wtorek, 28 lutego 2012

The Real McKenzies - Off The Leash (2008)

W ramach katalogowania moich wypocin, z różnych lat, serwisów i blogów, wrzucam wszystko tu na Dirty Boots. Recenzje nowe, stare, krótkie i długie, dobrze i źle napisane, poppunk, indie, whatever.












7

Muzyka Real McKenzies to wtórność od wtórności muzyki zapoczątkowanej jakieś dwadzieścia pięć lat temu przez celtycko rockowy zespół The Pogues. Bardzo sprytna bostońska grupa Dropkick Murphys przed ponad dekadą ten gatunek zwany irish rockiem i celtic rockiem przekształciła w celtic punk. Od tego momentu rozpoczął się boom na granie w podobnym stylu. A recepta była bardzo prosta: wpływy The Pogues wyposażyć w butne, szybkie i mocne elementy rodem z ulicznego punk rocka. Pojawiło się sporo zespołów takich jak Flogging Molly , Flatfoot 56 albo Blood Or Whiskey. Kilka lat temu bardziej znani światu stali się również The Real McKenzies, którzy granie rozpoczęli już stosunkowo dawno bo w 1992 roku.

Celtycki punk pomimo tego, że tylko odgrzewa kotleta The Pogues (swoją drogą też odgrzewającego folklor irlandzkich oraz szkockich pieśni) ma w sobie jakąś wyjątkową zdolność do nie nudzenia. Słuchając kolejnych krążków i kolejnych wykonawców rzadko mamy dość. Nie pojawia się poczucie przejedzenia. To specyficzne brzmienie tradycyjnych instrumentów: akordeonów, bandżo, dud, bodhramów(?) sprawia, że chcemy więcej, więcej, więcej…

Każdego napalonego na celtyckie wymiatanie słuchacza powinien usatysfakcjonować opener nowej płyty The Real McKenzies. „Chip” posiada wspaniały motyw angażujący wymienione w końcówce poprzedniego akapitu urządzenia , wokal Paula McKenzie świetnie uzupełnia się z perkusją przez co kompozycja staje się idealnie zgrana i porywająca. W „The Lads Who Fought And Won” słyszymy już więcej gitary, perkusista ogranicza się do typowo punkowego wybijania rytmu a solista śpiewa bez wyraźnej pasji na tle świszczących instrumentów. Po nim następuje moment wprost kapitalny. Pełen werwy pub anthem „The Ballad Of Greyfriars Bobby”. Werwy bliższej raczej kapeli Dave’a Kinga niż dzikiej energii Dropkick Murphys.

Zabawne jak w tym momencie przewidywalna robi się konstrukcja albumu. Zaczęli znakomicie, dalej rzucili nieco słabsze nagranie by po chwili uderzyć następnym bardzo dobrym. Swoją klasę pokazują w (szkocką) kratkę. Czwarty „Kings Of Fife” pozwala przejść obok siebie obojętnie a następujący po nim „Old Becomes New” jak nie trudno się domyślić wytrzymuje porównanie z numerem 1 i 3. Szybkie, melodyjne zwrotki, rock’n rollowe solówki, krzyczący woo-hoo! wokalista i wpadający w ucho refren wypełniają dobrze zagospodarowane 2 minuty i 13 sekund. Mogę się założyć, że to jeden z pewnych fragmentów koncertowych tej kapeli.

Szóstka niespodziewanie też wypada całkiem przekonywująco. „White Knuckle Ride” nie brzmi już tak beztrosko jak jego poprzednik przez co nieco wzbogaca kontrast krążka. Mocniej wzbogaca go „The Maple Trees Remember” – sielska, spokojna kompozycja gdzie nie ma już dud i akordeonów są za to smyki podkreślające country’owy charakter utworu. Ósmą piosenkę czyli „Anyone Else” septet z Vancouver zagrał na szybko i rockowo. Wciąż jest dobrze i bardzo dobrze, ale jeden zarzut postawić trzeba. Przy kreatywnym i zróżnicowanym budowaniu samych piosenek zniknęła gdzieś esencja irlandzko-folkowego klimatu. Jeśli charakterystyczne elementy tego gatunku są to raczej mało efektowne i słabo zauważalne. Wciśnięte jakby od niechcenia powielają patenty brzmienia tych instrumentów z początku płyty.

To samo dzieje się przy „The Mangy Hound”. W pełni udana kompozycja, ale wtórujące gitarom i perkusji dudy znów nie zaskakują niczym nowym. Jeśli chodzi o ten styl, „Chip” był kawałkiem na naprawdę wysokim poziomie choć i tak ustępował wzorowemu „The State Of Massachusetts” z ostatniej płyty Dropkick Murphys. Widać, że choć Real McKenzies niewątpliwie należą do elity celtic-punkowego grania, oryginalnością nie grzeszą. „Off the leash” to po ludzku zadowalające wydawnictwo, które jest w stanie przynieść masę radości i sporo satysfakcji, a że Irlandii na nowo nie odkrywa, trudno…

„Too many fingers” to klasyczne punk rockowe nagranie. Trwa niecałe trzy minuty, posiada dobry, optymistyczny refren oraz atmosferę barowej popijawy rodem z irlandzkiego pubu. „Drink some more” obyło by się i bez gitary gdyż całą melodię zwrotek wygrywają dudy wraz ze skrzypcami. Połączenie to pozornie nieważne, ale pod względem budowy same w sobie interesujące. I jeszcze ta tematyka wraz z bezkompromisowym refrenem „so we’re drinking we’re drinking we’re drink some more we’re drinkin we’re drinkin we’re drinkin for free…” Tych gości nie da się nie lubić. Nastrojowa ballada „Guy On Stage” zdecydowanie przypomina „The Maple Trees Remember”, a brak punkowego brudu blisko przywołuje niektóre dokonania The Pogues. Zamykające „Culling The Herd” wyważono pomiędzy spokojem a dynamiką. Już w zwrotkach dochodzi do wrzenia zakończonego perkusyjnym skandowaniem, solidnymi rockowymi gitarami oraz wokalną ścieżką bliską tej z kawałka „In Vein”, Alkaline Trio.

Wytwórnia Fat Mike’a z dumą wystawiła swojego pionka na irish-folkowo-punkowym polu. Miał już celtycki punk lepsze płyty nawet w tym najbliższym współczesności okresie. „Off the leash” dolewa oliwy do ognia, ale wciąż cieszy uszy. Osobom nie mającym wcześniej z takim graniem do czynienia, nie świadomym jego korzeni przejdzie bez bólu tak jak i fanatykom gatunku, którzy tym smakowitym kąskiem nie pogardzą. Ci co lubią się czepiać są tu najbardziej stratni.


Little Comets - In Search Of Elusive Little Comets (2011)












7

Z jednej strony Little Comets postrzegani mogą być jako kolejny zespół-pupilek „New Musical Express” z góry skazany na przereklamowanie. Z drugiej, tej bardziej pozytywnej, jako bezpretensjonalna rockowa kapela grająca proste, wpadające w ucho,skoczne kawałki. Wydawać by się mogło, że czeka ich sukces w rodzimych mediach i nikłe zainteresowanie za oceanem. Okazuje się, że niekoniecznie. Tym razem „NME” odpuściło oceniając „In Search Of…” na ledwie przyzwoite 6/10. Zachwycili się nimi za to choćby na Sputnik Music przyznając wysokie 9/10. Tyle może na razie w kwestii numerków, którymi i tak nie ma co się sugerować, a które niech posłużą za ciekawostkę. Little Comets są jak Razorlight i Vampire Weekend, jak Arctic Monkeys, Franz Ferdinand i The Fratellis. To angielska, popowa kapela z gitarami, młode chłopaki wskrzeszające swoimi poczynaniami ducha post-punk revivalu połowy minionej dekady. Jeżeli przy ich utworach chce ci się tańczyć, ruszać, tupać nogą albo rytmicznie stukać palcami, to znaczy, że spełniają one swoje zadanie. Na tej płycie nie ma silenia się na wysoką sztukę czy posuwania jakiegokolwiek gatunku do przodu. Jest rozrywka w postaci dziesięciu skrojonych pod singlową motorykę kawałków i zaledwie jednej ballady umieszczonej na końcu. Możliwe, że wokalista jest nieco irytujący, może kompozycje do wybitnie zajmujących nie należą, ale debiut Little Comets posiada groove, dzięki któremu swobodnie mogę go słuchać dwa razy pod rząd. Bo kiedy dobiega końca „Intelligent Animals” mam ochotę raz jeszcze włączyć „Adultery”. A po nim „One Night In October” i tak już dalej, ponownie aż do numeru 11.

Mew - No More Stories Are Told Today, I'm Sorry, They Washed Away (2009)












8

Jak wyglądają na dzień dzisiejszy skojarzenia miłośników muzyki alternatywnej odnośnie krajów skandynawskich? Zdecydowana większość w odpowiedzi wykrzyknie: SZWECJA! Młodzi przywołają pewnie nazwy takie jak Tough Alliance, Sally Shapiro, Jens Lekman. Ci z reumatyzmem wymówią słowo ABBA. Spora część zawoła jednak: FINLANDIA! ISLANDIA! Bo Sigur Ros, bo Björk, The Knife i Múm. Ktoś tam wpadnie na pomysł: NORWEGIA. Z tym, że będą to głównie skojarzenia z palącymi kościoły blackmetalowcami, więc ta osoba ostatecznie zamilknie ze wstydu. Wreszcie kilka jednostek w tłumie nieśmiało wyduka: „Dania?”

Wszystkich wyżej wymienionych dzieli naprawdę wiele. Wspólną cechą jest oryginalność. Ta stylistyczna niesamowitość i klimat jakże daleki od tego co czynią liczebnie potężniejsi Amerykanie lub Anglicy. Dla wielu tych artystów najodpowiedniejszym słowem byłaby po prostu magia. Bajeczne Sigur Ros czy fascynujące wyczyny Jóhanna Jóhannssona to mimo wszystko trochę inna wrażliwość niż takich Mercury Rev dajmy na to. Oni są niewątpliwie wyjątkowi, jedyni w swoim rodzaju. Istnieją względem nich podejrzenia o kontakty z innymi światami (elfy, kosmici). Duńczycy z Mew natomiast całą swoją artystyczną wrażliwość, ogromną twórczą wyobraźnię i w podobnym stopniu czarodziejską atmosferę filtrują przez sukcesywnie rockowe/popowe wymiatanie. Płytą „And Glass Handed Kites” udowodnili trzy lata temu, iż są jednym z najciekawszych indie bandów na kuli ziemskiej obecnie. Teraz za pomocą “No More Stories Are Told Today, I'm Sorry, They Washed Away” wypadałoby to jeszcze potwierdzić.

Funkcję głównej perły jaką w 2006 było „The Zookeeper’s Boy” pełni znany nam od bardzo dawna singiel „Introducing Palace Players”. W wersji albumowej trochę dłuższy, wzbogacony minutowym intro. O ile w „Zookeeper’s Boy” zauroczyło śpiewane cieniutkim głosem słynne „are you? my lady are you?” tak tu nie można się uwolnić od genialnie połamanej rytmiki utworu. Jonas Bjerre nadal przybiera tony zwykle mężczyznom w jego wieku niedostępne. Śpiewa trochę jak przedszkolak, trochę jak krasnoludek, który wybrał się do lasu na jagody. Inteligentnie skrojony opener „New Terrain” zaprasza do ich barwnego, bogatego świata gdzie shoegaze’owe pasma rodem z ostatniego M83 eksplodują słuchaczowi do ucha. „Repeater Beater” dowodzi biegłości w wymyślaniu intrygujących motywów na przestrzeni utworu pojawiających się więcej niż jeden raz. Sami siebie opisali kiedyś jako „pretensjonalną kapelę art.-rockową”. Jest to dość dobre określenie, bo przecież wokal trąci poniekąd celową pretensją, a obcowanie z ich muzyką i obserwacja tego w jaki sposób budują utwory przywodzi na myśl krótkie, najbardziej adekwatne słowo: „art”.

Obronną ręką Mew wybrnęli także z formuły napisania siedmiominutowej, epickiej pieśni. Pozornie ckliwe i nieefektowne „Cartoons and Macreme Wounds” przy bliższym zetknięciu okazuje się piękną, kunsztowną balladą. Ekstatyczne rozwinięcie delikatnego „Hawaii”, a w zasadzie jego całość przynosi kolejny moment satysfakcji. „Tricks” dyskretnie przemyca feeling wrażliwej 80’sowej dyskoteki. W błyskotliwym „Sometimes Life Isn’t Easy” klasycznie nawarstwia się wielowymiarowość tkanki kompozycyjnej. Zarówno w nim jak i końcowym „Reprise” znowu słyszę echa zeszłorocznego Gonzalesa. Pominięte wcześniej „Beach” oraz „Silas The Magic Car” podchodzą pod wzorowe popowe piosenki. Jedyny moment przy jakim kręcenie nosem jest uzasadnione to „Vaccine”. To raczej średniak, nie pasjonujący tak jak praktycznie cała reszta.

Mew nie zawiedli. Do swej dyskografii dorzucili kolejną więcej niż solidną pozycję. Znów ujęli wrażliwością, ulotnym klimatem, ale przede wszystkim mocarnymi kompozycjami. Wyczyn jakim niebywale jest “No More Stories Are Told Today, I'm Sorry, They Washed Away” wydaje się przy tym jakby dokonany z niewielkim trudem. Są utalentowani, pomysłowi, posiadają szerokie horyzonty, więc nagrali sobie znakomitą płytę. Jakie to proste. Duńskie trio to dziś gracze, na których warto stawiać. Jeżeli odpowiadają za albumy takie jak ten albo „And The Glass Handed Kites” wymknięcie się z rankingów dekady jest w ich przypadku raczej mało prawdopodobne.

środa, 11 stycznia 2012

Aloha - Sugar (2002)













7.5

Na „Sugar” nieco zanika znana z pierwszej płyty kombinacja jazzu z indie popem, zespół o wiele chętniej kultywuje tradycje post-rockowe. Młodszej siostrze „That’s Your Fire” nie odmówimy tych samych rysów i ogólnego podobieństwa. Przemianie ulegają kształty, podczas gdy te same pozostają środki. 

Produkcja, brzmienie i udział poszczególnych instrumentów nie różnią się zbytnio. Te same kapitalne gitary, wyrafinowana rytmika i wibrafon. Już łechtające narząd słuchu dzwoneczkowe intro „Fractures” sprawia przyjemność w znajomy sposób. „They See Rocks” może jedynie wzmocnić wrażenie, że oto przed nami wierny follow-up debiutu, jawiąc się przy okazji utworem na poziomie tych najlepszych sprzed dwóch lat. Po nim następuje jednak mój ulubiony „Let Your Head Hang Low”, który co prawda przez kilka minut pozostaje wpadającą w ucho piosenką, ale im dalej w las, tym wyraźniejsza staje się w nim ucieczka od tradycji zwrotkowo-refrenowej. Mamy tu swoiste "Sugar" w pigułce, a więc z jednej strony melodyjne słodkości, z drugiej rozciągnięte końcówki, kombinowane struktury i improwizacje.

Jeśli ktoś ceni sobie eksperymentowanie, „Sugar” trafi do jego serca być może bardziej niż „That’s Your Fire”. Z grubsza rzecz biorąc, różnica jakościowa między tymi płytami jest jednak kosmetyczna, a obecność kompozycji tak dobrych, jak "It Won't Be Long", „I Wish No Chains Upon You” czy „Dissolving” sprawia, że można tu odpłynąć co najmniej równie mocno. Na drugiej płycie Alohy piękno i progresja triumfują na całej linii. 

wtorek, 10 stycznia 2012

Aloha - That's Your Fire (2000)













7.5

Ciemnoniebieska okładka zdobi śliczną jak z obrazka, pierwszą długogrającą płytę znakomitego zespołu, który w obrębie indie popowego grania od zawsze deklasował resztę stawki nietypowym podejściem, wyczuciem i unikalnością. Inwestycja Polyvinyla w tych kilku młodych, zdolnych i kombinujących chłopaków za sprawą „That’s Your Fire” zwróciła się pełnią artystycznej satysfakcji. 

Pasowali tam zresztą jak ulał. Do tej pory szeregi niewielkiej wytwórni uzupełniały głównie kapele mocno związane ze sceną indie emo: American Football, Braid, Rainer Maria. Poczucie nastrojowości oraz melodie Alohy również ocierają się o tę „midwestową” wrażliwość i mimo, że stylistycznie grupa wychodzi już na o wiele głębszą wodę, to bezboleśnie da się ją postawić niedaleko wyżej wymienionych. Tym sposobem Polyvinyl dopasował kolejny puzel do dotychczasowej układanki, proponując jednocześnie coś nowego i świeżego.

To, co przy okazji EP’ki „The Great Communicators” można było podejrzewać, tu jest już oczywistością. Tak, ten skład ma potencjał i potrafi robić rzeczy o jakich zwykłym rockowym rzemieślnikom się nie śniło. Nie są to goście, którzy założyli zespół, żeby podrywać laski graniem trzech akordów. To ekipa piekielnie muzykalnych ludzi, myślących pięcioliniami, potrafiących wspólnie osiągnąć perfekcyjne zgranie, wytworzyć wspaniałe harmonie i oczarować świetnym klimatem. „That’s Your Fire” przenosi jazzowe i prog-rockowe w duchu muzykowanie na płaszczyznę indie popu, ani na moment nie tracąc na przystępności, kuszącej modestmouse’owych niezali i nastolatków przeżywających uniesienia przy The Promise Ring

Nie powinno w takim razie nikogo zdziwić jeśli napiszę, że wszystkie kompozycje składają się tu na zwartą, przemyślaną całość. Największym minusem takich rozwiązań jest zawsze zagrożenie monotonii, tu jednak wszystko kończy się szczęśliwie, a twórcy osiągają prawdopodobnie pożądany efekt. Od początku do końca towarzyszy nam masa cudnych dzwoneczków, unikatowych dźwięków wibrafonu, fortepianu, klawiszy i innych czynników zapewniających swoistą elegancję. Mylny może okazać się wstęp do „Last Night I Dreamt You Slept Beside Me”, najpierw przywodzący na myśl coś elektronicznego, następnie za sprawą szybszego rytmu, punkowego, który w końcu ewoluuje do właściwego, eksperymentalnie popowego kształtu. „Ferocious Love” trochę kojarzy mi się z „When The Paris School Dismisses And The Children Running Sing” Joan Of Arc i jest to oczywiście skojarzenie najlepszego sortu. Poza tym wokal i songwriting Tony’ego zostały stworzone żeby raczyć nas tego rodzaju najbardziej urokliwą postacią czegoś, co określić da się tylko jako „heartbreaking music”.

Początek początkiem, ale moje ulubione momenty znajdują się w drugiej części. Najpierw szóstka i upust emocji w przeciętnie zapowiadającym się „A Hundred Stories”, który wyzwala w Cale'u Parksie perkusyjną bestię. Następnie ósemka czyli „Saint Lorraine”, dawkujące paranoiczność w stylu powstałego 4 lata później albumu „Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain” (gdzie Cale miał swój udział). Jedno oczko dalej, najbardziej ujawniające klasyczny indie rockowy sznyt „With The Lights Out, We Sing” (wyrazista gitara) no i imponujące zakończenie „Sky High”. Idę o zakład, że to kawałek od samego początku napisany z myślą o domknięciu skrzętnie zaplanowanej całości. 

Na tym skończę wymienianie, które jak to w przypadku dobrych płyt mogłoby trwać o wiele dłużej (celowo pominąłem dziewięciominutowe „Heading East”). Bardzo spójne „That’s Your Fire” to postawienie wysokiej poprzeczki, która jednak dla wyćwiczonego skoczka okazuje się niczym. Przyszłość Aloha obfitować będzie w pewne zmiany i trochę już inne płyty. Inne na korzyść czy nie? Do przeczytania niedługo.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Joan Of Arc - In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust (2003)












7

Ta płyta przy kilkuletniej znajomości przysporzyła mi wielu mieszanych wrażeń. Od poczucia fantazyjnego zgwałcenia, kiedy okazało się, że Joan Of Arc nie zawsze brzmieli tak, jak na „Eventually All At Once”, przez częściową sympatię do niektórych fragmentów, po niemal całkowitą akceptację i zrozumienie czegoś, czego najlepiej nie rozumieć.

I started. he said so. are you from around here? Well if anyone invites you in, just politely say “no thank you.”

Kuriozalne poczucie estetyki daje o sobie znać już na początku, w specyficznej (jakżeby inaczej) opowieści o synu farmera. Samo „Sing The Scarecrow Song” wystarczy, aby uświadomić sobie, że choć są lepsi i więksi, to drugiego takiego jak Tim Kinsella nie ma na pewno. Następujące po nim lunatyczne „Happy 1984 and 2001” z wyliczanym jak mantra: sidewalk shadow, bird shadow, cowboy shadow, bicycle shadow, cigarette shadow, marijuana shadow, cocaine shadow, ecstasy shadow, Dick Cheney shadow, zapisuje się jako jeden z najbardziej pamiętnych momentów krążka. Przedziwny, choć znakomity zarazem.

Za sprawą sennie uwodzącego „Excitement Is Exciting” dowiadujemy się, jak może brzmieć odpowiedź Joan Of Arc na neo-psychodelię. Tuż po nim doznajemy zaś kompletnego absolutu w postaci „Barge”. Utworu prowadzonego tym razem przez obojętny głos Todda Mattei, do cna smutnego i dołującego, ale z której by strony nie spojrzeć doskonałego. Melodia fortepianu, późniejsze harmonie wokalne z Timem i odległe pogłosy przynoszą poczucie obcowania z czymś jedynym w swoim rodzaju. Klasę solidnie podtrzymuje także „Gang Language”, który domyka pierwszą część podróży, gdzieś na granicy irytującej bezsenności i kolejnych koszmarów.

Za sobą mamy więc już tę przyjemniejszą część płyty, przed sobą z kolei intensywny mind-fuck. Sny robią się coraz bardziej surrealistyczne, nieregularne i rozmazane. Muzycy Joan Of Arc rezygnują z opanowania i nie zamierzają dłużej trzymać fasonu. Zaczyna się faza rozbuchanego tripu oraz improwizacji. Chaotyczne „Moonlightning” z elementami jazzowymi brzmi, jakby im się zepsuła taśma, ale wciąż jest w tym coś inspirującego. Wyjątkowo łagodne pranie mózgu oddziela od siebie pierwszą, akustyczną oraz drugą, eksperymentalno-dubową część "Dinosaurs Constellations".

Reszty szczegółowo nie opiszę. Wspomnę jedynie, że usłyszymy tam między innymi ochrypłe fałszowanie do szklanki, modyfikujący mózg popis samplingu czy skrawki oderwane z poprzednich utworów i pozostawione w przypadkowych miejscach. Na koniec znów dostajemy nagranie tytułowe, podsumowujące całość za sprawą ośmiu minut upiornych zgrzytów i pisków, trochę w stylu awangardowej części twórczości Sonic Youth.

Nie ulega wątpliwości, że przy okazji tej płyty Joan Of Arc znów się zmieniło. Na „In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust” zespół daje się jednak ponieść eksperymentalnym formom z lepszym skutkiem niż na „The Gap”, serwując równocześnie szczyptę nieco trzeźwiejszego podejścia do twórczości z komponowaniem wspaniałych piosenek włącznie. W kolejnych latach przyjdzie im spłodzić rzeczy lepsze i ładniejsze. Nigdy już chyba jednak równie osobliwe i artystycznie nieokiełznane.

niedziela, 8 stycznia 2012

Ringo Deathstarr - Colour Trip (2011)












7

„Walentynkowa płyta dla niezali”, słodkohałaśliwe twee i przyjemna zrzynka z My Bloody Valentine. Teksańska kapela o nazwie naznaczonej perkusistą Beatlesów wybiera dziś drogę podobną do tej, którą dwa lata temu ruszyli popularni The Pains Of Being Pure At Heart. Ze skutkiem lepszym, gorszym czy może porównywalnym?

Chwali się im balansowanie między strukturami wiosennymi i zwiewnymi w stylu Painsów, a zdecydowanym graniem shoegaze’owego „mięsa”. Nie wspomnieć o The Jesus And Mary Chain byłoby fajnie, ale niezbyt trafnie. Gitarowy noise, brud i hipnoza, rozmycie, narkotyczność wokali to integralna część tego, czym są Ringo DeathStarr. Z tego głównie względu wypadają dla mnie bardziej przekonująco, niż nowojorczycy, choć w samej kwestii delikatności, uroku, czy innych „kwiatów we włosach” pewnie by przegrali. Wpływy są najzupełniej przejrzyste. Już w pierwszym numerze wielu usłyszy Blindę i Kevina. W drugim, chyba najbardziej nośnym, pomimo wszelkich zgrzytów, szumów czy świdrującej solówki „Do It Every Time”, mogą pojawić się skojarzenia z dowolnym hitem a la „Just Like Honey”. Singlowe „So High”, chwytliwością idące łeb w łeb z poprzednikiem sympatycznie rozpędza się niczym „Pleasantly Surprised” zespołu The Soup Dragons ze składanki „C86”. Jego perfidny refren zaś należy do tych, których nucenie mogłoby wywołać dziwne spojrzenia osób w otoczeniu.

„Colour Trip” wypełniona jest zresztą kompozycjami nastawionymi na przebojowość („Tambourine Girl” czy „Chloe”). Okazjonalnie zespół serwuje także fragmenty wolniejsze, mgliste, senne, ale i wciągające. Tu wskazanie na odpowiednio zatytułowane „Day Dreamy” i ładny closer „Other Things”.