Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eastern Youth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eastern Youth. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 kwietnia 2016

2010-2014: punk & emo (piosenki) - miejsca 40-31

















Kawałek o wakacjach, surfowaniu i odkładaniu obowiązków na potem. Na tle parady słonecznych melodii Bomb The Music Industry! usprawiedliwiają skłonność do prokrastynacji w kontekście ostatnich dni lata. „Hurricane Waves” to także jedna z najbardziej popowych piosenek Jeffa Rosenstocka i zarazem jedna z jego najdoskonalszych piosenek w ogóle. Wyciskanie ostatnich soków z formuły zwrotka-refren-mostek. 

Bomb The Music Industry - Why, Oh Why, Oh Why (Oh Oh Oh Oh)  
Jeff Rosenstock - Little Blue Pills



Przy rozłożeniu akcentów i przearanżowaniu kompozycji dałoby się z „Already Gone” wycisnąć „cięższe brzmienie” lub uzyskać efekt klasycznego melodic hc. Atuty tego gitarowego fajerwerku uwypuklone zostały jednak na gruncie stanowiącym połączenie obydwu wspomnianych żywiołów. Są nimi wokalne hooki Anthony’ego Raneriego oraz zgrabnie wycinane riffy, wśród których prym wiedzie oczywiście ten główny, jakże ekstatycznie odpalany we wstępie piosenki. Sednem słuchalności kawałka Bayside jest zatem jego prozaiczna, aczkolwiek doprawdy potężna chwytliwość. Rzecz w piosenkowym biznesie, niezależnie od gatunku, nigdy nie tracąca na wartości. 

Bayside - Sick Sick Sick 
Punchline - 21 Forever



Joyce Manor sprawiają wrażenie pewnego rodzaju utylitarystów. Zespół, który ze swoich piosenek odrzuca wszystko, co zbędne, pozostawiając jedynie to, co najbłyskotliwsze. Niczym dawniej Guided By Voices, kapela z Torrance wydaje się kończyć utwory tam, gdzie istnieje ryzyko, iż mogłaby już wprowadzić coś niedoskonałego. Nieważne, że ich numery nie przekraczają przez to standardowych trzech minut. Kalifornijczycy wychodzą najwyraźniej z założenia, że jeśli pomysły są wystarczająco dobre, to nawet kawałek trwający półtorej minuty będzie w efekcie pełnowartościowy. Hook zagrany dwa razy w „Schley” potwierdza tę ich postawę odrzucania ilości i forsowania jakości w zamian. Niepozorna melodia na 1:07 i 1:39 może uchodzić za jeden z wyborniejszych, stanowiących jakość samą w sobie fragmentów 2014 roku i to nie tylko na scenie punkowej. Jest to bez wątpienia punkt centralny kawałka i jego główna atrakcja, choć przy tym wcale nie jedyny element błyszczący w nim blaskiem najjaśniejszym z jasnych. 

Joyce Manor - Bride Of Usher 
Glocca Morra - Ya'll Boots Hats



Średnio raz na rok trafia się w gitarowym popie piosenka autorstwa zespołu niepozornego i stosunkowo nieznanego na tyle wyśmienita, że chce nam się ją później nucić do obrzydzenia. Przykładami takich hitów były choćby „The Compromise”, „Think  I Wanna Die” czy „Fortune”. W 2012 roku podobnego „sztosa” zafundowali zasłuchani w Superchunku garażowi pop punkowcy ze Swearin. „Here To Hear” posiada wszelkie predyspozycje do stania w jednej linii z kawałkami The Format, Someone Still Loves You Boris Yeltsin i The Marked Men. Ciągłość zarzucanych jeden po drugim gitarowych i wokalnych hooków, dzięki której utwór ani na chwilę nie pauzuje pod względem chwytliwości. Interakcję pomiędzy nimi, czyli coś, dzięki czemu nakładające się na siebie riffy i nośnie śpiewane linijki tekstu brzmią jeszcze lepiej. Po trzecie - brak refrenu wynagrodzony kapitalnym mostkiem: I’ll be there all summeeeer, dealing with everything I’m handed. Jak to często z podobnymi objawieniami bywa, na kolejnej płycie drugi taki już im się nie przytrafił.

Swearin - Movie Star 
Lemuria - Wise People



“Stay Lucky” może być zarówno piosenką o kompozytorskiej blokadzie, jak i o pierwszym spostrzeżeniu, że okres tej najbardziej wyidealizowanej młodości bezpowrotnie minął. Wiele wskazywałoby na opcję drugą i jeśli tak istotnie jest, to trzeba Brianowi przyznać, iż wiele z wniosków wypada rozbrajająco trafnie, a mostek przynosi najprawdziwszy, pokrzepiający morał. Muzycznie, utwór The Gaslight Anthem pozostaje najsympatyczniejszym, najbardziej „braterskim” fragmentem „The American Slang”. Zwłaszcza za sprawą dobrodusznego refrenu, jakże nieodległym od niezrównanych klasyków z „The ’59 Sound”. 

The Gaslight Anthem - The American Slang 
Hot Water Music - Drag My Body



W porażającym openerze „No Devolucion” Thursday brzmią jakby z granych przez każdego członka zespołu partii instrumentalnych wynikało porozumienie niemal instynktowne. Każdy robi swoje, ale pomiędzy efektami pracy muzyków panuje unikalna chemia. Wokal Geoffa rozmywa się, rozpływa i ugina między przesterowanymi gitarami oraz połamaną perkusją, podczas gdy napięcie niebezpiecznie rośnie. Niczym w sławnym „Understanding (In A Car Crash)” zewsząd słychać dążenie do maksymalnej kraksy. 

Thursday - Stay True 
Glassjaw - All Good Junkies Go To Heaven



W żyłach The Flatliners na wysokości 2010 roku płynęła krew niewątpliwie wrząca. Gdyby tak członkom zespołu podczas nagrywania „Bleed” przeprowadzić badania rentgenowskie mogłoby się okazać, że czynnikiem napędzającym kawałek z „Cavalcade” był buzujący pod skórą żywioł. W ponad trzech minutach rozgrzanego do czerwoności wymiatacza ogień wydaje się nie przygasać ani na pół chwili. 

The Flatliners - He Was A Jazzman 
Dead To Me - Undertow



Utwór Eastern Youth to emanacja post-hardcore’owej witalności, parada szorstkich i szybkich, unicestwiających wszystko na swej drodze zagrań. Bezkompromisowość nie oznacza przy tym rezygnacji z pokładów pozytywnej energii i nieprzeciętnego entuzjazmu, jakby żywcem wyciągniętego z czołówek do seriali anime. Gitarowa technika tria z Hokkaido może co prawda przypominać o paru rzeczach, ale w istocie styl Japończyków raczej wyróżnia się na tle konkurentów niż wpasowuje w ich estetykę. Przechodząc do szybkiej konkluzji: „這いつくばったり 空を飛んだり”autorstwa azjatyckich punkowych weteranów jawi się jedną z najwartościowszych alternatyw dla stanowiących większość na tej liście wyczynów anglojęzycznych kolegów po fachu. 

Eastern Youth - 呼んでいるのは誰なんだ?
Lisabo - Oroimenik Gabeko Filma



Jeżeli już odchodzić z tego świata, to koniecznie z klasą. Buńczuczny utwór Bostończyków z Dropkick Murphys dorównuje energią klasycznym wycinkom ich poprzednich krążków - „I’m Shipping Up To Boston” czy „The State Of Massachusettes”. „Going Out In Style” to pieśń przepełniona dumą, wyrażona jednak bez zbędnego patosu. Wyskandowany donośnie przez grupę wielkich facetów don’t give a shit hymn spod znaku dużych ilości whisky i wiecznie zielonej koniczyny. 

Dropkick Murphys - Hang 'Em High 
The Real McKenzies - The Tempest



Jeżeli w kategorii miłosno-młodzieżowych piosenek na wysokości 2011 roku dało się jeszcze dopowiedzieć coś sensownego, to bez wątpienia dokonali tego The Swellers przy pomocy szalenie wdzięcznego „Warming Up”. W utworze zamykającym album „Good For Me” w dziesiątkę trafiają przeogromnie zniewalające uuuu chórki. Nie mniej kuszą melodie, gitarowa energia i cały ten romantycznie rozczulający nastrój. Jako bonus możemy potraktować jeszcze zgrabne rymy w rodzaju: It's good to think while you're warming up, I'll still be here when you're warm enough. Tak mógłby brzmieć Weezer gdyby zamiast klasowego nerda zespołowi liderował kapitan szkolnej drużyny footballowej. 

The Swellers - Inside My Head 
Living With Lions - Maple Drive Is Still Alive 

miejsca 30-21

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Ulubione utwory 2011 część 1 (miejsca 30-16)


30. Andrew Jackson Jihad – Hate, Rain On Me












Oda do pesymizmu, hejterstwa oraz ponuractwa i zarazem rzecz idealnie godząca indie rockowców z kibicami folk punku, z kultową linijką: I wish I had a bullet big enough to fucking kill the sun. 


29. Yellowcard – With You Around










W gimnazjum słuchałem „Ocean Avenue”, w liceum dałem się nabrać na „Paper Walls”, teraz jestem na studiach, a Yellowcard perfidnie gra na sentymentach, znowu śpiewając o kalifornijskim słońcu i wymiatając na skrzypcach. Mimo, że lata lecą, wciąż odbywa się to tak samo autentycznie i z podobną beztroską, jak w pierwszej połowie lat zerowych.


28. Bon Iver – Towers










Z zadania napisania folk-ballady o szczególnie ujmującej melodii Justin Vernon wywiązał się celująco. Oczywiście on zawsze tworzył praktycznie same ładne ballady, ale „Towers” wyróżnia się pewną pozytywną przystępnością, która niczego tu nie odbiera, a wręcz przeciwnie robi bardzo dobrze. Oh, the sermons are the first to rest, Smoke on Sundays when you're drunk and dressed. Ktoś jeszcze w tym roku rzucał takimi tekstami?


27. Future Islands – Before The Bridge










Dyskoteka dla ludzi z depresją. To co się tu wyprawia za cholerę nie powinno do siebie pasować. Jest bit, pulsacja, klawisze, a z drugiej strony przygnębienie, koleś o specyficznym wokalu i do you believe in love, do you believe in love? wymawiane w taki sposób, że ja chyba już w nic nie wierzę.


26. WhoMadeWho – Every Minute Alone










Jeśli kapela wymyśla z 15 zajebistych motywów i zamiast rozłożyć je regularnie na cały krążek wszystko upycha w jednym kawałku, to czy da się tego później nie umieścić na liście piosenek roku? Duńczycy z WhoMadeWho fachowo opakowali indie rockowy numer w mrocznawą, tanecznie-transującą elektronikę, czego rezultatem ten oto w wąskich kręgach uznawany przebój.


25. Iron & Wine – Tree By The River











Czarny koń na “Kiss Each Other Clean”. Dlaczego akurat tę piosenkę wybrałem spośród innych kapitalnych nagrań z ostatniego albumu Sama? W czym jest lepsza od „Walking Far From Home” – potężnego hitu indie-kręgów A.D 2011, „Rabbit Will Run” albo „Your Fake Name Is Good Enough For Me”? Nie wiem, nie powiem, czaruje mnie chyba sielskość tego klimatu, “drzewka przy rzece kiedy mieliśmy po 17 lat”. Cóż poradzić.


24. Joan Of Arc – Love Life










Niech ktoś mi powie, że oni nie są tu w świetnej formie. Z „Love Life” pomysłowością aż kipi. Najpierw wchodzi wesolutka gitara, melodyjne kombinacje i math-rockowe kształty. Po chwili kończy się matematyka, a zaczyna powaga, start emocyjnego natężenia i gorycz w głosie Tima oraz popis wszystkich instrumentalistów. Jakby to powiedziała jedna moja koleżanka, dla mnie jako fana CZAD, ale bynajmniej nie tylko fani mogą czuć się tu pod wrażeniem.


23. Braids – Lemonade










Nie wiem, czy kiedykolwiek zastanawiałem się, co by było, gdyby ktoś z duetu Avey Tare-Panda Bear urodził się kobietą i mniejsza zresztą o to. Odpowiedź do tego pewnie nigdy niezadanego pytania przyszła wraz z debiutem Braids, a szczególnie jego przeuroczym openerem „Lemonade”. Tekstury, melodie oraz rytmika wypadają tu wspaniale, ale i tak najbardziej skupia na sobie uwagę wokalistka. Operująca głosem w jakiś magicznie kojący sposób, już definitywnie czyniąca z tego kawałka małe, konstrukcyjne i klimatyczne arcydzieło.


22. Maritime – It’s Casual










Zaskakujące, jak na Maritime, shoegaze’owe inklinacje i uzależniająco rozwibrowana gitara wystarczają "It's Casual" do podbicia serca i zapewnienia sobie lokaty w trzeciej dziesiątce podsumowania.


21. Eastern Youth – 這Itsukubatsu can fly in the sky










Od dziecka lubiłem mangę, anime i nośne kawałki zawarte w openingach do tychże japońskich kreskówek. Stara miłość nie rdzewieje, zwłaszcza jeśli Eastern Youth muzycznie obraca się w kręgach jakże mi bliskich, a ich najnowsza płyta prezentuje wyborny poziom. „Itsukabatsu” ze swoją rozsadzającą energią, dynamiką i przebojowością z powodzeniem możnaby wykorzystać w czołówce do jakiegoś kipiącego akcją bitewnego lub sportowego shounena.


20. Late Nite Wars – New Regulars










Ściąganie z Hot Water Music i Lifetime to oczywiście normalka, kapel grających w tym stylu mamy obecnie prawdziwy wysyp. Late Nite Wars wykazali się jednak nie lada sprytem serwując to, co najlepsze u drugiej z wymienionych grup nie w formie melodyjnego, ultra-szybkiego wymiatacza, a akustycznej, niesamowicie wdzięcznej miniaturki. Jeżeli oni rozpadli się i zniknęli już tak na serio, to właśnie przez takie utwory będzie mi ich brakować.


19. John Maus – Quantum Leap










Główną rolę gra tu bez wątpienia porażający intensywnością, ryjący banię klawiszowy chwyt zaserwowany już na samym początku, a następnie z premedytacją trzymany na uwięzi prawie do samej końcówki, gdzie po dwóch minutach absencji eksploduje raz jeszcze. Choć zimny bas a la Peter Hook też jest tu zacny, a i kościelne niemal wokale można uznać za atut, to właśnie ten diabelnie chwytliwy motywik sprawiał, że „Quantum Leap” odtwarzałem w tym roku wiele, wiele razy.


18. Ringo DeathStarr – So High










W "So High" jest tak bardzo wiosennie, twee popowo, narkotycznie i piosenkowo. Mamy tu lekki shoegaze’owy odjazd, wesołą gitara oraz ładne damsko-męskie wokale. Poza tym to także retrospekcja ostatniego Offa, zielonej trawki i letniego popołudnia przy ich występie.


17. Bomb The Music Industry! – Hurricane Waves










Beachboysowska plażowa piosenka, wzięta na warsztat z właściwym dla Jeffa Rosenstocka urokiem, robiąca swoje przede wszystkim dzięki kapitalności zwrotek i refrenu. 


16. Owen – No Place Like Home










Odgłosy wibrafonu, ksylofonu czy innej marimby nadają już w rdzeniu całkiem niezłej kompozycji Owena przydatny element świeżości. Liczy się zresztą obcowanie z dobrze u niego znanym ciepłym nastrojem akustycznych melodii i tekstów afirmuących spokojne, rodzinne życie w czterech kątach. Nudy panie Kinsella i oby tak dalej.

piątek, 16 grudnia 2011

Ulubione albumy 2011

Nie mogłem się jakoś zorganizować do przygotowania większego podsumowania. Poza tym chyba nie bardzo mi zależało. Do końca roku jeszcze trochę posłucham i pobawię się w bardziej rozbudowaną listę (bez opisów) na Rate Your Music. Tymczasem albumowe top 10, w którym znalazły się wzruszające, depresyjne slowcore'y, elektroniczne indie-wynalazki i ciepłe folkowe ballady. Tuż obok melodyjnych punkowych energetyków, emo-krzykaczy i post-hardkorowych koksów, bo tym razem byłem aż tak leniwy, że nie chciało mi się dzielić wszystkiego na dwie listy. Dziękuję za uwagę, oddaję głos do studia.


10. Arrange – Plantation












7

Pewien kolega twierdzi, że nie może na dłuższą metę słuchać „mojej” muzyki, ponieważ jest ona zbyt smutna i dołująca, co ponoć tłumaczy czemu ja sam sprawiam wrażenie człowieka smutnego i zdołowanego. Dziwi mnie to, szczególnie, że nigdy nie puszczałem przy nim Codeine, Carissa’s Weird czy choćby takiego Arrange, który w piękny sposób namawia do skulenia się w kącie i poużalania nad sobą. Rzeczywiście na „Plantation” trzeba mieć po prostu nastrój. To wolna, rozlazła, zamulająca i świetna płyta. Neo-poważkowy grunt fortepianowo-ambientowy, nie znający pojęcia radości wokal, utwory niezbyt zróżnicowane, ale budujące bardzo taktowną całość. „Turnpike” można nawet śmiało wrzucić do jednego folderu z „D”, „Cody”, „Dagger” i „Silently Leaving The Room”. Oczywiście aby słuchać później raz na jakiś czas, w ciemności i samotności, bo wszyscy wiemy, że tak naprawdę nieszczęśliwi chłopcy nie mają powodzenia, a dziewczyny wolą tych wiecznie zabawnych i pewnych siebie.

"Turnpike"



9. La Dispute – Wild Life












7.5

Niedługo po tym jak mewithoutYou porzucili post-hardcore'owe ideały zamieniając je na całkiem urokliwe indie-folkowe granie, świat usłyszał o La Dispute. Muzyczna scena nigdy nie znosiła próżni, a pójście w ślady grupy Aarona Weissa przy niemałym potencjale własnym okazało się rozwiązaniem nad wyraz sensownym. Wiadomo, shoegaze'owcy kopiują z My Bloody Valentine, indie-bandy sugerują się Pavement, a neo-punkowcy zżynają z Hot Water Music. Wspomniane mewithoutYou pomimo trzech znakomitych płyt (ostatniej nie liczę) i stylu wyrazistego jak mało kto nie zdążyli dotąd stać się zespołem wpływowym, być może aż do dzisiaj. I właśnie tu pojawiają się tacy Touche Amore (mniej zapatrzeni w wyżej wymienionych) oraz bohaterowie tego tekstu, których płyty dla miłośników ostrzejszych brzmień będa definiować miniony rok. Być może dla kogoś okaże się to na dłuższą metę niestrawne, ale moim zdaniem ogromną zaletą jest, że La Dispute wkładają w muzykę 200% siebie, przeżywają, dramatyzują, hektolitrami wylewają z siebie emocje. A dominują wśród nich oczywiście gorycz, smutek i złość – często w wydaniu prawie ekstremalnym. “The Most Beautiful Bitter Fruit” to na tą chwilę takie ich “Nice And Blue”. “Safer In The Forest – Love Song For Poor Michigan” przypomina, że najdoskonalsze melodie to te refleksyjne i właśnie na nich w połączeniu z starannie budowanym napięciem opiera się najdoskonalsze utwory. Najdłuższy w zestawie “King Park” jest z kolei popisem epickiego posługiwania się tekstem w celu opowiedzenia poruszającej historii. Całość jawi się zwartą, niemal godzinną “drogą krzyżową” złożoną z 15 stacji. Pozbawioną większych mankamentów, może odrobinę monotonną, ale w całym tym masochizmie przedrastycznie przyjemną...

"The Most Beautiful Bitter Fruit"



8. Papercuts – Fading Parade












7.5

Przyznaję, że trochę zauroczył mnie ten album, czwarty już w dorobku Jasona Quevera aka Papercuts, a pierwszy w katalogu Sub Popu. Piosenki na nim zebrane płyną, kołyszą, raczą ślicznymi harmoniami i rozmywają się w przyjemny sposób. Balladowy folk Fleet Foxes, senna, intrygująca atmosfera Beach House, odrestaurowany, sixtiesowy pop The Byrds. Quever pozostaje na czasie z tym z czym trzeba, ma spory talent, potrafi też pisać urzekające melodie. Całość materiału buduje wokół niezmiennego klimatu, wyciskając z niego ile tylko się da. Jest tu ckliwie i smutno, zawzięcie pięknie i śmiertelnie romantycznie. Przypomina się zeszłoroczny Pepper Rabbit, w obrębie poszczególnych kawałków pewnie i z tuzin innych nazw. „Do You Really Want To Know” to jedna z tych piosenek, przy których znów chcesz się zakochiwać albo nawet przeżywać miłosne zawody. Nie inaczej „White Are The Waves”, ukazujące perfekcję w chamber popowym piosenkopisarstwie. Do grona faworytów dorzuciłbym jeszcze „Winter Daze”, gdzie fortepian, oniryczna produkcja i głos Quevera składają się na bardzo ładny, muzyczny obrazek. Nawet gdyby pominąć wspomniane highlighty i tak będzie z czego wybierać. Utwory wyrwane z kontekstu nie tracą na urodzie, całościowo tworzą jednak spójny, hipnotyzująco-rozmarzony organizm, który właśnie w takiej postaci posiada największą siłę estetycznego rażenia.

"White Are The Waves"



7. WU LYF – Go Tell Fire To The Mountain












7.5

Trochę jak stara, zrzędząca baba muszę w tym miejscu odnotować, że rok 2011 okazał się dla mnie sporym rozczarowaniem jeśli chodzi o wszelką muzykę indie i alternatywę. W latach poprzednich byłem świadkiem podobnych wyznań ze strony starszych kolegów powoli tracących entuzjazm, wpadających w rutynę coraz obojętniejszego słuchania. Ja nie wiem czy naprawdę w ciągu tych ostatnich dwunastu miesięcy było aż tak fatalnie, ale albumy trafiające do mnie w stopniu, choć trochę wykraczającym poza przeciętne „podobanie się” mogę policzyć na palcach jednej ręki. WU LYF magicznego progu 8/10 nadal nie przekraczają. Oni jako jedni z nielicznych są tego jednak bliscy, swoim niesamowitym zapałem i dzikością serca podtrzymując we mnie iskrę zaangażowania. Bo przecież gdyby znalazło się w ich repertuarze więcej takich petard jak „Spitting Blood” to gadka byłaby zupełnie inna. Ten jeden kawałek symbolizuje właściwie wszystko czego mi ostatnio brakowało. Niczym wielki kubek kawy z guaraną/ koleżeński strzał z liścia w twarz/ wylanie na łeb wiadra zimnej wody, każe się ocknąć, otworzyć oczy, ruszyć w dziką szamańską orgię gdzie tańczysz przez całą noc wykrzykując „We are so happy happy to see, all of our children will run blind and free”. Te ich nieokrzesane wrzaski, skoczne melodie, uroczyste klawisze imponują mi także w „Dirt”, „We Bros”, „Cave Song”. Całe „Go Tell Fire To The Mountain” jest zaś jak powiew młodości, energii, buntu, odwagi, braterstwa. Taki „ciężki pop”, podlany grubą warstwą goryczy, nie zachęcający do prostego odbioru, ale w obrębie tego wszystkiego zapewniający ogrom muzycznej radości.

"Spitting Blood"



6. Maritime – Human Hearts












7.5

„Human Hearts” to nadzwyczaj solidna kontemplacja dźwięków w duchu amerykańskiego indie rocka, power popu, shoegaze'u. Sukcesywny powrót do czarowania atmosferą „We, The The Vehicles” z uwzględnieniem paru przebojowych chwil „Heresy And The Hotel Choir”. Nowym „Tearing Up The Oxygen” śmiało można typować singlowe „Paraphernalia”. Zniewalające rozmarzoną gitarą, melodią niczym pogodne oblicze The Cure i bezpretensjonalnym nastrojem. „Black Bones” wychodzi niby z podobnego założenia bardzo klimatycznego komponowania, ale brzmi już jakby bardziej „wieczornie” jeśli wiecie co mam na myśli. Ten fragment, w którym Davey rzuca kwestią “oooh, black bones…” z jakąś szczyptą niedopowiedzenia czy może zadumy niewątpliwie ma coś w sobie. W drugiej części rządzi i dzieli „Annihilation Eyes”, kawałek najbardziej pogodny i energiczny w zestawie, przypominający późne The Promise Ring, przy którym zatrzymują się twórcy wszystkich recenzji „Human Hearts”. Z okazji tego podsumowania ode mnie pół gwiazdki w górę.

"Paraphernalia"



5. Bibio – Mind Bokeh












8

W kontekście dotychczasowej twórczości Stephena Wilkinsona mówiło się o balansowaniu pomiędzy laptopowymi dźwiękami i elektroniką spod szyldu Warp Records, a brzmieniami natury folkowej. Eklektyczna, konceptowo i nastrojowo przebogata układanka „Ambivalence Avenue” sprzed dwóch lat stała się dla Bibio rzeczą pod wieloma względami przełomową. Średnio znany twórca folkotronicznego lo-fi zebrał ósemkowe recenzje, zaistniał na albumowych listach roku, zdobył uznanie tu i tam. „Mind Bokeh” wzbudza już reakcje znacznie bardziej zróżnicowane. Sumując opinie przedstawiłby się nam obraz płyty jak najbardziej solidnej, miłej i ciekawej, ale jakby przynoszącej lekki niedosyt. Wilkinson znów stara się odnaleźć miejsce pomiędzy odmiennymi stylistycznie stronami medalu. Można by te kompozycje spokojnie posegregować, a następnie podzielić na dwie części. W jednej prym wiodłyby popowe melodie oraz przystępne motywy jak w radosnym „K Is For Kelson” czy rockowym „Take Off Your Shirt”. Druga skupiałaby nocne, absorbujące impresje o metafizycznym klimacie. I to właśnie „Excuses”, „More Excuses”, „Artists’ Valley”, „Saint Christopher” albo „Pretentious” fascynują i przyciągają atmosferą ukazując talent artysty w najczystszej postaci. „Mind Bokeh” to może dość niespójny, ale wciąż piekielnie dobry album, który przy braku solidniejszych rywali koniec końców okazał się moim indie rockowym faworytem roku.

"Excuses"



4. Eastern Youth - 心ノ底ニ灯火トモセ












8

Przez kilka pierwszych miesięcy roku z trudem mogliśmy doszukiwać się dobrego punk rocka łamanego przez post-hardcore w wydaniu anglojęzycznym. Zbawienie niespodziewanie nadeszło ze strony starych, skośnookich wyjadaczy. Eastern Youth kojarzą na pewno fani Cursive, z którymi grupa nagrała w 2002 roku split „8 Teeth To Eat You”. Lepiej byłoby jednak wspomnieć o imponującym 14-albumowym dorobku zgromadzonym do tej pory przez ekipę Hisashiego Yoshino. Ikona indie rocka z Kraju Kwitnącej Wiśni na „Tomose Lights At The Bottom Of The Heart” wykazała się nie lada energią oraz sprawnością w tworzeniu piorunujących riffów, emocjonujących gitarowych jazd i ekspresyjnie wykorzystywanych wokali. Poziom materiału naprawdę zaskakuje, jeśli weźmiemy pod uwagę ile ci panowie mają lat na karku i jak blado wypada przy nich 3⁄4 stylistycznie pokrewnych im bandów z USA. Muzyka Japończyków robi jednak wrażenie i bez wyżej wspomnianego kontekstu czy jakichkolwiek porównań. Eksplodująca dynamika "這いつくばったり空を飛んだり(這Itsukubatsu or fly in the sky)", chwytliwość refrenu „靴紐直して走る(Shoelaces Running Again)”, pogodzona na całej linii intensywność świeżego rockowego grania z przystępnością i przebojowością. Perełką w zestawie jest czwarte „東京West(West Tokyo)”, numer przechodzący drogę od wyciszonej ballady o nowofalowych naleciałościach do desperacko-wrzaskliwego post-hc. Nie szkodzi nawet, że nie rozumiem, o czym oni w ogóle śpiewają. Przekaz odczuć i wrażeń wypada tu jak najbardziej czytelnie.

"ドッコイ生キテル街ノ中"



3. Joyce Manor – Joyce Manor












8.5

Zespół Joyce Manor może szczycić się najbardziej elektryzującym, maksymalnie przebojowym w swej treściwości i energii debiutem na modern punkowej scenie w tym roku. Czy na dłuższą metę zostaną Jawbreakerem obecnej dekady, czas zweryfikuje, aczkolwiek przesłanki są ku temu jak najlepsze. Na „Joyce Manor” zacierają się granice melodicu, org-core’u, poppunku, hardcore’u i post-hc. Nie znaczy to wcale, że płyta jest w jakiś sposób przeładowana brzmieniem. Przeciwnie, to, aż trudno uwierzyć, jedyne 18 minut totalnie skocznego, prostego, choć piekielnie pomysłowego grania. Wyraźnie kłania się podejście do rzemiosła Bomb The Music Industry!, szalona melodyjność, bałagan i niedbałe wokale. Co mnie jednak najbardziej urzekło to smykałka do tworzenia niebywale wyrazistych kawałków z potencjałem do bycia przyszłymi hitami w swojej stylistyce. Po pierwsze „Constant Headache” - solidna kandydatura na nowy hymn uświadomionej, punk rockowej młodzieży. „Famous Friend” eksplodujące skondensowaną chwytliwością. „Constant Nothing” jakby puszczające oczko do „Little League” Cap’N Jazz, a także na swój sposób urzekające „Leather Jacket” z „śpiewem” a la Dead Milkmen. Radość od tego materiału aż promieniuje. Poza tym chłopaki mają niebywałą charyzmę - towar zawsze mocno deficytowy, dlatego też doceniany co najmniej podwójnie.

"Constant Headache"



2. Bomb the Music Industry! – Vacation












8.5

Jeff Rosenstock od paru lat „groził” sporym potencjałem oraz umiejętnością nagrywania nie tylko punkowych wymiataczy, ale i kompozycyjnie sprawnych, popowych piosenek o znakomitych refrenach. Ciasna szufladka ska-punku od dawna była dla Bomb The Music Industry! jedynie formalnym tagiem, niewiele znaczącym w kontekście ewoluującej, niepokornej twórczości. Zeszłoroczna EP’ka „Adults!!!: Smart!!! Shithammered!!! And Excited By Nothing!!!!!!!” poza eksplodującymi klawiszowymi odjazdami zdobyła uznanie także dzięki świetnym tekstom, w których Rosenstock opisywał przekonująco potyczki z własnymi depresjami. Ten mini-album, a także pojawiające się co jakiś czas zapowiedzi „Vacation”, zwyczajnie nie mogły antycypować rzeczy złej. Ska prawie całkiem odeszło do lamusa, punk rock nadal pełni ważną rolę, ale i tak najwyraźniejszy stał się czysty songwriting. „Hurricane Waves” imponuje lekkością i beztroską a la wczesne The Beach Boys. Trąbki oraz laptopy zostały rzucone w kąt, mamy do czynienia z klasycznym graniem i śpiewaniem. W „Why, Oh Why, Oh Why (Oh Oh Oh Oh)” pojawia się jedno i drugie, ale to wokalne linie Jeffa wychodzą na pierwszy plan. Epickie „The Shit That You Hate” rodzi się jako ckliwa ballada, by po drodze zahaczyć o wpływy country i „Pet Sounds”, a następnie zakończyć żywot zbuntowaną podniosłością. Dodajmy jeszcze energetyczny melodic punk „Everybody That You Love”, „Savers” brzmiące jak wszystko, co najlepsze w tym zespole z rozkosznym zdzieraniem gardła na czele i resztę pieśni, jakich nie mogę już tu opisać, a wyjdzie nam obraz wyjątkowo udanego, wakacyjnego (a jakże) albumu będącego ukoronowaniem dotychczasowych działań formacji z Baldwin.

"Why, Oh Why, Oh Why (Oh Oh Oh Oh)"



1. Thursday – No Devolucion












10

Zachwycając się “No Devolucion” podczas pisania pierwszej, dość opasłej recenzji na FURS nawet przez myśl nie przyszło mi, że kiedy wrócę do tej płyty przy okazji podsumowań roku, Thursday nie będzie już dłużej egzystować jako zespół. Choć jak zapewnili muzycy rozpad nie jest definitywny i w niedalekiej przyszłości znów może dojść do współpracy, nadal istnieje obawa, że tegoroczny album pozostanie tym naprawdę ostatnim. Tym bardziej cieszy fakt, że jeśli ekipa Geoffa Rickly w tym momencie bezpowrotnie się z nami żegna to owo rozstanie wypada w naprawdę wielkim stylu. Następca “Common Existence” jawi się wydawnictwem olśniewającym kompozycyjnymi pomysłami, emocjonalnym wkładem, technicznymi rozwiązaniami, wszystkim właściwie co mi przychodzi do głowy i czego bym sobie życzył. Wiadomo, że energiczne, post-hardcore'owe wymiatacze to dla nich chleb powszedni. Takie są “Turnpike Divides”, “Open Quotes”, “Milimeter” i “Fast To The End”. Jak wieść gminna niesie, Thursday posiedli również ambicje do tworzenia rozbudowanych, nastrojowych utworów, przy których szczęka zwykła opadać w dół. Tu wskazanie na “No Answers”, “Sparks Against The Sun” albo “Stay True”. Co by tu więcej nie napisać i tak skoczy się na pochwałach. Dobrze w sumie, bo przecież po to mamy te gloryfikujące najlepsze płyty, listy roku, jak i płyty takie jak ta, aby takie listy w ogóle mogły powstawać.

"Fast To The End"