poniedziałek, 26 grudnia 2011

Ulubione utwory 2011 część 2 (miejsca 15-1)

15. Algernon Cadwallader – Preservatives












Dziś patrzę już na tych chłopaków jak na kogoś więcej niż tylko średnich naśladowców stylu Cap'n Jazz. Od teraz są dla mnie przede wszystkim twórcami najlepszego, najbardziej skocznego hymnu dla środków antykoncepcyjnych jaki słyszałem. No dobra, może słyszałem tylko jeden taki, ale to co dzieje się w jego drugiej części jest dla mnie porównywalnie z niespodziewanym hookiem w „Vermillion Plaza” Deastro sprzed dwóch lat. Rodzice indie-dzieciaków w USA mogą spać spokojnie.

LINK


14. The Strokes – Under Cover Of Darkness












Nie odważyłem się póki co wrócić po raz drugi do najnowszego krążka Strokesów. Jednakże jeśli ma on, choć w niewielkim stopniu tak wysoki poziom growerowania co „Under Cover Of Darkness” to może powinienem spróbować. Nick Valensi, tak się nazywał ten ich gitarzysta? Jak mam pamiętać skoro wydają albumy raz na 5 lat? W każdym razie, to charyzmatyczne brzmienie gitary, wyeksponowanie melodii w omawianym singlu nie pozwala ich za żadne skarby znielubić. Samo „Is This It?” wystarczy żeby kultowy status mieli do końca życia. Wypuszczanie raz na jakiś czas równie przylepnych utworów w żadnym wypadku mu nie zaszkodzi.

LINK


13. Dropkick Murphys – Going Out In Style












Udał im się ten pierwszy singiel wyjątkowo. Choć cała płyta wypada przynajmniej przyzwoicie to drugiej takiej bomby już się w niej na bank nie doszukamy. „Goin Out In Style” wybucha z buńczuczną energią dorównującą klasycznym wycinkom poprzednich krążków – „I’m Shipping Up To Boston” czy „The State Of Massachusettes”. To pieśń przepełniona dumą, ale wyrażona na zupełnym luzie i bez spinki. Dopóki leje się piwo, banda wielkich facetów skanduje słowa tekstu, a kończynka jest zielona nie ma się co o Dropkicków martwić.

LINK


12. Joan Of Arc – Life Force












Minuta i trzynaście sekund podbudowującego optymizmu na jaki potrafił się zdobyć Tim Kinsella. Kiedy słyszę życzliwosć zawartą w słowach „let’s cut each other strings, give me the hand if you understand” podsumowaną jeszcze bardziej dowartościowującym “There’s this good thing inside of me, A way of seeing.” czuję, że nie może mnie już spotkać nic złego. Na horyzoncie same dobre chwile.

LINK


11. Braids – Plath Heart












Zachwytów nad czarującą wokalnie dziewczyną z Braids ciąg dalszy. Początkowy motyw można sobie nastawić na dzwonek. Kluczem do wspaniałości kawałka fragment „didn’t do extactly what you told me, when you scold me, leads me to implore the, golden hole which was surely given to make beautiful children and push and push and push and push” gdzie liczy się treść, ale też przede wszystkim sposób wyartykułowania. Całościowo piękny, “podwodny” pop.

LINK


10. Touche Amore – ~












Refleksyjna melodia, punk rockowa petarda, naładowany emocjami wokal. Wściekłość, energia, nadzieja, wszystko na przestrzeni niespełna półtorej minuty maksymalnie zaangażowanego grania. „If actions speak louder than words, I'm the most deafening noise you've heard, I'll be the ringing in your ears, That will stick around for years”. „For Want Of” obecnej dekady?

LINK


9. Manchester Orchestra – Simple Math












Jeśli to jest stadionowy rock, a podobno jest to znaczy, że stadionowe granie ma się dziś wyjątkowo dobrze. Ja co prawda nie słyszę tu żadnego wielkiego refrenu, przesadnej podniosłości ani nie wyczuwam lasu rąk kołyszącego zapalniczkami. Słyszę za to błyskotliwy jak cholera kompozycyjnie kawałek efektywnej i efektownej również gitarowej muzyki, zaserwowanej z równie inteligentnym tekstem. Klasy „Simple Math” nie trzeba wcale bronić przypominając o absolutnie genialnym teledysku.

LINK


8. Kiev Office – Dwupłatowce












Szczerze, nie dałbym się raczej pokroić za refren tej piosenki, ale już przy zwrotkach, przybrudzonych na shoegaze'owo, przebojowych gitarach czy doznaniowo wyśpiewanych linijkach w rodzaju „bo ja wooooooooooolę kiedy lecisz wciąż w górę, północny zachód kraju leży poza barierą dźwięku” szczęka opada każdorazowo. Przejście po pierwszym chorusie i podśpiewywanie Kucharskiej to również mały, ale jakże istotny bonus.

LINK


7. Death Cab For Cutie – Stay Young Go Dancing












Przy tym utworze uświadomiłem sobie kiedyś, że nic co złe nie trwa wiecznie, po nim w końcu nadchodzi lepsze. Dzisiaj wiem też, że to działa w dwie strony, a w zasadzie jak błędne koło. Na tym co wyparło gorsze też po jakimś czasie się zawiedziesz, ALE i to zniknie w końcu wyparte przez coś nowego. Zamotałem? Pewnie niewiadomo o co chodzi. Tak sobie gadam do siebie.

LINK


6. Papercuts – Do You Really Want To Know












Najbardziej przyczepna kompozycja z ostatniego albumu barokowych subpopowców. Papercuts nie mają może epickości Grizzly Bear ani nie zdobyli takiego rozgłosu jak The Morning Benders w roku ubiegłym. Piosenki, w których słodycz aplikowana jest tak jak tutaj, na miarę najlepszych jakościowo ciast i wypieków to jednak ich wyjątkowo mocna strona.

LINK


5. Maritime – Annihilation Eyes












Kilkanaście miejsc wcześniej wspominałem o “It’s Casual” jako potencjalnie najlepszej rzeczy spod dotychczasowego szyldu Maritime. “Annihilation Eyes” to oczywiście inna para butów, utwór mający na celu dodać chęci do życia, sprzedać pozytywnego kopa, sprawić, że chętniej wstaniesz rano na zajęcia. Co tu więcej pisać odkrywczego, ONA WŁAŚNIE TO ROBI, jest w swojej kategorii bezbłędna i raczej ciężka w tym roku do pobicia.

LINK


4. Joyce Manor – Leather Jacket












Nikt lepiej nie ujął ostatnio kwestii uczuciowego rozczarowania niż Joyce Manor w tym powalającym, hymnicznym kawałku. „In your new leather jacket, you're somebody else, And it's not nice to meet you in a fortress of self”. Istny autentyk łkania przez zaciśnięte zęby i ochrypły deadmilkmenowy wokal. „I miss the way we talked before you went away to school, I hate the way you're leaning and you're looking at your phone, I hate the way I feel like dying when I'm alone.”. Gorycz tęsknoty za starymi dobrymi czasami kiedy bliska ci osoba była ci jeszcze bliska… Przyszły klasyk punkowego romantycznego zawodzenia.

LINK


3. Setting The Woods On Fire – December Decay












Prawdziwe piekło chłopaki rozpętują we wstępie do wspaniałego „December Decay”, który po chwili przechodzi w uroczą indie-emo balladkę w stylu Mineral, ale iście wybuchowym, siarczystym hardcore’m (czy w końcu nawet post-rockiem) raczy również w kolejnych, zajmujących minutach. Nie mieliśmy czegoś takiego do tej pory na rodzimej scenie zbyt wiele, więc teraz STWOF starają się oddać wszystko za jednym zamachem…

LINK


2. The Antlers – I Don’t Want Love












Łamacz serca roku. Piosenka, której chcesz słuchać schowany przed światem, szczęśliwy lub nie, raczej nie, kiedy widzisz pierwszy śnieg za oknem, kiedy o kimś myślisz. Paradoksalnie tyle w tym utworze miłości, że Peter Silberman okazuje się marnym kłamcą.

LINK


1. Thursday – No Answers












Któż inny potrafiłby zaaplikować wyważoną podniosłość klawiszy, doskonałość gitarowych partii, perkusyjnych przejść i cudownego, wysmakowanego dramatyzmu niż ta wiecznie samodoskonaląca się grupa z New Brunswick? „No Answers” to kompozycja w ścisłym znaczeniu słowa, precyzyjnie skonstruowana, dograna na ostatni guzik przez każdego z muzyków. Technicznie jest się nad czym rozpływać, ale przecież i tak decyduje tu wartość emocjonalna, poruszanie i oddziaływanie. Zwłaszcza w tej fantastycznej końcówce gdzie pięknie zaakcentowany smutek ponownie okazuje się wartością nadrzedną,prowadzącą do powstania momentu jaki pamiętać się będzie na bardzo długo.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Ulubione utwory 2011 część 1 (miejsca 30-16)

30. Andrew Jackson Jihad – Hate, Rain On Me












Udana zapowiedź nie do końca udanej płyty. Oda do pesymizmu, hejterstwa i ponuractwa. Zarazem rzecz idealnie godząca indie rockowców z kibicami folk punku. Do tego kultowe "I wish I had a bullet big enough to fucking kill the sun".

LINK


29. Yellowcard – With You Around












Perfidne granie na sentymentach. W gimnazjum słuchałem „Ocean Avenue”, w liceum dałem się nabrać na „Paper Walls”. Teraz jestem na studiach, a ci znowu śpiewają o kalifornijskim słońcu i grają na skrzypcach. Mimo, że latka lecą, wciąż tak samo autentycznie jak w pierwszej połowie lat zerowych, z podobną beztroską. Parafrazując: „They like a slow song starting to accelerate”.

LINK


28. Bon Iver – Towers












Celująco wywiązał się Justin Vernon z zadania napisania folk-ballady o szczególnie ujmującej melodii. Oczywiście on zawsze tworzył praktycznie same ładne balladki, ale „Towers” odznacza się pewną przystępnością, która niczego tu nie odbiera, a wręcz przeciwnie robi bardzo dobrze. „Oh, the sermons are the first to rest, Smoke on Sundays when you're drunk and dressed”. Ktoś jeszcze w tym roku rzucał takimi tekstami?

LINK


27. Future Islands – Before The Bridge












Dyskoteka dla ludzi z depresją. To co się tu wyprawia za cholerę nie powinno do siebie pasować. Jest bit, pulsacja, klawisze, a z drugiej strony przygnębienie, koleś o specyficznym wokalu i „do you believe in love, do you believe in love?” wymawiane w taki sposób, że ja chyba już w nic nie wierzę.

LINK


26. WhoMadeWho – Every Minute Alone












Jeśli kapela wymyśla z 15 zajebistych motywów i zamiast rozłożyć je regularnie na cały krążek wszystko upycha w jednym kawałku to jak ja mam później tego nie umieścić na liście roku? Duńczycy z WhoMadeWho fachowo opakowali indie rockowy numer, w mrocznawą, tanecznie-transującą elektronikę czego rezultatem ten oto w wąskich kręgach uznawany przebój.

LINK


25. Iron & Wine – Tree By The River












Czarny koń na “Kiss Each Other Clean”. Dlaczego akurat tę piosenkę wybrałem spośród innych kapitalnych nagrań z ostatniego albumu Sama? W czym jest lepsza od „Walking Far From Home” – potężnego hitu indie-kręgów A.D 2011, „Rabbit Will Run” albo „Your Fake Name Is Good Enough For Me”? Nie wiem, nie powiem, czaruje mnie sielskość tego klimatu, “drzewka przy rzece kiedy mieliśmy po 17 lat”. Cóż poradzić.

LINK


24. Joan Of Arc – Love Life












Niech ktoś mi powie, że oni nie są tu w świetnej formie. Pomysłowość z „Love Life” aż kipi. Najpierw wesolutka gitarka, melodyjne kombinacje i math-rockowe kształty. Po chwili koniec matematyki, powaga, start emocyjnego natężenia, gorycz w głosie Tima oraz popis wszystkich instrumentalistów. Jakby to powiedziała jedna moja koleżanka, dla mnie jako fana CZAD. Bynajmniej nie tylko fani powinni czuć się tu pod wrażeniem.

LINK


23. Braids – Lemonade












Nie wiem czy kiedykolwiek zastanawiałem się co by było gdyby ktoś z duetu Avey Tare-Panda Bear urodził się kobietą i mniejsza zresztą o to. Odpowiedź do potencjalnego pytania przyszła wraz z debiutem Braids, a szczególnie jego przeuroczym openerem „Lemonade”. Zgadza się, że te tekstury, melodie, rytmika wypadają tu wspaniale, ale i tak najbardziej skupia na sobie uwagę wokalistka. Operująca głosem w jakiś magicznie kojący sposób, już definitywnie czyniąca z tego kawałka małe, konstrukcyjne i klimatyczne arcydzieło.

LINK


22. Maritime – It’s Casual












Klasę tego utworu zauważyłem co prawda od początku. Przyznam jednak, że o ile zaskakujące shoegaze’owe inklinacje u Maritime zrobiły na mnie wtedy wrażenie to większy potencjał tej uzależniająco rozwibrowanej gitary odkryłem dopiero chwilę później. Właściwie wtedy kiedy usłyszałem „It’s Casual” w czołówce jakiegoś internetowego cyklu z zespołami grającymi na żywo. Jeśli pominąć wszystkie wymiataczowe rzeczy pokroju „For The Science Fiction” to jedynka na „Human Hearts” jest chyba najlepszą kompozycją jaką uraczyli nas ci goście do tej pory.

LINK


21. Eastern Youth – 這Itsukubatsu can fly in the sky












Od dziecka lubiłem mangę, anime i nośne kawałki zawarte w openingach do tychże japońskich kreskówek. Stara miłość nie rdzewieje, zwłaszcza jeśli Eastern Youth muzycznie obracają się w kręgach jakże mi bliskich, a ich najnowsza płyta sporo wnosi do dotychczasowej dyskografii. „Itsukabatsu” ze swoją rozsadzającą energią, dynamiką i przebojowością z powodzeniem możnaby wykorzystać w czołówce do jakiegoś kipiącego akcją bitewnego lub sportowego shonena.



20. Late Nite Wars – New Regulars












Ściąganie z Hot Water Music i Lifetime to oczywiście normalka, kapel grających w tym stylu mamy obecnie prawdziwy wysyp. Late Nite Wars wykazali się jednak nie lada sprytem serwując to co najlepsze u drugiej z wymienionych grup nie w formie melodyjnego, ultra-szybkiego wymiatacza, a akustycznej, niesamowicie wdzięcznej miniaturki. Jeżeli oni rozpadli się i zniknęli już tak na serio to właśnie przez ten utwór szczególnie będzie mi ich brakować.

LINK


19. John Maus – Quantum Leap












Główną rolę gra tu bez wątpienia porażający intensywnością, ryjący banię klawiszowy chwyt zaserwowany już od samego początku. Z premedytacją trzymany później prawie do samej końcówki gdzie po dwóch minutach głodu eksploduje raz jeszcze. Choć zimny bas a la Peter Hook też jest tu zacny, a i kościelne niemal wokale można znieść to właśnie ten diabelnie chwytliwy motywik sprawiał, że „Quantum Leap” odtwarzałem w tym roku tyle razy.

LINK


18. Ringo DeathStarr – So High












Tak bardzo wiosennie, twee-popowo, narkotycznie, piosenkowo. Lekki shoegaze’owy odjazd, wesoła gitarka, dwa ładne wokale – chłopak, dziewczyna. Retrospekcja ostatniego Offa, zielonej trawki i letniego popołudnia przy ich występie.

LINK


17. Bomb The Music Industry! – Hurricane Waves












Najlepszym kawałkiem na “Vacation” jest chyba jednak “Everybody That You Love”, ale ten numer znaliśmy już z zeszłorocznego singla. „Hurricane Waves” prawidłowo zapowiadał nowe, fantastyczne dzieło bandy Rosenstocka. Tutaj Jeff bierze na warsztat beachboysowskie plażowe piosenki przerabiając je z właściwym dla siebie urokiem. Punk rocka w tym odrobina, liczy się przede wszystkim sprawne i proste jakby nie było operowanie zwrotkami i refrenem.

LINK


16. Owen – No Place Like Home












Odgłosy wibrafonu, ksylofonu czy innej marimby nadają kolejnej Owenowej kompozycji (już w rdzeniu całkiem niezłej) przydatny element świeżości. Liczy się zresztą obcowanie z dobrze u niego znanym ciepłym nastrojem akustycznych melodii i tekstów afirmuących spokojne, rodzinne życie w czterech kątach. Nudy panie Kinsella i oby tak dalej.

piątek, 16 grudnia 2011

Ulubione albumy 2011

Nie mogłem się jakoś zorganizować do przygotowania większego podsumowania. Poza tym chyba nie bardzo mi zależało. Do końca roku jeszcze trochę posłucham i pobawię się w bardziej rozbudowaną listę (bez opisów) na Rate Your Music. Tymczasem albumowe top 10, w którym znalazły się wzruszające, depresyjne slowcore'y, elektroniczne indie-wynalazki i ciepłe folkowe ballady. Tuż obok melodyjnych punkowych energetyków, emo-krzykaczy i post-hardkorowych koksów, bo tym razem byłem aż tak leniwy, że nie chciało mi się dzielić wszystkiego na dwie listy. Dziękuję za uwagę, oddaję głos do studia.


10. Arrange – Plantation












7

Pewien kolega twierdzi, że nie może na dłuższą metę słuchać „mojej” muzyki, ponieważ jest ona zbyt smutna i dołująca, co ponoć tłumaczy czemu ja sam sprawiam wrażenie człowieka smutnego i zdołowanego. Dziwi mnie to, szczególnie, że nigdy nie puszczałem przy nim Codeine, Carissa’s Weird czy choćby takiego Arrange, który w piękny sposób namawia do skulenia się w kącie i poużalania nad sobą. Rzeczywiście na „Plantation” trzeba mieć po prostu nastrój. To wolna, rozlazła, zamulająca i świetna płyta. Neo-poważkowy grunt fortepianowo-ambientowy, nie znający pojęcia radości wokal, utwory niezbyt zróżnicowane, ale budujące bardzo taktowną całość. „Turnpike” można nawet śmiało wrzucić do jednego folderu z „D”, „Cody”, „Dagger” i „Silently Leaving The Room”. Oczywiście aby słuchać później raz na jakiś czas, w ciemności i samotności, bo wszyscy wiemy, że tak naprawdę nieszczęśliwi chłopcy nie mają powodzenia, a dziewczyny wolą tych wiecznie zabawnych i pewnych siebie.

"Turnpike"



9. La Dispute – Wild Life












7.5

Niedługo po tym jak mewithoutYou porzucili post-hardcore'owe ideały zamieniając je na całkiem urokliwe indie-folkowe granie, świat usłyszał o La Dispute. Muzyczna scena nigdy nie znosiła próżni, a pójście w ślady grupy Aarona Weissa przy niemałym potencjale własnym okazało się rozwiązaniem nad wyraz sensownym. Wiadomo, shoegaze'owcy kopiują z My Bloody Valentine, indie-bandy sugerują się Pavement, a neo-punkowcy zżynają z Hot Water Music. Wspomniane mewithoutYou pomimo trzech znakomitych płyt (ostatniej nie liczę) i stylu wyrazistego jak mało kto nie zdążyli dotąd stać się zespołem wpływowym, być może aż do dzisiaj. I właśnie tu pojawiają się tacy Touche Amore (mniej zapatrzeni w wyżej wymienionych) oraz bohaterowie tego tekstu, których płyty dla miłośników ostrzejszych brzmień będa definiować miniony rok. Być może dla kogoś okaże się to na dłuższą metę niestrawne, ale moim zdaniem ogromną zaletą jest, że La Dispute wkładają w muzykę 200% siebie, przeżywają, dramatyzują, hektolitrami wylewają z siebie emocje. A dominują wśród nich oczywiście gorycz, smutek i złość – często w wydaniu prawie ekstremalnym. “The Most Beautiful Bitter Fruit” to na tą chwilę takie ich “Nice And Blue”. “Safer In The Forest – Love Song For Poor Michigan” przypomina, że najdoskonalsze melodie to te refleksyjne i właśnie na nich w połączeniu z starannie budowanym napięciem opiera się najdoskonalsze utwory. Najdłuższy w zestawie “King Park” jest z kolei popisem epickiego posługiwania się tekstem w celu opowiedzenia poruszającej historii. Całość jawi się zwartą, niemal godzinną “drogą krzyżową” złożoną z 15 stacji. Pozbawioną większych mankamentów, może odrobinę monotonną, ale w całym tym masochizmie przedrastycznie przyjemną...

"The Most Beautiful Bitter Fruit"



8. Papercuts – Fading Parade












7.5

Przyznaję, że trochę zauroczył mnie ten album, czwarty już w dorobku Jasona Quevera aka Papercuts, a pierwszy w katalogu Sub Popu. Piosenki na nim zebrane płyną, kołyszą, raczą ślicznymi harmoniami i rozmywają się w przyjemny sposób. Balladowy folk Fleet Foxes, senna, intrygująca atmosfera Beach House, odrestaurowany, sixtiesowy pop The Byrds. Quever pozostaje na czasie z tym z czym trzeba, ma spory talent, potrafi też pisać urzekające melodie. Całość materiału buduje wokół niezmiennego klimatu, wyciskając z niego ile tylko się da. Jest tu ckliwie i smutno, zawzięcie pięknie i śmiertelnie romantycznie. Przypomina się zeszłoroczny Pepper Rabbit, w obrębie poszczególnych kawałków pewnie i z tuzin innych nazw. „Do You Really Want To Know” to jedna z tych piosenek, przy których znów chcesz się zakochiwać albo nawet przeżywać miłosne zawody. Nie inaczej „White Are The Waves”, ukazujące perfekcję w chamber popowym piosenkopisarstwie. Do grona faworytów dorzuciłbym jeszcze „Winter Daze”, gdzie fortepian, oniryczna produkcja i głos Quevera składają się na bardzo ładny, muzyczny obrazek. Nawet gdyby pominąć wspomniane highlighty i tak będzie z czego wybierać. Utwory wyrwane z kontekstu nie tracą na urodzie, całościowo tworzą jednak spójny, hipnotyzująco-rozmarzony organizm, który właśnie w takiej postaci posiada największą siłę estetycznego rażenia.

"White Are The Waves"



7. WU LYF – Go Tell Fire To The Mountain












7.5

Trochę jak stara, zrzędząca baba muszę w tym miejscu odnotować, że rok 2011 okazał się dla mnie sporym rozczarowaniem jeśli chodzi o wszelką muzykę indie i alternatywę. W latach poprzednich byłem świadkiem podobnych wyznań ze strony starszych kolegów powoli tracących entuzjazm, wpadających w rutynę coraz obojętniejszego słuchania. Ja nie wiem czy naprawdę w ciągu tych ostatnich dwunastu miesięcy było aż tak fatalnie, ale albumy trafiające do mnie w stopniu, choć trochę wykraczającym poza przeciętne „podobanie się” mogę policzyć na palcach jednej ręki. WU LYF magicznego progu 8/10 nadal nie przekraczają. Oni jako jedni z nielicznych są tego jednak bliscy, swoim niesamowitym zapałem i dzikością serca podtrzymując we mnie iskrę zaangażowania. Bo przecież gdyby znalazło się w ich repertuarze więcej takich petard jak „Spitting Blood” to gadka byłaby zupełnie inna. Ten jeden kawałek symbolizuje właściwie wszystko czego mi ostatnio brakowało. Niczym wielki kubek kawy z guaraną/ koleżeński strzał z liścia w twarz/ wylanie na łeb wiadra zimnej wody, każe się ocknąć, otworzyć oczy, ruszyć w dziką szamańską orgię gdzie tańczysz przez całą noc wykrzykując „We are so happy happy to see, all of our children will run blind and free”. Te ich nieokrzesane wrzaski, skoczne melodie, uroczyste klawisze imponują mi także w „Dirt”, „We Bros”, „Cave Song”. Całe „Go Tell Fire To The Mountain” jest zaś jak powiew młodości, energii, buntu, odwagi, braterstwa. Taki „ciężki pop”, podlany grubą warstwą goryczy, nie zachęcający do prostego odbioru, ale w obrębie tego wszystkiego zapewniający ogrom muzycznej radości.

"Spitting Blood"



6. Maritime – Human Hearts












7.5

„Human Hearts” to nadzwyczaj solidna kontemplacja dźwięków w duchu amerykańskiego indie rocka, power popu, shoegaze'u. Sukcesywny powrót do czarowania atmosferą „We, The The Vehicles” z uwzględnieniem paru przebojowych chwil „Heresy And The Hotel Choir”. Nowym „Tearing Up The Oxygen” śmiało można typować singlowe „Paraphernalia”. Zniewalające rozmarzoną gitarą, melodią niczym pogodne oblicze The Cure i bezpretensjonalnym nastrojem. „Black Bones” wychodzi niby z podobnego założenia bardzo klimatycznego komponowania, ale brzmi już jakby bardziej „wieczornie” jeśli wiecie co mam na myśli. Ten fragment, w którym Davey rzuca kwestią “oooh, black bones…” z jakąś szczyptą niedopowiedzenia czy może zadumy niewątpliwie ma coś w sobie. W drugiej części rządzi i dzieli „Annihilation Eyes”, kawałek najbardziej pogodny i energiczny w zestawie, przypominający późne The Promise Ring, przy którym zatrzymują się twórcy wszystkich recenzji „Human Hearts”. Z okazji tego podsumowania ode mnie pół gwiazdki w górę.

"Paraphernalia"



5. Bibio – Mind Bokeh












8

W kontekście dotychczasowej twórczości Stephena Wilkinsona mówiło się o balansowaniu pomiędzy laptopowymi dźwiękami i elektroniką spod szyldu Warp Records, a brzmieniami natury folkowej. Eklektyczna, konceptowo i nastrojowo przebogata układanka „Ambivalence Avenue” sprzed dwóch lat stała się dla Bibio rzeczą pod wieloma względami przełomową. Średnio znany twórca folkotronicznego lo-fi zebrał ósemkowe recenzje, zaistniał na albumowych listach roku, zdobył uznanie tu i tam. „Mind Bokeh” wzbudza już reakcje znacznie bardziej zróżnicowane. Sumując opinie przedstawiłby się nam obraz płyty jak najbardziej solidnej, miłej i ciekawej, ale jakby przynoszącej lekki niedosyt. Wilkinson znów stara się odnaleźć miejsce pomiędzy odmiennymi stylistycznie stronami medalu. Można by te kompozycje spokojnie posegregować, a następnie podzielić na dwie części. W jednej prym wiodłyby popowe melodie oraz przystępne motywy jak w radosnym „K Is For Kelson” czy rockowym „Take Off Your Shirt”. Druga skupiałaby nocne, absorbujące impresje o metafizycznym klimacie. I to właśnie „Excuses”, „More Excuses”, „Artists’ Valley”, „Saint Christopher” albo „Pretentious” fascynują i przyciągają atmosferą ukazując talent artysty w najczystszej postaci. „Mind Bokeh” to może dość niespójny, ale wciąż piekielnie dobry album, który przy braku solidniejszych rywali koniec końców okazał się moim indie rockowym faworytem roku.

"Excuses"



4. Eastern Youth - 心ノ底ニ灯火トモセ












8

Przez kilka pierwszych miesięcy roku z trudem mogliśmy doszukiwać się dobrego punk rocka łamanego przez post-hardcore w wydaniu anglojęzycznym. Zbawienie niespodziewanie nadeszło ze strony starych, skośnookich wyjadaczy. Eastern Youth kojarzą na pewno fani Cursive, z którymi grupa nagrała w 2002 roku split „8 Teeth To Eat You”. Lepiej byłoby jednak wspomnieć o imponującym 14-albumowym dorobku zgromadzonym do tej pory przez ekipę Hisashiego Yoshino. Ikona indie rocka z Kraju Kwitnącej Wiśni na „Tomose Lights At The Bottom Of The Heart” wykazała się nie lada energią oraz sprawnością w tworzeniu piorunujących riffów, emocjonujących gitarowych jazd i ekspresyjnie wykorzystywanych wokali. Poziom materiału naprawdę zaskakuje, jeśli weźmiemy pod uwagę ile ci panowie mają lat na karku i jak blado wypada przy nich 3⁄4 stylistycznie pokrewnych im bandów z USA. Muzyka Japończyków robi jednak wrażenie i bez wyżej wspomnianego kontekstu czy jakichkolwiek porównań. Eksplodująca dynamika "這いつくばったり空を飛んだり(這Itsukubatsu or fly in the sky)", chwytliwość refrenu „靴紐直して走る(Shoelaces Running Again)”, pogodzona na całej linii intensywność świeżego rockowego grania z przystępnością i przebojowością. Perełką w zestawie jest czwarte „東京West(West Tokyo)”, numer przechodzący drogę od wyciszonej ballady o nowofalowych naleciałościach do desperacko-wrzaskliwego post-hc. Nie szkodzi nawet, że nie rozumiem, o czym oni w ogóle śpiewają. Przekaz odczuć i wrażeń wypada tu jak najbardziej czytelnie.

"ドッコイ生キテル街ノ中"



3. Joyce Manor – Joyce Manor












8.5

Zespół Joyce Manor może szczycić się najbardziej elektryzującym, maksymalnie przebojowym w swej treściwości i energii debiutem na modern punkowej scenie w tym roku. Czy na dłuższą metę zostaną Jawbreakerem obecnej dekady, czas zweryfikuje, aczkolwiek przesłanki są ku temu jak najlepsze. Na „Joyce Manor” zacierają się granice melodicu, org-core’u, poppunku, hardcore’u i post-hc. Nie znaczy to wcale, że płyta jest w jakiś sposób przeładowana brzmieniem. Przeciwnie, to, aż trudno uwierzyć, jedyne 18 minut totalnie skocznego, prostego, choć piekielnie pomysłowego grania. Wyraźnie kłania się podejście do rzemiosła Bomb The Music Industry!, szalona melodyjność, bałagan i niedbałe wokale. Co mnie jednak najbardziej urzekło to smykałka do tworzenia niebywale wyrazistych kawałków z potencjałem do bycia przyszłymi hitami w swojej stylistyce. Po pierwsze „Constant Headache” - solidna kandydatura na nowy hymn uświadomionej, punk rockowej młodzieży. „Famous Friend” eksplodujące skondensowaną chwytliwością. „Constant Nothing” jakby puszczające oczko do „Little League” Cap’N Jazz, a także na swój sposób urzekające „Leather Jacket” z „śpiewem” a la Dead Milkmen. Radość od tego materiału aż promieniuje. Poza tym chłopaki mają niebywałą charyzmę - towar zawsze mocno deficytowy, dlatego też doceniany co najmniej podwójnie.

"Constant Headache"



2. Bomb the Music Industry! – Vacation












8.5

Jeff Rosenstock od paru lat „groził” sporym potencjałem oraz umiejętnością nagrywania nie tylko punkowych wymiataczy, ale i kompozycyjnie sprawnych, popowych piosenek o znakomitych refrenach. Ciasna szufladka ska-punku od dawna była dla Bomb The Music Industry! jedynie formalnym tagiem, niewiele znaczącym w kontekście ewoluującej, niepokornej twórczości. Zeszłoroczna EP’ka „Adults!!!: Smart!!! Shithammered!!! And Excited By Nothing!!!!!!!” poza eksplodującymi klawiszowymi odjazdami zdobyła uznanie także dzięki świetnym tekstom, w których Rosenstock opisywał przekonująco potyczki z własnymi depresjami. Ten mini-album, a także pojawiające się co jakiś czas zapowiedzi „Vacation”, zwyczajnie nie mogły antycypować rzeczy złej. Ska prawie całkiem odeszło do lamusa, punk rock nadal pełni ważną rolę, ale i tak najwyraźniejszy stał się czysty songwriting. „Hurricane Waves” imponuje lekkością i beztroską a la wczesne The Beach Boys. Trąbki oraz laptopy zostały rzucone w kąt, mamy do czynienia z klasycznym graniem i śpiewaniem. W „Why, Oh Why, Oh Why (Oh Oh Oh Oh)” pojawia się jedno i drugie, ale to wokalne linie Jeffa wychodzą na pierwszy plan. Epickie „The Shit That You Hate” rodzi się jako ckliwa ballada, by po drodze zahaczyć o wpływy country i „Pet Sounds”, a następnie zakończyć żywot zbuntowaną podniosłością. Dodajmy jeszcze energetyczny melodic punk „Everybody That You Love”, „Savers” brzmiące jak wszystko, co najlepsze w tym zespole z rozkosznym zdzieraniem gardła na czele i resztę pieśni, jakich nie mogę już tu opisać, a wyjdzie nam obraz wyjątkowo udanego, wakacyjnego (a jakże) albumu będącego ukoronowaniem dotychczasowych działań formacji z Baldwin.

"Why, Oh Why, Oh Why (Oh Oh Oh Oh)"



1. Thursday – No Devolucion












10

Zachwycając się “No Devolucion” podczas pisania pierwszej, dość opasłej recenzji na FURS nawet przez myśl nie przyszło mi, że kiedy wrócę do tej płyty przy okazji podsumowań roku, Thursday nie będzie już dłużej egzystować jako zespół. Choć jak zapewnili muzycy rozpad nie jest definitywny i w niedalekiej przyszłości znów może dojść do współpracy, nadal istnieje obawa, że tegoroczny album pozostanie tym naprawdę ostatnim. Tym bardziej cieszy fakt, że jeśli ekipa Geoffa Rickly w tym momencie bezpowrotnie się z nami żegna to owo rozstanie wypada w naprawdę wielkim stylu. Następca “Common Existence” jawi się wydawnictwem olśniewającym kompozycyjnymi pomysłami, emocjonalnym wkładem, technicznymi rozwiązaniami, wszystkim właściwie co mi przychodzi do głowy i czego bym sobie życzył. Wiadomo, że energiczne, post-hardcore'owe wymiatacze to dla nich chleb powszedni. Takie są “Turnpike Divides”, “Open Quotes”, “Milimeter” i “Fast To The End”. Jak wieść gminna niesie, Thursday posiedli również ambicje do tworzenia rozbudowanych, nastrojowych utworów, przy których szczęka zwykła opadać w dół. Tu wskazanie na “No Answers”, “Sparks Against The Sun” albo “Stay True”. Co by tu więcej nie napisać i tak skoczy się na pochwałach. Dobrze w sumie, bo przecież po to mamy te gloryfikujące najlepsze płyty, listy roku, jak i płyty takie jak ta, aby takie listy w ogóle mogły powstawać.

"Fast To The End"

czwartek, 1 grudnia 2011

Of Montreal - Cherry Peel (1997)












8


Kompozytorski geniusz nie bierze się z powietrza. Żadne przysłowiowe „Satanic Panic In The Attic” nie powstaje od tak sobie i nagle. Of Montreal interesujący byli już od samego początku, choć w latach 90. pewnie mało kto zdawał sobie sprawę z ich istnienia. Nawet dziś spośród ogromnej dyskografii Kevina Barnesa szerzej kojarzone są jakieś 3-4 albumy. O ile sam zespół pokrzywdzonym czy niedocenionym przy zdrowych zmysłach nikt nie nazwie, tak na kilka jego wydawnictw zdecydowanie wypadałoby baczniej zwrócić uwagę. 

Zrobię to więc teraz częściowo ja, nie siląc się na wielkie analizy, bo przy takiej płycie zwyczajnie nie wypada. Takiej to znaczy lekkiej, łatwej i przyjemnej, a przy tym piekielnie dobrej, zawierającej same piosenkowe majstersztyki. „Cherry Peel” jest jak coś pomiędzy „XO”, a „Oh, Inverted World”. Trio uwielbia stare kawałki, Beatlesów, popową psychodelię, no i naturalnie indie-rocka. Songwriting ma słodki, beztroski, ale nie do bólu naiwny. Bystrość i błyskotliwość twórców widać tu bowiem na każdym kroku, czy to za sprawą melodii czy tekstów. Jeśli zastanawialiście się kiedyś jak brzmiałyby utwory z „Satanica” podane nie w sposób zdekonstruowany, a klasyczny to zawartość „Cherry Peel” jest potencjalną odpowiedzią. 

Barnes, jak dobrze wiemy, uchodzi za ekscentryka, lubi kombinować i udziwniać. Tak się jednak składa, że nie tutaj. Pierwsza płyta Of Montreal zadziwiać może co najwyżej swą niewinnością. Jest tu bardzo „miłośnie”, uroczo, a czasem i tęsknie. W pierwszym, moim ulubionym „Everything Dissapears When You Come Around” Kevin kapitalnie wyraża stan permanentnego zakochania: birds have no heads when you come around, Everything loses its legs when you come around around around. “Baby” sugeruje rozpływanie się w rozkosznym aaaaaaa, ale chłopaki zręcznym szarpaniem w struny dbają by było też nośnie. „I Can’t Stop Your Memory” przez chwilę brzmi jak kawałek Elliotta Smitha (co zdarzy się jeszcze w „At Night Trees Aren’t Sleeping”), aby w następnej rozkręcić się do postaci zaginionego fragmentu którejś z późniejszych płyt Fab Four. Dalej mamy przyjazną balladkę o niejakim Larrym - „When You Are Loved Like You Are”, kojarzące się z wczesnymi Shinsami “Don’t Ask Me To Explain” i szalenie melodyjne „Sleeping In The Beetle Bug”. Rozbraja tekst „Tim I Wish You Born A Girl”, a szczególnie jego konkluzja (I’m not saying you can’t be all these things for me, But it’s just not the same because you’re a man, and so am I). Ładnie wypada wyraz uczuć względem ukochanego miasta w “Montreal”. „This Feeling (Derek’s Theme)” to kolejna porcja przebojowych motywów, a „I Was Watching Your Eyes” motyli w brzuchu. Fajnie słucha się „Springtime Was A Season”, jakby dziecięcej piosenki z odrobiną Neutral Milk Hotel (breeeeezee). „You’ve Got A Gift” mocno mieni się zaś wpływami Guided By Voices

„Wiśniowa Skórka” jest więc debiutem wymarzonym, nie gorszym od innych ówczesnych pozycji z Elephant 6. Zasłuchiwać się w niej można na porządnie, do czego z tego miejsca namawiam. 

wtorek, 29 listopada 2011

Owen - Owen (2001)












7.5

Im dłużej słucham debiutanckiego albumu Mike’a Kinselli sygnowanego już nazwą Owen tym bardziej nabieram przekonania, że nie jest to muzyka o jakiej powinno się pisać. Owen – Owen (2001) to bowiem rzecz dla najbardziej rozleniwionych, rozlazłych i rozmemłanych romantyków pod słońcem. Jeśli to granie ci się podoba to znaczy, że jesteś jednym z nich. Jeżeli rzeczywiście jesteś to poza słuchaniem (bo ono wchodzi samo) nie powinno ci się chcieć robić z tym nic więcej.

Kiedyś kolega – szalikowiec pop punkowych i punk rockowych brzmień pochwalił mi się, że słuchał płyty American Football. Zaciekawiony spytałem go „no i jak?”, a on na to, że „lanie wody jak chuj”. Na pierwszej i jedynej płycie rzeczonego zespołu młodszy Kinsella po kilku latach pozostawania w cieniu brata (Cap’N Jazz, Joan Of Arc) nagle zamanifestował posiadanie najzupełniej własnej artystycznej tożsamośći i to dalece odbiegającej od tej Timowej. O ile Timmy zawsze mógł liczyć na powodzenia u kobiet niestabilnych psychicznie tak Mike okazał się spokojnym chłopakiem z gitarą, piszącym ciepłe kompozycje, letnimi wieczorami mamiącym dziewczęta na werandzie. Zarówno EP’ka jak i cały krążek tej krótko egzystującej grupy cieszą się dziś zasłużonym uznaniem. Po nim jasne stało się kto za co odpowiadał choćby na dwóch pierwszych albumach JOA. Było tam gdzieś jeszcze wcześniej niezłe The One Up Downstairs, ale już chwilę później lider przedsięwzięcia ruszył w solo.

Jako pierwszy rezultat tego posunięcia powstała płyta emanująca urokiem porównywalnym do wydawnictwa AF z 1999 roku. Pierwszy akapit recenzji należy oczywiście potraktować z przyrużeniem oka. W istocie „Owen” pomimo sennego, być może trochę nużącego klimatu stanowi piękne ponad pół godziny harmonijnego wyciszenia. Melodia w „Declaration Of Incompetence” urzeka starannością i zauważalnie włożonym w nią uczuciem. Nie ona jedna zresztą, ale ta akurat przypominająca „Expo 86” DCFC, które ujrzało światło dwa lata później moje serce przekuwa na wylot. Świetne jest „Place To Go” niczego sobie „Most Nights”. Słabość mam również nie ukrywam do „Dead Men Don’t Lie” czyli skróconej, wzbogaconej o wokal wersji „Accidentally” spod indeksu czwartego. To akurat idealny przykład jak operując kilkoma zaledwie słówkami tekstu osiągnąć mocarny efekt.

Na koniec padają zdania dla omawianego artysty coś jakby znaczące. „If you go, you should know. Should you lose your way. I’ll be staying at home.”. Kto krążek Owena z 2006 roku zna, ten pewnie już wie, że najlepsze albumy powstają właśnie kiedy Mike Kinsella pozostaje w domu.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Sonic Youth - Sonic Youth EP (1982)












6

Za oknem wichura, zawieja, chyba pada deszcz. Nie wiem dokładnie, zasłoniłem już firanki, założyłem słuchawki, nie powinienem nic widzieć ani słyszeć. Siedzę sobie w ciepłym pokoju akademika, dookoła mocne ściany i dach. W takich chwilach zazwyczaj nabieram ochoty na oglądanie horrorów, czytanie upiornych opowiadań lub słuchanie niepokojącej muzyki.

Nowy Jork, pierwsza połowa lat 80’tych. Doskonałe miejsce i czas dla młodych, niespokojnych artystów, punkowców poszukujących nowych rozwiązań albo awangardowych świrów. Tu napotykamy grupkę osób „grających inaczej”. Pod szyldem małej wytwórni przyjaciela (Glenn Branca) właśnie wydali pierwszy fragment własnej twórczości. Nieśmiałe, debiutanckie podrygi, pięć kawałków skąpanych w no wave’owym mroku. Najpierw „The Burning Spear” jako swoista wizytówka. Pesymistyczne gitary, wywołujący ciarki na plecach bas, szamańska perkusja, wokale w których nie znajdzie się ani cienia melodii. Witamy serdecznie. „The Good And The Bad” to siedmiominutowa, instrumentalna esencja. Moi faworyci pojawiają się jednak w chwili następnej pod trójką i czwórką. Martwe disco „I Don’t Want To Push It” oraz inicjalne wokalne partie Ranaldo i Kim Gordon w „I Dreamed I Dream”. Lee od początku poetycko subtelny, przyszła pani Moore niemiłosiernie głosem uwodząca. Końcóweczkę wieńczy Thurstonowe, średnio zajmujące „She Is Not Alone”.

I to by było na tyle wieczoru z lekkim dreszczykiem. Krążek szybko się kończy (słuchałem ze 3 razy pod rząd), a wczesnym rankiem zajęcia z GOJPU z panią Jasińską i to nie w NYC, a w Siedlcach w województwie mazowieckim. EP’ka na szóstkę, bo słucha się nieźle jako zapowiedzi rzeczy doprawdy niesłychanych od tych samych ludzi w przyszłości.



niedziela, 27 listopada 2011

Cursive - Mama I'm Swollen (2009)












8

O „Mama I’m Swollen” zdarzyło mi się pisać dwa razy. Najpierw w długiej recenzji dla pewnego nieistniejącego już serwisu (7/10), następnie w podsumowaniu roku 2009 również dla niego. Opinie zmieniały się, a ta pierwsza na dzień dzisiejszy jest najmniej aktualna. Mimo to po drobnym retuszu wciąż utożsamiam się z ¾ pierwszego tekstu i całością drugiego.

1

„In The Now” to jakby post-scriptum po punkujących kawałkach lat poprzednich. Szybkie tempo, intrygująca przebojowość i klimat potęgowany przez zgrzyty gitary. W tekście mamy zaledwie cztery powtarzane w kółko linijki, ale wynagradza to przeznakomity fragment pod koniec z nagłym zahamowaniem prędkości słowami „repeat, repeat repeat!”.

„From The Hips” udostępniono w internecie na długo przed premierą płyty. Najpewniej pierwszy singiel. Spokojny, przyjemny równie przylepny jak poprzednik. W połowie drugiej minuty za sprawą perkusji robi się nieco żywiej, ale ładniutka melodia nie daje za wygraną. Naprawdę fajna piosenka. „I Couldn’t Love You” brzmi poprawnie. Nie ma zbytnio o czym mówić. Nadal mamy do czynienia z ułożonym albumem. Na nic słabszego Kasher i spółka nie mogli sobie pozwolić. Z niego rodzi się klimatyczny „Donkeys”. Zabójcza jest ta pozytywka nadająca dziecięco-klaustrofobicznego nastroju. Ta pieśń jako jedyna prawie sięga urokiem ballad rodem z „The Ugly Organ”.

W „Caveman” świetną melodię budują za pomocą specyficznie brzmiących klawiszy. Te dwa kawałki umiejętnie wkręcają w klimat. „We’re Going To Hell” jest już w nim umoczony po uszy. Tu też daje o sobie znać „organiczna” atmosfera. W „Let Me Up” da się słyszeć kościelne organy, Tim powtarza tytuł utworu, jest trochę gitary i trąbki. Utwór powoli dochodzi do wrzenia zakończonego wybuchem wokalnym i instrumentalnym. Kolejne „let me up” brzmią już jak płaczliwa prośba a chwilę później tytułowe słowa zostają potężnie wypowiedziane wraz z podniosłością orkiestrowego aranżu. Tym razem bardziej jak groźba…

Najdłuższa w zestawie „What Have I Done” kończąca szósty album Cursive jest na szczęście tworem całkiem konkretnym. Opowieścią o mężczyźnie, który zaszyty w motelu w El Paso wyżala się oraz wspomina dotychczasowe jałowe życie („I spent the best years of my life/Waiting on the best years of my life”). Dźwięk nieźle łączy się z tekstem. Strukturalnie przypomina „Bad Sects” z „Happy Hollow” oraz „Staying Alive” kończące „Ugly Organ”. Rozpaczliwe „What Have I Done? What Have I Done?” przy ostatnich mocnych dźwiękach (ten sam zabieg co dwie piosenki wcześniej) pozostawiają bohatera dramatu gdy sztuka dobiega końca.

Album za nami. Wnioski? Nie ma ani wiolonczeli ani dużego udziału ledwie słyszalnych dęciaków. Jest klimat, ale niesamowita dynamika gdzieś się ulotniła. Nie ulega wątpliwości, że legendarna kreatywność Kashera nieco oklapła. Teksty nie wypadają tak zacnie jak dawniej bo choć znajdzie się takie "The world was built on ego, It was built on slaves/The world was built on a tickle, Between our legs" a i banały Tim potrafi wyśpiewać przekonująco ("don’t tell me what you want cause I don’t wanna know") przebłysków talentu w tej kwestii doznajemy zbyt rzadko. Nie ma jednak mowy o ogromnym rozczarowaniu. Początkowe przesłuchania mogły wprawdzie budzić poważny niepokój, ale „Mama I’m Swollen” prędko ukazało swoich kilka wcale nie oczywistych walorów. Nie wiem czy się cieszyć, że jest dobrze czy żałować, że jest tylko dobrze. Najpewniej wybiorę i jedno i drugie. Płytę przyjmuje choć nie zadowala mnie ona w pełni. Odliczanie do następnej już rozpoczęte.

*

5. Cursive – Mama I’m Swollen (z podsumowania 2009)

Najbardziej niedoceniony z recenzowanych przeze mnie albumów i dowód na to jak łatwo można pomylić się względem muzyki. Nie żebym opisywał go kilka miesięcy wcześniej bez zastanowienia i po łebku, ale nawet jeśli wtedy poświęciłem „Mamie” naprawdę sporą ilość odsłuchów to i tak było za mało. Czas okazał się decydujący. Fakt, że to płyta po jaką sięgałem w 2009 zdecydowanie najczęściej, świadczy sam za siebie. To wciąż Kasher w pełni artystycznych sił, skierowany jedynie w zupełnie inne rejony niż na "Happy Hollow". Ostatecznie stwierdzam, iż nie ma tu ani jednej piosenki rozczarowującej. Każda daje coś od siebie w zupełnie inny sposób. Wymiatające „In The Now”, nieprzyzwoita przylepność „From The Hips” czy prosta przyjemność ze słuchania „I Couldn’t Love You”. Można tak wymieniać jedną po drugiej. „Donkeys” wprowadza w głęboki, nieco koszmarny klimat. „Caveman” ucieka od niego żwawszym, porywającym tempem. Z kolei „We’re Going To Hell” na dobre wciąga w nastrojowe bagno. Nie pierwszy już raz muszę oddać pokłon tekściarstwu Tima. Ono jest silnikiem dla dziesiątkowego „Mama I’m Satan”. Poprowadzonego mrocznymi linijkami prosto do burzliwego, chaotycznego zakończenia. Rozszalałe trąbki, dęciaki i żarliwie skandowane „I cast you out! I cast you out! I drag you out!” wyrzucają mnie z butów. Sam finał w postaci „What Have I Done” zasługuje na miano najbardziej elektryzującego closera roku. Od zdołowanego początku do wyładowującego frustracje, przeogromnie dramatycznego zakończenia. Czyżby muzyczna auto-terapia kompozytora? Skoro tak to Kasherowi trzeba życzyć aby swoje smuty nadal przelewał na albumy tak głębokie, doskonałe i paradoksalnie bardzo chwytliwe.

Guided By Voices - Forever Since Breakfast EP (1986)












5.5

Guided By Voices na swojej pierwszej płycie/EP’ce nie byli jeszcze nawet lo-fi. Można powiedzieć, że przez wzgląd na pewne okoliczności byli „indie”, ale tak naprawdę to grali najzwyczajniejsze w świecie, klasyczne rockowe piosenki. Ściślej mówiąc siedem piosenek trwających w sumie 23 minuty. Osoby spragnione powalających brzmień, wypasionych gitar, pokręconych rytmów nie mają tu czego szukać. „Forever Since Breakfast” to w zasadzie rzecz wyłącznie dla tych, którzy już wcześniej z jakiegoś powodu polubili Roberta Pollarda i ekipę. Songwritting Boba jest bowiem jak najbardziej rozpoznawalny, ogólne różnice to tak naprawdę szczegóły. Nieco młodszy głos, utwory nagrane w profesjonalnym studiu (później i tak do niego wrócą), brak jeszcze przebłysków geniuszu, każdy kawałek trwający około 3 minut, choć wiadomo, że oni lubią krócej. I tak jak ktoś już napisał, to typowy, całkiem miły dla ucha koledżowy rock z lat 80’tych bardzo w stylu R.E.M (najbardziej „She Wants To Know”). Jeśli ktoś podobnie jak ja ma czasem odpały na słuchanie nudnego, gitarowego, NIEALTERNATYWNEGO rocka to po EP’kę niech sobie sięgnie. Podejrzewam, że świetnie sprawdzi się w warunkach samochodowych.



I hope you know that all of these girls are a lot like you
Cry indigo tears and fall on your knees to the fountain of youth

sobota, 15 października 2011

Joan Of Arc – So Much Staying Alive And Lovelessness (2003)












7.5

Po koszmarnie dziwacznym i niezbyt absorbującym „The Gap” członkowie Joan Of Arc zebrali się do kupy obierając świeży stylistycznie kierunek. Pierwsze dwie płyty to jedna bajka, trzecia i czwarta stanowią osobną, „So Much Staying Alive And Lovelessness” jest zaś nieśmiałym startem krystalizowania się tego co znamy w tym momencie.

Albo wyciągnęli błędy z poprzedniego wydawnictwa albo jedynie zapragnęli zrobić coś zupełnie innego. Piąta płyta chicagowskiej formacji jest jak na dotychczasowe Joan Of Arc niezwykle uporządkowana. Panowie zrezygnowali z eksperymentalnych, elektronicznych efektów, postawili na spójną całość konsekwentnie trzymającą się klimatu. Jakże esencjonalnie dla nich brzmi otwierające „On A Bedsheet In The Breeze On The Roof” z tym snuciem gęstych post-rockowo-indie-math-rockowych melodii. Może to być punkt odniesienia zarówno do płyty „In Raped Fantasy In Terror Sex We Trust” z 2003 roku jak i singla „Meaningful Work” z 2010. Zarzucałem bezcelowość długich kawałków na „The Gap”, tu sześciominutowe utwory wypadają już bez najmniejszego zarzutu. To że płyta wybrzmiewa praktycznie w jednej barwie, a piosenki są do siebie podobne również nie okazuje się wadą. Takie „The Infinite Blessed Yes” chociażby, elegancko następuje po wspomnianym „Ona A Bedsheet…” zwyczajnie do niego pasując, choć jednocześnie zwraca uwagę i wyróżnia się „stukającym” motywem i jazzowymi wstawkami. Duży plus to także poprawienie się wokalu Tima. Co prawda nie popisuje się on warunkami głosowymi czy klasycznym śpiewem, ale opanował już sztukę taktownego, stonowanego artykułowania i na tle całości wypada całkiem przekonująco.

A jaki jest właściwie ten konkretny klimat „So Much Staying Alive…”? Spokojny, dojrzały, wyciszony wręcz. Konstrukcje trochę jakby jazzowe, prog-rockowe, ale zagrane w stylistyce indie-experimental. Inną próbą zaszufladkowania byłby po prostu chicagowski, pokręcony post-rock niewiele mający wspólnego ze schematycznym graniem a la klony Explosions In The Sky. Jeśli chodzi o kwestię piosenkowości to jeszcze za wcześnie żeby podśpiewywać refreny, ale „Olivia Lost” bazująca na zgrabnym fortepianie i rozbrajający klawiszową melodyjką ”Mr. Participation Billy” mogą wpaść w ucho. Rewelacyjnym nagraniem okazuje się „Mean To March”. Odgłosy maszerowania, melodia, druga jeszcze lepsza melodia, fenomenalne wokalne wejście Todda Mattei, odrobina fortepianu, delikatne pogłosy, dołączenie wokalu Tima. Trudno to właściwie opisać, ale mi kojarzy się ze specyficznym, magicznym jam session, w którym zespół doszedł do wybitnego zgrania.

Na końcu w kawałku tytułowym dostaną coś dla siebie fani niektórych fragmentów „A Portable Model Of” i „How Memory Works”. Ten drugi był zresztą jak do tej pory ich najlepszym albumem. „So Much Staying Alive…” swoim zwartym, satysfakcjonującym kształtem i NARESZCIE równością jakiej im mocno brakowało spycha starszą siostrę z piedestału.

niedziela, 9 października 2011

Cursive - Happy Hollow (2006)












10

Zapraszamy do "Happy Hollow". Niczym nie wyróżniającego się amerykańskiego miasteczka. Zamieszkują w nim zwykli, uczciwi ludzie wiodący swe przyziemne żywoty tak jak im Pan przykazał. Pod zasłoną zwyczajności i bogobojności odnajdujemy jednak całą zgraję grzeszników. W każdym domu znajdziesz winę. Za sprawą Tima Kashera i Cursive przyjrzymy im się teraz nieco bliżej. Wraz z otwierającym hymnem odsłuchamy 14 współczesnych pieśni dla pogan. Biją dzwony kościelne, włącza się przester. Dorotka po czterdziestce jest nazbyt oderwana od rzeczywistości. Żyje w krainie snów, marzy o złotych ulicach, kolorowych tęczach i rubinowych miastach. Nigdy nie zrozumie, że marzenia się nie spełniają. „Marzyciele nigdy nie żyją, tylko o tym marzą, amerykańskie sny zanieczyszczają nasze miasta”. Przy kolejnej okazji dajemy się wciągnąć w dyskusje i rozterki egzystencjalne. Przy pikantnym, wybuchowym akompaniamencie „Big Bang” dowiadujemy się, że życie przyniósł człowiekowi wielki wybuch. Ale zaraz. Co w takim razie z Adamem i Ewą? Co z wężem i jabłkiem? „Ciekawe co by ten wąż powiedział gdyby tylko mógł nas dziś zobaczyć, ha ha ha!”. Tymczasem miejscowy ksiądz i przybyły niedawno młody kleryk czują do siebie coś dziwnego i ewidentnie zakazanego… („Bad Sects”). „Oni wiedzą, że to jest złe, bo powiedziano im, że to jest złe”. Gdzie indziej pewien chłopak przez całe życie postępuje tak jak należy. Wedle wskazań ojca, rodziny, ukochanej i jej rodziny. („Flag And Family”) Teraz rodzina patriotów i fanatyków wysyła go do boju za kraj. „Ale Czy kiedy klękał na kolana modlił się o świętą wojnę? Czy kiedy klękał na kolana modlił się o ropną wojnę?”. Jeszcze w innym miejscu („Dorothy Dreams Of Tornadoes”) dwoje ludzi od lat planuje ucieczkę z miasta. Z każdym rokiem to samo, ale nigdy się nie udaje. „To miasto, to miasto niszczy nas”. Przydałoby się jakieś tornado. W uwodzącej melodią, niezwykłej balladzie „Into The Fold” poznajemy historię pasterza i owieczki. Wyglądałoby to nawet na uroczą piosenkę o początkach miłości gdyby pasterz nie miał w torbie książki Dostojewskiego. Gdyby naprawdę był zagubionym studentem, a nie polującym na naiwne owieczki zbrodniarzem. Resztę hymnów poznajcie sami. Dla zachęty dodam, że przyprawione są pokaźną dawką energetycznego rocka. Niesamowicie brzmiącymi gitarami, rozszalałymi instrumentami dętymi oraz znakomitym wokalem. Bywa mocno, szybko, ponad wszystko porywająco. „Happy Hollow” to idealnie zrealizowany koncept album o tematyce anty-dewocyjnej. Nawiązujący do biblijnych przypowieści, ciut kontrowersyjny, choć w swej wymowie nie przekraczający granic dobrego smaku. Cięty, ironiczny, ale słuszny i w każdym calu doskonały.