Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spring Offensive. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spring Offensive. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 lutego 2015

Podsumowanie 2014: albumy 10-1



10. Andrew Jackson Jihad – Christmas Island

Atmosfera śmierci zaciążyła na nowej płycie Andrew Jackson Jihad w stopniu większym niż dotychczas. „Puddle of body parts, Inside a bowl of angel hearts that the children were eating”, “Coffin full of orphans, slaughtered by a website-making man”, “God begging to be murdered”. Na “Christmas Island” trup ściele się gęsto, ale dantejskie sceny nie służą jedynie epatowaniu makabrą. Nie jest to również wyraz zwątpienia, czy skrajnego pesymizmu Seana Bonette. Raczej konstatacja pewnych rzeczy, dopuszczenie do głosu i wypowiedzenie kwestii trudnych, obaw z jakimi każdy ludzki umysł czasem musi się zmierzyć. Folk-punkowcy z Arizony nadal grają bardzo swoją muzykę. Nieco mroczniejsze niż dotychczas teksty wciąż zawierają elementy ironicznego humoru („his dad is dead enough, that his new dad can cure the bends”), gdzieniegdzie pojawia się i wypowiedziany bez fałszywej subtelności optymizm („Linda Ronstadt”). Kogo nie interesuje warstwa liryczna, ten może zresztą z powodzeniem słuchać większości z tych numerów jako świetnych, energetycznych piosenek („Temple Grandin”, „Children Of God”, „Kokopelli Face Tattoo”) lub quasi-ballad o niezłych melodiach („Do Re & Mi”, „Best Friend”, „Coffin Dance”) . Łowcy odniesień będą mieć zaś gratkę w doszukiwaniu się fragmentów nawiązujących do Wernera Herzoga, Q Lazzarus albo Stevie’ego Wondera.      


9. S.Carey – Range Of Light

"I'm flooding in spring, and swelling from the sound, and I am driftwood found" 

Ta płyta mogłaby w całości stanowić muzyczny ekwiwalent budzącej się do życia wiosny. Tak brzmią „Glass/Film” i „Creaking”, pierwsze dwa utwory z „Range Of Light”, niezwykle urokliwie przywołujące na myśl rozpuszczanie się ostatnich śniegów i lodów, rozkwitanie zieleni, nieśmiałe lutowo-marcowe podrygi. Nie miałbym nic przeciwko, by to wyjątkowo niespieszne tempo towarzyszyło całej płycie. Nie mam jednak również nic przeciwko temu, jaki kształt drugi album Seana Careya przybrał w rzeczywistości. Następca „All We Grow” z 2010 roku jawi się mistrzostwem harmonii, wrażliwości i ułożenia. Muzyk z Eau Claire wykazał niebywałą precyzję w dopasowywaniu folku do ambientu, popu, czy nawet elementów modern-classical. Kompozycje cechuje szlachetność i proste piękno, są one jakby bogate i dopieszczone, ale jednocześnie nieustannie czuć w nich coś ascetycznego. Niektóre fragmenty, jak choćby skrzypcowo rozedrgany, śpiewany wraz z Justinem Vernonem „Crown The Pines” przynoszą odrobinę kontrolowanego dramatyzmu. W innych Carey z pomocą fortepianiu snuje przeraźliwie smutno brzmiącą opowieść („Fire-Scene”) albo traci głowę w nieprzyzwoicie romantycznej balladzie („Alpenglow”). Zazwyczaj pozostaje jednak w swych poczynaniach stonowany i wyważony, a w realizowaniu koncepcji ostro konsekwentny. Doskonale potwierdza to olśniewająca końcówka: „Fleeting Light”, „The Dome” i „Neverending Fountain”, z której każda część składowa przynosi moment chwały.


8. The Hotelier – Home Like No Place Is There

Rzadko się zdarza, by najważniejszym momentem płyty był jej wstęp. Nie pierwsza piosenka z całego zestawu piosenek, a właśnie zaplanowane, uroczyste preludium, które u The Hotelier posłużyło za coś znacznie więcej niż typowe intro. „Open the curtain, singing birds tell me „tear the buildings down”, You felt blessed to receive their pleasant sound”. Od pierwszych chwil czuć w „An Introduction To The Album” zachętę do rozpoczęcia czegoś, odrodzenia, nowego startu. Powiew świeżego wiatru oraz oczekiwanie na dopraszającą się spontanicznego uwolnienia energię. Młodość i adolescencja w cztery i pół minuty. „Home Like No Place Is There” to najdojrzalszy z młodzieżowych, a także „najmłodzieżowszy” z dojrzałych albumów wydanych w ostatnich latach. Obecne są tu odpowiednie dla „fałszywego emo” lat 2002-2006: nastoletnio-romantyczna naiwność a la Jimmy Eat World (refren „Among The Wildflowers”) czy wrzaskliwa desperacja kojarząca się z Taking Back Sunday (z kumulacją w „Life In Drag”). Elementy, które, powiedzmy sobie szczerze, nie wróżyły raczej jak dotąd aplauzu krytyki i uznania w opiniotwórczych serwisach. Panowie z Massachusetts dokonali jednak niezwykłej sztuki wkomponowania ich w gitarowe kompozycje tak, by nie budziły większych zastrzeżeń, a wręcz świadczyły o sile utworów. Muzyczna witalność momentów takich jak „In Framing” , „Your Deep Rest”, „The Scope Of All This Rebuilding” i teksty dotykające obaw, frustracji, samotności na poziomie „trochę innym” niż w typowo koledżowym graniu świadczą same za siebie. Grupa Christiana Holdena dysponuje poważnymi tematami, mówi pewnym głosem i „nie marnuje wina tam gdzie jest coś do powiedzenia”. Jej kanciasty pop-rock rozgrzewany jest do czerwoności, a ekspresja, emocjonalne zaangażowanie i imponująca dynamika przekładają się na bezsprzecznie przekonującą jakość.


7. We Call It A Sound – Trójpole

Wystarczająco dobre jest już to, co WCIAS robią wyłącznie za sprawą swych elektronicznych, ambientowych i chill-wave’owych, smakowicie brzmiących wojaży. Taki „Tatarak” z innym, najlepiej anglojęzycznym tekstem byłby nieodróżnialny od rasowych produkcji zajmujących miejsca w rubryce „best new track” pewnego amerykańskiego serwisu. Od z miejsca inicjujących, a następnie bezlitośnie „cisnących” cały ten twór barwnych elementów można dostać uszopląsów. Entuzjastycznie wybijany rytm, świeżutki jak szczypiorek „miejski” riff, art-popowa artykulacja wokalna, bajeczne klawisze, hook na hooku. To jednak połączenie nowoczesnych form z elementami rdzennie wiejskiego folku, przejawiającymi się na podłożu najczęściej językowym, ale kilka razy i muzycznym sprawia, że „Trójpole” jawi się materiałem egzotycznym, intrygującym, innym od innych. „Opowiadają historie, które jeżą włos”. Może nie same historie, co raczej styl ich opowiadania, bo opowiada się tu przecież także dźwiękiem. Ale jeżą, jak najbardziej. Chociażby „Na Powiach” z klarnetem i akordeonem, nie przypominające nic, czego przyszło mi w ostatnim czasie słuchać. „Mroczny kujawiak, swoista nowoczesna, wiejska mantra, zatopiona w mrocznych, onirycznych melodiach”. Albo wchodzące prosto po nim „Smugi” - czysta doznaniowa metafizyka. Było w tym roku kilka albumów, które pokochałem mocniej. Ten zasługuje jednakże na miano w 2014 najbardziej osobliwego.


6. Spring Offensive – Young Animal Hearts

Rozpoczyna nieco inne od pozostałych „Not Drowning, But Waving”, którego doskonałość budowana jest powoli, wraz z cykaniem zegara, mrocznymi chórkami, niezbyt wesołą historią i logicznie wyrażonym na poziomie warstwy muzycznej smutkiem. W kulminacji, wokal raczy nas pięknie brzmiącym, refleksyjnym wyznaniem „Afraid you'll turn on me and I'll go down for this”. Z kolei w samym zakończeniu czeka już istny sztorm i stosowne wyładowanie. „No Assets” to reprezentant frakcji utworów o tematyce pieniężnej, dobra rada o konieczności oszczędzania. Jakżeby inaczej, przystrojona w intrygujący melodyjno-rytmiczny płaszczyk, połamaniec z poważnym refrenem. Ze środka krążka uśmiecha się do nas błyszczący szczególnie w lajtowych zwrotkach „Speak”. Kilkukrotne przesłuchanie tonącego w posępności, raczącego pesymistyczną ironią „The River” kończy się późniejszym śpiewaniem fragmentu o  ześlizgiwaniu się do rzeki. No i na finał, piosenka podsumowująca wszystko co u nich najlepsze, perełka w postaci kawałka tytułowego. „Young Animal Hearts” jawi się swojego rodzaju kompilacją hitów i ukoronowaniem pewnego okresu działalności zespołu. Nic nie zmienia jednak faktu, że jest to zwyczajnie doskonały album. Spring Offensive kilka lat temu pokazali się jako niewiarygodnie zdolna grupa. Sporo wody w rzece upłynęło zanim owe zdolności przyszło im potwierdzić na długogrającym debiutanckim krążku. Ostatecznie wydali tylko ten jeden, ale za to jaki.  Naprawdę fajnie, że zanim spasowali dostarczyli nam pełnoprawny, nie pozostawiający wątpliwości dowód na swą wyjątkowość. 


5. Eagulls - Eagulls

"you're the pain in my neck, my neck, my neck"

Nowa siła białasowskiego, gitarowego grania nadciągnęła z Leeds. Podobnie jak koledzy ze Spring Offensive, chłopaki z Eagulls dorastali w naszych oczach za sprawą poszczególnych nagrań, EP’ek i singli. Był swojego czasu ręcznie napisany list, który dedykowali „wszystkim plażowym zespołom ciągnącym sobie wzajemnie chuja”. Był entuzjazm towarzyszący pojawieniu się kawałków takich jak „Moulting”, „Possessed”, „Nerve Endings” albo „Tough Luck”. Przydarzył się  i przełomowy występ w nocnym programie Davida Lettermana. Brzmienie utworów na „Eagulls” niech posłuży za najlepszą odpowiedź na pytanie dlaczego wykonanie „Possessed” w „Late Night Show” dalekie było doskonałości. Weźmy dla przykładu takie „Hollow Visions”, fragment debiutujący przy okazji albumu. Kawał ostrego jak papier ścierny post-punka z gitarami, w których nowo-falowa przestrzeń wprost zagryza się z atakującym uszy, blisko-noise-rockowym jazgotem. Eagulls generują rodzaj hałasu, przy jakim jedyną słuszną opcją jest podkręcenie głośności. Są zespołem napieprzającym trochę na jedno kopyto, ale robiącym to na tyle dobrze, że drugi, trzeci i czwarty numer w podobnym stylu dalej cholernie nam się podoba, a piąty i szósty będzie co najmniej mile widziany. Jakże cudownie skutkuje ta mieszanka energii, pasji i złości w rozsadzającym na kawałeczki „Footsteps”, męczonym i katowanym chyba do ostatniego tchu zdesperowanego wokalisty George’a Mitchella. Przyjemnie jest dać się zmieść na koniec przez ścianę dźwięku w „Soulless Youth”. Wyróżnia się ponadto wśród tej inspirującej młócki opatrzone teledyskiem „Tough Luck”, rzecz chyba w zestawie najbardziej sięgająca stanów melodyjnej przebojowości. Dostaliśmy więc dobry, mocny, nieokrzesany debiut. Testostereonowy zastrzyk dla fanów ciekawszego punk rocka.  Zestaw rozedrganych emocji, wkurwień, wątpliwości i wyżyć.


4. The Antlers – Familiars

Brzmienie utworów na ostatnim albumie grupy Petera Silbermana nie jest ani trochę wymagające, nie przynosi bólu, silnych przeżyć raczej też nie. No chyba, że do takowych zaliczymy poczucie totalnego komfortu. „Familiars” jest bowiem płytą „wygodną”, miękką i melodyjną, ale przy tym nie tracącą ani trochę pod względem głębii. Tylko nielicznymi miejscami smutną, ale jedynie na tyle, byśmy mogli nazwać ją piękną, a momentami autentycznie wzruszającą. Taki moment dostajemy zresztą od samego wejścia za sprawą singlowego rozklejacza czyli „Palace”. Utwory takie jak „Intruders”, „Parade” czy „Director” nie zaskakują, bo nie muszą. Grunt, że stanowią esencję eleganckiego, wyrafinowanego indie popu. Ogromnym bonusem jest poza tym ukryty pod dwójką, siedmiominutowy „Doppelgänger”, kompozycja spowita mrokiem, ciekawie odsyłająca do początku lat 90. i czytelnie przywołująca wykonawców spod znaku sadcore/slowcore. To jednak zagranie celowe, nie zmieniające faktu, iż na „Familiars” The Antlers odeszli już całkiem daleko od chowania się w pustym pokoju. Padają tu przecież słowa: "And I can feel the difference when the day begins, like all I know is, "This year will be the year we win" dowodzące, że z wyważonym optymizmem jest im całkowicie do twarzy.  


3. Weezer – Everything Will Be All Right In The End

Na „Everything Will Be All Right In The End” nie dziwi sama obecność świetnych kawałków, co raczej wzorowa równość materiału, o którą nikt by już dziś Weezera nie posądzał. Znając tegoroczny krążek można ulec wrażeniu, że wszystko co wydarzyło się w ciągu ostatniej dekady było ze strony Riversa i spółki zwyczajnym lenistwem. Ten album mogli popełnić w dowolnym momencie po „Pinkertonie”. To nie żadna stylistyczna wolta, a typowy Weezer, ale w postaci optymalnej. „The British Are Coming” jest ich najbardziej udanym Beach Boysowym kawałkiem od czasu „Holiday”. Pogwizdywane „Da Vinci” z bezpruderyjnie przebojowym refrenem, bazującym na dowcipnie romantycznym tekście  zapętla się na długo. „Ain’t Got Nobody” to świeżość i luz, rock’n roll w wyjątkowo chwytliwym wydaniu. „Zielono Albumowa” „Lonely Girl” opiera się na rymach niemal podręcznikowych, ale co z tego skoro jest kolejną trafioną, czysto hedonistyczną w piosenkowym sensie produkcją, zagraną na odpowiednim wykopie?  Dzieło wieńczy pomysłowa, w dużej mierze instrumentalna trylogia. I tu znów szkolna piątka, zwłaszcza za wyciskające łezkę „Anonymous”. Kto się nie ugnie pod „I don’t even know your name, No, I don’t know the words to say so….” ten nigdy nie był nastolatkiem zakochanym w jakiejś bliżej nieznanej, anonimowej koleżance. Kwartet z Los Angeles przygotował wreszcie długo wyczekiwany materiał z jajami, garść piosenek godną starego Weezera z lat 90, lepszą może nawet od „Green Albumu” z 2001 roku. „EWBARITE” to należna rekompensata dla fanów i wszystkich Weezerowych entuzjastów, ale też krążek, który powinien spodobać się każdemu miłośnikowi power popu czy wszelkich odmian melodyjnego rocka. Kto wie z czym wyskoczą za dwa albo trzy lata? Co wymyśli Rivers by ponownie zinfantylizować oblicze zespołu? Póki co cieszmy się z unikalnego momentu realnej chwały jego grupy. Kto wie, czy drugi taki kiedykolwiek się jeszcze powtórzy?


2. Sun Kil Moon - Benji

W pierwszym utworze na “Benji” Mark Kozelek obiecuje śpiewać imię swej tragicznie zmarłej kuzynki Carissy przez wszystkie morza. Dokładnie po tych słowach, jakby na przypieczętowanie deklaracji, spod jego gitary wypływa przepiękna melodia, kluczowy muzycznie moment całej piosenki. Chwilę później lider Sun Kil Moon z obezwładniającą szczerością przyznaje, że rzeczą bez jakiej nie mógłby żyć jest miłość swojej matki. Z grobowo poważnego „Truck Driver” o wujku, który spłonął żywcem we własne urodziny pozostaje w pamięci szczególnie jedno optymistyczne zdanie. „And babies were crying, Kentucky Fried Chicken was served, And that's how he would've wanted it, I'm sure”. W “Jim Wise” najważniejsza jest myśl, iż przyjaciel ojca Marka zabił swoją żonę, bo kochał ją zbyt mocno, by pozwolić jej na cierpienie. Nieważne czy Kozelek śpiewa o kolejnej śmierci, swoim kumplu Benie Gibbardzie („My Friend’s Ben”), wylicza szczegółowe relacje z płcią przeciwną począwszy od najmłodszych lat („Dogs”), czy po swojemu snuje refleksje na temat licznych tragedii mających miejsce w USA („Pray For Newtown”). Wszystkie te kawałki pochłania się z ciekawością, niczym najlepsze opowiadania. I nie ma tu u słuchacza mowy o zdystansowaniu się. Albo jesteśmy w nich na całego, albo suniemy przez długą, suchą pustynię. W podsumowaniu piosenek, w kontekście „Micheline” pisałem o oddawaniu przez kompozytora najwspanialszego hołdu zmarłym. Ta sztuka ex-wokaliście Red House Painters udaje się jeszcze kilkukrotnie, a partycypowanie w jego wynurzeniach chwyta za duszę niezliczoną ilość razy. Jak sam wyznaje: „nie jest tym, który się modli, ale tym, który gra i śpiewa”. Może to właśnie dlatego.  


1. Joyce Manor - Never Hungover Again

Trzy lata temu Joyce Manor mogli się szczycić najbardziej elektryzującym, maksymalnie przebojowym w swej treściwości i energii debiutem na współczesnej punkowej scenie. Przesłanki ku zostaniu Jawbreakerem obecnej dekady były dla nich jak najlepsze, a dziś, kiedy można już cokolwiek zweryfikować, wydają się jeszcze bliższe spełnienia. Kultowość w jaką powoli obrastają Kalifornijczycy znajduje swoje uzasadnienie przy okazji 19-minutowego „Never Hungover Again”. Piosenki na trzeciej płycie młodzieńców z Torrance traktują o niedopowiedzianej miłości, rozstajach uczuciowych dróg (symbolizowanych prozaicznie przez koniec lata), ponownym zakochiwaniu się, żałowaniu czegoś i zapominaniu. Typowe, zawsze aktualne problemy dorosłej i nie dorosłej młodzieży, tematyka bez dna, w ich wykonaniu ma swój urok. Zdarzyło mi się napisać, że nikt nie ujął kwestii uczuciowego rozczarowania lepiej niż Joyce Manor w powalającym, hymnicznym „Leather Jacket” stanowiącym kwintesencję współczesnego, emocjonalnego punk rocka. Nadal uważam ponadto, iż niczyje łkanie („everything reminds me of youuuu”) nie było tak zajebiste jak Barry’ego Johnsona w „Beach Community”, a „Constant Headache” wykonywane na koncertach nawet przez Conora Obersta i Desaparecidos jest już nieodwracalnym klasykiem w dziedzinie punkowych piosenek o damsko-męskich relacjach. Na „Never Hungover Again” talent do układania i wyrażania tego rodzaju doznań nie ulotnił się, choć ostre kontury zostały nieco złagodzone przez czucie „najlepszej wakacyjnej płyty tego lata”. Zważywszy jednak, że mowa o Joyce Manor, to wakacje i lato wcale nie muszą oznaczać wyłącznie lekkich klimatów. Refleksję z wyczuwalnym posmakiem smutku i bezsilności niesie „End Of The Summer”. Gorzkim szlochem jest „Falling In Love Again”, w którym możemy posmakować tak wyczekiwanych desperackich wokali Barry’ego, najintensywniejszy stan osiągających kilka chwil później w „Catalina Fight Song”. Dziś pop punkowa młodzież jawi się znacznie bystrzejszą, bardziej „oczytaną” niż dziesięć i dwadzieścia lat temu. Już na „Of All Things...” JM sięgnęli po kaliber zwący się The Smiths. Dziś również nie wahają się, by go użyć, ze sporym wdziękiem i skutecznością zresztą, w nie przekraczającym progu dwóch minut „Heated Swimming Pool” na słodki koniec. Zakładając na pierwszą płytę (czysty punk) filtr z wnoszącej kilka zmian drugiej (brytyjskie i amerykańskie indie), nie zabijając własnej charyzmatycznej istoty zespołu i dodając więcej słońca otrzymujemy „Never Hungover Again”. 19 minut, ulotnego pod więcej niż jednym względem, przebojowego grania w około-punkowym stylu pierwszej połówki bieżącej dekady. To płyta niewinna jak dziecko, ale pod jakimś względem ważna, mocna i definitywna.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Podsumowanie 2014: piosenki 10-1




Nie da się ukryć, że swój wkład w tegoroczny „sukcesik” The Hotelier miało przywrócenie czci emo na łamach niektórych serwisów muzycznych. Od niedawna, bardziej niż do niedawna, na propsie jest słuchanie You Blew It!, American Football, Modern Baseball i innych kapel o podejrzanie sportowych nazwach. Album „Home Like No Place Is No There” to wygodny przytułek dla wyznawców gitarowo napędzanych, dobrze napisanych, podpartych konstruktywnymi riffami piosenek. Kawałki w stylu „In Framing” (czy jednakowo dobrego „Your Deep Rest”) są jak pokoje, w których odpoczynek znajdzie skołatana dusza niewybrednego indie rockowego odbiorcy. Niby muzyka młodzieżowa, ale z tą niebanalną dynamiką, treścią tekstów i rymami „udowadniającymi naddatek energii” nie tylko zapewne dla młodzieży atrakcyjna. 



Tegoroczna sytuacja związana z losem Spring Offensive może przyprawić słuchacza o poważne wyrzuty sumienia. Po kilku pracowitych latach, kleceniu singli, zbieraniu pieniędzy i czymś co wyglądało jak czysta harówa w pocie czoła, kapeli udało się dobić do etapu upragnionej, debiutanckiej płyty długogrającej. Wysoka jakość artystyczna nie przełożyła się niestety na wysoką sprzedaż, Oxfordczykom nie było dane posmakować nawet przyzwoitej recepcji krytyki. Innymi słowy, płytę mało kto kupił, mało kto o niej napisał. Ja napisałem, ale nie kupiłem, a kapela niczym swojego czasu legendarna The Crimea zrezygnowała z dalszej walki, choć odeszła w momencie szczytowej formy. Na pocieszenie wciąż możemy słuchać „Young Animal Hearts”. Gorących, autentycznych słów skandowanych przez zespół starający się dopasować, ale próbujący chyba za mocno. Dokumentacji zaciskania pięści i walki na całego, zakończonej porażką (ucieczką?), która nie przynosi jednak wstydu. Cóż rzec, zapewne za dobrzy byli na ten biznes. Ale może jeszcze wrócą.



Gdyby nie rujnujące ten numer, nieco przekraczające granice dobrego smaku ryczenie „oh yeaaaah” mogłaby być pierwsza piątka. W kategorii rockowy riff, na którym można swobodnie poprowadzić całość to na pewno bezkonkurencyjna jedynka. A mocno jest też tekstowo i wokalnie i pod względem chwytliwości. Nawet jeśli Greg Barnett nie ma pomysłu na refren, to jego wrzaskliwa, barwna artykulacja poszczególnych momentów zwrotek i mostków wszystko wynagradza. Tak samo jest zresztą jeśli chodzi o melodyjność towarzyszącą kapitalnym wyznaniom w rodzaju „I hate how I always get nervous every time I try to speak, In front of a big crowd, a pretty girl, or the police”. Szkoda, że „In Remission” to utwór nie do końca równy, bo momenty pozytywnego „rycia bani” posiada doprawdy zacne.   



Na „Czerwonym Albumie” mieliśmy bardzo dobre Beach Boysowe „Dreamin”, po którym pozostawał ogromny niedosyt. Sześć lat musieliśmy czekać, by pozbyć się tego uczucia. Napakowana wokalnymi i gitarowymi melodiami, pełna hooków i zwrotów złożona konstrukcja „The British Are Coming” sprawia, że czuję się całkowicie syty.



Ten utwór chciałbyś usłyszeć swojego czasu w ulubionym młodzieżowym serialu. „Your Graduation” to nic innego jak szkolna/koledżowa drama w postaci kilkuminutowego, pociesznego przeboiku. Gruby w czapce z daszkiem śpiewa o tej lasce, z którą mu nie wyszło, choć jeszcze do niedawna myślał o niej dniami i nocami. W drugiej zwrotce uznaje, że do dosadnego wykrzyczenia smutów lepiej nadaje się perkusista i pewnie ma rację. Wszystkie te adolescenckie kwestie wpływają zapewne na chłopięco pop punkową, przejrzyście je odbijającą oprawę muzyczną. Nie ma w tym żadnej frapującej myśli, ale nie ma też ani jednej, która by odrzucała. Wysoka pozycja ani trochę nie ciekawej “Your Graduation”, wymaga ode mnie wymęczonego nakreślenia kilku zdań, co dowodzi, że czas już chyba recenzować muzykę wyłącznie interesującą. Tę przyjemną, najprzyjemniejszą nawet, do której „Your Graduation” bez wątpienia się zalicza, zostawię sobie od dziś wyłącznie do słuchania.



Do poczynań tych koleżków mam stosunek dość ambiwalentny. Bywa że ani mnie ziębią ani grzeją, ale bywają i chwile, w których ich wybitność objawia mi się na całego. Na poprzedniej płycie zaliczyli dwa genialne utwory, choć reszta była do zapomnienia. Na tej nowej całościowo spisali się już lepiej, ale do „eargasmu” był w stanie doprowadzić już tylko jeden kawałek. Ten kult sfrustrowanej, obarczonej traumami, lub przeczuwającej wejście w nieciekawą dorosłość „straconej” młodzieży już dawno powinien znudzić. Tymczasem przez takich jak oni wciąż z jednakowym zacięciem odżywa. W „Psychic Trauma” podobnie jak w akcentującym rezygnację „No Future, No Past” Cloud Nothings z demotywującego rozczarowania wyprowadzają motywującą wściekłość. Przekaz i wyraz jako dwa jednakowo masakrujące ostrza ulegają scaleniu, owocując jednym z bardziej efektywnych (zaraz obok Eagulls) manifestów młodości, jakie podarował nam dzisiejszy rock.



Japandroids, Iceage, Cloud Nothings, Eagulls. Dzisiejsza młodzież z dorobku indie rockowych i post-punkowych tatusiów czy wujaszków czerpie na całego. Członkowie niepokornych kapel, od USA przez Skandynawię po Wyspy nie myślą o wynajdowaniu prochu, bo nawet buntując się przeciw swym najbardziej włażącym za skórę problemom, chcą mieć z tego przede wszystkim radość. Ekstatyczne, filtrowane przez artystyczną jakość napieprzanie może przyjmować postać czysto destrukcyjną i służyć wyżyciu się. Z drugiej strony, oni wszyscy to przecież w gruncie rzeczy wesołe, sympatyczne chłopaki. O ile Eagulls nie są nawet w połowie tak beztroscy i uśmiechnięci jak ich amerykańscy, wcześniej wymienieni koledzy, to numery w stylu „Possessed”,  zdradzają chęć wyluzowania i oddania się upojnej zabawie. Ta impreza ukryta jest co prawda pod warstwą noise-rockowo-shoegaze’owego brzmienia oraz utrzymana w stylistyce dzikiego pogo, ale wyłażącej zewsząd szalonej melodyjności nie da się przecież nie zauważyć, a już tym bardziej powstrzymać. 



“Still, no complaints, it's the 5th of July, post-freedom. post restraint. A new life, a new craze, a new sound, all the rage. --> This is serious business. So if I ask you to sing along, just remember: It's only a business decision”. 

United Nations od początku masakrowali swą działalnością na wszelkie możliwe sposoby. Muzycznie i koncepcyjnie, enigmatycznością i prowokacją. Po czteroletniej przerwie wrócili, dowodząc, że można jednocześnie zrobić coś interesującego muzycznie i wypowiedzieć się o muzyce poprzez nią samą, z pozycji odśrodkowej. Geoff Rickly pod względem kreatywności wydaje się być studnią bez dna, co udowadniał w zasadzie na każdej kolejnej płycie Thursday oraz udowadnia tutaj, szokująco doskonale odnajdując się w roli frontmana hardcore’owej supergrupy. „When I was a boy, they called me kid Lacan. Then in school, the teachers called me teen Camus”. Każdy wers “Serious Business” to intelektualna zagwozdka, choć jeśli zdajemy sobie sprawę, że UN to żart i pretekst Geoffa dla realizowania swoich nostalgicznych fascynacji ekstremalnym h-c, to nie powinnismy brać ich za bardzo na poważnie („ironia nadaje kontrast”). Co nie zmienia faktu, że kiedy Rickly wychodzi na powierzchnię zajadłych screamo-wokali i druzgocących ścian dźwięku, aby oświadczyć, że tę piosenkę dedykuje swojej ex, po czym rozpoczyna zacytowany na początku manifest, ja dostaję ciarek.



Joyce Manor to pewnego rodzaju utylitaryści. Goście którzy ze swoich piosenek odrzucają wszystko, co zbędne, a pozostawiają jedynie to, co najbłyskotliwsze. Albo inaczej, niczym dawniej Bob Pollard – kończą tam, gdzie mogliby wprowadzić coś niezajebistego. Co z tego że większość utworów nie trwa przez to „po bożemu”, trzy czy nawet dwie minuty? Panowie wychodzą chyba z założenia, że jeśli włożone w kawałek pomysły są wystarczająco dobre, to tak czy inaczej obronią/ustanowią całość. Hook zagrany dwa razy w „Schley” potwierdza tę ich postawę odrzucania ilości i forsowania jakości w zamian. „Mówiąc szczerze, czy ktoś wymyślił w tym roku coś lepszego od tej głupiej melodyjki na wysokości 1:11?”. W kategorii muzyki przebojowej jak dla mnie nie. A przecież nie tylko punkt centralny kawałka błyszczy tu blaskiem najjaśniejszym z jasnych.



O śmierci nie wiemy nic. Nie było jeszcze takiego, który by ją przeżył, a potem opowiedział reszcie. Jedni ubezpieczają się śląc na klęczkach modły do odpowiednich instancji. Inni dbają o to, by coś po nich zostało, bo chcą być zapamiętani. Wielu umiera niespodziewanie. Zapobiegliwi załatwiają sprawy odpowiednio wcześnie, piszą testamenty, wymyślają scenariusze swoich pogrzebów i wybierają miejsca pochówku.

Narracja, dialogi i melodie „Micheline” przenoszą nas do paru szczególnych dla autora tej piosenki miejsc i czasów. Zaglądamy do domu Kozelka, gdzie do drzwi puka opóźniona w rozwoju dziewczynka. W 1999 roku jedziemy pociągiem, patrząc przez okno na śnieg w szwedzkim Malmo. Zastanawiamy się jak to jest „czuć coś pomiędzy szczęściem, a smutkiem”? W jednym z parków w Los Angeles rozmawiamy z inwalidami wojennymi i karmimy frytkami gołębie.

Dzieje się to za sprawą trzech opowiadań, poświęconych trzem zmarłym osobom, którym Mark oddaje najsubtelniejszy hołd, jaki mogę sobie w tym momencie wyobrazić. Lider Sun Kil Moon ze swoich wspomnień wydobywa zdarzenia prozaiczne i pogodne, tragiczne i smutne, zawsze jednak szczerze poruszające. Frazą i dźwiękiem unieśmiertelnia przyjaciela, który „lubił grać na gitarze i nigdy nikogo nie skrzywdził”,  dziewczynę, która „chciała miłości jak każdy inny” oraz babcię, której życie nie było łatwe. Ważne chwile łączy z obecnością tych osób i zarazem przez ich pryzmat opowiada o sobie.

My tymczasem słuchamy jak zaczarowani. Chłoniemy szczególiki i historie, o tym jak legendarny lider Red House Painters po raz pierwszy zobaczył ocean albo jaszczurkę. Ronimy łzę przy „My friend Brett, My friend Brett”, współczujemy tytułowej bohaterce i cieszymy się, że babcia Marka spotkała pod koniec właściwego człowieka. Czy muszę jeszcze wspominać, że oprawa dźwiękowa to czysta poezja i samo dobro? Tegoroczna muzyka nie uświadczyła raczej niczego głębszego. A jeśli nawet, to da się to pewnie znaleźć na tej samej płycie.  

sobota, 15 lutego 2014

Spring Offensive - Young Animal Hearts (2014)











9

W grupie moich znajomych świadomie słuchających muzyki debiut Spring Offensive dorósł do miana najbardziej wyczekiwanego albumu ostatnich dwóch lat. Zaczęło się chyba od „Worry, Fill My Heart”, singla w tych kręgach już klasycznego, niesamowitego hymnu sfrustrowanej klasy pracującej świadomej marnowania najlepszych lat młodości. Szybko okazało się zresztą, że panowie z zespołu mają do życia bardzo praktyczne podejście i choć tekstom nie brakuje poetyckiego charakteru, to ich część zamiast traktować o miłości, poświęcona jest pieniądzom, a raczej ich brakowi, albo szczurzej gonitwie za nimi. Na jednym z wczesnych nagrań, mocarnym skądinąd „Every Coin” mój imiennik (no powiedzmy) Lucas Whitworth wypruwał z siebie żyły śpiewając o tym, że każda moneta musi zostać połknięta. Wtedy też doszło do mnie, że mamy do czynienia raczej nie z zajawką, a zjawiskiem. Zaczęło się oczekiwanie, śledzenie i komentowanie w kameralnym forumowo-facebookowym gronie wszelkich poczynań Oxfordzkiej kapeli.

Obydwu wymienionych kawałków zabrakło na debiucie. Cóż, gdyby mieli wrzucać na niego wszystko nagrane do tej pory ciężko byłoby w ogóle mówić o „nowej” płycie. „Worry” pozostanie legendarnym stand-alone singlem i największym przebojem zespołu jak dotąd. „Every Coin” wydarzył się dawno i chyba psułby nieco szyki „Young Animal Hearts” jako całości. Poza tym reprezentacja starego i tak trzyma się tu więcej niż solidnie. Rozpoczyna przecież bardzo dobre, nieco inne od pozostałych „Not Drowning, But Waving”, którego doskonałość budowana jest powoli, wraz z cykaniem zegara, mrocznymi chórkami, niezbyt wesołą historią i logicznie wyrażonym na poziomie warstwy muzycznej smutkiem. Słyszymy pobrzdękującą akustyczną gitarę, rytmikę uciekającą na kilometr od banału, charakterystyczne dla tej grupy chóralne wokale, słowem całą masę perfekcyjnie ułożonych puzzli. Udało się ocalić w tym wszystkim krystaliczność wokalu głównego, dzięki czemu ten w kulminacji raczy nas pięknie brzmiącym, refleksyjnym wyznaniem „Afraid you'll turn on me and I'll go down for this”. Z kolei w samym zakończeniu czeka już istny sztorm i stosowne wyładowanie. Tak prezentuje się sztuka stopniowania napięcia w muzyce około-gitarowej na wysokości 2014. Dawny znajomy to również „No Assets”, reprezentant frakcji utworów o tematyce pieniężnej, dobra rada o konieczności oszczędzania. Jakżeby inaczej przystrojona w intrygujący melodyjno-rytmiczny płaszczyk, połamaniec z poważnym refrenem. Przywitać można się ponownie z „52 Miles” zawierającym kultową linijkę „find another girl or find another job” oraz ujmującym, bezbłędnie wyprodukowanym „Carrier”. Ze środka krążka uśmiecha się do nas błyszczący szczególnie w lajtowych zwrotkach, udostępniony wiosną „Speak”. Jest tonący w posępności, groźnie zapowiadający się i raczący pesymistyczną ironią „The River” kojarzony wcześniej jako „I Found Myself Smiling”. Zapewniam, że jego kilkukrotne przesłuchanie kończy się późniejszym śpiewaniem fragmentu o  ześlizgiwaniu się do rzeki. No i na finał, piosenka podsumowująca wszystko co u nich najlepsze,  perełka z jesieni w postaci „Young Animal Hearts”. Tego już opisywać nie będę, proponuję posłuchać, lub zsumować sobie wszystko co wymęczyłem o ich muzyce do tej pory.  


Cudem byłoby gdyby jeszcze garstka dograna do albumu prezentowała równie mistrzowski poziom. Tu jest niestety nieco słabiej, aczkolwiek bez przesadnego spadku. Daje radę „Hengelo”, numer singlowy, udostępniony na chwilę przed „Młodymi Zwierzęcymi Sercami”, mi kojarzący się lekko z Violens (zwrotki). Złego słowa nie da się powiedzieć o wpadającym w ucho „Bodylifting”. Świetną formę potwierdza „Something Unkind”. Jeśli napiszę w tym momencie, że najsłabiej prezentuje się „Cut The Root”, to po przesłuchaniu wyłącznie tego kawałka powinniście już wiedzieć z jak dobrą płytą macie do czynienia.

„Young Animal Hearts” jawi się więc taką trochę kompilacją hitów i ukoronowaniem pewnego okresu działalności zespołu. Nic nie zmieni jednak faktu, że jest to po prostu zajebisty album. Spring Offensive dawno temu pokazali się jako niewiarygodnie zdolna grupa, a dziś już z płytą w zanadrzu mogą jeszcze dumniej unosić głowy w ramach bycia czołowym zawodnikiem bujnej i często epigońskiej sceny wyspiarskiego indie rocka.  Tym chłopakom nikt bowiem oryginalności nie odmówi. Naprawdę fajnie, że mają już na nią pełnoprawny, nie pozostawiający wątpliwości dowód.



piątek, 4 stycznia 2013

Najlepsze utwory 2012 część III


15. Spring Offensive – Worry, Fill My Heart
















Oh me oh my..., od paru już miesięcy zastanawiamy się na forum Furs czy tych kilku kolesi w zabawnych ciuchach to tylko kolejny przyzwoity band z U.K czy może jeden z najciekawszych i najbardziej ostatnio obiecujących. Jako, że z opcji pierwszej prędko przeszedłem do tej drugiej, pozwolę sobie szepnąć kilka ciepłych słów na temat „Worry, Fill My Heart”. Otóż, pozornie anemiczni panowie w zbyt ciasno związanych krawatach, pokorni pracownicy swoich biur i reprezentanci klasy średniej zgodnie z własnymi słowami okazują się osobnikami w rzeczywistości bardzo impulsywnymi. Na czele z wokalistą i perkusistą, którzy momentami wydają się tłumić w sobie napięcie i chyba cudem tylko powstrzymywać od wyjścia z siebie, rzucenia wszystkiego w cholerę i wpieprzenia przełożonemu dla poprawy samopoczucia. Oczywiście wszystko to pewnie tylko w głowie, bo Maybe tomorrow I'll go ahead and quit na końcu sugeruje raczej niezrealizowane rozważania niż autentycznie radykalną decyzję. Tak czy inaczej tekst jest rozkoszny i sprytnie scalony z podskórnie przekazującą emocje muzyką. Jeśli chodzi zaś o samo tylko wykorzystywanie rytmiki (zwłaszcza) i melodii jednocześnie to czołowka roku jak się patrzy. 



Ex-jednorożec poszedł w soul. W tym przypadku właściwie taki indie-pop-soul, ale nie szkodzi. Nick Thorburn wyciągnął pianino, skrzętnie opracował rytmiczno-melodyczną oprawę i gdzieś pomiędzy miłosnymi smętami zawarł na płycie ten jeden obłędnie chwytliwy numer.  Przy „Hallways” w ruch idą noga i ręka, zaczyna się też maniakalne stukanie w blat. Wiesz już, że przepadłeś kiedy teledyskowe szkielety proszą cię do tańca.


Dziwną, nieregularną i nie w pełni odpowiadającą mi konstrukcję posiada highlight ostatniego albumu Tame Impala. Początek jakby nie od początku, jakby skądś urwany, czysta piosenka dobiega końca po dwóch minutach, a retro-gitara przez kolejne cztery unosi się tonąc ostatecznie w przesterach i psychodelicznych odgłosach. Część piosenkowa jest doprawdy genialna, ta wydłużona solówkowa lekko drażni, bo mogło być lepiej, dajmy na to z drugą zwrotką. I wiecie na czym polega tu trik? Kiedy wokalista śpiewa I guess I’ll go and tell you just as soon as I get to the end of this song… to the eend of this song, to the end of this song… to the eeeeend… naprawdę wie, że przecież żadnego końca i początku na dobra sprawę tu nie ma. Może to tylko w mojej głowie, ale spróbujcie zapętlić.



12. Chromatics – Lady

Pan szuka pani, pani śpiewa jako pan. „Lady” brzmi niczym zakamuflowana, miejska samotność. Noc robi się co raz głębsza, a dyskotekowa melancholia przybiera dziś postać muzyki Chromatics.



11. Tanlines – All Of Me

Balearyczny indie pop oparty na soczystych niczym hiszpańskie pomarańcze hookach. Tego się słuchało latem. Tak smakuje przebojowość.


Out at elbows by the encore, But there’s a citadel inside, Where I’ll go and shape my heart like yours, As you shape yours like mine…

Dawniej wściekli post-hardcore’owcy i folkowi asceci nareszcie pokusili się o piosenkę noszącą znamiona przebojowości. Powiew nowego przyniósł Olbrzym z Cardiff o alabastrowych oczach. Tekstowe nawiązanie do słynnej mistyfikacji z 1869 roku, a zarazem część składowa dłuższej opowieści jaką stanowi „Ten Stories”. Kołysząco, lekko, niespodziewanie wpadająco w ucho.


Peanów do Skandynawów część druga. Adresatem tym razem fińskie Burning Hearts oraz ich dwujęzyczny, nadzwyczaj intrygujący singiel. Ta melodia, melodie raczej, bo pomysłów na nie mają co nie miara, głos kobiety imieniem Jessika i dbałość o każdy szczegół nie pozostawiają litości. Piosenka wkręca, nawiedza, nurtuje, wciąga w końcu jak bagno.



8.  Cloud Nothings – No Future, No Past


Nie żeby w głowie było mi jeszcze buntowanie się, ale naprawdę bardzo dobrze, że my, młodzi ludzie spędzający życie przed monitorami mamy jeszcze swoje hymny wkurwienia i frustracji. I nie mówię tu o jakichś Wipers czy Nirvanie, a zespołach rówieśnikach, dzielących w jakimś sensie podobne stany. Kiedy przychodzą i robią swoje współcześni nam panowie z Cloud Nothings jest to jakby zupełnie inna relacja prawda? Wystarczy jeden albo dwa kawałki, fortepianowe intro i pełne goryczy solidne darcie mordy. Mi pomaga, choć z nadciśnieniem lepiej uważać.



7. Cats On Fire – A Different Light

Wątpię czy zabrzmię specjalnie romantycznie, ale tego kawałka mógłbym słuchać do usranej śmierci. Zdradzę wam sekret trafiania w mój gust. Jeśli kapela pisze piosenkę, umieszcza w niej więcej niż sztukę fantastycznych melodii (z których jedna to takie „podskakujące” jangle-popowe cudeńko), ładnymi liniami wokalu też żongluje, a potem w kulminacji daje ZAJEBISTE klawiszowe coś na kształt solówki to ja zapominam nawet, że istnieje taka rzecz jak refren. And what happened after that must be seen in a different light. Nie ma innego wyjścia.


Trafia się raz na jakiś czas, średnio raz w roku, jeden niepozorny, nie wiadomo-skąd zespół, który na prostych patentach opiera tak zajebisty kawałek, że nucimy go potem do obrzydzenia. Tym razem trafiło na Swearin, zasłuchanych w Superchunku obrońców garażowo pop punkowych ideałów. „Here To Hear” to właśnie ich imponujący wytwór, czysta power popowa piosenkowość zamknięta w wakacyjnym wymiataniu. Następca „Fortune” i „Think I Wanna Die”.  




Everybody’s got a secret to hide… Zgadza się, dziś wszyscy po kryjomu kochamy panią z Chromatics. Kto jeszcze doznawał na deszczowym Offowym koncercie i przypomina go sobie słysząc roztańczony fragment od 1:39? Mokłem w namiocie, o dopchaniu się bliżej nie było mowy, a jednak było miło. I może nie zabiłbym żeby mieć jeszcze jedną okazję do pogibania się na żywo przy ich kawałkach, ale jeśli przypadkiem się tu znów pojawią... Wypatrujcie wychudzonego typa w koszuli pod sceną.  



















Forget the airport and cut my hair short
Eat cookies and cream from the store at the end of the street.

Chicagowskie Logan Square jako miejsce nieskończenie spontanicznej radości. The Cribs znów mają po 19 lat, grają buzzcocksowego pop punka i ubierają marzenia w zadziorne linijki tekstu. Spotkajmy się kiedy w Chi-town, koniecznie.



















Brian Fallon już tak chyba ma, że najpierw gada o łapaniu kompozytorskiej blokady, a potem pisze najlepsze kawałki w swojej karierze. Jeśli wierzyć słowom tego starego bajarza, „45” powstało w pięć minut. Słysząc ów kawałek nie trudno nawet taką wersję łyknąć.  Prosto jest, prawda, ale to właśnie prostota w najdoskonalszym wydaniu. Piosenka, która od pierwszych chwil eksploduje przyjazną energią i zdobywa sympatię szczerymi wersami po jakich w ciemno moglibyśmy chłopaków z Jersey rozpoznać. Singiel zwiastujący ostatnią płytę Gaslightów kojarzy mi się z młodością. Nie moją, nie ich, tak ogólnie, z życiem, wakacjami, noszeniem czyjegoś imienia w sercu. Nazwa Gaslight Anthem pomimo pewnych zmian, po pięciu latach wciąż symbolizuje to samo.


Żyjemy w dziwnych w czasach, w których pojęcie utworu wielkiego czy wybitnego całkiem straciło na znaczeniu. Nie chodzi wcale o to, że takie już nie powstają. Przeciwnie, być może jest ich nawet więcej niż kiedyś. Problem polega raczej na tym, iż w ogromnym przypływie dobrej muzyki wszystkiego jest aktualnie za dużo żeby poszczególną piosenkę dało się w ogóle uznać za takową. „Back To The Bolthole” w latach 90. mogłoby stać się klasyczną, rockową balladą. Dziś jest zaledwie jedną z wielu świetnych piosenek, ważną jedynie dla wąskich kręgów lub jednostek. A to, powiedzmy sobie szczerze na dłuższą metę nie znaczy nic. I jak ja mam w takim razie udowodnić, że to ten, a nie inny kawałek przebił w tym roku stawkę? Jakże fantastycznie byłoby umiejętnie przekazać, iż to akurat te zwrotki śpiewane powoli przez Ryana, przykryte delikatnie garażowym brudem Albiniego i ten stadionowo wręcz rozkwitający refren pozostawiają w tyle wszystko co słyszałem w tym roku. Dziwne, ale to akurat u nich słyszę gitarowy, autentyczny kunszt. Cribsi w przepięknym stylu połączyli klasyczną, w żadnym wypadku nie obskórną rockerkę z popowo-piosenkowym elementem. Jest kompozycja, są emocje, których koncertową intensywnośc mogę sobie jedynie wyobrazić, ale kiedy słyszę wypruwającego zapewne żyły Jarmana śpiewającego Just try to think it’s the one thing, That makes it all worthwhile, That I, one day will dieeee. odnoszę wrażenie, że nawet jeśli jest to najwyżej JEDEN Z WIELU udanych tegorocznych kawałków to każdy kto postawił na nich kreskę i nie dał kilku szans nowemu albumowi traci właśnie bardzo wiele. 



W Nebrasce bez zmian. Cursive ciągle miecie, Tim Kasher opowiada swoje historie z jednakowym zacięciem. Bez reszty wciąga ta o kotku i myszce, o Cassiusie i jego zagadkowym, złowrogim bliźniaku. Opowieść jak u Kinga albo nawet Poego (Kill the demon, kill the doppelganger) w bardzo ładnie dopasowanej muzycznej oprawie. Sugestywna skradanka nabierająca po drodze prędkości zwieńczona wybuchowym finałem. Trochę reminiscencja „The Ugly Organ”, ale naprawdę coś osadzone w stylu odpowiednim tylko dla albumu „I Am Gemini”. Wiele dobrego przyniósł nam rok 2012 czego dowodem ta lista. „The Cat And Mouse” ląduje na jej szczycie, bo to tę piosenkę wśród góry wspaniałości zakatowałem najmocniej i nie mam ku temu żadnych wątpliwości. A gdyby jednak jakieś się pojawiły? Przesłucham jeszcze raz albo dziesięć. W końcu it doesn’t hurt to be double sure.