czwartek, 17 maja 2018

The Saturday People / The Clientele - Grace / Porcelain (2001)











8

W lipcu 2001 roku, 5 miesięcy po „rodzinnym” splicie z The Relict, wydanym za sprawą maleńkiej brytyjskiej wytwórni Johnny Kane, ukazał się kolejny siedmiocalowy winyl z udziałem grupy Alasdaira MacLeana. W tym przypadku The Clientele łączyli siły z kolegami zza oceanu, istniejącą od zaledwie 2 lat, ale złożoną z rozpoznawalnych w amerykańskim indie-światku muzyków, formacją The Saturday People. „Grace/Porcelain” trafiło do nielicznych sklepów płytowych nakładem również zlokalizowanego w USA labelu Slumberland Records.

Slumberland w pierwszej połowie lat 90. stał się znany jako wydawca m. in. Velocity Girl, Boyracer, Stereolab, Swirlies, Lilys i Black Tambourine. To właśnie w tych zespołach grali wcześniej Terry Banks, Archie Moore i reszta członków The Saturday People. Aby prześledzić, kto dokładnie przewinął się przez jaki skład, warto byłoby zapewne rozrysować wszelkie konotacje na słusznych rozmiarów drzewie genealogicznym. Warto jednakże wspomnieć, że sam założyciel wytwórni, Mike Schulman, stanowił ¼ załogi kultowego Black Tambourine, a The Clientele z twórcami „Throw Aggie Off The Bridge” łączyła nić w postaci znajomości z wokalistką Pam Berry. Tą samą, która na splicie sprzed niespełna pół roku śpiewała wraz z Alasdairem piękne „(I Can’t Seem) To Make You Mine”.

Piosenki na „siódemce” z The Relict były osadzone w bardzo podobnych estetykach i także pod względem jakościowym jednoznaczne wskazanie, która jest lepsza stanowiłoby spory problem. Tutaj ten umowny kłopot także istnieje, ale z powodu zupełnie odwrotnego. Obydwa utwory nie leżą może w kosmicznie oddalonych od siebie muzycznych rzeczywistościach, ale są jednak na tyle odmienne, że wszelkie wartościowania tracą sens. Innymi słowy, każdy jest szalenie dobry na swoich własnych zasadach i obydwa pięknie się od siebie różnią.

„Grace” to czysty gitarowy pop, nie tak rozmarzony ani liryczny jak u MacLeana, za to melodyjniejszy wokalnie i klasyczniej piosenkowy ogółem. Wspólny mianownik z The Clientele najprędzej usłyszymy w zadbanych, z lubością szytych melodiach, z których wyłaniają się zwrotki. Na tym jednak właściwie koniec, ponieważ z biegiem prowadzenia utworu Banks i spółka zapuszczają się w rejony, jakich u stroniącej od bezpośrednio rock’n rollowych środków wyrazu brytyjskiej grupy nigdy nie uświadczymy. Kompozytorski kunszt kawałka The Saturday People ujawnia się tym bardziej, im silniej panowie dają się ponieść frywolnym wpływom lat 60. O ile w pierwszej części zwrotek amerykanie brzmią jak kolejna fajna, choć niepozorna indie popowa kapela odpowiednia swoim czasom, tak od momentu old-schoolowych chórków przed refrenem i beatlesowskiego I won’t call you on the phone zaczyna się nieśmiała przemiana, zwieńczona ostatecznie zadziornym outro a la The Rolling Stones czy The Kinks. Pomiędzy tym wszystkim pada też oczywiście subtelny, skapujący z naturalną gracją refren. 

„Porcelain” autorstwa The Clientele znakomicie spełnia na splicie rolę rewersu, będąc przy tym, jak już wcześniej wspomniałem, nagraniem niemniej fascynującym. „Grace” cechowała się zwartym kompozycyjnym szkieletem, popową bezpośredniością i standardowym dla piosenek podejściem do tekstu, który stanowi jakąś opowieść. Optyka, jak przybierają MacLean, Hornsey i Keen pod niemal każdym względem wypada zaś totalnie osobliwie. Panowie wyrażają się poprzez lo-fi’ową oprawę, niedające się zbyt łatwo przeniknąć melodyjne niuanse i zdystansowany wokal. Brak sztywnych reguł, typowych zwrotek-refrenów, w to miejsce wolny przepływ natchnionych impresji. Tekst bardziej jako klimatyczna poezja, niż cokolwiek na kształt czytelnej fabularnej historii. 

Urok pierwszego z utworów możemy porównać do ogrodu skąpanego w promieniach słońca. Drugiego z kolei, do tego samego miejsca, ale rozświetlonego wieczornym blaskiem księżyca. Jeżeli kawałek The Saturday People niesie pobudzającą radość, nagranie The Clientele wprowadza obfite pokłady nastroju. Do spółki słucha się ich wyśmienicie, a wytrawność progresji akordów oraz songwriterskich konceptów sprawia, że odsłuchy te jawią się nie tylko czasem spędzonym przyjemnie, ale i zajmująco.

piątek, 20 kwietnia 2018

The Relict / The Clientele - Held In Glass/ (I Can't Seem) To Make You Mine (2001)













7


Mając już na koncie pierwszą większą płytę, czyli kompilację „Suburban Light”, The Clientele w kolejnych miesiącach ponownie ograniczyli się wyłącznie do udziału w kilku bardziej kameralnych wydawnictwach. Tym razem przyszedł czas na splity, a więc single współdzielone z zespołami pokrewnymi stylistycznie. W latach 2001-2002 ukazały się kolejno: „Held in Glass / (I Can't Seem) To Make You Mine” z The Relict, “Grace/Porcelain” z grupą The Saturday People oraz “Six Foot Drop / We Could Walk Together”, gdzie obok zespołu Alasdaira MacLeana podpisała się kapela Clock Strikes Thirteen.

Fakt, iż muzyka pierwszej z wymienionych formacji pasowała do twórczości londyńskiego tria, jak ulał, nie mógł dziwić. Za projekt The Relict odpowiadał stary kompan Alasdaira, Innes Phillips, który podobnie jak i perkusista, Dan Evans, był członkiem The Clientele w pierwszych latach istnienia zespołu. Udzielały się w nim znane na niezależnej scenie postacie: Lupe Núñez-Fernández (Pipas), Pam Berry (Black Tambourine) czy Gavin Baker (Glider). Co jednak najważniejsze, swoje trzy grosze wtrącali tam także MacLean, Keen oraz Hornsey we własnej osobie.

Choć liderami obydwu projektów byli Phillips i MacLean, w każdym z utworów zawartych na wspólnym splicie pierwsze wokalne skrzypce grają kobiety. Najpierw w czarownym „Held In Glass” Abigail Marvell na tle bardzo Clientele’owskich melodii, ale i basu przypominającego nieco o The Field Mice, zaprasza na ulotny spacer pustymi ulicami. Następnie Pam Berry przy równie subtelnym i arcyromantycznym aranżu „(I Can’t Seem To) Make You Mine” śpiewa o niemożności uczynienia kogoś tym swoim. W obydwu przypadkach panowie w pewnym momencie podłączają się do koleżanek. Innes, człowiek o głosie niemal bliźniaczym do MacLeana, miękko artykułuje dwie linijki krótkiej drugiej zwrotki piosenki The Relict. Alasdair natomiast, ujawnia się wokalnie wraz ze startem refrenu, tworząc z solistką Black Tambourine damsko-męski duet. Ta wersja, choć chronologicznie pierwsza, jest aktualnie dużo mniej znana od wykonania zawartego na albumie „Strange Geommetry” z 2005 r., gdzie utwór wykonuje już sam Alasdair MacClean. W obydwu nie zmienia się jedna rzecz. Tak samo ważne i sugestywne pozostają ostatnie, oddające ogrom odpowiedniej dla The Clientele muzycznej wrażliwości linijki: So I lingered with the people, In the silent August glade, But the rain has brought the night, And the night has brought the rain.

sobota, 24 marca 2018

10 polskich (odcinek 4)





















Kto kiedykolwiek zetknął się z muzyką The Freuders, musi odpalać „Rhino” z przekonaniem, że kilka najbliższych minut w jakimś stopniu spędzi na pewno słuchając dźwięków mrocznych. Kto natomiast liczy pod tym względem na niespodziankę, nie zazna jej. Nowy numer Warszawiaków wprowadza niepokój już na starcie, osaczając ponurym nastrojem przez pierwsze 1,5 minuty. Wtedy to utwór, który mógłby w ten sposób sączyć się jeszcze spory kawałek czasu, zmienia jednak swoją trajektorię. Mroczny, nieco otępiający rock przemienia się w mroczny rock o dobrej dynamice i ciekawych zagrywkach. Rozpędzona gitara i witalna sekcja rytmiczna przejmują dowodzenie, wokal słusznie podąża ich śladem. Zespół jakby wydostaje się ze swojej czarnej dziury, ale jednocześnie wciąż trochę w niej tkwi. Być może tak mu najwygodniej. 



Jest coś w tej totalnej produkcyjnej prostocie, nadrabianej dużym urokiem kompozycji i wykonania, co kieruje moje myśli w stronę utworów wydawanych przed dekadą na pierwszych składankach bloga We Are From Poland. „Eight And A Half Woman” każe podejrzewać autorów o fascynację twee i klasycznym indie popem, a zestaw skojarzeń, którego motywem przewodnim będą repre-zentujące owe stylistyki kapele z wokalistkami, może mieć w tym przypadku całe mnóstwo wariantów. Pierwszy singiel Free Games For May to propozycja arcymelodyjna, piosenkowa, więcej niż pod jednym względem przywołująca beztroską aurę wiosennych miesięcy. W końcu jeśli, jak śpiewa Hanna Went: everyday is a Fool’s Day, to każdy dzień może być dniem kwietniowym, a zatem i wiosennym.       



“Obręby Rewiry” to, jak mawiają anglojęzyczni, Kiev Office “at it’s finest”. Zawartość jest tu właściwie znajoma, w tekście delikatna abstrakcyjność i penetrowanie przestrzeni (parterowe domy, i mijam też baraki), w warstwie muzycznej nienaganne gitary oraz refren, którego nie da się wypędzić z pamięci. Wszystko oczywiście gdzieś na skrzyżowaniu melodyjności, szorstkości i lekkiego szaleństwa.  



Czy utwór w stylistyce sypialnianego lo-fi-popu można nazwać bardziej adekwatnie? Zielona Sandra prezentuje się w „Bed” trochę niczym polska odpowiedź na kapele, takie jak Youth Lagoon czy Fog Lake. Kompozycja wypada najlepiej tam, gdzie niewyraźny wokal harmonijnie komponuje się z klawiszowymi melodiami, a odrobinę mniej fajnie w momentach przecinania owej harmonii za sprawą głośnej gitary. Jakkolwiek sam pomysł i motyw do złych nie należą, to słysząc choćby jak kapitalnie wybrzmiewa druga zwrotka piosenki, zastanawiam się, czy nie dałoby się tak trochę dłużej? Chłonąc klimatyczny, wieczorowo-deszczowy fragment od 1:17 do 2:32 nie trudno mi sobie wyobrazić, że takie dźwięki mógł swojego czasu wydać np. Polyvinyl. Mówiąc krótko – potencjał i projekt, którego dalsze kroki powinny budzić ciekawość. 



Indeks trzeci na „Mutual Dreaming” wita słuchacza wgniatającą w ziemię ścianą dźwięku. Choć kilka razy znak życia dają tutaj usiłujące się przebić melodyjne zagrywki, kolejne fale chropowatych warstw sprawiają, że ich obecność pozostaje jedynie symboliczna. „Balloon” to mocna dawka smoliście gęstego post-hardcore’u, w którym zarówno instrumentalnie, jak i wokalnie, negatywna emocja eksplorowana jest w sposób jeżący włos na głowie. Tak mógłby brzmieć doppelgänger zespołu Trupa Trupa.     



U Mateusza Franczaka zapadła noc. „All About” z intrygująco zatytułowanej płyty „Night-Night” jawi się utworem z natury zupełnie innym od opisywanego niegdyś przeze mnie „Lazing”. O ile opener „Long Story Short” leniwie i przyjemnie rozlewał swój pogodny nastrój, tak siedmio-minutowy singiel zapowiadający nowy album nie niesie już za sobą podobnie błogiej atmosfery. Od pierwszych chwil można wyczuć, że coś tu wisi w powietrzu, wyraźnie się nawarstwia i chyba w pewnym momencie wybuchnie. Gorycz? Żal? Smutna refleksja? Dwoma w zasadzie kluczowymi elementami: elektryzująco prowadzącą narrację gitarą i wyrażającym prosty, acz nurtujący tekst wokalem muzyk zręcznie trzyma w napięciu, a wręcz chwyta za gardło.



Do każdego, kto wie, jak to jest być dwudziestoparolatkiem z małej miejscowości, a może i nie tylko, tekst „Chłopaka z Futerałem” musi przemówić, w co najmniej kilku momentach. Zwrotka pierwsza i druga, zestawione ze sobą, to jakby konfrontacja tego, co dawniej, z tym, co obecnie. Wspomnienie beztroski kontra świa-domość aspektów dorosłego życia. Trochę smutno, bo czegoś już nie ma, ale pojawia się i pogodny akcent, bo też coś, co dobre pozostało bez zmian: Próba nie jest już jak święta msza, lecz się dalej na nią gna! Te odczucia się mieszają, a muzyka nie tylko im towarzyszy, ale też sumiennie je oddaje, emulując słodko-gorzkie znaczenia tekstu. Choć wokal z początku może brzmieć nieco topornie, jego melodie tam gdzie trzeba dają o sobie znać, a są i big-beatowe melodie gitar i nieodłączne już podśpiewywanie Oli Bilińskiej.   



W wywiadzie dla Noisey Stefan Wesołowski powiedział, iż: „ma nadzieję, że każdy utwór (z ostatniego albumu) może też funkcjonować samodzielnie i jako ten wycinek z całości nieść swoją część historii i swój kolor”. „Hoarfrost II” to może tylko kompozycja, która na „Rites Of The End” spodobała mi się najbardziej, ale może także najznakomitsze spełnienie nadziei, jaką wyraził w tamtym momencie autor.

Skąd w tytule rzymskie „II”? Oczywiście wynika to z tego, że był też kiedyś „Hoarfrost I”. Węsząc nieco w internecie możemy dowiedzieć się, że został on wydany już 6 lat temu i stanowił w zasadzie tę samą kompozycję, ale mniej rozbudowaną, krótszą prawie o połowę. Nazwa składanki na której się ukazał, „Scary Playgrounds”, jest zaś zdecydowanie nieprzypadkowa, albowiem o charakterze nagrania mówi bardzo wiele.  

W wersji nowszej, albumowej, Stefan prowadzi utwór dużo wolniej, co wychodzi mu zdecydowanie na korzyść. „Hoarfrost II” łatwo wyobrazić sobie jako kapitalny soundtrack do podniosłych filmowych scen. Dźwięki mogą kojarzyć się z oglądaniem zakamarków średniowiecznego zamku, może kościoła, a może pola bitwy? Jest w tym jakaś groza, coś na specyficzny sposób mrożącego krew. O ile w pierwszym „Hoarfroście” kluczowy dla utworu motyw skrzypcowy wybrzmiewa niemal natychmiast, tutaj zostaje w pełni ukazany dopiero po dłuższym wprowadzeniu. Ta różnica jest tu diametralna. To ten moment, kiedy perspektywa się zmienia, staje się pełniejsza, kiedy słyszymy/widzimy coraz większą część sceny/pejzażu, dostrzegamy kolejne pojedyncze elementy, ale i wszystko razem ze sobą.  Skrzypce i drone’owe zakłócenia tworzą dysonans. Nachodzące na siebie dwa plany równolegle docierają do swojego apogeum i wspólnie gasną. Coś przeradza się w zgliszcza, znika jakiś świat.  



Można zaryzykować stwierdzenie, że „Jeziorny” ma swój awers i rewers. Tym pierwszym jest hipnotyczny wstęp, wprowadzające w trans jednostajne, ale sprawiające, że chce się w to WEJŚĆ pierwsze prawie-pół utworu. Druga strona monety to zaś część jeszcze bardziej rozkoszna, poczęta od świetnego momentu, w którym wyłania się wokal. Gdyby wydali to gdzieś w USA około 2003 roku, pasowaliby zapewne do szufladki freak-folk i może dostali naklejkę z podpisem BNM. Nie powinno nawet przeszkadzać, że „Jeziorny” zakorzeniony jest w rodzimej muzycznej tradycji oraz bazuje na melodiach i liryce żywcem inspirowanych folklorem polskiej wsi, które WCIAS magicznie uczynili tu całkowicie atrakcyjnymi także dla przeciętnego słuchacza alternatywy i popu.



W ambitnym, prawie ośmiominutowym “More” słychać wyraźny progres zespołu z Bielska-Białej w porównaniu z piosenkami, które znalazły się na ich debiutanckiej EP’ce z 2014 roku. Singiel Radiovidmo brzmi epicko, głęboko i mocno, a momentami nawet ciężkawo, choć przy tym cały czas wrażliwie i emocjonalnie. Przez osiem minut kawałek wędruje poprzez różne stany oraz nastroje, solidnie zahacza o smutek albo nabiera na intensywności. Do końca nie opuszcza go jednak mglista i misterna aura, nadal plasująca tę kompozycję najbliżej rejonów dream popowych

10 polskich odc 3 
10 polskich odc 2 
10 polskich odc 1

poniedziałek, 19 lutego 2018

Podsumowanie 2017: piosenki 10-1


Ta jedna linijka refrenu, retoryczne pytanie: If I saw you on a street, would I have you in my dreams tonight?, wyrażone przez smutno-tęskny wokal Molly Rankin, bardziej chyba niż jakakolwiek inna, w jakimkolwiek innym wcześniejszym utwo-rze Alvvays, okazuje się bezdyskusyjnym kluczem do całej piosenki. Oznacza to chociażby, że jeśli przyjdzie mi za jakiś czas pomyśleć o tej kapeli, pierwszą konkretną rzeczą, którą usłyszę w głowie będzie nic innego, jak wspomniany arcy-zapamiętywalny hook „Dreams Tonite”. Nic z „Adult Diversion”, żadnego „Archie, Marry Me” czy nawet „Party Police”, a właśnie moment stanowiący mocno bijące, choć złamane serce głównego singla z „Antisocialites”.



“Guilty Party” to trochę gest Kozakiewicza w kierunku tych, którym wydawało się, że utwory tak głębokie muszą mieć swoje źródło w autentycznych, osobistych do-świadczeniach autorów. Matt Berninger napisał tymczasem rzecz całkowicie fikcyjną, po prostu wyobrażając sobie pewną nieprzyjemną sytuację, ale zarazem wczuwając się w nią nie na żarty. Ponadto, chcąc nie chcąc, lider The National stworzył linijki tekstu, które niepokojąco łatwo zrozumieć na swój sposób i odnieść do własnej sfery emocjonalnej. Bo czy słysząc na przykład: Another year gets away, Another summer of love, I don't know why I care, We miss it every summer nie odczujemy dotkliwej prawdziwości tych wersów i dobrze znanego poczucia, że minął rok, a po raz kolejny nie wydarzyło się tyle, ile byśmy chcieli albo jak kolejny raz lato miało być niezapomniane, a wyszło właściwie bez szału? I wszystko to w oprawie dość perfidnie podsłuchanej z „Idioteque”, ale kryjącej w środku znajomą, smutną i bardzo piękną jednocześnie twarz kwintetu z Ohio.

















Choke Up to totalne dziecko amerykańskiego punku ostatnich dziesięciu lat. Nawet jeśli słychać u nich również echa jeszcze wcześniejszych tuzów gatunku, jest to już jakby spadek po pokoleniu The Gaslight Anthem, Titus Andronicus i Fake Problems, które u Hot Water Music i Jawbreakera zapożyczało się najpierw. W „Blue Moon” kapela z Bostonu czytelnie czerpie z retro-romantyzmu i poetyki drogi, tak charakterystycznych dla twórców „Blue Jeans & White T-Shirts”, a pierwsze linijki utworu: You put your money in, the record spins, and Elvis comes to life, In a truck stop diner on the side of highway 95, o natchnieniach i inspiracjach mówią właściwie wszystko. Gitara, wokal i sekcja rytmiczna ani przez chwilę nie pozostawiają wątpliwości, że jest to granie wysoce zaangażowane, w którym wszystkie słowa i dźwięki stanowią wyraz krwawiącego przeżywania. Chóralnym: Hallelujah, nothing left to lose... w finale, panowie zmiatają nas natomiast z powierzchni ziemi, stawiając niemalże niedyskutowalny argument w dyskusji dotyczącej wskazania punk rockowego hymnu roku.

















Gdyby komuś wydawało się, że w kwestii shoegaze’u słyszał już wszystko i uniesienia przy wyjąco-szumiących, rozpuszczających się i rozlewających dźwiękach są daleko za nim, powinien chociaż spróbować zmierzyć się z „Falling Again”. Utwór Secret Shine to piosenka w ramach gatunku dość konwencjonalna, ale zdecydowanie posiadająca to coś, przez co może się nam przyjemnie zakręcić w głowie. Rajski riff, boskie wokale i epicki, iście triumfalny refren czynią z kompozycji bristolczyków prawdziwie nieskazitelny miłosny hymn w duchu stylistyki, przy którym odpłynięcie w sino-pastelową dal staje szerokim otworem. 

















Może to tylko moje doświadczenie poznawcze, ale tych kilka całkowicie rozbrajających momentów w „After The Party” zupełnie nieoczekiwanie i w dziwnej kolejności potrafi objawić nagłą niesamowitość piosenki. Gdy wydaje się, że jej jedyną znacząca zaletą jest ostatnia, prosta, choć przeurocza część refrenu: And after the party, It’s me and you, kolejne odsłuchy dowodzą, że właściwie on cały, poczęty od linijek: Everybody wants to get famous, but you just want to dance in a basement stanowi łamiący serce majstersztyk. Po zaakceptowaniu doskonałości chorusu okazuje się jednak, że także zwrotki naładowane są totalnym przejęciem, sentymentalną aurą i lirycznym natchnieniem. Kiedy z kolei połączy się wszystkie skrawki w jedną całość, czytaj – posłucha po raz kolejny, ułoży się z tego obrazek czysto urzekający.

















Słysząc chwytliwe podśpiewywanie LoLou Lamotte we wstępie “Evening Prayer” gotowi jesteśmy przez krótką chwilę uwierzyć, że Jens Lekman poszedł w zmiany, pragnąc stworzyć w ramach swojej twórczości coś nowego. Cwana zmyła tego starego szwedzkiego lisa nie wytrzymuje jednak długo, ponieważ już pierwsze klawiszowe melodie sprawiają, że zaczynamy czuć się jak w domu, a wraz z wejściem nieuleczalnie przyjacielskiego wokalu twórcy „Oh, You’re So Silent Jens” wszelka iluzja rozmywa się na dobre. Z grubsza rzecz biorąc dostajemy więc Lekmana klasycznego, w sile kompozytorskiej formy, z właściwą sobie swobodą i gracją dyktującego piosenkowe dobrodziejstwa, ale też w jakimś stopniu odświeżonego, czy jakby uskrzydlonego obecnością niewątpliwie wnoszącej pozytywne wibracje koleżanki. Cóż można powiedzieć o tekście? Najlepiej nie mówić zbyt wiele poza tym, że jest lekki i zabawny, ale zarazem poważny i wzruszający, a przy tym też dość surrealistyczny. Piosenka zaś sama w sobie niezwykła. Wystarczająco kapitalna w zwrotkach, ale osiągająca prawdziwe Himalaje urokliwości w ciepłym, kojącym refrenie.



Zarówno “Even In My Dreams (All My Life)”, jak i jego strona B, czyli „Only Love” to kompozycje spektakularnie znie-walające, wprowadzające do szarego życia element magiczny. Powiedzieć, że „All My Life” jest utworem złożonym z bajecznych melodii to jakby za mało. Bardziej pasowałoby rzec, że on sam w sobie jest jedną wspaniałą melodią. “Only Love” to z kolei sam nektar wyciśnięty z najlepszych jangle popowych i dream popowych wzorców. Gitary duetu Martin-Johnson mienią się milionem kolorów, natchniony wokal Maca Martina jednocześnie rozpuszcza od środka i sprawia, że unosimy się w powietrzu. Czy w snach wymyślono by to lepiej? W moich raczej nie.    
















Nie jest żadną tajemnicą, że styl The Cribs od dawien dawna składał się z dwóch elementów. Prozaiczny podział na popowe i punkowe (ewentualnie garażowo-rockowe) lub po prostu melodyjne i hałaśliwe dotyczył zarówno rozłożenia kawałków z każdej kategorii na albumach, jak i tego, co działo się w ciągu jednego utworu. Zróżnicowanie natomiast rozbijało się jedynie o proporcje obydwu pierwiastków. W „Rainbow Ridge” bracia Jarman wykładają nam swoją filozofię, jak słynnej krowie na miedzy. Beatlesowskie niemal, rozkosznie melodyjne brzmienie zwrotek zostaje tu rozerwane na strzępy przez pikantny nirvaniasty refren. Zagrywki jangle’ujące bliźniacy zamieniają w chorusie na grunge’owe, enigmatyczne i sielankowe: neon reads like cherry whips i crispy witches kisses na bezpośrednie i rozwrzeszczane don’t look for meeeeee. O ile tylko nie mamy z taką dwubiegunowością problemu, w „Rainbow Ridge” znajdziemy przysłowiowe konfitury.



Trzeba przyznać, że dawno nie było w szeregach Saddle Creek zespołu ro-biącego tak wyśmienite muzycznie rzeczy, jak Big Thief. „Mythological Beauty” ma w sobie wszystko to, co kilkanaście lat temu mogło zachwycać w twórczości artystów z amerykańskiej wytwórni. Piękne melodie, smutne tematy, indie folkową intymność. A gdyby nawet umieścić poczynania ka-peli Adrianne Lenker w którymkolwiek momencie największej świetności labelu, ciepło i rozczulająca kruchość piosenek takich jak ta i tak stawiałyby je w ścisłej czołówce.



Wyjątkowe utwory posiadają pewien wyjątkowy atrybut. Przylepiają się do nich momenty z życia, które przy późniejszym odsłuchu w ułamku sekundy przelatują przez umysł, niczym te słynne przebłyski przed oczami w sytuacjach krytycznych i przerażających. Kiedy posłuchasz takiego kawałka za kilka miesięcy albo lat, zobaczysz/poczujesz wszystko, co wtedy ci do niego przylgnęło. Miejsca, ludzi, pojedyncze chwile. Choćby miało to związek z jakimiś niepozornymi sek-wencjami zdarzeń w rodzaju: spotkanie ładnej dziewczyny w tramwaju wieczorem, długie rozmyślanie podczas bezsennej nocy, chłodny poranek, kiedy niewyspanie dawało się we znaki, ale czułeś się fajnie i z tym be mine, be mine, be mine w słuchawkach miało to wszystko jakąś magię. Proza życia, właśnie przy takich melodiach stająca się poezją. Jak w teledysku do „Raining On Hope Street”, gdzie Jack Mellin pije kawę spoglądając przez okno na niemal pustą ulicę Glasgow, a Sean Armstrong leży na łóżku gapiąc się w sufit.

A tak poza tym, jest to po prostu znakomita piosenka o specyficznym smaku, hmm, optymistycznej melancholii? Dwie i pół minuty zakochanych, wiosennych dźwięków zderzających tradycję szkockiego indie i jangle popu z odrobiną Galaxie 500. Wokalna i gitarowa melodyjność z najszlachetniejszej półki.