wtorek, 26 czerwca 2018

The Clientele / Clock Strikes Thirteen - Six Foot Drop / We Could Walk Together (2002)











6.5

Na ostatnim z trzech splitów, wydawanych jeden po drugim w latach 2001-2002, The Clientele raz jeszcze spotykali się z kapelą „duchowo” sobie pokrewną, równie lubującą się w nastrojowym i romantycznym indie popie. Tym razem obyło się bez nagrań premierowych, a zamiast tego każda z grup zmierzyła się z materiałem skomponowanym przez tę drugą. Podczas gdy Alasdair MacLeana z kolegami wzięli na warsztat „Six Foot Drop”, singiel Clock Strikes Thirteen z 1996 roku, zespół z Philadelphii zdecydował się zinterpretować znane z kompilacji „Cry Me A Liver” (1997) i „Suburban Light” (2000) „We Could Walk Together”.

Co do efektu, obyło się właściwie bez niespodzianek. Jeżeli posłuchamy autorskiej wersji „Six Foot Drop” i wyobrazimy sobie ten numer w wykonaniu The Clientele, a następnie włączymy wspomniany cover, wersja wyobrażona i rzeczywista nie powinny się od siebie wiele różnić. Amerykanie w ramach debiutanckiego singla skomponowali bliski wrażliwości Galaxie 500, melodycznie rozkoszny utwór w stylistyce lo-fi dream popu, w którym z damsko-męskich harmonii wokalnych uczyniono bardzo skuteczny oręż. Brytyjczycy, nic dodać nic ująć, przerobili go bardzo po swojemu, zachowując błogi urok „ładnej piosenki”, a wręcz czyniąc ją jeszcze delikatniejszą i bardziej rozmarzoną.

Clock Strikes Thirteen poradzili sobie z „We Could Walk Together” co najmniej równie sprawnie. Kawałek, który można chyba uznać za jeden z największych przebojów The Clientele trafił w dobre ręce, nabierając za ich sprawą nieco innego, acz całkiem interesującego charakteru. Wykonanie kapeli Benjamina Xaviera Kima brzmi niczym hippisowska ballada miłosna z lat 60. Psychodeliczny pop pobrzmiewający leniwymi gitarowym i akordami i dźwiękami tamburynu. Nie zagubiono tu fantastycznej, pojawiającej się w miejscu refrenu melodii, której w tym przypadku towarzyszą również słowa tytułowe, w oryginale nieobecne.

piątek, 8 czerwca 2018

Echo and The Bunnymen - Villiers Terrace / Monkeys (1985)











7.5

„Villiers Terrace”, jeden z najbardziej intrygujących utworów na „Crocodiles”, pomimo planów nie został wydany na singlu w czasie, kiedy Echo and The Bunnymen promowali jeszcze swój debiut. W okolicach roku 1980 albumowy nr 7 musiał ustąpić świetnemu „Pictures On My Wall” i „Rescue”, dwóm only-promo-singlom: „Pride” oraz tytułowemu „Crocodiles”, a nawet niepochodzącemu z krążka, samotnemu „The Puppet”. Po pięciu latach trochę w duchu zasady „lepiej późno niż wcale” grupa z Liverpoolu zdecydowała się naprawić swój błąd.

Pół dekady oznaczało wówczas w muzyce szmat czasu. Tym bardziej, że Ian McCulloch z  kolegami ewoluowali z płyty na płytę i w 1985 mieli już za sobą artystyczny szczyt w postaci „Ocean Rain” pilotowanego słynnym „The Killing Moon”. „Villiers Terrace”  na tym tle nadal przedstawiał się jednak jako piosenka frapująca, pociągająco tajemnicza, pełna post-punkowego i nowo-falowego uroku. Nie byłoby go bez kapitalnego motywu klawiszy, zagranych dwukrotnie sześciu dźwięków składających się na krótką, ale wystarczająco zapadającą w pamięć melodię.* Z tego miejsca Ian triumfalnie wyprowadzał swoją dynamiczną linię wokalną oraz zadziwiał osobliwym tekstem*, a Will Sergeant dodawał garść ładnych akordów. Smakowite 2:46 kończyła energetyczna partia perkusji Pete’a de Freitasa.

Singiel wieńczył b-side w postaci również znanego już z "Crocodiles" kawałka "Monkeys". W tym przypadku nabywcy nieznający debiutu "Bunnymenów" otrzymywali kolejną porcję  klimatycznego, jak najbardziej solidnego post-punku.  Coś znamiennego dla twórców gatunku w tamtym okresie (1979-1980) da się wyczuć zwłaszcza w oszczędnych, pełnych chłodu i dystansu, jakby pozbawionych złudzeń i emocji słowach tekstu: Boys are the same, Brains in their pockets, Girls are the same, Knock it and rock it, Remember, Remember/ I'm not a holy man, I'm too lowly for that, I'm not a praying man. I'm not ready for that.

Na podobnym pomyśle The Chills oprą później swój „House With A Hundred Rooms”. Co ciekawe, obydwa zespoły łączy tragiczny przypadek śmierci perkusisty. W 1983 r. na leukemię zmarł Martyn Bull, któremu Martin Phillipps poświęcił później „I Love My Leather Jacket”. W 1989 w wypadku motocyklowym zginął zaś Pete de Freitas z Echo and The Bunnymen.

wtorek, 5 czerwca 2018

Saint Etienne - Avenue (1992)











8.5

Po dwóch znakomitych coverach, „Only Love Can Break Your Heart” i „Kiss And Make Up”, debiutanckim autorskim singlu „Nothing Can Stop Us” ukazującym niesamowity popowy zmysł grupy oraz mocno klubowych skokach w bok pod szyldem Cola Boy, poprawionych chwilę później ultra-tanecznym “Join Our Club”, Saint Etienne ujawnili światu najbardziej romantyczną część swojej natury. Wydany w lutym 1993 przebój “You’re In A Bad Way” zajmował w singlografii Brytyjczyków pozycję dokładnie pomiędzy smutno łamiącym serce „Avenue” a klasycznie balladowym „Hobart Paving”. Choć obydwa z wymienionych utworów warte są by zatrzymać się przy nich na dłużej, palmę pierwszeństwa przyznałbym temu wcześniejszemu.

Można chyba powiedzieć, że słodycz głosu Sary Cracknell właśnie w „Avenue” osiąga rejony optymalnie ujmujące. Wokalistka absolutnie zniewala sposobem prowadzenia piosenki, w której melodie po brzegi wypełnia tęsknota i melancholia. Wokalnych hooków jest tu wiele, najważniejszy to teoretycznie piękne oooh nucenie, połączone z powtarzanymi przez Sarę słowami Young hearts, czyli jakby nie było refren. Z drugiej strony wejście w zwrotki, sentymentalny pre-chorus i „cytrynowy” mostek równie efektywnie sprawiają, że coś w człowieku mięknie. Ckliwość - słowo klucz, nie dość, że nie stanowi najmniejszego problemu, to staje się wręcz jedną z istotniejszych przyczyn nurtującego uroku kompozycji. Pod tym względem nagranie przywodzi nieco na myśl piosenki Julee Cruise z „Floating Into The Night”, oczywiście w wersji brzmieniowo i produkcyjnie nowocześniejszej, nie tak fatalistycznej, acz nie mniej emocjonalnej. Magia udziela się zwłaszcza w ponad siedmiominutowej wersji znanej z albumu i singla. Brak wspomnianego już wcześniej esencjonalnego fragmentu: Wish my heart's wish climbing out your window, For your savage amusement, You put a spell over me, well, Smells like lemon flavor połączonego z trzecią zwrotką: Tuesday, if I had you back again…, w krótszej niemal o połowę wersji promo opatrzonej teledyskiem oraz puszczanej w radiu należy uznać za zbrodnię.

wtorek, 29 maja 2018

Cranes - Jewel (1993)











8

W tajemniczym i fascynującym utworze z drugiej płyty Cranes, bas i akustyczna gitara pobrzmiewają na modłę kilku fragmentów wczesnej twórczości The Cure. Po wstępie złożonym z dźwięków wyrazistej perkusji i zadumanych melodii można ulec wrażeniu, że za chwilę Robert Smith* zaśpiewa nam: You fall in love with somebody else, Again tonight. Owy nastrojowy grunt przygotowany jest jednak pod enigmatyczną, dziecięco-gotycką Alison Shaw. Już sama ta prosta aranżacja wydaje się wciągać w bezdenną głębię, ale wymiar prawdziwej niesamowitości osiąga do spółki z niecodziennym śpiewem wokalistki. Pojawia się tu zatem wszystko, czego „klimaciarze” mogliby sobie życzyć: ulotność, eteryczność, mrok i słodycz. Do tego oczywiście genialna, opatrzona odpowiednią oprawą kulminacja: There would be no more screaming it awaaaaay, przy której mam poczucie, jakby coś przez dłuższy czas tylko delikatnie nęcącego pochłaniało mnie nagle gwałtownie w całości.  

* Kilka miesięcy po ukazaniu się LP „Forever” Bob miał nawet znaczący udział w nagrywaniu nowej, singlowej wersji „Jewel”, która dość znacząco różniła się od albumowej. Choć była muzycznie interesująca, coś z gęstej, frapującej atmosfery oryginału chyba jednak w niej zginęło.

czwartek, 17 maja 2018

The Saturday People / The Clientele - Grace / Porcelain (2001)











8

W lipcu 2001 roku, 5 miesięcy po „rodzinnym” splicie z The Relict, wydanym za sprawą maleńkiej brytyjskiej wytwórni Johnny Kane, ukazał się kolejny siedmiocalowy winyl z udziałem grupy Alasdaira MacLeana. W tym przypadku The Clientele łączyli siły z kolegami zza oceanu, istniejącą od zaledwie 2 lat, ale złożoną z rozpoznawalnych w amerykańskim indie-światku muzyków, formacją The Saturday People. „Grace/Porcelain” trafiło do nielicznych sklepów płytowych nakładem również zlokalizowanego w USA labelu Slumberland Records.

Slumberland w pierwszej połowie lat 90. stał się znany jako wydawca m. in. Velocity Girl, Boyracer, Stereolab, Swirlies, Lilys i Black Tambourine. To właśnie w tych zespołach grali wcześniej Terry Banks, Archie Moore i reszta członków The Saturday People. Aby prześledzić, kto dokładnie przewinął się przez jaki skład, warto byłoby zapewne rozrysować wszelkie konotacje na słusznych rozmiarów drzewie genealogicznym. Warto jednakże wspomnieć, że sam założyciel wytwórni, Mike Schulman, stanowił ¼ załogi kultowego Black Tambourine, a The Clientele z twórcami „Throw Aggie Off The Bridge” łączyła nić w postaci znajomości z wokalistką Pam Berry. Tą samą, która na splicie sprzed niespełna pół roku śpiewała wraz z Alasdairem piękne „(I Can’t Seem) To Make You Mine”.

Piosenki na „siódemce” z The Relict były osadzone w bardzo podobnych estetykach i także pod względem jakościowym jednoznaczne wskazanie, która jest lepsza stanowiłoby spory problem. Tutaj ten umowny kłopot także istnieje, ale z powodu zupełnie odwrotnego. Obydwa utwory nie leżą może w kosmicznie oddalonych od siebie muzycznych rzeczywistościach, ale są jednak na tyle odmienne, że wszelkie wartościowania tracą sens. Innymi słowy, każdy jest szalenie dobry na swoich własnych zasadach i obydwa pięknie się od siebie różnią.

„Grace” to czysty gitarowy pop, nie tak rozmarzony ani liryczny jak u MacLeana, za to melodyjniejszy wokalnie i klasyczniej piosenkowy ogółem. Wspólny mianownik z The Clientele najprędzej usłyszymy w zadbanych, z lubością szytych melodiach, z których wyłaniają się zwrotki. Na tym jednak właściwie koniec, ponieważ z biegiem prowadzenia utworu Banks i spółka zapuszczają się w rejony, jakich u stroniącej od bezpośrednio rock’n rollowych środków wyrazu brytyjskiej grupy nigdy nie uświadczymy. Kompozytorski kunszt kawałka The Saturday People ujawnia się tym bardziej, im silniej panowie dają się ponieść frywolnym wpływom lat 60. O ile w pierwszej części zwrotek amerykanie brzmią jak kolejna fajna, choć niepozorna indie popowa kapela odpowiednia swoim czasom, tak od momentu old-schoolowych chórków przed refrenem i beatlesowskiego I won’t call you on the phone zaczyna się nieśmiała przemiana, zwieńczona ostatecznie zadziornym outro a la The Rolling Stones czy The Kinks. Pomiędzy tym wszystkim pada też oczywiście subtelny, skapujący z naturalną gracją refren. 

„Porcelain” autorstwa The Clientele znakomicie spełnia na splicie rolę rewersu, będąc przy tym, jak już wcześniej wspomniałem, nagraniem niemniej fascynującym. „Grace” cechowała się zwartym kompozycyjnym szkieletem, popową bezpośredniością i standardowym dla piosenek podejściem do tekstu, który stanowi jakąś opowieść. Optyka, jak przybierają MacLean, Hornsey i Keen pod niemal każdym względem wypada zaś totalnie osobliwie. Panowie wyrażają się poprzez lo-fi’ową oprawę, niedające się zbyt łatwo przeniknąć melodyjne niuanse i zdystansowany wokal. Brak sztywnych reguł, typowych zwrotek-refrenów, w to miejsce wolny przepływ natchnionych impresji. Tekst bardziej jako klimatyczna poezja, niż cokolwiek na kształt czytelnej fabularnej historii. 

Urok pierwszego z utworów możemy porównać do ogrodu skąpanego w promieniach słońca. Drugiego z kolei, do tego samego miejsca, ale rozświetlonego wieczornym blaskiem księżyca. Jeżeli kawałek The Saturday People niesie pobudzającą radość, nagranie The Clientele wprowadza obfite pokłady nastroju. Do spółki słucha się ich wyśmienicie, a wytrawność progresji akordów oraz songwriterskich konceptów sprawia, że odsłuchy te jawią się nie tylko czasem spędzonym przyjemnie, ale i zajmująco.

piątek, 20 kwietnia 2018

The Relict / The Clientele - Held In Glass/ (I Can't Seem) To Make You Mine (2001)













7


Mając już na koncie pierwszą większą płytę, czyli kompilację „Suburban Light”, The Clientele w kolejnych miesiącach ponownie ograniczyli się wyłącznie do udziału w kilku bardziej kameralnych wydawnictwach. Tym razem przyszedł czas na splity, a więc single współdzielone z zespołami pokrewnymi stylistycznie. W latach 2001-2002 ukazały się kolejno: „Held in Glass / (I Can't Seem) To Make You Mine” z The Relict, “Grace/Porcelain” z grupą The Saturday People oraz “Six Foot Drop / We Could Walk Together”, gdzie obok zespołu Alasdaira MacLeana podpisała się kapela Clock Strikes Thirteen.

Fakt, iż muzyka pierwszej z wymienionych formacji pasowała do twórczości londyńskiego tria, jak ulał, nie mógł dziwić. Za projekt The Relict odpowiadał stary kompan Alasdaira, Innes Phillips, który podobnie jak i perkusista, Dan Evans, był członkiem The Clientele w pierwszych latach istnienia zespołu. Udzielały się w nim znane na niezależnej scenie postacie: Lupe Núñez-Fernández (Pipas), Pam Berry (Black Tambourine) czy Gavin Baker (Glider). Co jednak najważniejsze, swoje trzy grosze wtrącali tam także MacLean, Keen oraz Hornsey we własnej osobie.

Choć liderami obydwu projektów byli Phillips i MacLean, w każdym z utworów zawartych na wspólnym splicie pierwsze wokalne skrzypce grają kobiety. Najpierw w czarownym „Held In Glass” Abigail Marvell na tle bardzo Clientele’owskich melodii, ale i basu przypominającego nieco o The Field Mice, zaprasza na ulotny spacer pustymi ulicami. Następnie Pam Berry przy równie subtelnym i arcyromantycznym aranżu „(I Can’t Seem To) Make You Mine” śpiewa o niemożności uczynienia kogoś tym swoim. W obydwu przypadkach panowie w pewnym momencie podłączają się do koleżanek. Innes, człowiek o głosie niemal bliźniaczym do MacLeana, miękko artykułuje dwie linijki krótkiej drugiej zwrotki piosenki The Relict. Alasdair natomiast, ujawnia się wokalnie wraz ze startem refrenu, tworząc z solistką Black Tambourine damsko-męski duet. Ta wersja, choć chronologicznie pierwsza, jest aktualnie dużo mniej znana od wykonania zawartego na albumie „Strange Geommetry” z 2005 r., gdzie utwór wykonuje już sam Alasdair MacClean. W obydwu nie zmienia się jedna rzecz. Tak samo ważne i sugestywne pozostają ostatnie, oddające ogrom odpowiedniej dla The Clientele muzycznej wrażliwości linijki: So I lingered with the people, In the silent August glade, But the rain has brought the night, And the night has brought the rain.

sobota, 24 marca 2018

10 polskich (odcinek 4)





















Kto kiedykolwiek zetknął się z muzyką The Freuders, musi odpalać „Rhino” z przekonaniem, że kilka najbliższych minut w jakimś stopniu spędzi na pewno słuchając dźwięków mrocznych. Kto natomiast liczy pod tym względem na niespodziankę, nie zazna jej. Nowy numer Warszawiaków wprowadza niepokój już na starcie, osaczając ponurym nastrojem przez pierwsze 1,5 minuty. Wtedy to utwór, który mógłby w ten sposób sączyć się jeszcze spory kawałek czasu, zmienia jednak swoją trajektorię. Mroczny, nieco otępiający rock przemienia się w mroczny rock o dobrej dynamice i ciekawych zagrywkach. Rozpędzona gitara i witalna sekcja rytmiczna przejmują dowodzenie, wokal słusznie podąża ich śladem. Zespół jakby wydostaje się ze swojej czarnej dziury, ale jednocześnie wciąż trochę w niej tkwi. Być może tak mu najwygodniej. 



Jest coś w tej totalnej produkcyjnej prostocie, nadrabianej dużym urokiem kompozycji i wykonania, co kieruje moje myśli w stronę utworów wydawanych przed dekadą na pierwszych składankach bloga We Are From Poland. „Eight And A Half Woman” każe podejrzewać autorów o fascynację twee i klasycznym indie popem, a zestaw skojarzeń, którego motywem przewodnim będą repre-zentujące owe stylistyki kapele z wokalistkami, może mieć w tym przypadku całe mnóstwo wariantów. Pierwszy singiel Free Games For May to propozycja arcymelodyjna, piosenkowa, więcej niż pod jednym względem przywołująca beztroską aurę wiosennych miesięcy. W końcu jeśli, jak śpiewa Hanna Went: everyday is a Fool’s Day, to każdy dzień może być dniem kwietniowym, a zatem i wiosennym.       



“Obręby Rewiry” to, jak mawiają anglojęzyczni, Kiev Office “at it’s finest”. Zawartość jest tu właściwie znajoma, w tekście delikatna abstrakcyjność i penetrowanie przestrzeni (parterowe domy, i mijam też baraki), w warstwie muzycznej nienaganne gitary oraz refren, którego nie da się wypędzić z pamięci. Wszystko oczywiście gdzieś na skrzyżowaniu melodyjności, szorstkości i lekkiego szaleństwa.  



Czy utwór w stylistyce sypialnianego lo-fi-popu można nazwać bardziej adekwatnie? Zielona Sandra prezentuje się w „Bed” trochę niczym polska odpowiedź na kapele, takie jak Youth Lagoon czy Fog Lake. Kompozycja wypada najlepiej tam, gdzie niewyraźny wokal harmonijnie komponuje się z klawiszowymi melodiami, a odrobinę mniej fajnie w momentach przecinania owej harmonii za sprawą głośnej gitary. Jakkolwiek sam pomysł i motyw do złych nie należą, to słysząc choćby jak kapitalnie wybrzmiewa druga zwrotka piosenki, zastanawiam się, czy nie dałoby się tak trochę dłużej? Chłonąc klimatyczny, wieczorowo-deszczowy fragment od 1:17 do 2:32 nie trudno mi sobie wyobrazić, że takie dźwięki mógł swojego czasu wydać np. Polyvinyl. Mówiąc krótko – potencjał i projekt, którego dalsze kroki powinny budzić ciekawość. 



Indeks trzeci na „Mutual Dreaming” wita słuchacza wgniatającą w ziemię ścianą dźwięku. Choć kilka razy znak życia dają tutaj usiłujące się przebić melodyjne zagrywki, kolejne fale chropowatych warstw sprawiają, że ich obecność pozostaje jedynie symboliczna. „Balloon” to mocna dawka smoliście gęstego post-hardcore’u, w którym zarówno instrumentalnie, jak i wokalnie, negatywna emocja eksplorowana jest w sposób jeżący włos na głowie. Tak mógłby brzmieć doppelgänger zespołu Trupa Trupa.     



U Mateusza Franczaka zapadła noc. „All About” z intrygująco zatytułowanej płyty „Night-Night” jawi się utworem z natury zupełnie innym od opisywanego niegdyś przeze mnie „Lazing”. O ile opener „Long Story Short” leniwie i przyjemnie rozlewał swój pogodny nastrój, tak siedmio-minutowy singiel zapowiadający nowy album nie niesie już za sobą podobnie błogiej atmosfery. Od pierwszych chwil można wyczuć, że coś tu wisi w powietrzu, wyraźnie się nawarstwia i chyba w pewnym momencie wybuchnie. Gorycz? Żal? Smutna refleksja? Dwoma w zasadzie kluczowymi elementami: elektryzująco prowadzącą narrację gitarą i wyrażającym prosty, acz nurtujący tekst wokalem muzyk zręcznie trzyma w napięciu, a wręcz chwyta za gardło.



Do każdego, kto wie, jak to jest być dwudziestoparolatkiem z małej miejscowości, a może i nie tylko, tekst „Chłopaka z Futerałem” musi przemówić, w co najmniej kilku momentach. Zwrotka pierwsza i druga, zestawione ze sobą, to jakby konfrontacja tego, co dawniej, z tym, co obecnie. Wspomnienie beztroski kontra świa-domość aspektów dorosłego życia. Trochę smutno, bo czegoś już nie ma, ale pojawia się i pogodny akcent, bo też coś, co dobre pozostało bez zmian: Próba nie jest już jak święta msza, lecz się dalej na nią gna! Te odczucia się mieszają, a muzyka nie tylko im towarzyszy, ale też sumiennie je oddaje, emulując słodko-gorzkie znaczenia tekstu. Choć wokal z początku może brzmieć nieco topornie, jego melodie tam gdzie trzeba dają o sobie znać, a są i big-beatowe melodie gitar i nieodłączne już podśpiewywanie Oli Bilińskiej.   



W wywiadzie dla Noisey Stefan Wesołowski powiedział, iż: „ma nadzieję, że każdy utwór (z ostatniego albumu) może też funkcjonować samodzielnie i jako ten wycinek z całości nieść swoją część historii i swój kolor”. „Hoarfrost II” to może tylko kompozycja, która na „Rites Of The End” spodobała mi się najbardziej, ale może także najznakomitsze spełnienie nadziei, jaką wyraził w tamtym momencie autor.

Skąd w tytule rzymskie „II”? Oczywiście wynika to z tego, że był też kiedyś „Hoarfrost I”. Węsząc nieco w internecie możemy dowiedzieć się, że został on wydany już 6 lat temu i stanowił w zasadzie tę samą kompozycję, ale mniej rozbudowaną, krótszą prawie o połowę. Nazwa składanki na której się ukazał, „Scary Playgrounds”, jest zaś zdecydowanie nieprzypadkowa, albowiem o charakterze nagrania mówi bardzo wiele.  

W wersji nowszej, albumowej, Stefan prowadzi utwór dużo wolniej, co wychodzi mu zdecydowanie na korzyść. „Hoarfrost II” łatwo wyobrazić sobie jako kapitalny soundtrack do podniosłych filmowych scen. Dźwięki mogą kojarzyć się z oglądaniem zakamarków średniowiecznego zamku, może kościoła, a może pola bitwy? Jest w tym jakaś groza, coś na specyficzny sposób mrożącego krew. O ile w pierwszym „Hoarfroście” kluczowy dla utworu motyw skrzypcowy wybrzmiewa niemal natychmiast, tutaj zostaje w pełni ukazany dopiero po dłuższym wprowadzeniu. Ta różnica jest tu diametralna. To ten moment, kiedy perspektywa się zmienia, staje się pełniejsza, kiedy słyszymy/widzimy coraz większą część sceny/pejzażu, dostrzegamy kolejne pojedyncze elementy, ale i wszystko razem ze sobą.  Skrzypce i drone’owe zakłócenia tworzą dysonans. Nachodzące na siebie dwa plany równolegle docierają do swojego apogeum i wspólnie gasną. Coś przeradza się w zgliszcza, znika jakiś świat.  



Można zaryzykować stwierdzenie, że „Jeziorny” ma swój awers i rewers. Tym pierwszym jest hipnotyczny wstęp, wprowadzające w trans jednostajne, ale sprawiające, że chce się w to WEJŚĆ pierwsze prawie-pół utworu. Druga strona monety to zaś część jeszcze bardziej rozkoszna, poczęta od świetnego momentu, w którym wyłania się wokal. Gdyby wydali to gdzieś w USA około 2003 roku, pasowaliby zapewne do szufladki freak-folk i może dostali naklejkę z podpisem BNM. Nie powinno nawet przeszkadzać, że „Jeziorny” zakorzeniony jest w rodzimej muzycznej tradycji oraz bazuje na melodiach i liryce żywcem inspirowanych folklorem polskiej wsi, które WCIAS magicznie uczynili tu całkowicie atrakcyjnymi także dla przeciętnego słuchacza alternatywy i popu.



W ambitnym, prawie ośmiominutowym “More” słychać wyraźny progres zespołu z Bielska-Białej w porównaniu z piosenkami, które znalazły się na ich debiutanckiej EP’ce z 2014 roku. Singiel Radiovidmo brzmi epicko, głęboko i mocno, a momentami nawet ciężkawo, choć przy tym cały czas wrażliwie i emocjonalnie. Przez osiem minut kawałek wędruje poprzez różne stany oraz nastroje, solidnie zahacza o smutek albo nabiera na intensywności. Do końca nie opuszcza go jednak mglista i misterna aura, nadal plasująca tę kompozycję najbliżej rejonów dream popowych

10 polskich odc 3 
10 polskich odc 2 
10 polskich odc 1