Midwest emo żyje, ma się dobrze i tym razem, zaskakująco, przychodzi do nas z Austrii. Podopieczni Count Your Lucky Starsnagrali kawałek do cna październikowy, trochę zadumany, ale silnie krzepiący zarazem. Bardzo nastrojowy, choć w żadnym razie nie depresyjny, ciepły, w jakiś dziwnie magiczny sposób pobudzający do życia i działania.
Podobieństwo już wcześniej bywało zauważalne, ale dziś nie mam wątpliwości, że Raphaelle Standell-Preston, to jakaś zagubiona, mentalna siostra Aveya Tare i Pandy Beara. Cóż oni uczynili mi całym tym ośmiominutowym „In Kind”? Wraca pojęcie „podwodnego popu”, fale dźwięków przelewają się przez słuchawki, dziewczyna od szeptu przechodzi do rejonów artykułowania, od których jeżą się włosy. Kompozycja jest tak ładnie i sensownie ułożona, emocje niszczą bezbłędnie, a melodie wyskakują niewiadomo skąd. Pierwiastek boskości obecny.
Od bezkompromisowego zwątpienia w maksymę “pieniądze szczęścia nie dają” przez gąszcz prostych w tym przypadku, ale więcej niż fajnych, romantycznych linijek do totalnego muzycznego piękna jakie tylko da się jeszcze dziś wycisnąć z akustyczno-folkowego grania. „You pick a place, I'll go there, Near or far, I don't care. Or pick your poison, and we’ll share: “Cheers to us”.
Zdolni naśladowcy Ariela Pinka utworem „The Hearse” zaintrygowali już jakoś na samym początku roku, jako nowa twarz przezacnego Polyvinyla. Gdyby cały album złożyli z takich retro-popowych, hookowatych wspaniałości to sami wiecie co by było. Wyszło nieco słabiej, w sumie nawet nienajgorzej, ale trudno. W tej piosence co ma płynąć – płynie, dobrze jak cholera jest przez cały czas i myślę, że Rosenberg przybiłby piątkę bez pytania.
And in my mind, There is something rotting dead. Tym razem u Deerhunterów mniej wzruszeń, a więcej rzeźniczenia. Bradford Cox i jego zespół z wdziękiem kameleonów przeistaczają się w specjalistów od garażowo-rockowego uboju. Gdyby „Monomania” składała się wyłącznie z ostatnich trzech minut w postaci maniakalnego wymawiania słów tytułowych i jazgotliwego nawalania, to pewnie i tak wrzuciłbym tutaj.
Dziewczyna z football, etc ma naprawdę ładny głos i nie zawaha się użyć go tak, żeby brzmiał jeszcze ładniej. Przysłuchawszy się dokładniej zdajemy sobie sprawę, że magia wokalizowania Lindsay polega na przedłużaniu poszczególnych słów oraz nadawaniu im swoistej ulotności.Whaaaaaat dooooo yoooou seeeee wheeeen youuuuu cloooooose yooooour eyeeees, for the laaaaaast tiiiiiime. W tym pomagajązresztą urocze indie-emo’we melodie, dopasowane w taki sposób, by jedno i drugie funkcjonowało blisko ideału. Godni następcy Rainer Maria.
Prawie 8 minut, tańczymy, nie nudzimy się. Win twierdzi, że jeśli w niebie nie odnajdzie swej wybranki, to nie ma dla niego sensu. Może nie jest to tekst tak dobry i na pewno nawet w ułamku nie tak poruszający jak rzeczy z „Funeral” albo „The Suburbs”, a i tak wciąż widać, że oni. Poza tym tu na pierwszym planie jest brzmienie. David wchodzi ledwie na chwilę, ale jego kwestia wnosi coś miłego i przedłuża sens tego zaskakująco równego pod względem chwytliwości tworu.
Chcę coś przeżyć i zachować by potem nie żałować/ Chcę tylko leżeć na podłodze i myśleć o sobie. Dość naiwnie byłoby uwierzyć, że w zastanym czasie i rzeczywistości utwory Lewych Łokci mają szansę stać się młodzieżowymi hymnami jakiejś generacji, a trochę szkoda, bo potencjału lirycznego jak i zawartego w zadziornej muzyce na pewno im nie brak. Sam fakt, iż w naszym kraju smutasów, wreszcie ktoś gra jak Superchunk łamany przez Weezera i po indie-rockowemu wesoło hałasuje warty jest uznania. Kto zna moje muzyczne upodobania ten wie, że kawałkom takim jak „Pomieszane Chwile” nie jestem w stanie się oprzeć. Owszem, gitary i perkusja sprawują się tu całkiem radośnie, ale tekstowo to wcale nie sielanka, bo niestety w życiu nadal młodych, choć mierzących się już z dojrzałością ludzi, którzy pragną z tej młodości coś jeszcze wycisnąć „niewiele się zmienia” nawet jeśli czasem tego by sobie życzyli.
(Po raz pierwszy recenzja "Pomieszanych Chwil" ukazała się tutaj)
Na „The Other Palm Springs” z 1997 roku Silver Scooter byli jeszcze debiutującą kapelką z Teksasu, której muzyka plasowała się gdzieś pomiędzy indie-emo, a romantycznym pop-rockiem dla ogarniętych nastolatków. W środowiskach „emowców” za swoisty hit można uznać ich kawałek „Pumpkin Eyes” z kultowej składanki „Don’t Forget To Breathe”. Na splicie z Cursive zaś, chłopaki zebrali cztery typowo indie-rockowe numery, nieodległe z jednej strony temu co na debiucie, z drugiej jakby ciekawsze, lepiej zagrane, inspirowane Superchunkiem („Bob’s BBQ”) czy Built To Spill („Holding The Flare”). W rezultacie ich strona EP’ki niespodziewanie okazuje się być tą bardziej interesującą, a już na pewno przyjemniejszą. 14 zgrabnych minut, dwa utwory przebojowe, dwa spokojne i nastrojowe. Wokalnie i instrumentalnie wszystko trzyma się kupy. A przecież byli wówczas tylko jedną z setek podobnych grup obijających się po Stanach.
Tymczasem po stronie Cursive tym razem czegoś mi brakuje. „Returns And Exchanges” to próbka ich starego stylu, coś co na debiucie byłoby solidnym punktem programu. „Pulse” też niby brzmi nieźle, ale czemu mam przy tym wrażenie, że zespół powtarza się grając piosenkę, która już kiedyś była? „Tides Rush In” tradycyjnie spoko, bez emocjonowania się.
Siódemka dla Scootera, tylko piątka dla Tima i spółki. Panom z Omaha, Nebraska daleko na splicie do wybitności jak i tragedii. Ot po po prostu trzy numery dla fanów, których wszyscy inni przerabiać nie muszą. W sumie za całość, ze średniej arytmetycznej – szóstka.
Nie ma co ukrywać, że muzyka na lato kojarzy się głównie z prostymi, melodyjnymi i wpadającymi w ucho piosenkami. Paradoksalnie zawartość „The Storms Of Early Summer” pomimo praktycznie zerowego posiadania tych cech mi wybitnie kojarzy się z okresem letnim. Wypada jednak ostrzec, że lato widziane przez pryzmat utworów Cursive jawi się jednym z tych wyjątkowo pochmurnych i deszczowych, a burze też nie należą tu do rzadkości.
U mnie właśnie za oknem pada, grzmi, szaro i jakoś tak za przeproszeniem chujowo. Krople ściekają po oknie, a mamy dopiero 1/3 wakacji. To jest ten czas żeby włączyć sobie „When Summer’s Over Will We Dream Of Spring”. Kawałek teoretycznie na ostatni dzień września (ewentualnie sierpnia), ale co za różnica kiedy na dworzu co najmniej październik. Do tej pory najwybitniejsze rzeczy na małych i dużych krążkach Cursive znajdowały się na samym początku. „A Disruption In The Normal Swing Of Things”, „After The Movies”, „Icebreakers”. Na ich drugiej płycie sprawa jest nieco bardziej dyskusyjna. Otwierający “Rhyme Scheme” do genialnych bez watpięnia się zalicza, więcej, to nawet moje ulubione nagranie z “Semantics Of Song”. Wspomniany utwór spod indeksu dziewiątego najdobitniej oddaje jednak ducha całości. Podszyte złością emocje zawarte zarówno w wokalnych ekspresjach Tima jak i znakomicie brzmiących gitarach i sekcji rytmicznej. Ostro cięte fragmenty melodii w głodowych dawkach przynoszące posmak końca lata albo końca relacji między dwiema osobami. Narastająca intensywność nie pozwala usiedzieć w miejscu, nieoczywisty tekst zaspokaja poetyckie wymogi. Co tu więcej pisać, „heart and soul” tego albumu.
Jeśli o liryki chodzi to Kasher daje się przyłapać na rozmyślaniu nad pewną istotną także dla recenzentów muzycznych kwestią. Już w „Rhyme Scheme” pojawia się zwątpienie w moc słów i wyrażanie znaczeń za pomocą pisania czy też samego mówienia… „Words have no feeling without loaded meanings, Words take too long to come across, Meanings are meant for defining defintions”, “Words... just... won't... work..., Words... are... slowly demeaning their meanings, Words... make... things... worse, Words... are... always repeating, Losing their meaning”. Relacja między emocjonalną dynamiką brzmienia, a zaangażowaniem tekstowym sprawia, że „Rhyme Scheme” w rezultacie wypada tak rewelacyjnie. Cała pierwsza piątka prezentuje się zresztą bez zarzutu. Przyjemne „A Career In Transcendence” zwieńczone całkiem ciekawym wokalnym kanonem dowodzi, że grupa jest w najlepszej formie i pomysłów na kompozycyjne rozwiązania w żadnym wypadku jej nie brak. Motyw słowa także nie idzie w las („Well, some words are like bricks, And so we build our fortresses”, “But your words weigh you down You've built your nest of bricks”). Choć później na kilka chwil znika ustępując miejsca historiom z czarnymi chmurami i deszczem w tle to powróci jeszcze w całej okazałości przy okazji „Semantics Of Sermon”, a szczególnie jego końcówki („Don't tell me that's all we're writing for, Picture postcards, Three minute essays, We can never fit in what we want to say”).
“The Road To Financial Stabillity” ujawnia zdecydowanie mroczniejsze, złowrogie, ale nie mniej frapujące oblicze. Trwające dokładnie tyle samo „Tempest” jest niczym jego druga część. Apogeum pesymizmu osiąga „Break In The New Year”. W przeciwieństwie do “Such Blinding Eyes” następca wręcz zachwyca równością. Świetne „Northern Winds” z wyrazistymi partiami bębnów Clinta Shnase’a i rasowa indie-emo ballada „Abscense Makes The Day Go Longer” (porównajcie melodię z późniejszym „One” Sunny Day Real Estate) zapewniają klasyczny koniec.
„The Storms Of Early Summers: Semantics Of Songs” jest już w pełni dojrzałym albumem zespołu, któremu udało się rozwinąć skrzydła i nagrać master-piece swoich wczesnych dokonań. Tim Kasher udowadnia tu, że pisanie tekstów nie musi ograniczać się do stereotypowych miłosnych tematów, a nawet jeśli to zapodanych w totalnie świeży sposób. Jeśli nie każdy gustuje w stylistyce „The Ugly Organ” albo „Happy Hollow”, "The Storms" może być jego ulubionym krążkiem Cursive. Następnym razem słyszymy się z tymi piosenkami za jakieś dwa miesiące. Będzie okazja przekonać się czy „When summer's over will we face autumn?”.
Kontaktowy punkt pomiędzy pierwszą, a drugą długogrającą pozycją w katalogu Cursive. Od „Such Blinding Stars…” mija parę miesięcy, wydawca zmienia się z Crank! na Saddle Creek. Trzy utwory z EP’ki tworzą intrygującą zapowiedź dalszych poczynań, zdradzając również progres względem wcześniejszych wydawnictw.
Co raz lepiej wychodzi im tu budowanie misternego klimatu, w czym bezbłędność osiągną za pięć lat. Póki co serwują pierwszorzędną mieszankę indie-rocka, emo i post-hardcore’u. Gitary Kashera i Pedersena w „Icebreakers” urzekają melodyjną doskonałością. Motyw na wysokości 1:37 przy gorzko łkanym “They’ve left us cold and crippled…” zwala z nóg. I na tym nie koniec, bo cały utwór jawi się stuprocentowym majstersztykiem. Na każdej płycie Cursive chociaż jeden taki musi być.
Trzeba jednak przyznać, że w „Pivotal” niewiele spuścili z tonu. Świetnie wypada zbalansowanie programowej ostrości kawałka, wejściami drugiego głosu i żywe operowanie rytmiką. Tim z kolei zalicza jedne z bardziej przekonujących wokalnych kwestii jakie mu się przydarzyły. Warsztatowo jest już ciut wyrobiony, a obfitujące w kipiącą energię wrzaski i ochrypłe skandowania można bez wahania nazwać zajebistymi. „Polar” nurkuje w „Ugly Organowym”, klaustrofobiczno-paranoicznym nastroju. Swoje pół minuty ma w nim basista Matt Maginn, później raczej zdominowany przez agresywnie zdzierającego gardło Kashera.
„The Icebreaker” to jeden z tych krótkich materiałów, które bardziej niż inne nadają sens umieszczania muzyki w EP’kowym formacie. Skromny wyczyn zaostrzający apetyt na dalsze poczynania kwartetu z Nebraski.
Rozpoczynając przegląd dyskografii Cursive wspomniałem wczoraj o spektakularnym wejściu pierwszego utworu na EP’ce „The Disruption”. Podobnie rzecz ma się z „Such Blinding Stars For Starving Eyes”. Inicjujące album „After The Movies” to zanurzona w smutnym klimacie miłosna historia, implodująca do rozmiarów totalnie rozemocjonowanego melodramatu. Zaczyna się dość niepozornie, obrazkiem pary wpatrzonej w siebie na parkingu, tuż po filmie. Ona pocałowała jego, on pocałował ją, jedna noc niczym wieczność… Wpadliście już w romantyczny nastrój? Prawidłowo, bo „After The Movies” to esencja poetyki złamanego serca. Obrazowy, niemal namacalny sposób w jaki Kasher wynosi doznania tej jednej chwili na wyżyny: "In the movies Well, they never had it so good One moment, So infinite ,On soft wet lips..." Zapewniam, że mało kto tak potrafi. Tym bardziej bolesna wydaje się druga część utworu, w której mamy już tylko rozpacz, poczucie straty i rozpamiętywanie tego co piękne było kiedyś. Wiem, wiem – płaczliwe emo w czystej postaci, ale w tym przypadku odwołujące się do prawdziwych korzeni gatunku.
Szkoda, że takiego natężenia wrażeń nijak nie podjęli się dalej. Kolejnymi piosenkami najpierw stopniowo obniżają loty, a potem już suną równo na mniej więcej podobnej wysokości. Lepiej niż zadowalająco brzmi jeszcze „Downhill Racers” – konstrukcja rzężących gitar, ładnych melodii, wpadania w stany uniesienia i opadania w nastrój. Zapada w pamięć charczane przez Tima “Running down, Losing speed, Time escapes us, Timing's everything” i boczny wokal jakby w stylu Archers Of Loaf co powtórzy się chwilę dalej w prawie równie dobrym „Ceiling Cracks”.
Próbka stylu zademonstrowana na wcześniejszym singlu i EP’ce na „Such Blinding Stars” odnajduje swe rozwinięcie. Cieszą takie kawałki jak „Vermont”, „Eight Light Minutes”, „Dedication To Desertion”, “Warped Wood Floors”. Ciarki przejdą jednak po plecach bardziej wyczulonych znawców dźwięków przy niektórych gwałtownych wrzaskach jakie nasz Timothy ochoczo z siebie wydaje choćby w “Dirt Of The Vineyard” czy „Retirement”. Podsumowując - na perfekcyjne, finezyjne krążki przyjdzie dla nich czas. Cursive datowane na 1997 to obiecujący, młody band, z wyraźnie zarysowanym potencjałem, całkiem urokliwymi utworami, ale i garścią wad, które ja osobiście jestem w stanie dość łatwo przełknąć.
Historia „The Disruption” sięga zamierzchłych czasów kiedy to jeszcze Saddle Creek nie nazywało się Saddle Creek, a Lumberjack Records Corporation. Kultowe, wczesne lata jednego z najbardziej zasłużonych dziś indie-labelów w USA przyniosły pierwsze nagrania Conora Obersta, Slowdown Virginia czy wreszcie wykrystalizowanego na gruncie niezliczonych miejscowych kapel Cursive.
Jak przystało na zespół genialny, sam początek debiutanckiej EP’ki to przysłowiowe trzęsienie ziemi. Choć „A Disruption In The Normal Swing Of Things” z jednej strony ukazuje całe to młodzieńcze nieopierzenie i emo-przedramatyzowanie, z drugiej jawi się wyrazem niczym nieograniczonej, czysto energetycznej ekspresyjności. Jak tu nie kochać tego numeru, narastającego napięcia i zdzierającego gardło Tima Kashera przy "I don’t need thiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiis sympathy"?
O ile drugiej równie nieokiełznanej pieśni w całej dyskografii Cursive ze świecą szukać, tak dalsze pozycje z EP’ki o żółtej okładce z czarnym paskiem wzorowo antycypują co dziać się będzie na ich najbliższych płytach. Dość nastrojowe „There’s A Coldest Day In Every Year” pasuje do już ciekawego stylu jaki wypracowali w drugiej połowie lat 90’tych. „The Knowledgeable Hasbeens” brzmi trochę jak prototyp „Ceiling Cracks” z pierwszego LP. „A Disruption in Our Lines of Influence” nawiązując do indeksu pierwszego (po frazie "this is the part where the ambulance comes…" pojawia się swoista zmiana punktu widzenia z "there’s a dead man on the street" na "I'll play the dead man") spójnie domyka treściwe 10 minut.
Sucker And Dry (singiel) (1997)
6
Singiel w końcu czy EP’ka to w sumie bez różnicy. Ledwie dwie piosenki wchodzą w skład wydawnictwa, ale im również wypada się przez chwilę przyjrzeć. Nagranie tytułowe nie ustępuje poziomem wszystkiemu co poznaliśmy na „The Disruption”, śmiało można powiedzieć, że stoi już na nieco wyższym (oczywiście wyjątkowe „A Disruption In The Normal Swing Of Things” not included) stanowiąc coś co fan grupy przeoczyć w żadnym wypadku nie może. B-side’owe „And the Bit Just Chokes Them” to już trochę bardziej toporne, typowe indie-emo. Dla strony A warto.
Geoff Rickly pisząc materiał na „Waiting” ledwie wchodził w lata powszechnie przyjmowanej dorosłości. Ciężkimi przejściami jakie miał już wtedy za sobą z powodzeniem mógł jednak obdzielić przynajmniej dziesięciu swoich rówieśników. Stąd wyjątkowo smutne i ponure brzmienie debiutanckiego albumu Thursday. Ta płyta jawi się jako najbardziej osobiste dzieło znakomitego bandu z New Brunswick . Za serce chwyta już otwierający „Porcelain” opowiadający historię Kevina, przyjaciela Geoffa, który zabił się tuż po przeprowadzce do San Fransisco. Tematyka samobójstwa to także „Ian Curtis” poświęcone naturalnie liderowi Joy Division. Piękne „Dying In New Brunswick” (ta melodia w środku!) jako jedyny utwór w dyskografii Thursday otwarcie uderza w stylistykę autentycznego emo. W „Streaks In The Sky” udało im się zachować wstrząsającą emocję wykonawczą i szczególnie elektryzujące napięcie. Osobiście aż mnie skręca kiedy słucham z jakim zaangażowaniem Rickly wyrzuca z siebie słowa. Gorzkie, rozpaczliwe wrzaski to zdecydowanie kluczowy środek wyrażanej tu ekspresji. Pomimo klasy poprzednich utworów nakazujących odbiór na płaszczyźnie emocjonalnej moim ulubionym kawałkiem z „Waiting” nie jest żaden z wyżej wymienionych, a numer 2 na trackliście „This Side Of Brightness”. Hałaśliwa i nastrojowa zarazem fuzja smutnych smyczków z niesamowicie dynamiczną rockową, sekcją instrumentalną. „Waiting” nie porównuję z żadnym innym krążkiem Thursday ponieważ stanowi on dla mnie odrębny temat. Punktem zwrotnym w ich dyskografii będzie dopiero „Full Colapse” w jakimś stopniu zakreślające dalsze pole działania kapeli. „Waiting” to taka płyta nr 0. Osobista, osobna, wyjątkowa. I ze świetną okładką.