened So Fast”, po którym na szczęście średnie wrażenie prędko zaciera ukryty pod trójką, ponadprzeciętnie urokliwy cover zespołu Comet Gain. Za wyśmienitość „Saturday Night Facts Of Life” powinniśmy naturalnie podziękować jego autorom, ale trzeba przyznać, że także bracia Jarman utrzymali niepowtarzalny klimat tejże perełki. Ciężko się oprzeć zwrotkom i melodii,  niszczące po całości It's you and me, You and me w refrenie kończy zaś sprawę bezpowrotnie Niby 1001 miłosna historia zamknięta w piosenkowej postaci, a jednak tkwi w niej jakaś wyjątkowość. Dla kontrastu „Feelin It!” zupełnie nie zachwyca. „To Jackson” to taka średnia albumowa.  Na koniec jeszcze jedna ciekawostka, gość, Jon Slade, muzyk z indie-rockowej/twee-popowej kapeli zwącej się… Comet Gain. Jak się po delikatnym researchu okazuje, muzyka tej funkcjonującej w latach 90. i 00. grupy była całkiem ciekawym zjawiskiem, winna zostać polecona wszystkim fanom brytyjskiego, gitarowego popu, miała również niebagatelny wpływ na twórczość The Cribs. Spoken word Slade’a i wrzaski Gary’ego sprawiają, że „Advice From A Roving Artist” można zaliczyć do trzech najjaśniejszych punktów krążka.

Trzy nagrania ciekawe, trzy słabe lub poprawne. EP’ka nierówna, ale warta uwagi. W sumie, całkiem fajne uzupełnienie działalności z lat 2004-2005. Amen.




Fashionistas, we don't need you!

piątek, 24 maja 2013

Trupa Trupa - ++ (2013)













7.5

Słynne trzęsienie ziemi z powiedzenia Alfreda Hitchcocka stanowi jeden z najbardziej wyświechtanych motywów jakimi recenzent może posłużyć się w tekście. Do nowej płyty zespołu Trupa Trupa pasuje ono jednak niemalże jak ulał. Wspomnianym kataklizmem w przypadku ++ jawi się bezkompromisowo otwierające „I Hate”. I choć odrobinę naciągane byłoby twierdzenie, iż napięcie nieustannie tu narasta (gdyby tak było przy pozycji 10 nasze głowy musiałyby eksplodować) to nie przesadzę pisząc, że opada raczej rzadko, co już wystarczy by płytę tę uznać za arcyciekawą.

W niesamowitym utworze pierwszym najpierw masakruje nas krzyk Grzegorza Kwiatkowskiego, potem na swój sposób każdy kolejny dźwięk budujący kosmiczno-psychodeliczne słuchowisko. Kiedy wokalista milknie, pozostają między innymi przesterowane szumy i są to szumy piękne, które mogłyby jeszcze kilka minut potrwać. Niczym silny wiatr za oknem w klimatyczną noc. „Felicy” brzmi jak cudowne wyciszenie, nasycenie spokojem, melodią i harmonią. Inna forma wyrazu, inny nastrój, ale poziom satysfakcji słuchacza ten sam. Nie mija zresztą wiele czasu, a wielbiciele świdrujących gitar oraz niszczycielskich ścian dźwięku dostają prezent w postaci garażowej dwuminutówki „Miracle”. Przy tego rodzaju rozplanowanym krążku, aż ciekawość bierze co wyskoczy dalej.

Tytuły utworów należą do bez wątpienia oszczędnych. Na całe szczęście same kompozycje idealnie realizują postulat muzycznej treściwości. W „Over” mamy dla przykładu świetnie zrealizowany trąbkowy temat, elegancko wypływający na pierwszy plan, na końcu zaś urokliwą zabawę melodią. Zawierający się ledwie w sześciu linijkach tekst swoją wymową podobnie jak kilka innych na „++” przypomina mi egzystencjalnie-ironicznego Isaaca Brocka z okresu „Good News For People Who Love Bad News”. „Here And Then” czy „Sunny Day” kierują z kolei moje skojarzenie do niedawno wydanej, „podwodnej” płyty Borowskiego i Miegonia. Szaleństwo powraca za sprawą punkowo-rock’n’rollowego „See You Again”. Niektórych fragmentów albo i całego „Home” nie powstydziłby się Bradford Cox.

Dzieje się więc dużo, dzieje się różnorodnie i przede wszystkim dzieje się tu dobrze. Drugi album Trupy Trupa to kilkadziesiąt minut muzyki wyjątkowo zadbanej, a kiedy trzeba również spontanicznej, leżącej gdzieś na skrzyżowaniu rocka garażowego, psychodelii, nieszablonowego, trójmiejskiego post-rocka i zapewne kilku innych podgatunków. Do doskonałości jakby odrobinę brakuje, ale droga jaką podąża zespół i jego obecna forma wskazują na to, że następnym razem może być nawet lepiej.


sobota, 11 maja 2013

The Cribs - The New Fellas (2005)










7

Bardzo szybko uwinęli się The Cribs z następcą swojego zwykłego, niepozornego i całkiem przyjemnego debiutu. Rok i trzy miesiące wystarczył aby rodzeństwo z Wakefield powróciło wyposażone w płytę równie niepowalającą brzmieniowo, nie strzelającą od kompozycyjnych fajerwerków, a jakimś cudem znowu udaną. Zaopatrzoną dodatkowo w dość sukcesywne single.

Pierwszy album miał  swoje „You Were Always The One” i „What About Me”. Dwie świetne piosenki, po których próżno było niestety oczekiwać zawojowania list przebojów. Gitarowa balladka i kolejny indie-garażowy przeboik. Nieco za mało jak na publikę wciąż zapatrzoną w mocarne hity Strołksów, Łajt Srajpsów i Libsów, a od niedawna także pewnych rewelacyjnych Szkotów. Nie wspominając już o całej armii Hajwsów, Vajnsów i innych The Coś z popularnościowego drugiego sortu. Numery promujące „The New Fellas” posiadały już jednak potencjał umożliwiający zbliżenie do powyższej stawki. Podobny nieco do twórczości wspomnianych The Hives, młodzieżowy wymiatacz „Hey Scenesters”, zbierający laury na kilku listach NME oraz równie zaczepny, a przy tym bardziej melodyjny „Mirror Kissers”. Obydwa krytykowały hipsterstwo w swej wczesnej i czystej zapewne fazie, mogły się podobać dzieciakom czy nawet wpaść w ucho i ciut starszym. Jeden i drugi posiadały pazur jakiego brakowało kawałkom promującym „The Cribs”. Zarówno „Hey Scenesters” jak i „Mirror Kissers” dotarły do #27 miejsca na liście sprzedaży w U.K. Ostatek sławy zebrał jeszcze „Martell” oparty na jakże banalnych „whoawhoach” i „lalalalach”.

No, ale nie z samych singli krążek mógł się przecież składać. Więcej hymnów żywcem przypominających ścieżki nr 1 i 4 na trackliście „The New Fellas” właściwie zabrakło. Słuchając tej beztroskiej płyty dziś, odnoszę wrażenie, że wcale nie były niezbędne. Praktycznie całe wydawnictwo składa się z przeznaczonych do śpiewania/wrzeszczenia skandowanych refrenów, o prościutkim, skocznym aranżu i wręcz proszącym do zakrapianego imprezowania feelingu (zwłaszcza kończące „Things Aren’t Gonna Change”). Mnóstwo radości ze słuchania odnajduję w obezwładniająco chwytliwym „It’s Allright Me” i melodyjniutkim jak cholera „We Can No Longer Cheat On You”. Piosenka tytułowa w zwrotkach jedzie na tym samym niemalże patencie co „What About Me”, ale prawdopodobnie wygrywa z nim kapitalną partią chorusową. Ujdą „The Wrong Way To Be” oraz „Hello? Oh...”. Niepotrzebne natomiast wydają mi się „It Was Only Love” i „Haunted”.

Jeszcze jeden album Cribsów z cyklu małe a cieszy. Bardziej nawet niż jego poprzednik, ale nie aż tak bardzo jak następca. Kolejnym razem widzimy się z nimi częściowo pod skrzydłami dużej wytwórni. Aż strach pomyśleć co z tego wyniknie. 



poniedziałek, 25 marca 2013

Dirtyboots.pl





Powoli budzi się do życia projekt dirtyboots.pl. Na stronie już teraz można ujrzeć kilka newsów i recenzje nowych kawałków Vampire Weekend oraz happysad. Akualizacje związane z świeżymi singlami, rankingami tematycznymi (30 najlepszych utworów The Beatles, Top 10 folkowych wyciskaczy łez itp. ) czy podsumowaniami roczników (1993 już wkrótce) będą się tam pojawiać w jak największej, mam nadzieję ilości. Dirtyboots.pl stanie się priorytetem, choć nie oznacza to końca bloga Dirty Boots. Recenzje albumów prawdopodobnie nadal trafiać będą tutaj. Wszystko jest poza tym kwestią moich ustaleń i pomysłów, a te mogą przybrać formę rozmaitą.

Zapraszam więc do zapoznania się z nowym dzieckiem i namawiam jednocześnie do nie zapominania o starszym. :)

Zwolniak