Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tigers Jaw. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tigers Jaw. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 kwietnia 2016

2010-2014: punk & emo (piosenki) - miejsca 101-91





















We wszystkich poprzednich półdekadach, a zwłaszcza w tej obejmującej lata 2000-2004 grupa Matta Skiby i Dana Andriano zajmowałaby znacznie zaszczytniejsze miejsca piosenkowego rankingu. W ostatnim czasie Alkaline Trio nie urzekli nas niestety aż tak olśniewającymi płytami, a co za tym idzie godnych zapamiętania numerów zaliczyli najwyżej kilka. Niesprawiedliwe byłoby jednakże pominięcie „The American Scream” oddającego meritum ich makabryczno-romantycznego stylu. Utworu naszpikowanego cmentarzami, kałużami krwi czy posępnymi dębami, w którym tradycyjnie błąka się gdzieś nierozerwalny motyw miłosny. Gładki mariaż opowiadania grozy i pop rockowego kawałka. 

Alkaline Trio - She Lied To The FBI 
The Lawrence Arms - You Are Here



W ciągu siedemdziesięciu dwóch sekund utworu rozpoczynającego album “The Other Side Of Darkness” Night Birds stają się rekordzistami świata w unikaniu pop punkowej generyczności. Nawet jeśli „Demon Haunted World” można uznać za jawne uderzenie w styl bardziej hardcore’owego Screeching Weasel, to witalność i świeżość utwór zawdzięcza już tylko unikalnej inwencji swoich twórców. Złowrogie, mroczniejsze gitary, tnąca piosenkę na pół surf-punkowa solówka i tekst zdradzający zainteresowanie tematyką horroru/science-fiction sprawiają, że tym zabójczo krótkim wycinkiem swej twórczości młodzi dżentelmeni z New Jersey i Nowego Jorku pozostawiają w słuchaczu poczucie zaintrygowania. 

Night Birds - Born Of Man And Woman 
The Dopamines - Public Domain    



“Aphorisms” zawiera większość najsilniejszych atutów współczesnego amerykańskiego punk rocka. Pasję szorstkiego śpiewania o uczuciach, niezły tekst traktujący o czymś istotnym, melodyjne partie gitar i centralny moment, w którym emocje znajdują swoje ujście. Naturalny efekt zasłuchania w płytach Jawbreakera i The Lawrence Arms. 


Elway - Whispers In A Shot Glass
Nothington - Captive Audience



W muzyce punk rockowej na przestrzeni dekad nie zmienia się wiele ponad to, w jaki sposób i z jakiego powodu punkowi muzycy wyrażają swoje fuck, fuck you lub fuck off. Will Wagner w "Surrey Dive" raczy nas co prawda żywymi partiami wokalnymi, a grupa odgrywa ekstatyczny riff i kapitalną, zbyt krótką solówkę na koniec, ale rozładowanie skumulowanego napięcia i zarazem najistotniejszy moment w całym numerze następuje właśnie poprzez potężne:  So why don't you FUCK OFF stop bringing hate into our lives? Tą klasyczną dla gatunku metodą The Smith Street Band rozbijają na kawałeczki zarysowaną w tekście frustrację związaną z brakiem bezpieczeństwa w miejscach, w których chciałoby się czuć jak w domu. Kontekst czyni zaś tak użyty wulgaryzm narzędziem ekspresji całkowicie dopuszczalnym i zrozumiałym. 

The Smith Street Band - When I Was A Boy I Thought I Was A Fish 
Will Wagner - Laika



Słuchając „St. Kathleen” za każdym razem przekonuję się jak nieodżałowaną kapelą w swojej kategorii wagowej byli The Measure (SA). Zauważalna tu wyraźnie smykałka do piosenek, zręczne kreślenie hooków oraz wdzięczne rozkładanie wokali przypominały, że pop w pop punku ma swoje uzasadnienie i w ramach tej nie zawsze rozumianej fuzji nie funkcjonuje bynajmniej na zasadzie przypadku.   

The Measure (SA) - Cynical At Best 
Worriers - Past Life



Po zakończeniu działalności przez Algernon Cadwallader grupa This Town Needs Guns na placu boju melodyjnego math-rocka pozostała w zasadzie bez konkurencji. Co więcej, po rezygnacji Crash Of Rhinos zespół z Oxfordshire może być także uznawany obecnie za najbardziej poważaną kapelę grającą emo w Zjednoczonym Królestwie. Ich „Adventure, Stamina & Anger” to taki trochę muzyczny odpowiednik rogalika z nadzieniem. Pod warstwą złożoną z frapującej kombinacji akordów kryje się w nim urocza historia o miłości i relacjach. Aspekt techniczny gładko daje się pogodzić z romantycznym. Konstrukcyjna matematyczność z totalnym wyczuciem i wokalną wrażliwością. 

This Town Needs Guns - Cat Fantastic 
Tangled Hair - I'm Calmer Than You Are



Pierwotne zespoły emo bywały często projektami chwilowymi, momentami gwałtownego uczucia, które wybuchało nagle po czym wypalało się i bezpowrotnie znikało. Także w tym tkwiła ich czystość i prawdziwość, bo czegoś autentycznie wyjątkowego nie da się przecież na dobrą sprawę powtarzać. W taki scenariusz krótkiej aczkolwiek maksymalnie burzliwej egzystencji wydają się dziś znakomicie wpisywać kolejne kapele, w których ważną rolę odgrywał Jack Senff. Zarówno Merchant Ships jak i William Bonney istniały ledwie po 2-3 lata, ale to wystarczyło, aby EP’ki nagrane przez te grupy uznano za kultowe dla najnowszych dziejów gatunku. „Leather Empire” jest wypisz-wymaluj old-schoolowym emo/screamo wypełnionym przejmującymi partiami gitarowymi, dramatycznymi wokalami i gorzko-beznadziejnym tekstem. Senff wykonuje tu szczerze imponującą, poetycką robotę. Od zadumanych pierwszych linijek, przez kolejne coraz bardziej nasycone wrzaskiem/lamentem/cierpkim, ale dogłębnym przeżywaniem. Lider grupy jakby doskonale orientuje się, że zwyczajnie MUSI wziąć na swe barki większą część ciężaru. Oddać smutną ulotność sytuacji, jaką opisuje w sposób pełny, stuprocentowy. I gdyby ktoś jeszcze wątpił, owszem, udaje mu się to. 

William Bonney - Drug Lord 
Park Jefferson - Monuments



Obrazki na albumach Empire! Empire! (I Was A Lonely Estate) z dużym powodzeniem oddają klimat ciepłych utworów duetu z Michigan. Słuchając „A Keepsake” nie trudno przenieść nastrój okładki albumu „You Will Eventually Be Forgotten” na muzykę i wyobrazić sobie jak wieczorne przeglądanie zdjęć w pustym pokoju wskrzesza utrwalone w pamięci historie z przeszłości. When I was eight or nine, I took a trip up north with my brother, my father, and my uncle - śpiewa we wstępie Keith Latinen głosem dziecięcym i łamliwym. W tym momencie stajemy się nim, tym chłopcem i tym kimś z klaserem w dłoniach, a melodie (w stylu Mineral) przejmują rolę nocy za oknem. Perfekcyjnie została tu wyważona chwila, w której ich apogeum łączy się z wejściem drugiego wokalu. Duetów w emo nie było chyba za wiele. Tymczasem ten tutaj, stanowiący połączenie sił wokalisty Empire! Empire! i Boba Nanny z Braid śmiało można nazwać pokoleniowym. Lider czołowej formacji midwest-emo drugiej połowy lat 90. spotyka się tu z grupą broniąca honoru gatunku 10-15 lat później i jest to bez wątpienia spotkanie na szczycie. Featuringowi Nanny niczego nie brak, podobnie zresztą jak przypominającemu tym razem American Football trąbkowemu zwieńczeniu urzekającej kompozycji. Intymna magia doznawania w czterech ścianach. 

Empire! Empire! (I Was A Lonely Estate) - I Would Have Stolen You A Whole Orchestra 
Brave Bird - Scared Enough



Charakterystyczna w utworze Tigers Jaw atmosfera stworzona przez klawisze Brianny Collins i gitarę Bena Walsha, a nawet tekst, w którym przewija się postać egoistycznego kochanka, mogą przypominać o czymś, czego muzycznego przywoływania jak dotąd nikt się chyba nie podjął. „Charmer” brzmi bowiem niczym kompozycja nieco w stylu balladowego Cursive z czasów „The Ugly Organ”, zmierzająca niemal ku byciu następczynią „The Recluse”. Jest to w rezultacie tkany misternie za pomocą melodii mały majstersztyk, elegancko, nie przesadnie długo, ale treściwie rozwijający się i dążący do swojego momentu. 

Tigers Jaw - Coil/Recoil 
Pity Sex - Hollow Body



Zmiękczając brzmienie oraz powoli zrywając z punkowymi korzeniami na “The American Slang” The Gaslight Anthem zaczęli proces stopniowego dostosowywania się do przeciętnego rockowego odbiorcy. Refreny i nadprzyrodzone romantyzowanie Briana Fallona nadal pozostawały przy tym jednak na poziomie stosunkowo wysokim. Fragmentami w rodzaju: But I'm a cannonball to a house on fire, And you're slow like motown soul Fallon mógłby się w zasadzie przedstawiać ludziom. Mocną stroną “The Spirit Of Jazz” jest także swoboda - łatwość z jaką Brian wyrzuca słowa i sposób, w jaki zespół trzyma rękę na pulsie. Mamy ponadto w „The Spirit Of Jazz” zawsze wyczekiwane na wysokości 2:40 niedopowiedzenie, gdzie po: not another soul could love you like my... następują wymowne trzy perkusyjne uderzenia. Jeden z tych szczegółów, w których tkwi podobno diabeł. 

The Gaslight Anthem - Bring It On  
The Horrible Crowes - Lady Killer



Pozbawiony generycznego szybkiego tempa, szorstko-melodyjny „A Serious House...” jest utworem odgrywającym na „The Constant One” rolę nietypowej ballady. Nietypowej, bo zaśpiewanie dziewczynie: you had a heart of gold, I know because I fucking sold it byłoby raczej ryzykowne. Pomimo kosmatej powierzchowności panowie z Iron Chic doskonale wpisują się w kategorię brodaczy przejawiających wrażliwość na swój sposób. Pop punkowców nowej generacji, odnajdujących styl pomiędzy gruboskórnym wokalem i wplataniem fucków, a wymyślaniem sprytnych wersów pokroju: Stare at the moon and cherish the feeling, Eat my words and choke on the meanings. 

Iron Chic - Every Town Has An Elm Street 
Banner Pilot - Alchemy 

miejsca 90-81

sobota, 7 lutego 2015

Podsumowanie 2014: albumy 22-11




22. Bohren & der Club of Gore - Piano Nights

Fortepianowo-saksofonowy towarzysz na długie nastrojowe noce. Mroczny ambient i zadymiony jazz dogadują się tu w swej pociągającej posępności. Rolę dostojnego sekundanta przyjmuje zaś wibrafon. W tego rodzaju muzyce każdy dźwięk odgrywa ogromną rolę. Nawet pojedyńcze uderzenia w bębny czy skromne klawiszowe wstawki mogą bardzo efektywnie przerzedzić klimatyczną syntezatorowo-basową przestrzeń. Całość jest tak zwarta, że nie zwróciłbym nawet uwagi, gdyby dajmy na to pod numerem trzecim i siódmym znalazły się dwie dokładnie takie same same kompozycje. Muzyka Bohren & Der Club Of Gohre wymyka się jednak kategorii nudy, a monotonnia nie przeszkadza, bo te instrumentalne kombinacje są na tyle dobre, że rozsmakowywanie się w nich musi trwać długo i namiętnie. Zejście poniżej jednej godziny nie wchodziło w grę.  


21. Francis Harris – Minutes Of Sleep

Wejście Harris ma spokojne, chilloutowe wręcz, ale już tu, w czterech pierwszych utworach drzemie niebywała klasa. Od szumiącej neo-poważki, przez docierający tajemniczo spod wodnych głębin jazz, po mikroskopijny house. Swobodny tok albumu przełamany zostaje za sprawą najbardziej zapamiętywalnego, głównie z uwagi na soulowe kwestie wokalne Gry Bagøien, „You Can Always Leave”. Po nim Amerykanin już na dobre zapuszcza się w głębokie wody minimalistycznej elektroniki i ambientu oraz nakręca prężny (czasem tańczący) warsztat stukań, bitów czy sampli. „Leland” z 2012 roku Francis nagrał po śmierci ojca. „Minutes Of Sleep” powstał jako swoisty hołd dla nie żyjącej już matki. Wykwintność omawianego albumu jest bezdyskusyjna. Życzmy jednak temu muzykowi, aby kolejne preteksty do tworzenia świetnych krążków były dla niego mniej ponure.


20. The War On Drugs – Lost In The Dream

"cross the bridge, to redefine your pain, the answer is in your heart"

Adam Granduciel wydał w tym roku ponad godzinę pięknej, głębokiej muzyki opartej na amerykańskich klasycznych wzorcach i wysoce imponujących kompozytorskich zdolnościach. Dylan, Springsteen, czy nawet wypunktowani przez recenzenta pitchforka Tears For Fears i Rod Stewart zostali twórczo zaabsorbowani do muzycznego krwiobiegu artysty. Ich udział w tej zacnej mieszance heartland-rocka, americany, ambientu i szeroko pojętego romantycznego popu jest mocno zauważalny, choć rozłożony do odpowiednich proporcji. „Lost In The Dream” posiada tylko jeden typowo singlowy, ekspresyjnie buchający hookami moment, czyli doskonały „Red Eyes”. Cała reszta odcina się od podobnej impulsywności, tworząc cierpliwy, równy, naszpikowany detalami zestaw. Gdzieś pomiędzy spokojną przebojowością i szlachetnym albumowym rozwlekaniem jest jeszcze „Eyes To The Wind”, a zadatek na porządny hit ma też „Burning”. Nie zmienia to jednak faktu, że trzecia pozycja w katalogu The War On Drugs należy do albumów zachwycających poprzez długie, doszlifowane formy. Największym atutem jest tu precyzyjnie dawkowane melodyjne bogactwo oraz emocje docierające w sposób wybitnie dojrzały i nienachalny.


19. Tigers Jaw – Charmer

Wokalista-gitarzysta i dziewczyna za klawiszami. Nerwowe dzieciaki piszące piosenki o emocjonalnych konfliktach w stających pod znakiem zapytania związkach. W tym roku stało się z nimi coś dziwnego. Konfiguracja gwiazd na niebie okazała się chyba wyjątkowo sprzyjająca, wena nawiedziła młodych muzyków, po czym wydostała się na zewnątrz już jako przetworzony element składowy dwunastu kapitalnych kompozycji. Nie powinno być to nic nadzwyczajnego, ale przyjrzyjmy się choćby „Divide”, jakiż tu panuje rytm! Nastrój, muzyka, słowa - jak wszystko to po kolei, harmonijnie się ze sobą układa. Zespół dodaje kolejne melodie, potęguje atmosferę, a wszystko dzieje się jakoś tak... samo. Zewsząd czuć poza tym twórczą energię. Nie ważne czy mowa o posępnie rozwijających się „wolnych” w rodzaju kawałka tytułowego, pop-rockowych perełkach a la „Teen Rocket” czy finezyjnie rockowych trackach pokroju „Slow Come On”. „Charmer” należy dać być może kilka szans, choć jestem pewien, że prędzej czy później wprawione ucho uchwyci tę tajemniczą chemię, to klasyczne „coś”, ten magiczny środek, dzięki któremu cała płyta iskrzy, a niemal każdy numer w jakiś sposób urzeka.   


18. Future Islands – Singles

"those winter days, those winter nights, those days and nights, come see me through"

Obiło mi się gdzieś po uszy, że „Singles” wcale nie jest tak singlową płytą, a „Seasons (Waiting On You)” to jedyny pochodzący z niej kawałek, który spełnia postulat solidnej przebojowości. Otóż, nie. Nie zgodzę się niemal wzorowo, bo pewnie to kwestia gustu, ale dla mnie wszystko co fajne zaczyna się tu już po dość nudnawym indeksie pierwszym. O niebywale roztańczonych hookach „Spirit” pisałem a propos najlepszych kawałków roku. Naprawdę szkoda, że to nie do tej piosenki Herring tańczył u Lettermana. Świetne klawiszowe motywy i motywiki sypią się zresztą z niemal każdego numeru. Jeden z nich skutecznie urządza chociażby całe „Doves”. Początek “Back In The Tall Grass” sugerowałby jakieś stare, wesołe The Cars, ale im dalej w las tym więcej Future Islands i coraz więcej dodawanych elementów, składających się na absolutne popowe dobro. Spokojna, urodziwie melodyjna indietronica sączy się z „A Song For Our Grandfathers”. „Light House” z serią bitów, żywą gitarą i kolejną porcją syntezatorowych kolorów wpisuje się w ich sprawdzoną receptę nakładania na siebie kilku trafionych pomysłów. „Like The Moon” czy „Fall From Grace” prezentują wspaniały wachlarz post-eightiesowej romantyki, no i tak dalej... Czwartym albumem amerykańska kapela odwaliła kawał materiału na swoje przyszłe „Greatest Hits”.


17. Owls – Two

Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że bracia Kinsella wspaniałą muzykę tworzą od zarania dziejów, faktycznie zaś od połowy lat 90. Nie myliła się garstka starych, oddanych fanów Joan Of Arc, Cap’n Jazz, American Football, Owls, Make Believe oraz pozostałych projektów, w których współtworzeniu udział brali Tim i Mike. Laury powszechniejszego uznania przyszło tym zdolnym panom zbierać jednak dopiero w 2014 roku za sprawą reaktywacji dwóch ze wspomnianych grup, nawracającej mody na emo oraz w jednym przypadku, po wydaniu całkiem nowej płyty. Stare Owls jest dziś kultowe, nowe nie upada wcale daleko. Cóż po 13 latach przerwy skoro ci ludzie tworzyli wspólnie przez cały czas, pod innymi nazwami, w różnych kombinacjach? Owls to dla przypomnienia ten sam skład co Cap’n Jazz, ale bez Daveya von Bohlena, który w 2000 roku przewyższał kolegów popularnością liderując The Promise Ring. Choć dziś, kwartet mógł równie dobrze wydać ten album pod nazwą Joan Of Arc, to 14 lat temu math-rockowe, ale zdecydowanie bardziej-jednak-piosenki „Sów” całkiem się różniły od eksperymentów sygnowanych podpisem JOA. Błyszczące momenty nowej płyty na czele z zapowiadającym ją „I’m Surprised…” uderzają w estetykę „Owls (2000)”, „Life Like”, singla „Meaningful Work” czy niektórych fragmentów „Boo Human”. W ruch idą podobne, grubo szyte, w skomplikowany sposób uzupełniające się melodie trzech nietuzinkowych muzyków, których współpraca potrafi dać efekty całkowicie nieprzewidziane. Kinsella plus Zurick plus zwłaszcza Victor Villarreal równa się oczywista gitarowa uczta


16. The Juan MacLean – In A Dream

"don't play your games here anymore, because heaven knows what the heavens know"

Taneczne parkiety ponownie wymiecione przez reprezentantów DFA. Zabójczym, ośmiominutowym „A Place Called Space” John i Nancy wchodzą w uczciwe konkury z progresywnym synth-popem Todda Terje. „Here I Am” wskrzesza stary dobry rok 2008 i najbardziej błyszczące momenty Cut Copy. Za sprawą „Love Stops Here” duet bardzo kreatywnie wyręczył w nagrywaniu nowej muzyki New Order. Niech nikogo nie zwiedzie łatwość dokonywania przeze mnie odniesień. „In A Dream” to nie tylko cwane kopiowanie, a kapitalnie skonstruowany materiał nieomylnie wypełniony arcy-chwytliwymi singlami. Jak doskonałe piosenki pisać w house’owej czy electro-popowej stylistyce dowodzi „You Were A Runaway”. „Running Back To You” znów każe przywoływać czyjeś nazwisko i jest to tym razem Jessie Ware, która nie odpuściłaby zapewne, by zrobić z tego kawałka słuszny radiowy hit. Na wysokości szóstego „I’ve Waited So Long” łapię się za głowę, ile oni mają pomysłów na refreny i pierwszego sortu produkcję?! A dalej jest jeszcze zgrabna „Charlotte”, samoprzylepny „A Simple Design” i grube dziesięć minut „The Sun Will Never Set On Our Love”. Cytując użytkownika Rate Your Music – “Dance yrself clean to the new DFA standard.”


15. Modern Baseball – You’re Gonna Miss It All

Jak bardzo źle musi brzmieć połączenie Daniela Johnstona z Blink 182? Dziwna sprawa, ale wcale nie najgorzej. Modern Baseball to z jednej strony chłopaczki w czapkach z daszkiem, z drugiej wrażliwcy pogrywający balladowe lo-fi. Brendana Lukensa i spółkę lata świetlne dzielą od znanego do tej pory przeciętnemu odbiorcy pokolenia pop-punkowców, od którego odrożnia ich chociażby nieco większa dojrzałość. Panowie śpiewają nam o piątkowych nocach, związkach i różnych bzdurach typowych dla młodych ludzi, ale wystarczy zerknięcie jednym uchem na takie „Broken Cash Machine”, aby zauważyć, że jednak inaczej, zupełnie inaczej. Gorzkie piguły czy słodki pudding? Oczywiście jedno i drugie.  Jak tu nie mieć serca dla uroczo szczeniackiego, ale niegłupiego songwritingu kolegów Brendana i Jake’a? Sympatii do rzucanych w manierze emocjonalnego buntu fucków i porządnych gitarowych melodii? Skamleń na temat dziewczyn, z którymi się zerwało oraz pozornych zwycięstw w radzeniu sobie samemu? No nie da się.


14. HTRK – Psychic 9-5 Club

Minimalizm, precyzja, mrok, uczuciowość, smutek. To słowa klucze dla wybornie klimatycznego trzeciego albumu HTRK. Głos Jonnine Standish, jakby niezdolny do wydobywania linii wokalnych brzmiących choć trochę optymistycznie, w każdym utworze obezwładnia jakąś hipnotyczną frazą czy zdaniem. „Im in love with myself”, „Im’ gonna love you much better”, „love is distraction”. I to przy nocnych, szorstkich teksturach Nigela Yanga w zupełności wystarcza. Nastroje z „9-5 Club” odbijają się niemrawo między alienacją a miłością, czy może raczej jej potrzebą. Uwodzenie jest niezaprzeczalne, chociaż odbywa się raczej w atmosferze chłodnej i tajemniczej.


13. The Sunlit Earth – Same Old Story

"run, run, run away until you reach the blind street, I don't know if it make my heart stop, or if it make, my heart beat"

Albumy takie jak “Same Old Story” z bolesną skutecznością odsłaniają absurdalność rodzimego rynku muzycznego. Tu wszystko już dawno wywrócono do góry nogami. Oto wychodzi świetna płyta naszpikowana gitarowymi hitami, raczej popowa. Trafia naturalnie do wora z alternatywą, w radiu o single z niej nikt się nie upomina, doskonałe piosenki nie mają prawa zagościć tam, gdzie może jeszcze w latach 90. byłoby dla nich miejsce, czyli na listach przebojów. Łatka „alternatywy” przyszywana jest u nas chyba wszystkiemu co zawiera w sobie jakość. W radiostacjach tymczasem ciężko o usłyszenie czegoś nowego, polskiego z dobrą melodią. Chłopaki z Giżycka zaproponowali na swoim debiucie dwanaście barwnych, różnych od siebie kawałków, z których każdy w jakiś sposób chwyta żywą energią i pomysłami. W „Right-About Turn” udaje im się stworzyć wrażenie nieprzystępności ledwie przez kilkanaście sekund. Zwrotki bardzo szybko zostają oswobodzone z brudu, utwór z jednej strony dąży do harmonii, ale z drugiej pęcznieje od podskórnego nerwu. Kwitnącą kompozycyjnie, podnoszącą na duchu „Amnesię”wychwalałem już dwa razy. „Fish Without Water” to niepoprawnie roztańczona sekcja i krzykliwy bunt w refrenie. „20 Years & 20 Days” zanurza się na kilka metrów w grobowym post-punku, ale i tu nie udaje się pogrzebać nośnego potencjału. „Rotten Feelings” (trochę buzzcocksowe w zagrywkach?) i “Little Screamer” częstują wyśmienitym college-rockiem. “Under My Eyelid” w niezłym stylu przypomina o starym, zużytym new-rock revolution. Znalazło się też miejsce dla znanych od dawna „Same Old Story” i „There’s Something In The Air” czyli łagodzącej balladki oraz killera a la dawne Radiohead.


12. Spoon – They Want My Soul

Spoon wyrobili sobie styl i renomę w taki sposób, by na wysokości kolejnych albumów już nikt nie musiał od nich wymagać zmian ani rewolucji. Jeśli grupa Britta Daniela nagra coś bardzo swojego, to w zasadzie wystarczy. Kawałki z „They Want My Soul” można śmiało posegregować i poprzydzielać do kilku wcześniejszych, kluczowych płyt zespołu z Texasu. Surowo otwierający „Rent I Pay” na „A Series Of Sneaks”. Ostro rytmiczny i pozytywny „Let Me Be Mine” oraz obłędnie przebojowe „New York Kiss” na wypełnioną melodiami „GaGaGaGaGa”. „Rainy Taxi” i niemal jazzowe „I Just Don’t Understand” do nastrojowego momentami „Girls Can Tell”, gdzieś przy niezapomnianym „Chicago At Night”. Tytułowe „They Want My Soul” i singlowe „Do You” właściwie wszędzie, bo i tak wszędzie robiłyby za gwóźdź programu. Czy wobec tego ostatni krążek Spoon ma jakiś własny charakter? Czy w 2017 powiemy, że któryś utwór z ich kolejnego albumu pasowałby na „They Want My Soul”? Nie wiem i średnio mnie to interesuje w momencie, gdy mogę się cieszyć całą serią w pełni wartościowych kompozycji ich autorstwa. Przynajmniej połowę tych piosenek zapamiętam i będę nucił na równi z poprzednimi, bo lata lecą, a oni wciąż ani trochę nie słabną. Czapki z głów, łyżki w dłoń!     


11. Alvvays – Alvvays

"forget the invitations, floral arrangaments and bread makers"

„Alvvays” to  optymalna płyta z gatunku refrenowo-zwrotkowych. Coś jak zeszłoroczne, niedocenione Surfer Blood. Polecam puszczać sobie te utwory, przy jednoczesnym spoglądaniu na ich teksty. Taki zabieg pozwala w sporym stopniu zrozumieć piosenkowy zmysł Molly Rankin. Można wręcz zgadywać, który wersik przyniesie kluczowy wokalny hook? Dajmy na to w „Party Police”, gdzie blondyna rozmiękcza już pierwszym „walking through the treees”, następnie tęsknym „you don’t have to leave...” i przynoszącym słodko-gorzkie pocieszenie „we could find comfort in debauchery”.  Nie mniejszy talent do dźwięcznych akordów posiadł zresztą gitarzysta Alec O’Hanley. Współpraca tych dwojga to witaminowa bomba dla melodycznych fanatyków. Jak nie ona refrenem, to zaraz on jakąś solówką albo zagrywką i tak na zmianę... Do tego ta retro-brzmieniowa oprawka, podkreślająca i tak niemałe walory  „Adult Diversion”, „The Agency Group” czy cudownie wakacyjnego „Atop a Cake”. Pasjonująca troska o melodię i serwowanie miłosnych perypetii w wyjątkowo beztroskich formach, czynią z Kanadyjczyków chyba najlogiczniejszych w tej chwili spadkobierców kapel ruchu C86. 

wtorek, 16 grudnia 2014

Podsumowanie 2014: piosenki 37-25

Nie wiem czy dziś jeszcze ktokolwiek używa tego określenia, ale Britt Daniel po czterdziestce nadal jasno i wyraźnie stawia wyznaczniki bycia cool w muzyce pop/rockowej. Cool, bo nie chodzi tu o jakaś zwykłą zajebistość, a zajebistość połączoną z totalnym luzem. Wystarczy jedno „let’s go get out of the street”, „don't it feel like Friday night?” albo “yes, yes, I know” wypowiedziane przez Daniela abyśmy my ową, nazwijmy to sobie “fajność” odczuli w stopniu najwyższym. W przednim kompozycyjnie „They Want My Soul” zespół zdobywa zresztą trzy punkty przy każdej przeprowadzonej akcji. Etap późny, bo późny, ale ja i tak nie mam wątpliwości, że mowa u nich o formie życiowej.



Jedynym elementem psującym udaną stylizację na lata 70-te w „Little Fang” jest zapewne wokal Aveya.  Zgadza się poza tym delikatny funk, melodie co rusz sugerujące jakieś „Dancing In The Moonlight”, chórki i prawie klasyczna piosenkowość, do której Tare na pewno nie zbliżyłby się w aż takim stopniu wraz z Animal Collective. Oczywiście fenomen utworu nie tkwi jedynie w przebierankach, a w tym co sprawia, że łapiemy się na niego jak sprzedajny polityk na garść banknotów. Hookach, ponadprzeciętnej chwytliwości i gładkiej acz pomysłowej produkcji. Czy ten dawniej awangardowy szaman odważy się podejść do tematu „konwecjonalnego” popu jeszcze bliżej?



Głos Petera Silbermana brzmi w „Palace” jeszcze bardziej zniewieściale niż dotychczas, co wprost idealnie pasuje do delikatnej muzycznej tkanki oplatającej kruche 5:35. Nie zapominajmy jednakże o tym jak znakomitym wokalistą jawi się Pete. Mowa o człowieku, który magicznie ukołysze, ale i w szczytowym momencie potężnie zagrzmi. Jakkolwiek ckliwy fortepian nie stanowi u nich niespodzianki, tak użycie trąbek jako równowartościowego komponentu może się wydać zaskakujące. W tym przypadku zaskoczenie nie ma nic wspólnego z rozczarowaniem. Elegancja wyprodukowanego przez owy instrument podsumowania pod koniec czwartej minuty każe odrzucić wszelkie obawy i wątpliwości. Antlersi stanęli na wysokości zadania komponując przepiękną balladę i udowadniając, że zawsze znajdą sposób, aby nas należycie wzruszyć.



Nikt inny nie potrafi z taka klasą strugać zakochanego pierdoły jak robi to Rivers Cuomo. Pogwizdywane „Da Vinci” z bezpruderyjnie przebojowym refrenem w dużej mierze bazującym na dowcipnie romantycznym tekście („Even Da Vinci couldn’t paint you, Stephen Hawking can’t explain you”) chodzi za człowiekiem przez długi czas. O takiego Weezera walczyliśmy.



“Hey I need you my new charmer, I've been thinking don't you wanna?, Be my perfect babe instead, I can’t sleep in other beds”. Charakterystyczna w całym utworze (a zwłaszcza we wstępie) atmosfera stworzona przez klawisze i gitarę, a nawet tekst (postać egoistycznego kochanka) przypominają mi o czymś, czego muzycznego przywoływania jak dotąd nikt się chyba nie podjął. „Charmer” to kompozycja w stylu balladowego Cursive z czasów „The Ugly Organ”, zmierzająca niemal ku byciu następczynią „The Recluse”. Misternie haftowany melodiami majstersztyk, elegancko, nie za długo, ale bardzo treściwie rozwijający się i dążący do swojego momentu.   




Sławne „Drown With The Monster” to ostro imponująca rzeź niewiniątek. Mish Way niczym młoda Debbie Harry jest tu charyzmatyczna jak zwykle, na klipie fajnie wygląda, rusza się i krzyczy, choć wokalnie brzmi właściwie jak zawsze. Pikanterii dodaje natomiast współpraca punkowo thrash-metalowego gitarowego męczenia z bezlitosnym perkusyjnym naparzaniem. Ciężko nie ulec wrażeniu, że kapela pędzi tu na złamanie karku i z jakiegoś powodu nie mając nic do stracenia, dąży do stanu destrukcji optymalnej.




Jeszcze jeden przejaw seventiesowych fascynacji. „Wizard Staff” to nagranie o wiele większe, mocarniejsze brzmieniowo i produkcyjnie od tych zawartych na zeszłorocznym „Curiosity”. Kompozycja gęściej zaaranżowana, upalna, wpisująca się w estetykę leniwego, rozlazłego popu. Jeżeli progresywne stawanie się czymś nowym i jednoczesne pozostawanie sobą obrać za ideał, to zespół z Portland jest na dobrej drodze do jego osiągnięcia. Znacie już ich klawisze, które tu wypadają równie kosmicznie, teraz posłuchajcie saksofonu.




Z cyklu “puść jakieś chamskie techno”. Wtargnięcie tłustego syntezatorowego motywu ustawiającego cały ten kawałek jest stanowczo zbyt nagłe, zbyt bezpośrednie, po prostu zbyt bezczelne. „Vox Tuned D.E.D” to nakręcony, imprezujący typ na pigułach.  Wskakujący na parkiet, bawiący się 1000 razy lepiej niż ty, sprawiający wrażenie posiadania monopolu na dobrą zabawę. I już nie możesz tańczyć dalej na spokojnie, po swojemu, on ci przeszkadza, bo jest wszędzie.  Już chcesz mu wygarnąć, wyciągnąć za ryj i kazać iść gdzieś indziej, ale wtedy on wstaje, patrzy ci prosto w oczy i... „DON’T YOU LISTEN TO YOUR HEART?”, ruszasz w ostre nieskończone balety wraz z nim.




Parafrazując słowa muzyka Joyce Manor o „Evangeline” Cocteau Twins: „czemu zespoły, których członkowie nie są Brytyjczykami próbują w ogóle robić jangle pop?” Czyżby dlatego, że przy odrobinie szczęścia, okazjonalnie, nawet w przypadku jankeskiego zespołu trudniącego się zazwyczaj innym graniem może przynieść to efekt solidnie zadowalający? Dowodem „Heated Swimming Pool”, nie do końca nawet skok w bok, a tylko delikatne przesunięcie akcentu owocujące śliczną melodyjnie brzęczącą dwuminutówką godną pomysłów Morisseya czy Davida Gedge’a.



W przytłaczająco naładowanym treścią utworze Sun Kil Moon punktem wyjścia dla strumienia świadomości Marka Kozelka staje się śmierć seryjnego mordercy paraliżującego USA w latach 80. Naturalny zgon Richarda Ramireza w celi więziennej implikuje potok myśli, wznieca iskrę inicjującą eksplozję wspomnień i skojarzeń. Mark opowiada historię „nocnego łowcy” zapuszczając się jednocześnie trzydzieści lat wstecz do czasów terroru, w których obsesyjna ostrożność nakazywała sprawdzać czy pod łóżkiem nie kryje się przypadkiem nieproszony gość. Stąd tylko krok do refleksji na temat losów znajomych z sąsiedztwa, zwłaszcza tych rezydujących już poza światem żywych. Po wzmiance o najstraszniejszym ze wszystkich domów w okolicy ex-lider Red House Painters płynnie przechodzi do swoich codziennych dylematów, ale te są chyba tylko pretekstem do przypomnienia sobie o śmierci „gościa z Rodziny Soprano”, rówieśnika grającego tu na perkusji Steve’a Shelleya. Kozelek nie owija w bawełnę, dzieląc się z nami między innymi przemyśleniami o swojej prostacie i chorym kręgosłupie („and when I fuck too much I feel like I'm gonna have a heart attack”), ale na koniec wraca do myśli przewodniej spajając wszystko klamrą i zestawiając momenty oraz miejsca - gdzie był, kiedy schwytano „night stalkera” oraz to gdzie był, kiedy Richard Ramirez trzy dekady później zmarł z przyczyn naturalnych. Wciągalność jego monologu jest najzupełniej wybitna, choć mroczne akustyczne brzdąkanie i melodia kończąca utwór czynią warstwę muzyczną nie tylko godnym uzupełnieniem, ale też siłą rażącą w stopniu niemal tak samo wysokim.         



Ogłoszenia festiwalowe dotyczące koncertów klasycznych kapel z dużym stażem zawsze wzbudzają największe fale entuzjazmu. Fakt ten jest zrozumiały, w dużej mierze również mi ta radość często się udziela. Wspaniale było zobaczyć The Flaming Lips, Gang Of Four, Mogwai czy Neutral Milk Hotel. A jednak doświadczeniem zupełnie innego rodzaju jawi się wzięcie udziału w występie zespołu takiego jak Eagulls. Powód tego odmiennego przeżywania da się w moim przypadku określić jednym kluczowym słowem – AKTUALNOŚĆ. Droga twórców „Hollow Visions” toczy się właśnie teraz, ba – ledwie się rozpoczęła. Nie są jeszcze kultowi, choć za parę lat może się okazać, że jednak już w tym momencie byli. To nie grupa z 15-letnim stażem grająca swój trzysetny koncert, a wciąż ludzie młodzi, niepokorni, będący na podobnym poziomie dylematów, błędów i frustracji. Nawet nie do końca o podobny wiek chodzi, a sposób w jaki nadają, konstruując cały ten emocjonalnie wkurwiony ładunek odbierany natychmiastowo przez entuzjastów na tych samych falach. O symbolicznym wyrywaniu barierek przy “HOLLOW VISIONS ALL AROUND ME HOLLOW VISIONS YOU'LL SEE, I'LL SEE” z czystej przyzwoitości nie wspomnę. 



Były już dziewczyny z gitarami, teraz czas na pana za fortepianem. S. Carey od dawna powinien być traktowany jako ktoś więcej niż tylko zdolny muzyczny kolega Justina Vernona. Sean dał się poznać jako nietuzinkowy kompozytor ballad oraz utworów balladopodobnych zawsze niosących słuchaczowi masę autentycznego ciepła. Jeżeli macie w sobie choć mililitr wrażliwości, ten człowiek wydobędzie ją z was śpiewaniem wybornych melodii do tekstów w rodzaju „I was wondering if you'd be my wife, be the compass in my rugged life, come as quick and leave until, you will, you will, you will”. Choćby znajdowała się na samym dnie. 




Waflowanie się do “Seasons (Waiting For You)” przy świadomości, że nowa płyta Przyszłych Wysp wyposażona jest w utwory o hookach tak fenomenalnych jak ten ze „Spirit” uważam za co najmniej dziwne. Ich czwarty album, „Singles” nie został zatytułowany w ten sposób przez przypadek, niemal każdy kawałek wykazuje tu zdolność przebojodawczą z czego moim skromnym zdaniem wiele bije „Seasons” na głowę. Mamy tu chociażby uzbrojony w arcy-zwinne motywiki indeks numer dwa, ukazujący całą tę zdolność grupy z Baltimore do pisania ogromnie przyjemnych, synth-popowych hitów. Dwie klawiszowe pętle przenikają się ze sobą w zwrotkach, kolejna żwawo dołącza w refrenie dzielnie kontrastując z niepodrabialnym wokalem Samuela T.Herringa. Gusta gustami, ale zgrabnego, roztańczonego „Spirit” pasowałoby nie przeoczyć.