Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lee Ranaldo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lee Ranaldo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 lipca 2013

Sonic Youth - Confusion Is Sex (1983)













5.5

Kontynuacja paranoicznego no-wave’u z pierwszej EP’ki. Wciąż bez Steve’a Shelleya, songwritersko udzielają się tylko Thurston i Kim. Duch nagrywania z Glennem Brancą nadal nieodłączny, grupa nie ma ochoty używać gitar w normalny sposób. Jak wiemy normalność straszy nudą.

Pozostajemy więc w muzycznej awangardzie, którą tradycyjnie można traktować jako oryginalniejszą formę sztuki, lub niesłuchalny śmietnik. Jest tu duszno i lodowato zarazem, trochę nieprzyjemnie, ciemno, a nawet chorobliwie. Uczucia wydają się zbędne, ale jeżeli komuś sprawia przyjemność mechaniczne artykułowanie, industrialne jazgoty oraz tworzące klaustrofobiczną ciasnotę hipnotyczne dzwony i zegary (między innymi „Lee Is Free”) ten powinien odczuć co najmniej ukłucie perwersyjnego zadowolenia. Kim Gordon jak zwykle z dobrym skutkiem udowadnia, że aby tworzyć interesującą muzykę nie trzeba wcale mieć talentu. To jej „Protect Me You” epatujące totalnym mrokiem jawi się najbardziej sugestywnym i zarazem „najładniej” brzmiącym utworem z płyty. Mi osobiście bardzo udziela się atmosfera dezorientacji i niepokoju zawarta w tekście oraz postawienie nacisku na klimatyczność. W interpretacji „I Wanna Be Your Dog” Kim nie jest już tak opanowana. Tu odziedziczona zostaje cała potępieńcza dzikość panów z The Stooges, zwłaszcza, że mowa o wersji wykonywanej na żywo. Innym elementem utrwalającym ciągłość nowojorskiej sceny jest całkiem niezłe „The World Looks Red” z post-apokaliptycznym tekstem Michaela Giry (w wykonaniu Thurstona). W przypadku „Shaking Hell”, trzeciego numeru Gordon, z początku niewiadomo czy ktoś tam na czymś gra czy może dwóch typów rytmicznie piłuje drzewo. Następująca dalej deklamacja i wykrzykiwanie haseł też raczej nie zachwycają, daleko do wrażenia z „Protect Me You”.  Czwarty, „Making The Nature Scene” to już czysta poezja miasta, wiersz w awangardowym stylu, w którym basistka Sonic Youth niczym Julian Przyboś staje się wykrzynikiem ulicy.
 
Numerami Moore’a są: adekwatnie zatytułowany „Inhuman”, w pewnym sensie manifestujący to co się dzieje na krążku „Confusion Is Next” (I maintain that, chaos is the future, And beyond it is freedom, Confusion is next, And next after that is true) i rozpoczynający całość “She’s In A Bad Mood” czyli wprowadzenie do rytualnej ceremonii, dawka czerni gęstej jak smoła.

Tak w skrócie prezentuje się długogrający debiut Soników. Album ciekawy, stanowiący pewną pożywkę intelektualną, choć raczej męczący jeśli mielibyśmy dla rozrywki słuchać go „na ripicie”. Do zaakceptowania, ale i do poprawki.




Protect me demons
that come at night



poniedziałek, 28 listopada 2011

Sonic Youth - Sonic Youth EP (1982)












6

Za oknem wichura, zawieja, chyba pada deszcz. Nie wiem dokładnie, zasłoniłem już firanki, założyłem słuchawki, nie powinienem nic widzieć ani słyszeć. Siedzę sobie w ciepłym pokoju akademika, dookoła mocne ściany i dach. W takich chwilach zazwyczaj nabieram ochoty na oglądanie horrorów, czytanie upiornych opowiadań lub słuchanie niepokojącej muzyki.

Nowy Jork, pierwsza połowa lat 80’tych. Doskonałe miejsce i czas dla młodych, niespokojnych artystów, punkowców poszukujących nowych rozwiązań albo awangardowych świrów. Tu napotykamy grupkę osób „grających inaczej”. Pod szyldem małej wytwórni przyjaciela (Glenn Branca) właśnie wydali pierwszy fragment własnej twórczości. Nieśmiałe, debiutanckie podrygi, pięć kawałków skąpanych w no wave’owym mroku. Najpierw „The Burning Spear” jako swoista wizytówka. Pesymistyczne gitary, wywołujący ciarki na plecach bas, szamańska perkusja, wokale w których nie znajdzie się ani cienia melodii. Witamy serdecznie. „The Good And The Bad” to siedmiominutowa, instrumentalna esencja. Moi faworyci pojawiają się jednak w chwili następnej pod trójką i czwórką. Martwe disco „I Don’t Want To Push It” oraz inicjalne wokalne partie Ranaldo i Kim Gordon w „I Dreamed I Dream”. Lee od początku poetycko subtelny, przyszła pani Moore niemiłosiernie głosem uwodząca. Końcóweczkę wieńczy Thurstonowe, średnio zajmujące „She Is Not Alone”.

I to by było na tyle wieczoru z lekkim dreszczykiem. Krążek szybko się kończy (słuchałem ze 3 razy pod rząd), a wczesnym rankiem zajęcia z GOJPU z panią Jasińską i to nie w NYC, a w Siedlcach w województwie mazowieckim. EP’ka na szóstkę, bo słucha się nieźle jako zapowiedzi rzeczy doprawdy niesłychanych od tych samych ludzi w przyszłości.