Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kiev Office. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kiev Office. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 marca 2018

10 polskich (odcinek 4)





















Kto kiedykolwiek zetknął się z muzyką The Freuders, musi odpalać „Rhino” z przekonaniem, że kilka najbliższych minut w jakimś stopniu spędzi na pewno słuchając dźwięków mrocznych. Kto natomiast liczy pod tym względem na niespodziankę, nie zazna jej. Nowy numer Warszawiaków wprowadza niepokój już na starcie, osaczając ponurym nastrojem przez pierwsze 1,5 minuty. Wtedy to utwór, który mógłby w ten sposób sączyć się jeszcze spory kawałek czasu, zmienia jednak swoją trajektorię. Mroczny, nieco otępiający rock przemienia się w mroczny rock o dobrej dynamice i ciekawych zagrywkach. Rozpędzona gitara i witalna sekcja rytmiczna przejmują dowodzenie, wokal słusznie podąża ich śladem. Zespół jakby wydostaje się ze swojej czarnej dziury, ale jednocześnie wciąż trochę w niej tkwi. Być może tak mu najwygodniej. 



Jest coś w tej totalnej produkcyjnej prostocie, nadrabianej dużym urokiem kompozycji i wykonania, co kieruje moje myśli w stronę utworów wydawanych przed dekadą na pierwszych składankach bloga We Are From Poland. „Eight And A Half Woman” każe podejrzewać autorów o fascynację twee i klasycznym indie popem, a zestaw skojarzeń, którego motywem przewodnim będą repre-zentujące owe stylistyki kapele z wokalistkami, może mieć w tym przypadku całe mnóstwo wariantów. Pierwszy singiel Free Games For May to propozycja arcymelodyjna, piosenkowa, więcej niż pod jednym względem przywołująca beztroską aurę wiosennych miesięcy. W końcu jeśli, jak śpiewa Hanna Went: everyday is a Fool’s Day, to każdy dzień może być dniem kwietniowym, a zatem i wiosennym.       



“Obręby Rewiry” to, jak mawiają anglojęzyczni, Kiev Office “at it’s finest”. Zawartość jest tu właściwie znajoma, w tekście delikatna abstrakcyjność i penetrowanie przestrzeni (parterowe domy, i mijam też baraki), w warstwie muzycznej nienaganne gitary oraz refren, którego nie da się wypędzić z pamięci. Wszystko oczywiście gdzieś na skrzyżowaniu melodyjności, szorstkości i lekkiego szaleństwa.  



Czy utwór w stylistyce sypialnianego lo-fi-popu można nazwać bardziej adekwatnie? Zielona Sandra prezentuje się w „Bed” trochę niczym polska odpowiedź na kapele, takie jak Youth Lagoon czy Fog Lake. Kompozycja wypada najlepiej tam, gdzie niewyraźny wokal harmonijnie komponuje się z klawiszowymi melodiami, a odrobinę mniej fajnie w momentach przecinania owej harmonii za sprawą głośnej gitary. Jakkolwiek sam pomysł i motyw do złych nie należą, to słysząc choćby jak kapitalnie wybrzmiewa druga zwrotka piosenki, zastanawiam się, czy nie dałoby się tak trochę dłużej? Chłonąc klimatyczny, wieczorowo-deszczowy fragment od 1:17 do 2:32 nie trudno mi sobie wyobrazić, że takie dźwięki mógł swojego czasu wydać np. Polyvinyl. Mówiąc krótko – potencjał i projekt, którego dalsze kroki powinny budzić ciekawość. 



Indeks trzeci na „Mutual Dreaming” wita słuchacza wgniatającą w ziemię ścianą dźwięku. Choć kilka razy znak życia dają tutaj usiłujące się przebić melodyjne zagrywki, kolejne fale chropowatych warstw sprawiają, że ich obecność pozostaje jedynie symboliczna. „Balloon” to mocna dawka smoliście gęstego post-hardcore’u, w którym zarówno instrumentalnie, jak i wokalnie, negatywna emocja eksplorowana jest w sposób jeżący włos na głowie. Tak mógłby brzmieć doppelgänger zespołu Trupa Trupa.     



U Mateusza Franczaka zapadła noc. „All About” z intrygująco zatytułowanej płyty „Night-Night” jawi się utworem z natury zupełnie innym od opisywanego niegdyś przeze mnie „Lazing”. O ile opener „Long Story Short” leniwie i przyjemnie rozlewał swój pogodny nastrój, tak siedmio-minutowy singiel zapowiadający nowy album nie niesie już za sobą podobnie błogiej atmosfery. Od pierwszych chwil można wyczuć, że coś tu wisi w powietrzu, wyraźnie się nawarstwia i chyba w pewnym momencie wybuchnie. Gorycz? Żal? Smutna refleksja? Dwoma w zasadzie kluczowymi elementami: elektryzująco prowadzącą narrację gitarą i wyrażającym prosty, acz nurtujący tekst wokalem muzyk zręcznie trzyma w napięciu, a wręcz chwyta za gardło.



Do każdego, kto wie, jak to jest być dwudziestoparolatkiem z małej miejscowości, a może i nie tylko, tekst „Chłopaka z Futerałem” musi przemówić, w co najmniej kilku momentach. Zwrotka pierwsza i druga, zestawione ze sobą, to jakby konfrontacja tego, co dawniej, z tym, co obecnie. Wspomnienie beztroski kontra świa-domość aspektów dorosłego życia. Trochę smutno, bo czegoś już nie ma, ale pojawia się i pogodny akcent, bo też coś, co dobre pozostało bez zmian: Próba nie jest już jak święta msza, lecz się dalej na nią gna! Te odczucia się mieszają, a muzyka nie tylko im towarzyszy, ale też sumiennie je oddaje, emulując słodko-gorzkie znaczenia tekstu. Choć wokal z początku może brzmieć nieco topornie, jego melodie tam gdzie trzeba dają o sobie znać, a są i big-beatowe melodie gitar i nieodłączne już podśpiewywanie Oli Bilińskiej.   



W wywiadzie dla Noisey Stefan Wesołowski powiedział, iż: „ma nadzieję, że każdy utwór (z ostatniego albumu) może też funkcjonować samodzielnie i jako ten wycinek z całości nieść swoją część historii i swój kolor”. „Hoarfrost II” to może tylko kompozycja, która na „Rites Of The End” spodobała mi się najbardziej, ale może także najznakomitsze spełnienie nadziei, jaką wyraził w tamtym momencie autor.

Skąd w tytule rzymskie „II”? Oczywiście wynika to z tego, że był też kiedyś „Hoarfrost I”. Węsząc nieco w internecie możemy dowiedzieć się, że został on wydany już 6 lat temu i stanowił w zasadzie tę samą kompozycję, ale mniej rozbudowaną, krótszą prawie o połowę. Nazwa składanki na której się ukazał, „Scary Playgrounds”, jest zaś zdecydowanie nieprzypadkowa, albowiem o charakterze nagrania mówi bardzo wiele.  

W wersji nowszej, albumowej, Stefan prowadzi utwór dużo wolniej, co wychodzi mu zdecydowanie na korzyść. „Hoarfrost II” łatwo wyobrazić sobie jako kapitalny soundtrack do podniosłych filmowych scen. Dźwięki mogą kojarzyć się z oglądaniem zakamarków średniowiecznego zamku, może kościoła, a może pola bitwy? Jest w tym jakaś groza, coś na specyficzny sposób mrożącego krew. O ile w pierwszym „Hoarfroście” kluczowy dla utworu motyw skrzypcowy wybrzmiewa niemal natychmiast, tutaj zostaje w pełni ukazany dopiero po dłuższym wprowadzeniu. Ta różnica jest tu diametralna. To ten moment, kiedy perspektywa się zmienia, staje się pełniejsza, kiedy słyszymy/widzimy coraz większą część sceny/pejzażu, dostrzegamy kolejne pojedyncze elementy, ale i wszystko razem ze sobą.  Skrzypce i drone’owe zakłócenia tworzą dysonans. Nachodzące na siebie dwa plany równolegle docierają do swojego apogeum i wspólnie gasną. Coś przeradza się w zgliszcza, znika jakiś świat.  



Można zaryzykować stwierdzenie, że „Jeziorny” ma swój awers i rewers. Tym pierwszym jest hipnotyczny wstęp, wprowadzające w trans jednostajne, ale sprawiające, że chce się w to WEJŚĆ pierwsze prawie-pół utworu. Druga strona monety to zaś część jeszcze bardziej rozkoszna, poczęta od świetnego momentu, w którym wyłania się wokal. Gdyby wydali to gdzieś w USA około 2003 roku, pasowaliby zapewne do szufladki freak-folk i może dostali naklejkę z podpisem BNM. Nie powinno nawet przeszkadzać, że „Jeziorny” zakorzeniony jest w rodzimej muzycznej tradycji oraz bazuje na melodiach i liryce żywcem inspirowanych folklorem polskiej wsi, które WCIAS magicznie uczynili tu całkowicie atrakcyjnymi także dla przeciętnego słuchacza alternatywy i popu.



W ambitnym, prawie ośmiominutowym “More” słychać wyraźny progres zespołu z Bielska-Białej w porównaniu z piosenkami, które znalazły się na ich debiutanckiej EP’ce z 2014 roku. Singiel Radiovidmo brzmi epicko, głęboko i mocno, a momentami nawet ciężkawo, choć przy tym cały czas wrażliwie i emocjonalnie. Przez osiem minut kawałek wędruje poprzez różne stany oraz nastroje, solidnie zahacza o smutek albo nabiera na intensywności. Do końca nie opuszcza go jednak mglista i misterna aura, nadal plasująca tę kompozycję najbliżej rejonów dream popowych. 

10 polskich odc 3 
10 polskich odc 2 
10 polskich odc 1

środa, 21 stycznia 2015

Podsumowanie 2014: albumy 36-23



36. Empire! Empire! (I Was A Lonely Estate) – You Will Eventually Be Forgotten

Muzycznie mamy tu do czynienia z wiernym wskrzeszaniem emocjonalnej, nastrojowej melodyki spod znaku midwest-emo i zespołu Mineral. Co ważne, rozpoznawalna inspiracja (zwłaszcza „It’s So Much Darker...”) nie zmienia faktu, że te melodie jawią się  chyba najlepszymi w swojej stylistyce od czasu „EndSerenading”. Keith Latinen w przeciwieństwie do melodramatycznego Chrisa Simpsona funduje nam wokalny prawie minimalizm i „nowelistykę” wyjątkowo skromną. Rzeczą dość oryginalną u Empire! Empire! (I Was A Lonely Estate) są właśnie ich teksty. Zadziwiająco realistyczne, traktujące o zdarzeniach codziennych, czasem odrobinę dramatycznych, ale ogółem bardziej przyziemnych niż można to sobie wyobrazić. Keith nie opowiada standardowych historii miłosnych, nie pisze i nie śpiewa o rozstaniach. Z obyczajowych skrawków lidera ciężko byłoby wycisnąć efektowną fabułę. Zdarza się tu jakaś śmierć, drobne wypadki samochodowe („Ribbon”, „I Was Somewhere Cold, Dark... And Lonely”) czy wspomnienia z dzieciństwa dotyczące niepokojących sytuacji, ale te akurat zawsze kończą się dobrze („You Have To Be So Much Better Than You Ever Thought”, „Stay Divided”). Przemiło jest wysłuchać zwykłej opowieści o niemożności znalezienia pracy pomimo ukończenia dobrej szkoły („Things Not Worth Fixing”) albo o pewnym spływie kajakowym w Michigan („A Keepsake”). Za wisienkę na torcie uznaję smutniejsze „If It’s Bad News, It Can Wait”, idylliczny opis wakacji przerwanych przez druzgocącą wiadomość. Oraz noworoczną opowiastkę „The PromiseThat Life Can Go on No Matter How Bad Our Losses”, duet Latinena z nikim innym jak liderem wspomnianego wcześniej Mineral.


35. Sharon Van Etten – Are We There

"people say I'm a one hit wonder, but what happens when I have two?"

Silna i romantyczna. Na “Are We There” Sharon Van Etten demonstruje pewność siebie i moc, nadal jednak przy dużych nakładach wrażliwości. Znajdujące się tu smakowite aranże mogłyby zwyczajnie przyćmić wokalistkę stawiającą jedynie na kruchą urokliwość. U Sharon tańczą natomiast jak ona im zagra, a nawet elegancko podkreślają jej kluczowe walory. Za najdorodniejszy owoc tej współpracy uznaję taktownie prowadzoną, zdobioną jazzującymi dekoracjami „Tarifę”. Ulubieńców można się jednak śmiało doszukiwać w wielu innych miejscach. W najbardziej skrojonym pod singlowość, choć totalnie charakterystycznym dla stylu tej piosenkopisarki „Taking Chances”. Rozkwitającym w refrenie wyrazie oddania dla ukochanego „Break Me”. Imponującym wokalnie, klasycznie śpiewanym przy fortepianie „I Know”. Dojrzale kończącej, podkreślającej dwoistą naturę miłosnego związku „Every Time The Sun Comes Up” lub jeszcze innych ciekawych kompozycjach, których tu przecież nie brak. Pozycja dziewczyny z Jersey na poletku damskiego indie pozostaje niezachwiana.      


34. The Menzingers – Rented World

Czołowi kontynuatorzy linii krzykliwego, romantyzująco amerykańskiego pop punka. Amerykańskiego nie tylko z pochodzenia, ale przede wszystkim stylu. The Menzingers nie są aż tak poetycko natchnieni jak swojego czasu The Gaslight Anthem. U nich wrażliwość miesza się z łobuzerstwem, łamanie serc z łamaniem szczęk. Nie tak cierpliwi w pisaniu piosenek, za to nadal ostro rozkochani w chłopackim melodyjno punk rockowym wymiataniu („The Talk” i dużo Dillinger Four). Tam jednak, gdzie pomiędzy wybuchową dynamikę wkrada się szczypta heartland rockowej wrażliwości, osiągnięty zostaje efekt esencji. Kiedy Tom May pyta “hearts unknown beat alone, who's god will save your soul?” albo, gdy Greg Barnett sili się na metaforę “and I’ve been wandering nightly through the garden of your heartache” dzisiejsza młodzież może poczuć na karku oddech springsteenowskiego ducha. Dużo dobrego dzieje się w miejscu spotkań melodyjnych zwrotek z energetycznymi refrenami („Bad Things”). Równie wiele tam, gdzie chłopaki przypominają, że dwudziestoparolatkowie nie zawsze muszą się troszczyć o dojrzały songwriting, a wykrzykiwanie haseł w stylu „So burn the fucker down, I don't care anymore” jest nawet bardzo na miejscu („Rodent”). Z drugiej strony świetnie idzie im emocjonalne balladowanie („Where Your Heartache Exist”) pod warunkiem, że nie wpada w ono w łzawą konwencjonalność (końcowe „When You Died” średnie niczym „National Anthem” TGA). A tak poza tym: nostalgia, męskie przyjaźnie, niespełnione miłości, alkohol, samochody i miasta w USA. Reperkusje „Sink Or Swim” nie po raz pierwszy i nie ostatni odzywają się w tak pozytywny sposób.


33. Mac DeMarco – Salad Days

Słoneczny dzień, zielony ogródek, hamak wystawiony na zewnątrz. „Salad Days” odpalone, człowiek rozłożony i zrelaksowany. Wiadomo, że w praktyce zawsze brakowałoby co najmniej jednego z wymienionych elementów. Na szczęście albumu Maca De Marco można słuchać zawsze i wszędzie, w każdych warunkach pogodowych. Zawarta tu dawka fajnego melodyjnego lenistwa jest na tyle duża, że całą resztę skutecznie może nam wynagrodzić. Utwory trwające do 2:06 do 4:08, bez dłużyzn, czysto popowo, z dbałością o to, by w każdej piosence znalazł się atrakcyjny motyw. Przebojowość  „Let Her Go”, “Passing Out Pieces” czy “Treat Her Better” jest nie do odparcia. Wspaniale rozlewa się cała ta lajtowa melancholia “Chamber Of Reflection”. Mac doskonale sprawdza się też jako skończony retro-romantyk i łamacz niewieścich serc w doskonale kołyszącym „Let My Baby Stay”. Utworze, który jeszcze lepiej sprawdziłby się pewnie jako damsko-męski duet, dajmy na to z Angel Olsen.


32. La Dispute – Rooms Of The House

"you in the living room, legs bent at forty-five degrees, I write AB AB, try to find your rhyme scheme"

Nie zdarza się ostatnimi czasy szczególnie często, by w ramach istniejącego od dawna gatunku nowe zespoły kontynuowały linię swoich poprzedników na poziomie tak samo wysokim, w sposób na równi wnoszący coś istotnego. Shoegaze, folk, power pop, twee – we wszystkich tych szufladkach nadal znajdziemy mnóstwo dobrego, ale czy tak samo wybitnego i znaczącego co dziesięć i dwadzieścia lat wcześniej? W przypadku post-hardcore można oczywiście kręcić nosem, że to, co zdarzyło się po 2000 roku nie było już tak dobre jak dokonania grup z dekady poprzedniej. A jednak tak zwana „nowa fala post-hc”, której kluczowymi przedstawicielami stali się La Dispute, Touche Amore, Pianos Become The Teeth czy Loma Prieta ustanawia powoli klasę skutecznie walczącą o to, by stylistyka na wysokości kolejnej już dekady nie doświadczyła niechlubnego regresu. Pierwsi z wymienionych zdefiniowali się już dawno, ale na wysokości trzeciej płyty nadszedł dla nich czas przypieczętowania dotychczasowej drogi dziełem, które przy okazji, znaczenie tej nowej fali uwiarygodni. „Rooms Of The House” owy postulat spełnia. Podążając wstępnie ścieżką wydeptaną przez At The Drive-In i mewithoutYou panowie z Grand Rapids wyprowadzili ostatecznie własny szlak. Deklamacyjny, imponujący tekstowo „novella-core” uzbroili w nieustającą żonglerkę nastrojów, naprzemienną paradę ostrych gitarowych porywów i subtelnych melodyjnych wyciszeń. Nie zamierzam tym razem odpierać zarzutu, że muzyka została podporządkowana opowiadaniu historii i wyrażaniu ich emocji. Nie ma to najmniejszego znaczenia zważywszy, że i tak brzmi świetnie. Ten przydługi tekst zakończę bez standardowego wyróżniania kilku konkretnych momentów. Trzecie La Dispute jest bowiem spójną, mocarną całością bardziej niż jakikolwiek inny tegoroczny album. Nie oprę się jednak aby nie zrobić wyjątku. Genialność „Woman (Reading)”, napisanego i rozegranego z poetyckim kunsztem muzycznego opowiadania o mężczyźnie rekonstruującym z pamięci obraz swej czytającej książkę byłej partnerki wykracza poza standardowy poziom nawet tej diabelnie udanej artystycznie, płytowej propozycji.  


31. Foxes In Fiction – Ontario Gothic

"see you once a year, snow begins to melt, describing the fear, remember how it felt"

Warren Hildebrand wrócił w ubiegłym roku na zaledwie pół godziny, ale choćby jego powrót trwać miał tylko połowę tego czasu, i tak byłoby warto. Dwa kwadranse z „Ontario Gothic” to zapewne najlepsze chwile, jakie można było spędzić ostatnio z tak zwanym bedroom-popem. Kruche piosenki o ambientowej delikatności oraz popowo zarysowujących się kształtach obezwładniają głębią. Skromność tych kompozycji i aranży nie przekreśla ich mocy. W utworach takich jak „Into The Fields” czy „Glow (v079)” otwiera się niezwykła muzyczna przestrzeń. Paleta dźwięków syci pełnowymiarowym bogactwem, którym dałoby się obdzielić co najmniej kilka dłuższych wydawnictw z tego samego nurtu. Spokojne sny Bradforda Coxa i Trevora Powersa stanęły pod znakiem zapytania.


30. Grouper – Ruins

Muzyka na „Ruins” wydaje się być zawieszona gdzieś poza czasem. Nie brzmi w sposób dzisiejszy i choć mogłaby powstać w zasadzie zawsze, to jednocześnie nie rości też pretensji do żadnego konkretnego momentu z przeszłości. Utwory na ostatniej płycie Grouper są nie tyle proste, w sensie nieskomplikowane, czy po folkowemu surowe. Właściwszym określeniem byłoby raczej „czyste”. Te smutno-uroczyste formy, w jakie Liz Harris ubrała swe emocjonalne refleksje, kształty które jakoś nieszczególnie trafnie byłoby klasyfikować piosenkami, aż się proszą o nazwanie muzyką klasyczną. Przekazującą emocje, wypływające wprost z zarejestrowanych na czterościeżkowym magnetofonie cichym śpiewie i zadumanych, jesiennych dźwiękach fortepianu. Zamierzone ilustracje ruin pewnej portugalskiej wioski i zarazem dokumentacja życia wśród pozostałości uczuciowej relacji. Najbardziej uduchowiona pozycja, jaką przyszło mi wyłowić w zbiorniku tegorocznej muzyki popularnej.


29.Fennesz – Bécs

Inspirująca podróż przez rozległe terytoria barwnej elektroniki. Pejzaże bywają tu obezwładniająco piękne, przestrzenne i monumentalne. W przypadku „Static Kings” czy „Liminality” jednocześnie bardzo refleksyjne, urzekające dojrzałym spokojem. „Bécs” ma jednak i drugie oblicze. O nim decydują głównie drone’y wnoszące przyprawiający o dreszcze niepokój („The Liar”). Jedno i drugie wspaniale łączy zresztą utwór tytułowy, amalgamat czułych melodii z najlepszego sortu szumami. Za co by się Fennesz nie wziął, zawsze jest w tym jakaś dusza, czasem wręcz magia („Pallas Athene”). „Romantyczny noise” to w przypadku tej płyty określenie najtrafniejsze z możliwych. 



28. Liars – Mess

"fact's are fact and fiction's fiction"

Niekończący się, konsekwentnie nabuzowany elektro-trip. Liars interesuje taneczność jedynie w wydaniu najintensywniejszym, elektronika ostra i hipnotyczna, podpalanie kolejnych petard, z których żadna nie może eksplodować słabiej od poprzedniej. Wytwarza się z tego wszystkiego piekielnie wciągający, odmóżdżająco chwytliwy kawał materiału. Rozenergetyzowane wygrywanie tego, co daje się wygrać w ramach podbijania parkietu na powierzchni („Vox Tuned D.E.D”, „Pro Anti Anti” czy „Mess On A Mission”), a także równie intrygujące, narkotyczne zejścia w dół, do ciasnych piwnic industrialu i eksperymentu („Boyzone”, „Dress Walker”). Tam zresztą wszystko powoli, bardzo powoli, choć jednakowo przyjemnie, rozpływa się do postaci wielominutowych transów i ostatecznego wyciszenia („Perpetual Village”, „Left Speaker Blown”). Prosiłbym jeszcze raz to samo. 


27. C4030 – C4030

Króciutkie, pomysłowe, świeże jak szczypiorek. Granie gdyńskiego tria polega na kombinowaniu elementów popowych z jazzowymi, kreśleniu piosenek faszerowanych nośnością i klimatem. Właściwie każdy utwór mogliby sprzedać jako murowany alternatywny przebój. Radośnie energetyczny „Czerwiec”, uroczo leniwe „Narkotyki”, hymniczny „Świat”, przypominające The Sea And Cake „Rozstaje”, zadumany „Kierunek Północ”. Nie bez wpływu na ich odbiór mają też zazwyczaj bezpretensjonalnie optymistyczne teksty. Błyskotliwość momentami miażdząca, ale i pozostawiająca ogromny niedosyt, bo nawet jeśli nie ma tu chwil zbędnych, to krążek ten przemija w uszach boleśnie za szybko. 



26. Ariel Pink – Pom Pom

"penetration time tonight"

Ariel Pink jest jednym z nielicznych, stąpających po tej planecie popowych potworów. Ostatnie trzy płyty różowowłosego świadczą, iż w ramach ostrego piosenkowego układania, rozkładania, wymyślania, sięgania i mieszania jawi się on osobowością nieprzywidywalną, gościem o nieograniczonej wyobraźni. Gwarant naszej przyjemności i satysfakcji to właśnie obecność tych dwóch rzeczy. Braku zahamowań w doborze muzycznych środków oraz osłuchania połączonego z kreatywnością. Monstrualne możliwości kalifornijczyka uzewnętrzniły się w tym roku na „Pom Pom” – 17-utworowej paradzie kapitalnych, znakomicie zrealizowanych pomysłów. Rosenberg nie jest tu na całej linii perfekcyjny, ale w wielu miejscach bywa, chociażby tam, gdzie stawia na przebojowość w wydaniu klasycznym („One Summer Night”, „Lipstick”). Także tam, gdzie nieustannie błyszcząc brzmieniowo i kompozycyjnie wkracza w określone konwencje („Not Enough Violence”, „Dayzed Inn Daydreams”). Prześlizgiwanie się po kolejnych muzycznych dekadach nie sprawia mu najmniejszych problemów, z każdej wyciąga i wykorzystuje co tylko mu się spodoba, choć oczywiście niektóre zabawki lubi bardziej niż inne (glam, psychedelic-pop). Rzeczami godnymi odnotowania są ponadto seksualne odpały  („Sexual Athletics”, „Blackb Ballerina”) i niewybredny humor. Totalny brak powagi albo zwyczajna głupkowatość („Jell-o”), którą chyba naumyślnie próbuje wprowadzić nas w błąd, by wmówić, że wcale nie jest taki genialny. W dużej mierze bezskutecznie. 



25. Vales – Wilt & Rise

Zażarcie emocjonalni screamowcy stąpający podobną drogą co koledzy z Touche Amore, Birds In Row czy Suis La Lune. Trzeba przy tym nadmienić, że każde stąpnięcie w ich przypadku kończy się zdruzgotaniem gruntu. Kiedy wokalista wyrzuca z siebie słowa „I am reminded of my survival each and every day” jego wiarygodność ciężko zakwestionować. Zespół nie przegina przysłowiowej pały nadmiarem patetyczności, dramatycznie rozeźlone wrzaski bezkolizyjnie komponują się z pędzącymi gitarami i perkusją. Poza tym: 2011: „Parting The Sea Between Brightness And Me”, 2012: „You, Me & The Violence”, 2013: “Is Survived By”. Obecność choć jednej tego rodzaju płyty w moich podsumowaniach rocznych to już tradycja. Do wyżej wymienionego zestawu dopisuję dziś “Wilt & Rise”. Trzy punkty w lidze hardcore’a dla drużyny z Wysp.


24. Król – Nielot

“Brzmi to paskudnie i jest to zaraźliwe”. Zgoda, ale tylko w połowie. Tej drugiej oczywiście, bo brzmienie „Nielota” nie odstaje przecież od największych synth-popowych doskonałości produkowanych dzisiaj w krajach anglojęzycznych. Trzeba się cieszyć, że zawieszenie działalności UL/KR nie odcisnęło piętna na dobrych chęciach Błażeja Króla. Muzyk stał się nierozerwalną częścią naszych przygód w stopniu nawet skuteczniejszym niż miało to miejsce za sprawą jego dokonań zespołowych.  „Brzmieniowcy” mają tu pożywkę z pedantycznie wymalowywanych klawiszowych dźwięków, smakowitej elektroniki i zakamuflowanego pod bardzo dzisiejszą „podwodną” powłoką 80’sowego popu. Szczerze wymiękam słysząc jak wyprodukowane są „Ćmy”, zwłaszcza w momencie, w którym wkracza saksofon. “Szczenię” to dreszcz zapewniony przez emocję wokalną, ale i z rozmysłem powtarzany mniej więcej od połowy do samego końca motyw. „Wczoraj” to nie tylko świetny kandydat na piosenkę do reklamy syropu na przeziębienie („dziś katar, gorączka...”), ale i hit zaopatrzony w melodie połyskujące niczym promyki słońca na tafli jeziora. Stratni nie będą również „lirycy”. Wszystkie te “damy wtulone w walety”,  “syki ciekłego ognia”, „rdzewienia jabłka”, zdania poetyckie same sobie i te układające się w ciekawe rymy nadają utworom Króla całkowicie słuszny poziom sugestywności. Albumy takie jak ten, sprawiły, że polska muzyka w 2014 roku trzymała się wyjątkowo ciepło.        


23. Kiev Office – Statek Matka

Jeżeli miałbym, na tę chwilę, ująć największy atut „Statku Matki” to celowałbym w umiejętne posłużenie się rockowym warsztatem i skonstruowanie czystego gatunkowo, choć złożonego podgatunkowo materiału, który sprawia szorstką przyjemność, ale też jawi się jako interesujący. „Girls From Rewa, Boys From Hel” to esencja Kiev Office, coś czego mogliśmy się po nich spodziewać, ale doszlifowane i epickie jak nigdy dotąd. Chórki Joanny Kucharski nigdy nie brzmiały tak dostojnie, wokal Gorana nigdy tak przejmująco, muzyka grupy nigdy tak bardzo nie przypominała potężnego i pięknego parowca... Absorbujący, najdłuższy na płycie „Opat” = zadumana nowa-fala, noc ciemna zmysłów, mogłaby tak nieść się i przez pół godziny. Na przeciwległym brzegu – „Po południu Mechowo”, hardcore’owa jatka, następca „Karoliny Kodeiny” i „Człowieka Pełnego Powiek”. Jakże mięsiste potrafią tu być gitary. Zwłaszcza w „Statku Matce” i „Indianinie”, a także w „Białej Sierści” Miegoń tnie riffy aż lecą wióry. Ogółem więcej jest też fantazyjnych solówek. Z sześciu strun emanuje noise-rock i post-punk, dobrze rozumiany alternatywny rock, punk, szczypta bluesa i ciężkiego grania. Piosenkową lekkość najlepiej reprezentuje zaś zdecydowanie „Szary Mistyk”. Surowowość i pomysłowość dochodzą do porozumienia, szarość jest kolorowa. Pomimo rewitalizowania estetyk poprzednich dekad ciężko posądzić o nieświeżość.

środa, 24 grudnia 2014

Podsumowanie 2014: piosenki 24-11




Jason Robert Quever, taki trochę wiecznie zakochany chłopiec, kompozytor padający z jabłoni gdzieś niedaleko Morning Benders, Fleet Foxes, Grizzly Bear. Dziedziczący po Brianie Wilsonie i Jamesie Mercerze, czerpiący z tradycji folku i barokowego popu. „Still Knocking At The Door” dowodzi dwóch rzeczy. Po pierwsze autentycznej umiejętności Papercuts do układania zgrabnych, przeuroczych piosenek. Po drugie, wiedzy odnośnie tego jak powinny one ostatecznie zabrzmieć (skrzypce, chórki, wyeksponowana gitara na wysokości 3:00). Tu już rozmarzony, natchniony sposób wyśpiewania przez Jasona pierwszego wersu „Not scared of girls with dreams to sell…” nie pozostawia wątpliwości, iż mamy do czynienia ze spadkobiercą najlepszych indie-romantyków. Na pocieszenie dla wszystkich, którym jeszcze nikt nie otworzył drzwi.



Ze skromnej półminutowej zwrotki i jednostajnego rytmu sprytnie wprowadzających w hipnozę wyrasta refren gigant: „Kontuzje cię nie bolą, zapijasz wódkĘ colą” ze zmianą na „...walka przeciw zatorom”. Kiev Office napisali już nie jedną chwytliwą piosenkę na czeke z „Dwupłatowcami”. Tymczasem ten wyróżniający się kawałek ze „Statku Matki” brzmi jakby przed jego stworzeniem trio umyślnie podniosło sobie poprzeczkę w kategorii „przebojowość” po czym zgodnie z oczekiwaniami (i w duchu samego tekstu) dokonało życiowego skoku. Ok, dziś mamy bulwar i molo, ale aż strach pomyśleć przez co będą skakać dalej?



Hałaśliwi panowie z The Men sami ponoć nie wiedzieli, że noszą w sobie tego rodzaju kompozycje. Nie było w tym roku piosenki, przy której bardziej niż przy „Settle Me Down” żałowałbym, że radia nie są już tak fajne. Ta piosenka to zwykły rock, zwykłe country, zwykły pop, zwykła łagodna przebojowość do słuchania w samochodzie albo rankiem przed wyjściem do pracy. Mogłaby powstać zawsze i pewnie im prędzej by powstała, tym większym cieszyłaby się uznaniem. Wydana teraz niesie nas jednak na arcy-rozkosznych falach niedoprecyzowanej nostalgii.



W tej jednej znakomitej piosence Eric Berglund zamknął oczekiwania fanów Animal Collective na utwór, jakim inny wykonawca byłby w stanie wynagrodzić chwilowo nieobecność ich ulubieńców. Czy słuchając „Whorehouse” czujemy się tak jakby ktoś otworzył nam puszkę pandory? Chyba nie do końca, raczej jakieś jej przeciwieństwo. Ten kawałek to prędzej niezwykłe pudełeczko, z którego wyskakują zabawki, słodycze, konfeti i inne kolorowe niespodzianki. Miłośnik pomysłowo sprzedającego przyjemność popu poczuje się tu jak dziecko na urodzinach. Berglund a.k.a ceo sypnął z rękawa talią chwytliwych dźwięków, odgłosów i melodii. Szwed, jak to Szwed, napisał zgrabne, rytmicznie wzmocnione zwrotki, chłopięco niewinny refren, ale i posłużył się kluczową w tym wszystkim szkołą mistrzowskiego produkowania. Tym samym, najistotniejszym rezultatem stało się powstanie przyciągającego barwnymi detalami  singla kompletnego, w którym za każdym razem dosłuchujemy się kolejnych nowych rzeczy. Siedem (!) lat po zdobyciu piosenkiroku na Screenagers, ex-członek The Tough Alliance przypomniał nam się ze swej najkorzystniejszej strony.



Na bezrybiu i rak ryba. Na średniej płycie The Gaslight Anthem dobra piosenka napisana przez Briana Fallona to wciąż świetna piosenka. W „Rollin’ And Tublin” płonie żywy ogień podsycany goryczą i rozczarowaniem. Rozwód lidera zespołu z New Brunswick zainspirował być może najlepszy kawałek czystego rocka, jaki powstał w tym roku. Ciskane od samego wejścia riffy, refreny i mostki prowadzone na całkiem błyskotliwych wokalnych melodiach oraz spienione ostrym wkurwem teksty Briana („Baby I was born on the fourth of July, Exploding like a firework, aw yeah”) składają się na gitarową petardę o aparycji nie skalanej obskurnością. 



Świąteczne utwory nie są nawet w połowie tak dobre jak te zimowe i nazwijmy je sobie “przedświąteczne”. Miłosna ballada Adama Bainbridge’a śpiewana w urokliwym duecie z wokalistką o pseudonimie Tawiah wpisuje się według mojego wyobrażenia właśnie w tę ostatnią kategorię. Stanowi o tym wyjątkowa, ciepła atmosfera, stonowanie i wrażliwość obydwu głosów piszących swoje kwestie na gruncie będącym wypadkową r’n’b z sophisti-popem. Dołóżmy do tego trzy grosze dołożone przez pana z Blood Orange oraz nie tak znowu wesoły tekst czyli czynniki równoważące poziom cukru w piosence do postaci półsłodkiej, może nawet wytrawnej. To może nie soundtrack do beztroskiego ubierania choinki, ale refleksyjnego grudniowego spaceru ulicą miasta wieczorową porą już jak najbardziej.



„Amnesia” zalicza się do sprytnie rozplanowanych piosenek, które z każdym kolejnym momentem już podczas trwania zyskują coraz większą sympatię słuchacza. Podopieczni Nasiono Records zaczynają nieźle, od pogodnej zwrotki, ważny punkt zyskują przy „run run runaway until you reach the blind street…”, aż w końcu przesądzają sprawę bujnie rozkwitającym refrenem. Nie wiem jakim cudem dałem się tu przekabacić (i to nie raz) tak wielu melodyjnym linijkom i fragmentom tekstu, które wypadałoby sobie gdzieś wytatuować. Ile razy, w czasie jednej sesji z tą piosenką, robi mi się ciepło na duszy? „Amnesia” = wiosna 2014. Niemy krzyk wiecznego bycia pomiędzy („I'm stuck forever somewhere in the middle”), ochoty porzucenia ciepłej nudy na rzecz odrobiny szaleństwa („A sip of tea washed down with a cooold drink”) i małego, osobistego buntu („I could never live that way agaaain”). Zdecydowanie ich “moment of bliss”.



Wyobraźmy sobie balladę o rozstaniach, takich chwilowych, o emocjonalnych kosztach jakie trzeba przez nie płacić, aby coś się opłaciło. Albo nie tylko o rozstaniach, raczej o wszystkim co wiąże się z poświęceniem czegoś dla dobra sprawy. O wysiłku, który na poważnie podjęty może zaowocuje triumfem, ale nie na sto procent, bo gwarancji nigdy ma... Tylko czy aby na pewno o tym wszystkim jest ta piosenka, czy jednak tylko o rozstaniach i tęsknotach? A może to jedynie ładna melodia, ciepła emocjonalność i kompozycjna szlachetna prostota? „Jedynie” – słowo klucz.



Jakże pięknym nabytkiem stał się dla Polyvinyla ten zespół. Jak łatwo można się zakochać w jego blond-wokalistce, jakże błogo melodie rozpływają się gdzieś w lekko-retro oprawie i jak kapitalna jest cała ta twee popowo/jangle popowa piosenka, tego wyrazić nie jestem do końca w stanie. Lato według Alvvays, słoneczna beztroska… takie struktury i klimaty już znamy, ale usprawiedliwieniem wysokiej oceny oraz zachwytów niech będzie meritum w postaci refrenu, słusznie naznaczonego tu największą starannością i wdziękiem.



Nie za łatwo jest pisać o tak mało charakterystycznych, typowych wręcz dla danego zespołu, ale mimo to diabelnie doskonałych utworach jak „Intruders”. The Antlers zaszczycają nas swą dostojną melodyjnością, krokami stawianymi z elegancją, gracją i lekkością jednocześnie. Linie wokalne Petera, jego falsetowane końcówki i sporadyczne uniesienia wypływają tak naturalnie, że nawet „fuck your doubts and your cute batallion” nie brzmi za grosz wulgarnie. Fragment zawierający te słowa jest zresztą w całej piosence najlepszy, a zdobiące numer trąbki wydają się być na miejscu tak bardzo, że aż dziwne jak mogli się obyć wcześniej bez nich.



Z czym właściwie mamy do czynienia? Post-punkiem, kraut-rockiem, avant-popem? Może wszystkim po trochu, a może z żadnym z powyższych. Kilka repetycyjnych struktur nakłada się na siebie, wokalista ciągnie zwrotki nadając tworowi pozorów piosenkowości, jest ciekawy rytm i basowy puls. Po tym jak dostajemy ostrzeżenie: „Digitale, analogi, błyskające oślepiają, Kiedyś Cię dopadną, więc się strzeż”, pojawia się chyba mój ulubiony, mroczniejszy fragment stanowiący pomost pomiędzy drugą, a trzecią zwrotką (refrenu nie ma). A w niej z kolei najlepszy element tej sympatycznej i dość wymyślnej konstrukcji tekstowej. „Skręt w grubymi nićmi sznurowany sen, O szybach czarnych i autach za pięć, Do tej całej idolatrii, pełnych szklanek, koleżanek, Głośno słuchających „Tago” Can”. 30 marca 2014 „kawałek frapował i wciągał.Dawał radę jako przewrotny singiel, a zarazem wzbudzał ciekawość co do tego,jak odnajdzie się w układance albumowej.” Dziś wszystko poza ostatnią częścią wydaje się być aktualne. Układanka albumowa to już z kolei temat na inną bajkę.



Joyce Manor od trzech lat nieustannie utrzymują status najbardziej kultowej wśród lajtowych punk rockowych kapel. Króciutki numer 4 z „Never Hungover Again” 20 lat temu znalazłby swoje miejsce zarówno na „Punk In Drublic” jak i „Bee Thousand”.  „Victoria” z perkusją ala NOFX i entuzjastycznym krzyczeniem dziewczęcego imienia jawi się ich najbardziej beztroską lipcowo-sierpniową propozycją jak dotąd.  


12. Trust – Capitol

Pierwszy kontakt z „Capitol” ekscytacji nie przyniósł, ale już w drugim gotów byłem ocenić utwór Roberta Alfonsa na optymalne dziesięć. Zarówno podskórny odbiór jak i analityczna obserwacja sposobu rozłożenia składowych kawałka Trust jest intrygującym doświadczeniem. Autentyczną delirkę wywołuje zwłaszcza pierwsze 60 sekund. Obezwładniający klawiszowy motyw, lakoniczna tekstowo zwrotka, tak jakby napisana na kolanie, jedynie w celu zrobienia odpowiedniego wstępu do bombastycznego refrenu, ale w rzeczywistości będąca ogromną wartością sama w sobie. „No love, hold up, afraid/a friend?”, bo dobrzy poeci wiedzą, że mniej często wyraża najwięcej. Sam refren, tak wyczekiwany, maksymalnie przebojowy, powoduje czyste spełnienie. Z kolei nieinwazyjna taneczna część po nim, co najmniej słuszne przedłużenie przyjemności obcowania ze słodko-gorzkim synth-popowym singlem roku.



Sean Bonette, okularnik, szalony intelektualista i jego wesoła grupa folk-punkowych bystrzaków pozwalają nam przez moment przybrać nieco wrażliwszą optykę na świat. „Stevie Wonder to the bullshit, baby, Write a nice pop song about it”. Czyż nie brzmi to w przypadku “Temple Grandin’” jak postawione sobie i wzorowo zrealizowane wyzwanie? Ich muzyka nadal uderza, chwyta i krzepi. Poza tym „FIND A NICER WAY TO KILL IT!” wciąż można przy niej krzyczeć.