Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Girls Names. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Girls Names. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 stycznia 2016

Podsumowanie 2015: albumy 30-21














Część 3


Zwracano uwagę, że “Heaven Is Earth” to płyta na której Patrick Kindlon zbytnio się powtarza. Mówiono także, iż problemem drugiego krążka Self Defense Family jest brak jakkolwiek rozumianych hooków. Pierwsze wynika ze stylu grupy i jej lidera – taka już ich uroda. Z drugim też można się w pewien sposób zgodzić, bo choć muzyka nowojorskiej kapeli z zasady jawi się jako anty-przebojowa, to faktycznie chwilami nie zaszkodziłoby na krążku więcej wyrazistych momentów. Abstrahując jednak od tych kilku zarzutów, ponurych i zamyślonych utworów SDF słucha się znakomicie. Teoretycznie to nadal post-hardcore, ale wyprany z wszelkich przejawów agresji, przygaszony i bezzębny. Wokaliście zdarza się lamentować na tle poczynań niezwykle głębokiego basu i odgrywanych gdzieś w oddali melodyjnych zagrywek („In My Defens Self Me Defend”), choć nie sposób odeprzeć przy tym wrażenia, że są to w istocie lamenty bezsilne, naznaczone rezygnacją. Zespół używa melodii bardzo oszczędnie, ale przy okazji numerów takich jak „Talia” „mniej” okazuje się oznaczać zdecydowanie „więcej”. Jako najmocniejszy punkt „rodziny” widzę natomiast doskonałe odnajdywanie się w klimatycznych, markotnych „balladach” a la późne Fugazi. Pierwszą taką próbką jest stosunkowo krótkie „Ditto”. Pełne rozwinięcie skrzydeł w tej materii następuje zaś w trwającym siedem minut nagraniu tytułowym. Oniryczna atmosfera, rzucane apatycznie przez Kindlona sugestywne linijki tekstu oraz wymawiane ulotnie głosem wokalistki słowa: heaven is earth czynią z tej kompozycji niemały majstersztyk.

„Heaven Is Earth” to album dość krótki i pozostawiający niedosyt, aczkolwiek nawet przy takim stanie rzeczy zdecydowanie udany. Niektórzy swą największą chwałę odnajdują jednak za sprawą EP’ek i singli.   



Zajmująca muzyczna opowieść złożona z ośmiu utworów opartych wyłącznie o aranże instrumentów dętych Colina Stetsona i skrzypiec Sary Neufeld. Słowo jakie nasuwa mi się na myśl przy słuchaniu „Never Were The Way She Was” to „konsystencja”. Mimo skromnego w gruncie rzeczy instrumentarium oraz faktu, iż nagrania dokonano na żywo („no overdubs/loops”) kompozycje brzmią bogato, treściwie i głęboko nastrojowo. „Akcja” tej post-miminalistycznej, eksperymentalnej płyty jest wyjątkowo wartka, dźwięki tu zawarte z jednej strony nie zagłuszają myśli, ale z drugiej są na tyle dynamiczne, że ich uważne śledzenie na pewno nie należy do czynności nudnych. Rekomendowane poszukiwaczom terytoriów osobliwych i mniej oczywistych.

Najistotniejszą cechą utworów z „Weszoło” jest ich potencjał do implikowania w słuchaczu poczucia więzi. Dzięki temu debiut zespołu Hoszpital nie musi być do bólu równy ani też najoryginalniejszy. Wystarczy, by poszczególne fragmenty ciepło uzależniały i domagały się kolejnych spotkań. Wartość pierwszej płyty Poznaniaków budują nie tylko wybrane kawałki, ale także ich pojedyncze momenty. Nie bezpodstawnie pisze się o podobieństwach muzyki reprezentantów Thin Man Records do twórczości pochodzących z tego samego miasta Much, słyszalnych na przykład za sprawą wokalu Michała Bielawskiego czy też bliskiej Michałowi Wiraszce wrażliwości lirycznej lidera kapeli. Jest jednak coś jeszcze. Hoszpital wykazują porównywalną umiejętność wyczarowywania w kompozycjach „magicznych miejsc” (zwłaszcza 00:59 w „Abcdf”). We wszystkich piosenkach grupa waży nam w różnych proporcjach smutek, melancholię, ciepło i poetycką ckliwość. Pomimo chętnie eksponowanych nowofalowych inklinacji nie posunąłbym się do nazwania tego materiału chłodnym. Całkiem krzepiąco prezentuje się lekko introwertyczny, wsparty fortepianem Joanny Bielawskiej „Głód”. Grzeją na swój sposób utkane intrygującymi melodiami „Anuluj” oraz jesienno-oniryczne „Biegnę”.


Wyczekana po wielu latach nowa płyta The Chills okazała się oferować więcej niż fani mogliby się spodziewać na podstawie zapowiadających ją singli. Paleta melodii na „Silver Bullets” rozciąga się wyjątkowo szeroko, przy czym także ich zagęszczenie przypominać może wysyp grzybów po deszczu późnym latem. Martin Phillipps i spółka poszli w ilość, jakość i styl. Jak mogły sugerować „America Says Hello” oraz „Warm Waveform” pod względem tematycznym, ale też brzmieniowym mamy tu zabawę motywem podwodności, bardzo dobrze współgrającym z naturą wygrywanych przez Nowozelandczyków jangle’ujących linii gitarowych. Trzydzieści parę lat po „Rolling Moon” kompozycje Chillsów wciąż uderzają podobną „dunedinową” unikalnością. Tytułowa „Silver Bullets”, „Underwater Wasteland” czy „Aurora Corona” to ten sam typ pogodnych (tekstowo nie zawsze), szlachetnych piosenek, których mogliśmy wcześniej posłuchać na każdym z pięciu krążków projektu. Mało kto poza kapelami z Flying Nun robił to kiedykolwiek z podobnym urokiem. Tym bardziej nikt nie jest w stanie czynić tego w ten sposób dzisiaj. To z kolei potwierdza zasadność, a wręcz konieczność powrotu klasyków kiwi-popu, z którymi od teraz, mam nadzieję, będziemy się spotykać już regularnie.  



Muzyka na “Wiju” stworzona jest z pewnego rodzaju paradoksu. Podczas gdy klawisze i automat perkusyjny nadają jej syntetycznego charakteru czy swoistej mechaniczności, wokal śmie trącić emocjami i uczuciem. Jest tu trochę tak, jakby Błażej Król każdym wymawianym zdaniem wydobywał parę z ust, będącą jednym z nielicznych źródeł ciepła w skutej lodem rzeczywistości imitującej klimat lat 80. Kompozycje ex-członka UL/KR nie zdradzają przy tym pokrewieństwa z gitarowym mrokiem post-punku, a owy nastrój oddają za sprawą staroświeckiej elektroniki. Na niej w dużej mierze osadza się fenomen krążka. Słucha się go wyśmienicie dzięki niezwykłej barwności syntezatorowych struktur oraz kreatywności, którą gorzowskiemu muzykowi udaje się wykrzesać we wszystkich kompozycjach. Aby tak skonstruowany materiał „ożył” i „zagrał” wystarczy doprawić go już tylko odrobiną magii. Tej radziłbym szukać przede wszystkim w „Pośredniej Stacji”, „Szlagu”, „Za Nimi”, ale na dobrą sprawę pewnie też w każdym innym elemencie tej bardzo równej przecież i w najlepszym słowa znaczeniu spójnej płyty.  


Ostatnia płyta The Velvet Teen jest jak nowy rozdział rozpoczynający się „fabularnie” w momencie, w którym historia zespołu została poprzednim razem przerwana. Nie liczy się przy tym długa przerwa pomiędzy wcześniejszymi wydawnictwami a „All Is Illusory”. Tegoroczny album Amerykanów to indie rock z korzeniami w emo, charakterystyczny dla dekady 2000-2009. Wszystkim, czego wypadałoby sobie życzyć od takiego grania są dobrze brzmiące gitary, ciekawe partie klawiszowe, nieco mniej oczywisty wokal i szczypta finezji w rozwiązaniach rytmicznych. Znając choćby ich krążek „Elysium” z 2004 r. nie powinniśmy mieć wątpliwości co do unikalnej wrażliwości grupy Judah Naglera i spółki, będącej w tym przypadku gwarancją interesującego materiału. Kapela z Santa Rosa przygotowała dość zróżnicowany zestaw, którego korzenie wyraźnie wyrastają ze starego The Velvet Teen, ale jednocześnie fragmentów stylistycznie przekalkowanych jest na nim mniej niż garstka. Ścisłe pokrewieństwo ze wspomnianym wcześniej opus magnum zespołu zdradza jedynie niezłe „The Veil Between”. Tymczasem energetyczne „Eclipses” i „You Were The First”,  piękna ballada tytułowa czy prawie jedenastominutowe “Taken Over” zdają się w dużym stopniu funkcjonować po swojemu, na zasadach pisanych przez tę kapelę dziś, tu i teraz.



Od tytułu albumu Annabel (lee) wieje chłodem. Morze jako pusty, rozległy i bezludny obszar to znakomita metafora samotności, pięknie akcentowanej w muzycznej zawartości krążka. Na „By The Sea... And Other Solitary Places” nowojorska solistka i angielski producent odnajdują złoty środek pomiędzy folkową ascetycznością a dojrzałym smutkiem wokalnego jazzu. Podstawą jest smętny śpiew Annabel, któremu towarzyszą na zmianę: repetytywne gitarowe melodie, fortepian lub pełne niepokoju sample wycinane jakby wprost z bardzo starej taśmy. Owy wokal, kiedy trzeba, urzeka całkowitym spokojem i liryzmem, a momentami zmienia się wręcz w szept. Czasem nakładane na siebie partie współtworzą jednak wraz z innymi dźwiękami mocno nawiedzone i schizofreniczne słuchowiska. Dużo tu tęsknoty, staroświeckiej elegancji oraz... dezorientacji. Klasyczność tej płyty to po części sprytny kamuflaż skrywający koncepty muzyków o całkowicie współczesnej mentalności, ale wskazujący też na ich niewątpliwie romantyczne dusze i lekko anachroniczną, aczkolwiek fascynującą wrażliwość. 


Norwescy slowcore’owcy z The White Birch po wydaniu albumu „Come Up For Air” i zagraniu finalnego koncertu na Off Festivalu w 2006 roku zamilkli niemal na całą dekadę. Dziś lider projektu Ola Fløttum powraca jako wirtuoz muzyki melancholijnej i dojrzałej. Możliwe, iż lata przerwy były niezbędne do tego, aby „The Weight Of Spring” osiągnęła taki, a nie inny kształt. Fløttum przyznaje, że zanim napisał ostateczną dwunastkę zadowalających go utworów, wiele z kompozycji musiał „wyrzucić przez okno”. Fakt ten zupełnie nie dziwi, gdyż w żadnym wypadku nie jest to płyta, którą można nagrać ot tak sobie. Dzieło muzyka z Oslo urzeka ponadprzeciętną starannością i czymś w rodzaju życiowego doświadczenia spoczywającego w dźwiękach. Można odnieść wrażenie, że odpowiada za nie człowiek wybitnie cierpliwy, usiłujący oddać coś istotnego każdym najmniejszym fragmentem. Świadomy przy tym, iż licytacja wszelką drastycznością oznacza brak zaufania do wyobraźni, odnajdujący piękno w spokoju, porządku oraz poniekąd ciszy. Aranże pozostają przy tym wystarczająco treściwe, melodie zaś w pełni wyrafinowane. Ola i wspomagający go muzycy wykorzystują fortepian, skrzypce czy gitarę w sposób nadzwyczaj świadomy, a co za tym idzie optymalny. Głos Norwega brzmi ciepło i dorośle, niekiedy urokliwie towarzyszą mu także eleganckie damskie wokale. W zasadzie nie ma tu przypadku – zjawiskowość krążka wydaje się kompletna.



Czwartą płytą Girls Names stanęli na wysokości zadania w stopniu bardzo podobnym, co za sprawą poprzedniego, dobrze przyjętego albumu “The New Life”. Na „Arms Around A Vision” Irlandczycy nadal wykazują duże zainteresowanie klasycznym post-punkiem, choć tym razem ich piosenki odznaczają się wyraźniejszą dynamiką i większą zawartością hałasu. Kapela bardziej niż na kontemplacyjne snucie melodii wyraża teraz ochotę względem grania witalnego i przebojowego. Coś dziwnego, acz pozytywnego stało się z Cathalem Cullym, który wokalnie wyzwolił się jakby ze wszelkich ograniczeń, nabrał swobody i zadziorności. „Reticence” to energetyczny wulkan. „An Artifical Spring” mogłoby stać się eightiesowym alternatywnym hitem. „A Hunger Artist” brzmi jak Depeche Mode na dopalaczach, a „Exploit Me” niczym mroczne i popsute new romantic. Kilka numerów Irlandczyków wprost pęcznieje od hooków. Linia basu, klawisze, przejęcie w głosie Cully’ego, aż w końcu piękne wejście w refren czynią „Málagę” nagraniem wybornym. W kilku innych, np. „Dysmorphii”, błyszczą i świszczą latające w powietrzu kapitalne riffy. Bauhausowy „I Was You” to z kolei długie i ciemne jak noc, perfekcyjne zakończenie dla tego rodzaju krążka.      

You and me in a bad dream – śpiewa Jen Weidl w jednym z najsłodszych utworów na „A Vision”. Nawet jeśli rzeczywiście sen miałby okazać się zły, wielu zapewne i tak skusiłoby się uczestniczyć w nim wraz z wokalistką Seapony. Muzyczną estetykę tria z Seattle można łatwo skojarzyć z pastelowymi kolorami zdobiącymi okładkę ich trzeciej płyty. Odcienie różu odpowiadałyby w takim układzie dziewczęcemu głosowi Jen, a fiolet aksamitnym melodiom Danny’ego Rowlanda. Amerykanie po uszy wpadli w letnie, beztroskie piosenki. Linie gitarowe, podobne trochę do tych pisanych przez zespół Real Estate, brzmią jakby Rowland mógł wymyślać kombinacje krótkich, starannych akordów całymi godzinami, bez zbędnych przerw na jedzenie, picie i oddychanie. Zwiewny i nęcący śpiew Weidl dolewa zaś do kompozycyjnego ognia kolejne hektolitry wdzięku. Słuchanie eterycznych ballad w rodzaju „Hollow Moon” owocuje stanem permanentnego zakochania. Obcowanie z całym „A Vision” grozi odpłynięciem w odrealnioną idyllę. 

sobota, 26 grudnia 2015

Podsumowanie 2015: piosenki 20-11














Piosenki część 4 


20. Jacco Gardner - Outside Forever 
















Skryty, introspektywny psych-pop Jacco Gardnera jawi się trochę jako rewers coraz bezpośredniejszych i otwartych piosenek Kevina Parkera. Holenderski nabytek Polyvinyl Records brzmi niczym lider Tame Impala po drugiej stronie lustra, żyjący w baśniowym świecie swoich imaginacji. „Outside Forever” zdradza pokrewieństwo Jacco z innymi twórcami halucynogennych, leśnych delicji takimi, jak Candy Claws, czy Death And Vanilla. Z drugiej strony może również przypominać o niepowtarzalnym stylu Youth Lagoon zagubionym jeden album temu. Wybrany przeze mnie utwór w zniewalający sposób rozkwita. Z jednego hooku nieśmiało przechodzi na drugi, z drugiego zaraz na kolejny i trzeba przy tym zaznaczyć, że sekwencja ta posiada tendencję jakościowo rosnącą. Akustyczną grę i smutny śpiew we wstępie przełamuje piękny klawiszowy motyw, prowadzący z kolei do zachwycającego harmoniami refrenu. Również przeraźliwie smętnymi frazami tekstu Gardner posługuje się nadzwyczaj frapująco, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jego tematem jest przecież wyeksploatowana do bólu nieszczęśliwa miłość. Gdybyście tego wyalienowanego i szalenie bystrego piosenkopisarza chcieli gdzieś, kiedyś spotkać, kierujcie się pozostawionymi przez niego wskazówkami: You can find me where the sun hides, I'm forever on the outside.
















„Eclipses” nie jest może utworem tak wyrafinowanym jak umieszczone przeze mnie niżej w podsumowaniu „All Is Illusory”, ale na całym tegorocznym albumie The Velvet Teen, mówiąc najprozaiczniej w świecie, nic innego bardziej nie wpada w ucho. To właśnie ten kawałek jako pierwszy zaiskrzył i zapewnił mnie, że powrót Amerykanów należy będzie uznać prawdopodobnie za udany. Nie brak w nim wielkiej pasji oraz pełnego zaangażowania przy każdym wokalnym i gitarowym zakręcie niemiłosiernie pędzącej machiny. Finalizujący niecałe trzy intensywne minuty krzyk Judah Naglera to już z kolei balsam na uszy wszystkich indie rockowców.

















Camerona Bouchera rozliczenie z problemami. Droga przebyta od złamanego serca i uciążliwej bezsenności do psychicznej odbudowy, czyli temat stanowiący doskonałe paliwo dla gitarowego kawałka z potężnym, domagającym się dynamicznego wykrzyczenia refrenem. Przekonujący argument za tym, że samemu sobie też warto dać czasem szansę.


Najefektywniejsze z tegorocznych singlowych uderzeń Jewela i Radelet, z którym mógłby jeszcze porywalizować utwór „Shadow”, gdyby tylko jego fragmenty nazbyt nie przypominały pewnego kawałka autorstwa Sonic Youth. Wracając jednak do „In Films”, postawiono w nim wyraźnie na jeden, ale za to bardzo konkretny hook, będący ni to syntezatorowym strzępem, ni to wokalnym podśpiewywaniem Ruth. Druga sprawa, że już słysząc słowa Shiny red car do you feel so blue? When you see your friends crashing around you? czuje się, że tu Chromatics po dwóch mniej ekscytujących numerach wreszcie w pożądany sposób uchwycili swoje flow. Za sprawą tego utworu poczynają sobie jeszcze śmielej i pogodniej niż w poprzedzającym go „I Can Never Be Myself When You’re Around”, a jedynie drobne akcenty w postaci niektórych linijek przemycają elementy „szarości”. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, iż jest to ich najbardziej bezpośrednia jak dotąd piosenka. Bardzo zgrabna zresztą, przesuwająca suwak z klimatu w stronę wyrazistszej piosenkowości.    















Zdaniem samego Colina Meloya – „najbrudniejsza piosenka The Decemberists jaka kiedykolwiek powstała”. Lubieżność w „Philomenie” objawia się oczywiście na poziomie tekstowym, czystą jak łza płaszczyznę muzyczną pozostawiając całkowicie w spokoju. Perfidna ironia Dekabrystów zostaje uknuta wokół zestawienia tych dwóch kontrastujących elementów. Tkwi w sąsiadowaniu sielskiej melodii i niewinnego śpiewu z rubasznymi linijkami. W złudnym wrażeniu potęgowanym przez wdzięczne partie smyczkowe oraz bujne dziewczęce chórki, usiłujące oszukać, że chodzi tu o coś romantyczniejszego niż zmagania z wszechmocną chucią: Open up your linen lap and let me go, Down, down, down.
















Zespół Title Fight po zaskakującej, lecz całkiem gładkiej metamorfozie, poniekąd zachowuje swoje punk rockowe korzenie, ale jednocześnie jest już w stanie serwować słuchaczom w stu procentach dojrzałe i zanurzone w głębokim klimacie ballady pokroju „Your Pain Is Mine Now”. Utwór piąty z „Hyperview” to dream pop/shoegaze potężnie zniewalający, smakowicie rozmyty i naładowany paletą doznań. Żaden tam eksperyment, czy przerost formy nad treścią, a wręcz wzorcowy pokaz prawidłowego poruszania się we wspomnianych wyżej stylistykach. 
















Nawet jeśli poprzedni album Girls Names był w ogólnym rozrachunku lepszy od wydanego w tym roku „Arms Around A Vision”, to wtedy Irlandczycy nie mogli pochwalić się ani jedną piosenką tak chwytliwą i porywającą, jak „Reticence”. W openerze nowej płyty trio wyjątkowo uparcie maltretuje złożony z dwóch wyśmienitych części wstęp do utworu, poprzedzający żywiołowo wkraczające dopiero na wysokości: 1:41 partie wokalu. Kiedy pochmurny, a zarazem ostro rytmiczny post-punk miesza się w instrumentalnej introdukcji z hipnotycznym noise-rockiem trudno przewidzieć, co z tego wszystkiego może wyniknąć. Dość niespodziewanie ze zgiełku wyskakuje roztańczony riff, którym podeprze się po chwili wspomniany wcześniej wokal. Ten zdecydowanie nie zamierza ustępować pola wcześniejszym atrakcjom. So ugly, To the point of hatred, My skin crawling yeah I feel so alive. Niedbały, nonszalancki, ale jednocześnie jakby narastający w coraz większej ekscytacji śpiew Cathala Cully’ego na dobre wyrywa z apatii i doprowadza kawałek do wrzenia. A trwa znów ledwie kilkadziesiąt sekund, bo w ramach niemal symetrycznej budowy kompozycji muzycy na koniec znów pogrążają się w graniu balansującym na progu jakiejś niebotycznej eksplozji. Summa summarum każda sekunda pozostaje podporządkowana zasadzie „all killer no filler”, a chwili wytchnienia nie jesteśmy tu w stanie zaznać. 
















Kiedy określamy muzykę przymiotnikiem „wielka”, to może nam chodzić zarówno o jej wybitną jakość albo nowatorstwo, jak i po prostu gabaryty czy np. stadionowy charakter. Zgodność jednego z drugim nie zdarza się dziś chyba szczególnie często. „Wielkość” w pierwszym rozumieniu prędzej odnajdziemy zapewne w utworach stosunkowo skromnych. Wzbudzanie dreszczy poprzez odsłuchy epicko zrealizowanych dziesięciominutówek będzie z kolei nieco trudniejsze.

W tym miejscu pojawia się Susanne Sundfør upychając na swej singlowej płycie opasłego, art-popowego potwora. Blasting, Blazing, Stars exploding, A cosmic war raging in the sky. “Memorial” brzmi jak muzyka „wielka” zarówno z zewnątrz jak i w środku. Nie jest to bynajmniej wydmuszka, rozmach i monstrualna ambicja nie napotykają na swej drodze lodowej góry. Muzyczne wykształcenie Susanne oraz arcyważne w tej materii wyczucie pozwalają oszczędzić słuchaczowi poczucia zażenowania nieznośną patetycznością. Jeśli podniosłość w „Memorial” wzrasta, a wokalistka unosi swój głos ponad planety i galaktyki, to jest to dozwolone, pożądane i wprost proporcjonalne do wrażeń estetycznych.  Tak, jak w tekście utworu kosmiczna wojna oraz eksplozje gwiazd są jedynie tłem dla przeżywanego rozstania, tak w warstwie muzycznej cała ta pompatyczność zdaje się być zasadna jedynie wobec jeżących włosy na głowie emocji i świetnej kompozycji.















Gdyby miłośnikom zgrabnie napisanych gitarowych piosenek polecić wyłącznie jedną tegoroczną pozycję, najtrafniejszym wyborem byłby „Waste The Alphabet” Australijczyków z Dick Diver. W zaraźliwych stu czterdziestu sekundach znalazło się miejsce dla każdego podstawowego elementu klasycznego popowego kawałka. Mamy więc wspartą jangle’ującymi melodiami, wspinającą się „po schodkach” linię basu, wokalno-liryczne hooki we zwrotkach, obowiązkowo bijący wszystko na głowę przebojowy refren (Oh natalie, we party...) oraz mistrzowski mostek. Kapela nie marnuje ani chwili czasu, niczego nie zapycha ani nie wydłuża. Dokłada wszelkich starań, aby na końcu równania znajdował się słuchacz niepotrafiący pozbyć się tych melodii, niezdatny do odrzucenia chęci śpiewania tych linijek. Jeżeli w tak wyjątkowo klarownej sytuacji pozostaje jakaś niewiadoma, to wyrażać ją może jedynie pytanie zadane przez jednego z użytkowników serwisu YouTube: This is a great song but who is Natalie?















I don’t have much time, like a butterfly, Only one night to try and change my life. Ten fragment drugiej zwrotki wyraża więcej niż tysiąc słów o piosence, jak i właściwie samym zespole. Określa ulotny nastrój panujący w melodyjnych zwrotkach oraz wybijającym się refrenie, stworzonych jakby specjalnie do słuchania wiosną lub latem podczas przemierzania miejskich ulic. W „Different Angle” pop-rockową wrażliwość jak zwykle u Cribsów podkreśla punkowy pazur, podczas gdy tekst oddaje stan pomiędzy radością i wzajemnym zrozumieniem a szczyptą uczuciowej niepewności. Słowa klucze: młodość, przygoda i noce, które zmieniają życie.  

Piosenki 50-41

Piosenki 40-31

Piosenki 30-21