Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manchester Orchestra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manchester Orchestra. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 stycznia 2015

Podsumowanie 2014: albumy 50-37



50. Hospitality – Trouble

Określenia których możnaby z grubsza użyć do scharakteryzowania Hospitality przedstawiałyby ich jako zespół niezbyt oryginalny, nieszczególnie ciekawy, nieodróżnialny o setek innych.  Kwartet grający indie pop (jak wiele mówi to w dobie Rate Your Music?), operujący klasycznym pakietem instrumentów, z dziewczyną na wokalu, nagrywający melodyjne, bardzo przyjemne piosenki. Wszystko to przecież prawda, ale wszystko to może również przyprawić o zwichnięcie szczęki i nie służy za dobrą rekomendację do sięgnięcia po „Trouble”. Nowojorczycy proponują nam jednak rzeczy godne uwagi, bo pomimo wyżyn i nizin ich drugiej płyty, jeśli już wchodzą na te wyżyny, to efektem są najzgrabniejsze w swojej kategorii kawałki roku. Brzmią jakby zawzięcie wierzyli, że z pomocą sprawnej sekcji rytmicznej, odrobiny główkowania w kwestii kompozycji i aranżacji, urozmaicania materiału oraz pewnej siebie wokalistki będą w stanie zagrać w pierwszej lidze. Albo wynika to z prawidłowości takiego myślenia, albo wiara czyni cuda, gdyż „Nithingale”, „Going Out”, „Rockets And Jets” czy „It’s Not Serious” błyszczą songwriterską starannością i nawet bez elektronicznych efektów specjalnych brzmią całkiem jak na standardy 2014 roku atrakcyjnie. Niepozorna Amber Papini nie tylko dwojąca się w zdobywaniu nas dziewczęcym wokalem, ale również serwująca gitarowe solówki wydaje się liderować poczynaniom kapeli nadzwyczaj fachowo. Nie dam sobie jednakże uciąć ręki za to, że byliby w tym rankingu gdyby nie decydująca obecność „Last Words”. Intrygującej, rewitalizującej 80’sy, klawiszowej petardy z wycyzelowanym do granic przebojowości, jedynym (nie licząc chórków) w ciągu tych niezłych 38 minut wejściem męskiego głosu.


49. Grumbling Fur – Preternaturals

Niektóre albumy często lądują na naszych listach roku nie z powodu swej wyrazistości,  wywoływania estetycznej ekstazy czy emocjonalnych stanów, a z prostej przyczyny - przyjemnego, przemiłego dla ucha brzmienia, w które chcielibyśmy się wtulić gdyby tylko istniała taka możliwość. Panowie z Grumbling Fur pod żadnym pozorem nie operują kategoriami spontanu czy emocjonalności. „Preternaturals” to wytwór tworzenia wykalkulowanego i intelektualnego, zbiór produkcji przewidzianych do odsłuchu dla wysmakowanego dźwiękowo odbiorcy. A jednak zbiór dźwięków gładkich, nadal popowych, odznaczających się godną uznania wytwornością („Feet Of Clay”), połyskujących kolorami ambientu, folku czy psychodelii, ale w tonacji wyjątkowo spokojnej. Płyta spod znaku przyjemności wyrafinowanej.


48. Generationals – Alix

Na „Alix” nie spełnia się niestety optymistyczny scenariusz tych, którzy z niżej podpisanym włącznie widzieli w Generationals wielką indie-popową nadzieję białych. Następca „Hezy” nie okazał się „kolejną dużą rzeczą”, a jedynie dobrym, skocznym albumem na poziomie jakości swego poprzednika. A więc szklanka do połowy pusta albo do połowy pełna, w zależności od tego, jak w danym momencie spoglądamy na rzeczywistość. Czwarta płyta duetu Joyner-Widmer to w końcu nadal chlubny dla Polyvinyla materiał nie odstający chociażby od tegorocznych krążków Alvvays czy Wampire. Szkoda tylko, że błyskotliwa parada pierwszych dwóch singlowych kawałków nie została tu pociągnięta nieco dłużej. Piszczałkowy motyw przewodni i wakacyjna linia wokalna w „Black Lemon” ożywiają tęsknotę za melonowymi drinkami przed zatłoczonym sopockim molem pewnego wczesno-wrześniowego popołudnia. Klawiszowy hook „Gold Silver Diamond” orzeźwia równie skutecznie i radośnie. Zawartość indeksów 3-10 nie kryje już może większych hitów, ale z niemal nienaganną równością ciągnie wózek tej konsekwentnie rozrywkowej, opartej na elastycznych rytmach, pulsujących bitach i znamiennym już dla zespołu „kauczukowym” brzmieniu, płyty.


47. Manchester Orchestra – Cope

“oh mom, my heart is so black”

Nieinwazyjny, zwykły album rockowy. To pierwsze co przychodzi mi do głowy, gdy myślę o “Cope”. Już sama okładka wydaje się podejrzana. Biały napis, prosta czcionka i czarne tło? Na płycie niby ta sama stuprocentowa Manchester Orchestra, ale w wydaniu gitarowo klasycznym, jednolitym, pozbawionym fajerwerków. Wypada powtórzyć – zwykły album rockowy, choć zaskakująco uczciwy i przyzwoity. Nie uświadczymy tu wyrazistych przebojów na miarę „Virgin” i „Simple Math” z poprzedniej płyty. Nic nie zabrzmi tak chwytliwie jak „Pensacola”, co nie oznacza całkowitego braku melodii. Wcale nie, nawet jeśli chłopaki nadzwyczaj często i ochoczo rozwijają swe hard-rockowe zamiłowania. „Cope” to trochę powrót do korzeni, wejście do garażu i zagranie tego na co ma się ochotę, bez potrzeby sprostania komercyjnym wymogom ani tworzenia dzieła życia. Z tej mało porywającej, a jednak sprawnej jedenastki przemawiają do mnie szczególnie nienachalnie wpadające w ucho „Choose You” i „Girl Harbor” oraz muskularnie uderzający w refren „See It Again”. Smaczny kąsek stanowi również sygnowane fatalistycznymi lirykami i potężnym riffem nagranie tytułowe. Andy Hull potwierdza solidność swej songwriterskiej firmy. Chłopaki z Atlanty nadal pozwalają ze sobą sympatyzować.


46. Ozma - Boomtown

“one wish before I go, oooh woah-oh”

Na „Boomtown” panuje niezły bałagan. W każdym kawałku śpiewa ktoś inny, rola wcześniejszego wokalisty została zmarginalizowana, świetne piosenki sąsiadują z kiepskim rockiem dla nastolatków, a kiczowate klawisze szaleją w najlepsze. Natury anachronicznych, nerdowatych romantyków tym razem nie dało się ujarzmić. Chęć nagrywania cukierkowych instrumentali, space-popowych odjazdów oraz skrajnie bezpośrednich wyznań miłosnych została spełniona i udokumentowana. Nawet jeśli przez ostatni krążek Ozmy trzeba się przedzierać skipując poszczególny momenty, to wciąż znajduje się na nim kilka takich, dla których warto go odpalić więcej niż dwa razy. W „Nervous” należy docenić zarówno kompozycję autorstwa perkusisty jak i wokalne poprowadzenie jej przez prześliczną keyboardzistkę. „Girlfriend You’re The One” to nieprzeciętnej urody, zakochana ballada, pod jaką mógł się podpisać wyłącznie dotychczasowy mózg grupy Daniel Brummel. Z kolei „Out The Window” gitarzysty Jose Galveza rozpuszcza w rozmarzonych, anielskich melodiach. Wymieniając highlighty nie sposób zapomnieć o tytułowym „Boomtown” klasycznie realizującym nieśmiertelny schemat spokojna zwrotka-podbijany refren.


45. Fire! Orchestra – Enter

"you've got to exit to enter and enter to exit"

Najpierw zapraszali nas do wyjścia, teraz proponują wejście. Od czasu „Exit!” element zaskoczenia minimalnie stracił na mocy, choć tworzona tu muzyka nadal przyprawia o przedstawione na okładce rozszerzenie źrenic. Wolność, dzikość, brak większych hamulców. Granie bardziej szalone i destrukcyjne od punka, choć ukryte pod eleganckim płaszczem kulturalnego przecież jazzu. Ekstremalne poczynania wokalne Mariam Wallentin każą zastanowić się czy zachodzi tu w ogóle jakaś relacja na linii instrumentaliści-solistka? Czy na przestrzeni „Enter Part One” mamy do czynienia z niezależnymi od siebie improwizacjami totalnymi na dwóch płaszczyznach, czy jednak ktoś tu kogoś prowadzi albo, jak ja to mówię, trwa wzajemne nakręcanie się? W „Enter Part Two” orkiestra zezwala Simonowi Ohlssonowi zdominować pierwszą część na modłę noise-rockową, co więcej, użycza mu swojego wsparcia, ale w okolicach połowy utworu liderowi Silverbullit już dziękuje, by snuć całkowicie własną pogrzebową narrację. Część trzecia to gratka dla miłośników jeżdżenia paznokciami po szkolnej tablicy, tudzież drapania styropianu. Kolejna okazja pani Wallentin na zrobienie użytku ze swej artystycznej niepoczytalności. Możemy wyobrazić ją sobie jak w towarzystwie jazgoczących saksofonów i puzonów konwulsyjnie deklamuje awangardową poezję. Czwórka powraca do motywu z jedynki, muzycy powoli spuszczają powietrze, wykrzesając na koniec jeszcze szczyptę zajmującego hałasu. Oby energia i kreatywność Fire! Orchestry nie wypaliła się za szybko, a kolejne albumy powstawały w podobnym tempie i z taką samą konsekwencją gościły na corocznych albumowych listach.


44. Angel Olsen – Burn Your Fire For No Witness

"if only we grew wiser with each breath, if only we could dance our way to death"

Nie ma nic nadzwyczajnego we współczesnych wykonawcach ostro eksplorujących starodawne stylistyki. Nic ciekawego w stylizowaniu się. Nic szczególnie oryginalnego w dziewczynach z gitarami w sukienkach swoich babć. A jednak relacja między atrakcyjną staroświeckością i pulsem współczesności przy odrobinie talentu i wyczucia estetyki może skutecznie zaiskrzyć. Mnie na przykład przekonuje niedzisiejszość Angel Olsen. Myli się ten, kto sądzi, że druga połowa „Burn Your Fire For No Witness” jest słabsza. Co prawda, pierwsza błyszczy przebojowym zacięciem wstępu i dwóch singli oraz frapująco złowieszczym „White Fire”, ale to chyba dopiero w uroczo przedwczorajszych kompozycjach pokroju „Iota”, „Dance Slow Decades”, „Enemy” i „Windows” koleżanka z Missouri z największą szczerością odsłania nam swą country’ową romantyczną duszę.  


43. Wampire – Bazaar

Trochę za szybko, trochę nie tego się spodziewałem, ale podobnie jak u kolegów z Generationals to nadal jest album, którym nie sposób pogardzić. Wampire świetnie zapowiedzieli się na przełomowym dla nich „Curiosity”, a więc naturalną koleją rzeczy miał być już potężny follow-up, od jakiego pospadają czapki z głów. I owszem, obiecująco się to zaczyna, masakrują obydwa single – halloweenowe, pędzące na złamanie kręgosłupa „The Amazing Heart Attack” oraz 70’sowy pop „Wizard Staff”. Ujdzie zdekonstruowany pop punk (wokal a la The Dickies) „Bad Attitude” i zapatrzony w „Definitive Gaze” Magazine „Fly On The Wall”. Tli się coś kompozycyjnie w „Millennials” i „Life Of Luxury”. ALE. Te kawałki są też początkiem ucieczki w jakby nie do końca naturalny, różnie służący eklektyzm. I co tu dużo mówić, wstrzemięźliwość na poprzedniczce była większym sprzymierzeńcem. W jednych utworach pomysły wychodzą dobrze, w innych może nie tyle wypadają źle, co raczej całkiem ich brak. Ostatecznie jednak, słuchałem tego z przyjemnością i będę słuchał dalej. Klawisze się spisują, saksofon szaleje. Coś jestem w stanie tu kupić, na niektóre rzeczy popatrzę z zaciekawieniem, inne bez większej refleksji pominę. Jak to na bazarze.


42. Eternal Summers – The Drop Beneath

„The Drop Beneath” to album ułożony i zadbany. Nic tu nie wystaje, nie wychodzi za linię, nie trzeszczy ani nie jazgocze. Ponad połowę materiału stanowią jangle’ujące, dream popowe, lub klasycznie indie rockowe piosenki umiejscawiające część inspiracji grupy w pierwszej połowie lat 90., część zaś gdzieś w drugiej lat 80. W tej dość mało spontanicznej stylistyce da się jednakże tworzyć prawdziwie majstersztykowskie kompozycje. Spójność nie zawsze musi oznaczać coś dobrego, czasem spójne mogą być przecież krążki na których konsekwetnie nie dzieje się nic. Eternal Summers w ramach polityki spójności udowadniają jednak kreatywność poprzez mieszczenie się z wieloma świetnymi rzeczami w przestrzeni nie potrzebującej rozrzutu form i stylistyk. Motoryczne, ładnie śpiewane przez Nicole Yun „Never Enough”, „100” czy „Gouge” uzupełniające się z połyskującymi melodiami twee-popowymi perełkami „Keep MeAway” i „Not For This One” osiągają pełnię atrakcyjności. Niepokojąca gitarowa eskapada „Make It New” i przekapitalna balladka „Until The Day I Have Won” wyłamują się z obydwu linii wzbogacając całość odrobiną ciekawszej kolorystyki. Trzeci album tria jawi się chyba jak dotąd ich najlepszym, choć jak dla mnie wciąż widać tu otwartą furtkę do czegoś więcej.


41. Komety – Paso Fino

Warszawskie zakamarki, emocjonalne rozterki, ładne piosenki. Te rzeczy zawsze były w twórczości Komet mocnym punktem, żeby nie powiedzieć filarem. Ciężko zaprzeczyć, że coś w stylu grupy uległo w międzyczasie naturalnej zmianie. Zniknęła młodzieżowość, zawitała słyszalna w różnych miejscach dojrzałość. Wyżej wypisana esencja nadal zajmuje jednak odpowiednie miejsce, przez co obcowanie z „Paso Fino” ma szansę jawić się dla słuchacza wartościowym zajęciem. Zwłaszcza, że próby odświeżenia brzmienia zdecydowanie zagrały na korzyść Lesława i spółki. Stąd pewnie moja miłość do barwnej i fascynującej „Ulicy Kasprowicza”, sympatyzowanie z funkowym „Prywatnym Piekłem” czy szczere uznanie dla nostalgicznej melodii „Hotelu Artemis”. Najwięcej ze starych Komet odnajduje w „Sparaliżowanej od pasa w dół”, uśmiecham się również przy ironicznym „Ona i Niestety On”. Całkiem klimatyczny soundtrack do pierwszego roku studiów w stolicy.


40. United Nations – The Next Four Years

"to go right or go left, same old prism, different prisons"

„The Next Four Years” to wbrew pozorom album do słuchania. Oczywiście dla tych, dla których tego rodzaju brzmieniowa  przemoc może być w ogóle przyjemnością. Co prawda intelektualne koncepty grupy są niezmiernie ważne i przy całej tej ich „politycznej” otoczce, mogą sprawiać wrażenie elementu nadrzędnego. A jednak muzyka United Nations w żadnym wypadku nie służy wyłącznie za środek ilustrujący. Teksty na drugiej płycie hardcore’owej supergrupy to zaaranżowane na punkowe buntownictwo skomplikowane żarty Geoffa. Ironiczne „dżołki”, które zamiast śmieszyć uderzają raczej po mordzie. Jeśli kogoś taka zapowiedź intryguje, polecam sprawdzić, nie odmawiając sobie przy tym odrobiny zaznajomienia z kontekstem. Nieco bardziej zaangażowane słuchanie przynosi dodatkową satysfakcję, ale tak jak już wspomniałem, powerviolence Stanów Zjednoczonych jawi się na tym krążku wartością samą w sobie. Składają się na nią kapitalnie wycinane riffy, ultra-szybko-ultra-mocno uderzająca perkusja, ostre i masywne ściany dźwięków oraz naturalnie dużo dobrego krzyku. Nie brak też refleksyjnych melodii. Może zabrzmię kuriozalnie, ale „Serious Business” to kawałek na dobrą sprawę oparty na chwytliwych hookach. Subtelniejsze momenty „Meanwhile On Main Street” czy „F#A#$” mają szansę zadowolić żałobników po Thursday. „False Flags” posiada jeden kapitalny moment, na który warto zaczekać, a „Music For Changing Parties” albo „United Nations Vs United Nations” poza fajnymi tytułami fundują po prostu pierwszorzędną dawkę soczystego screamo. Zgodnie z poradami głównego aktora tej sztuki – „The Next Four Years” nie wolno brać zbyt poważnie. Warto natomiast przy odpowiednim psychicznym (i estetycznym) nastawieniu z tym arcyciekawym materiałem się zmierzyć. 


39. Warpaint – Warpaint

„in my dreams we all wake”

Zarzut o przerost formy nad treścią to nieodłączny element zestawu recenzenckich klisz. Przydatny zwłaszcza w przypadku muzyki silnie bazującej na brzmieniu, klimacie, lub innych środkach spychających czysty songwriting na dalszy plan. Wydaje mi się jednak, że często, także w przypadku ostaniej płyty Warpaint, można go odpierać poprzez postawienie prostego pytania „czy wszystko musi polegać na pisaniu piosenek?”.  Zgoda, że wielu odbiorcom, to kompozycje mogły się wcześniej w przypadku zespołu z Los Angeles podobać najbardziej, ale czy jeśli tym razem panie postawiły na kształty gęste, tajemnicze i mniej wyraźne, to efekt musi być z samego założenia słabszy? Otóż, chyba właśnie nie. Utwory z „Warpaint” pewnie trudniej byłoby tak po prostu zagrać na gitarze, bez pomocy odpowiednich efektów, co nie zmienia faktu, że na albumie brzmią wybornie. Wsłuchując się w fascynujące dźwięki „Keep It Healthy”, „Go In” czy „Teese” mam wrażenie, że w takiej rzeczywistości dziewczyny czują się najlepiej. Im więcej zagadki i mroku, tym bardziej im do twarzy. Jeśli zaś mają śpiewać piosenki, to najlepiej takie w stylu hipnotyzująco-niepokojącego, rozjeżdżającego się w trip-hopowym sosie „Disco/very”.  


38. Natural Snow Buildings – The Snow Country

Napisałem niedawno, że muzyka zimowa jest dla mnie więcej warta od muzyki świątecznej. Dzieje się tak, ponieważ muzyka zimowa to pojęcie o wiele obszerniejsze, pod które podciągnąć możemy coś więcej niż banalne radiowe pioseneczki i zamęczone do granic bezbarwności kolędy. Na przykład mroźne, klimatyczne utwory z „The Snow Country”. Francuski duet wprowadza nas w świat swojej ostatniej płyty powoli, krótkimi, na zmianę niepokojącymi i urokliwymi fragmentami. W „No Light Pollution” nasłuchujemy i obserwujemy (w wyobraźni) jak nad zimowym krajem kłębią się mroczne obłoki, po czym zapada ciemność całkowita. Po chwili siedzimy urzeczeni śpiewaną dziewczęcym głosem, nagraną na starą kasetę, smutną balladą, przywodząca na myśl Grouper lub His Name Is Alive. Tylko po to, by za moment dać się zahipnotyzować dwuminutowemu gotykowi jakże nastrojowo zatytułowanego „Weird Meetings At The Water Castle”. Od tego momentu epickość albumu Natural Snow Buildings ma nas dopiero pochłonąć. Błyskotliwe miniaturki co prawda nie giną, ale coraz bardziej blakną pod cieniem długich, niespiesznie ewoluujących form. Doskonały przekrój całości stanowi siedemnastominutowy „Rusty Knives Valley”, skupiający wszystkie jej najistotniejsze elementy: nastrój średniowiecznych lochów, psychodeliczno-folkową melancholię, dzwoneczki i słodki śpiew Solange Gularte. Z tym że fenomen „The Snow Country” równie często polega na jednostajności. Utwór tytułowy zaszczyca magią niezmienną, jednolitą, ale nadal niemiłosiernie wciągającą. „Sister Ritual” dla odmiany paraliżuje atmosferą grozy i upiorności. Przy kolejnych 1017 sekundach „Sandman Traps” wiemy już, że więcej niczym nas nie zaskoczą, ale to nie szkodzi. Wycieczkę po mediewistycznej, przerażająco pięknej i posępnej krainie kończy spokojna „Gothic Suburbia”. Promyki słońca znów nieśmiało przenikają przez zbitkę gradowych chmur. 



37. Freddie Gibbs & Madlib – Piñata

Nie śledzę nawijki Gibbsa, nie wsłuchuje się w jego teksty, w ogóle w całą tę płytę kompletnie się nie angażuję. Może powinienem, ale przy tylu ciekawych albumach w gatunkach, z którymi jest mi bardziej po drodze, na tę jedną zwyczajnie nie starcza mi czasu. Po co więc ona w podsumowaniu? Z prostej przyczyny, nawet niezobowiązujące słuchanie „Piñaty” robi mi przyjemność na tyle dużą, że nie wspomnienie o niej tutaj byłoby czymś złym. Te kawałki to prawdziwa kopalnia wyśmienitych dźwięków, wytrawna produkcyjna żonglerka pomysłowymi drobnostkami, mistrzostwo wyrafinowanych loopów i sampli. Nawet jeśli szczerze nie chce mi się (na chwilę obecną) czytać tekstów, a przy słuchaniu nie kontempluję, bo zajmuję się jednocześnie czymś zupełnie innym, wyczyny Madliba sprawiają, że chce mi się zakładać słuchawki i wchłaniać tę muzykę z dbałością u nie uronienie ani jednej nuty.  

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Ulubione utwory 2011 część 2 (miejsca 15-1)

15. Algernon Cadwallader – Preservatives












Dziś patrzę już na tych chłopaków jak na kogoś więcej niż tylko średnich naśladowców stylu Cap'n Jazz. Od teraz są dla mnie przede wszystkim twórcami najlepszego, najbardziej skocznego hymnu dla środków antykoncepcyjnych jaki słyszałem. No dobra, może słyszałem tylko jeden taki, ale to co dzieje się w jego drugiej części jest dla mnie porównywalnie z niespodziewanym hookiem w „Vermillion Plaza” Deastro sprzed dwóch lat. Rodzice indie-dzieciaków w USA mogą spać spokojnie.

LINK


14. The Strokes – Under Cover Of Darkness












Nie odważyłem się póki co wrócić po raz drugi do najnowszego krążka Strokesów. Jednakże jeśli ma on, choć w niewielkim stopniu tak wysoki poziom growerowania co „Under Cover Of Darkness” to może powinienem spróbować. Nick Valensi, tak się nazywał ten ich gitarzysta? Jak mam pamiętać skoro wydają albumy raz na 5 lat? W każdym razie, to charyzmatyczne brzmienie gitary, wyeksponowanie melodii w omawianym singlu nie pozwala ich za żadne skarby znielubić. Samo „Is This It?” wystarczy żeby kultowy status mieli do końca życia. Wypuszczanie raz na jakiś czas równie przylepnych utworów w żadnym wypadku mu nie zaszkodzi.

LINK


13. Dropkick Murphys – Going Out In Style












Udał im się ten pierwszy singiel wyjątkowo. Choć cała płyta wypada przynajmniej przyzwoicie to drugiej takiej bomby już się w niej na bank nie doszukamy. „Goin Out In Style” wybucha z buńczuczną energią dorównującą klasycznym wycinkom poprzednich krążków – „I’m Shipping Up To Boston” czy „The State Of Massachusettes”. To pieśń przepełniona dumą, ale wyrażona na zupełnym luzie i bez spinki. Dopóki leje się piwo, banda wielkich facetów skanduje słowa tekstu, a kończynka jest zielona nie ma się co o Dropkicków martwić.

LINK


12. Joan Of Arc – Life Force












Minuta i trzynaście sekund podbudowującego optymizmu na jaki potrafił się zdobyć Tim Kinsella. Kiedy słyszę życzliwosć zawartą w słowach „let’s cut each other strings, give me the hand if you understand” podsumowaną jeszcze bardziej dowartościowującym “There’s this good thing inside of me, A way of seeing.” czuję, że nie może mnie już spotkać nic złego. Na horyzoncie same dobre chwile.

LINK


11. Braids – Plath Heart












Zachwytów nad czarującą wokalnie dziewczyną z Braids ciąg dalszy. Początkowy motyw można sobie nastawić na dzwonek. Kluczem do wspaniałości kawałka fragment „didn’t do extactly what you told me, when you scold me, leads me to implore the, golden hole which was surely given to make beautiful children and push and push and push and push” gdzie liczy się treść, ale też przede wszystkim sposób wyartykułowania. Całościowo piękny, “podwodny” pop.

LINK


10. Touche Amore – ~












Refleksyjna melodia, punk rockowa petarda, naładowany emocjami wokal. Wściekłość, energia, nadzieja, wszystko na przestrzeni niespełna półtorej minuty maksymalnie zaangażowanego grania. „If actions speak louder than words, I'm the most deafening noise you've heard, I'll be the ringing in your ears, That will stick around for years”. „For Want Of” obecnej dekady?

LINK


9. Manchester Orchestra – Simple Math












Jeśli to jest stadionowy rock, a podobno jest to znaczy, że stadionowe granie ma się dziś wyjątkowo dobrze. Ja co prawda nie słyszę tu żadnego wielkiego refrenu, przesadnej podniosłości ani nie wyczuwam lasu rąk kołyszącego zapalniczkami. Słyszę za to błyskotliwy jak cholera kompozycyjnie kawałek efektywnej i efektownej również gitarowej muzyki, zaserwowanej z równie inteligentnym tekstem. Klasy „Simple Math” nie trzeba wcale bronić przypominając o absolutnie genialnym teledysku.

LINK


8. Kiev Office – Dwupłatowce












Szczerze, nie dałbym się raczej pokroić za refren tej piosenki, ale już przy zwrotkach, przybrudzonych na shoegaze'owo, przebojowych gitarach czy doznaniowo wyśpiewanych linijkach w rodzaju „bo ja wooooooooooolę kiedy lecisz wciąż w górę, północny zachód kraju leży poza barierą dźwięku” szczęka opada każdorazowo. Przejście po pierwszym chorusie i podśpiewywanie Kucharskiej to również mały, ale jakże istotny bonus.

LINK


7. Death Cab For Cutie – Stay Young Go Dancing












Przy tym utworze uświadomiłem sobie kiedyś, że nic co złe nie trwa wiecznie, po nim w końcu nadchodzi lepsze. Dzisiaj wiem też, że to działa w dwie strony, a w zasadzie jak błędne koło. Na tym co wyparło gorsze też po jakimś czasie się zawiedziesz, ALE i to zniknie w końcu wyparte przez coś nowego. Zamotałem? Pewnie niewiadomo o co chodzi. Tak sobie gadam do siebie.

LINK


6. Papercuts – Do You Really Want To Know












Najbardziej przyczepna kompozycja z ostatniego albumu barokowych subpopowców. Papercuts nie mają może epickości Grizzly Bear ani nie zdobyli takiego rozgłosu jak The Morning Benders w roku ubiegłym. Piosenki, w których słodycz aplikowana jest tak jak tutaj, na miarę najlepszych jakościowo ciast i wypieków to jednak ich wyjątkowo mocna strona.

LINK


5. Maritime – Annihilation Eyes












Kilkanaście miejsc wcześniej wspominałem o “It’s Casual” jako potencjalnie najlepszej rzeczy spod dotychczasowego szyldu Maritime. “Annihilation Eyes” to oczywiście inna para butów, utwór mający na celu dodać chęci do życia, sprzedać pozytywnego kopa, sprawić, że chętniej wstaniesz rano na zajęcia. Co tu więcej pisać odkrywczego, ONA WŁAŚNIE TO ROBI, jest w swojej kategorii bezbłędna i raczej ciężka w tym roku do pobicia.

LINK


4. Joyce Manor – Leather Jacket












Nikt lepiej nie ujął ostatnio kwestii uczuciowego rozczarowania niż Joyce Manor w tym powalającym, hymnicznym kawałku. „In your new leather jacket, you're somebody else, And it's not nice to meet you in a fortress of self”. Istny autentyk łkania przez zaciśnięte zęby i ochrypły deadmilkmenowy wokal. „I miss the way we talked before you went away to school, I hate the way you're leaning and you're looking at your phone, I hate the way I feel like dying when I'm alone.”. Gorycz tęsknoty za starymi dobrymi czasami kiedy bliska ci osoba była ci jeszcze bliska… Przyszły klasyk punkowego romantycznego zawodzenia.

LINK


3. Setting The Woods On Fire – December Decay












Prawdziwe piekło chłopaki rozpętują we wstępie do wspaniałego „December Decay”, który po chwili przechodzi w uroczą indie-emo balladkę w stylu Mineral, ale iście wybuchowym, siarczystym hardcore’m (czy w końcu nawet post-rockiem) raczy również w kolejnych, zajmujących minutach. Nie mieliśmy czegoś takiego do tej pory na rodzimej scenie zbyt wiele, więc teraz STWOF starają się oddać wszystko za jednym zamachem…

LINK


2. The Antlers – I Don’t Want Love












Łamacz serca roku. Piosenka, której chcesz słuchać schowany przed światem, szczęśliwy lub nie, raczej nie, kiedy widzisz pierwszy śnieg za oknem, kiedy o kimś myślisz. Paradoksalnie tyle w tym utworze miłości, że Peter Silberman okazuje się marnym kłamcą.

LINK


1. Thursday – No Answers












Któż inny potrafiłby zaaplikować wyważoną podniosłość klawiszy, doskonałość gitarowych partii, perkusyjnych przejść i cudownego, wysmakowanego dramatyzmu niż ta wiecznie samodoskonaląca się grupa z New Brunswick? „No Answers” to kompozycja w ścisłym znaczeniu słowa, precyzyjnie skonstruowana, dograna na ostatni guzik przez każdego z muzyków. Technicznie jest się nad czym rozpływać, ale przecież i tak decyduje tu wartość emocjonalna, poruszanie i oddziaływanie. Zwłaszcza w tej fantastycznej końcówce gdzie pięknie zaakcentowany smutek ponownie okazuje się wartością nadrzedną,prowadzącą do powstania momentu jaki pamiętać się będzie na bardzo długo.

sobota, 11 czerwca 2011

Soundtrack do bezsennej nocy (8 czerwca 2011)


Nic mnie w tym momencie tak nie irytuje jak emocjonalna muzyka i wszystko co z emocjami związane. Tego z powodzeniem unikam. Stawiam dziś na zupełnie inne odczucia, czy może raczej doznania. Idea tego pisania ma na celu zarejestrowanie szczerego i prawdziwego stanu w danym momencie wyrażonego poprzez coś co cenię najbardziej.


00:53 Thrice – Betrayal Is A Symptom

Upada światopogląd, iluzja znika, niespodziewanie widzisz wszystko lepiej i ostrzej, odrzucasz rzeczy, którymi wcześniej się łudziłeś. Czysty głos Dustina Kensrue w refrenie tego kawałka na siedem może sześć minut przed godziną pierwszą działa kojąco. Metaliczno-core’owa jazda plus melodyjne wstawki. To jest to.

LINK


00:57 Friend/Enemy – Do The Stand On One Foot Dance To The Radio Rodeo












Niełatwo jednak znaleźć rzeczy, z jakimi nie łączyłaby cię jakaś banalna emocjonalna zażyłość. Rozumiem już czemu tak uwielbiam Tima Kinsellę.  Nawiedzone harmonie i amelodyjna upiorność utworu Friend/Enemy robią dobrze jak cholera.


01:02 Midtown – Empty Like The Ocean

Gabe Saporta prowadził kiedyś sympatyczny pop punkowy band Midtown. Zanim jeszcze zdecydował się sprzedać w Cobra Starship popełnił wraz z zespołem nieco bardziej gorzką od wcześniejszych płytę „Forget What You Know”. „Empty Like The Ocean” mój klasyk jeszcze z czasów gimnazjum. Mamy tu do czynienia z kolesiem wkurwionym, piszącym hate-song dla jakiejś niewdzięcznej laski na tle genialnie uderzających gitar. I don’t wanna touch you I don’t wanna fuck, I just want to feel you with regret…". Kapitalna szczerość.

LINK


01:09 The Thermals – Every Stitch












Today was fine so don’t remind me… Czy aby na pewno? Z jednej strony “Every Stitch” to już słodkość kalifornijsko-podobnych brzmień, ale z drugiej konkret trzy-akordowego walnięcia, szumów, trzasków i punk rocków. Ujdzie.

LINK


01:12 Les Savy Fav – Hold On To Your Genre












Kumpel idzie do kibla, coś mówi, że nie może zasnąć. Co ja mam dopiero powiedzieć, ja już nawet nie chcę. Przyjemne otumanienie zanika. Les Savy Fav ukazują swoje mistrzostwo w konstruowaniu post-punkowych hooków. Szedłem kiedyś po Siedlcach, wracałem z akademika nocą w sobotę chyba, do czekającego pustego mieszkania, słuchałem „Hold On To Your Genre” na słuchawkach „na pełnej piździe” i było fajnie. Harrington drący ryja w końcówce elektryzuje, brzmienie rozsadza słuchawki. Czekam tylko aż ktoś mi każe przyciszyć.

LINK


01:19 Embrace – Spoke












Miałem ciężki wieczór. Coraz trudniej znaleźć satysfakcjonującą muzykę. Czemu wszystkie te ckliwe nuty, których słuchałem do teraz omijam z takim niesmakiem? Czy jeszcze kiedykolwiek będę w stanie posłuchać przysłowiowych The Get Up Kids bez ochoty na wymioty? Wywnętrzę się zaraz niczym McKaye na genialnej płycie z Embrace. Fenomen tej kapeli paradoksalnie tkwił właśnie w emocjach. To emo i emo-core w całej swej istocie. Mimo, że bez płaczu i pierdolonych wzruszeń. Może to tu znalazło zastosowanie tak zwane prawdziwe uczucie? I wanna maaaaaaake liiiiiiiiiifeeeeee.

LINK


01:24 mewithoutYou – Tie Me Up! Untie Me!












Gdybym miał teraz zakładać zespół nazwałbym go ME Without you. Tak dla podkreślenia Mojej wartości i zanegowania jej.

LINK


01:28 Ewa Braun – Ucieczka












I psie policyjne oddechy zamienią się w skowyyyyyt A myyyy A myyyyyyyy A nas już nie będzie, a w gazetach pokażą to zdjęcie gdy ****** na raz dwa trzy skaczemy, NA RAZ DWA TRZY, Dwadzieścia parę pięter, tyle niepotrzebnych lat. Ocieraliśmy się o niebo, przez parę chwil żyliśmy wiecznie!
 
Jeszcze chwila i przyjdzie mi do głowy coś głupiego he he.

LINK


01:32 Manchester Orchestra – Virgin












Andy’emu Hullowi udało się choć na chwilę wejść w skórę Isaaca Brocka, a może nawet Rogera Watersa. Wiem, że ta stylizacja, te bachory robiące chórek jak z jakiegoś „Another Brick In The Wall” nie muszą się wszystkim podobać, ale nie dbam o to, bo kawałek a szczególnie te jego fragmenty:


I’m gone, you try to emphasize and side with both your ghosts

Kiss him on top his lips and crucify the fire!


zwyczajnie robią swoje.

LINK


01:44 The Queers – Another Girl

Piosenka, którą powinienem teraz napisać. Wesołe, ale krzepiące i wcale niegłupie. You’’ve gotta leave her behind and find another girl. Ja się w sumie nie nadaje do tych zabaw.

LINK


01:49 Kiev Office – Dwupłatowce












Teraz kiedy już solidnie wsiąkłem w ten mistyczny kawałek oraz doceniłem ich nieprzeciętną płytę, tym bardziej cieszę się, że zespół wysłał mi egzemplarz „Antona” do zrecenzowania. W tym momencie czuję się wypalony. Z drugiej strony wzrusza mnie myśl, że towarzyszą mi tak wspaniałe dźwięki. Pić jeszcze kawę czy nie? Pisać dalej, położyć się? Czy potrzeba mi jeszcze znieczulenia?

LINK


02:10 John Maus – Believer












„Believer” to inspirująca rzecz. Jednocześnie też dość ironiczny tytuł jak na mój obecny stan. You call me a believer HAHA. John Maus nabija się ze mnie. Bit, iluminacja klawiszowego motywu, nakładający się na to dziwny głos kreślący prostą, acz magicznie dopasowaną do reszty linię wokalną. OK. mam dosyć, nie rozstaje się z muzyką i żałosnym losem, ale wyłączam worda, próbuje zasnąć. Nie przejmuję jutrem, kolosem, wykładem i ćwiczeniami. I nigdy więcej do niej nie pójdę.

LINK


02:31 The Flaming Lips – Jesus Shooting Heroin












Zrobiło się ciężko i egzystencjalnie. Postanowiłem pociągnąć to jeszcze przez chwilę. Tak sobie myślę, że ta dziewczyna, o której myślę nigdy, przenigdy nie doznałaby przy czymś takim.

LINK


02:43 Deerhunter – Basement Scene












Dojrzałem chyba ponownie do słuchania ładnych, dream popowych melodii. „Basement Scene” jest właściwie jak kołysanka, która na pewno by mi się teraz przydała. Bradford Cox ma pewnie gorzej ode mnie. Now I wanna wake up, I wanna wake up now. Dobre sobie. A ja czuję teraz, że komary naprawdę się mną zaopiekowały przez ostatni weekend w domu.

LINK


02:48 Autolux – The Bouncing Wall

Kojarzą mi się jakoś te dwa zespoły. Autolux i Deerhunter. „Transit Transit” było dla mnie w zeszłym roku znacznie bardziej doznaniowe niż „Halcyon Digest”. Mogliby wspólnie splita nagrać. „Basemenet Scene/The Bouncing Wall”?

LINK


02:52 Julee Cruise – Into The Night












Szkoda, że to jeszcze nie równo 3:00. Nie znam bardziej metafizycznej, mrocznej, a jednocześnie paraliżującej serce kompozycji od Twin Peaks’owego „Into The Night”. "So dark…" . To jak Julee uchwyciła grozę i klimat wywołuje we mnie dreszcze. Ciemność i miłość. Jezu, ale się wkręciłem. Śpiący lokator „ożył” dokładnie w momencie tego gwałtownego przejścia, a ja nieomal podskoczyłem ze strachu widząc nagle jakiś ruch w mroku?

LINK


02:59 The Cure – M












You fall in love with somebody else again tonight. No na pewno. Ostatnie czego mi teraz trzeba. Chociaż w sumie: You’re ready for the next attack. No i ta dziergana przez gitarę Smitha, klasyczna melodia. Esencja new wave.

LINK


3:03 Lech Janerka – Lola Chce Zmieniać Świat

Nie sądziłem, że aż tak mnie to wszystko ruszy i zdołuje. Nie przypuszczałbym, że będę tej nocy siedział do trzeciej klikając w literki na klawiaturze. Zadziwia mnie zawsze i fascynuje muzykalność utworu Lecha Janerki. Wbijający się niczym wiertło motyw saksofonu, post-punkowy chłód rodem z komunistycznego kraju, no i z początku niezrozumiałe przesłanie.

LINK


3:10 Bauhaus - Crowds












To teraz na definitywny już koniec zaprzeczę sam sobie i całemu temu konceptowi. Nie będzie opierdalania się i oszczędzania. Będzie rozpacz, smutek, egzaltacja i walenie prosto z mostu. W życiu nie słyszałem, by ktoś tak wypluwał z siebie emocje jak wokalista Bauhaus w tym jednym, absolutnie niebiańskim utworze. Już jest dobrze, już chyba w porządku. Odlatuję w sen.


3:17 Za oknem robi się już jasno.




edytowany: 13-10-2016