Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ethereal wave. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ethereal wave. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 marca 2020

Carla Dal Forno - So Much Better (2019)












8

Smętny, eteryczny post-punk, nadający ton rozważaniom Carli Dal Forno wprowadza nas w intymną rzeczywistość „So Much Better” obezwładniająco skutecznie. Siła tej nieprzeciętnej wciągalności drzemie w hipnotycznym minimalizmie; powolnie kołyszącym basowym rytmie i beznamiętnym, acz absorbującym uwagę wokalu Australijki. Swoją drogą jest to ten rodzaj muzyczno-lirycznej narracji, gdzie wystarczy kilka początkowych dźwięków i linijek, aby dalej popłynąć już swobodnie z prądem opowieści oraz nastroju. Tak właśnie się dzieje, kiedy tylko Carla wymawia słowa: Walking to the station, I'm in such a bad mood…, a my, nie wiadomo jak i skąd, nagle zaczynamy towarzyszyć jej podczas zamyślonego, pełnego porozstaniowych refleksji spaceru. 

wtorek, 22 lipca 2014

The Field Mice - For Keeps (1991)











8

Miesiąc po genialnym samotnym singlu „Missing The Moon” ekipa The Field Mice silna personalnie przed nagrywaniem pełnego albumu jak nigdy wcześniej, popełnia w końcu dzieło przekraczające bite 50 minut. Dla porównania, zarówno „Snowball” jak i „Skywriting” liczyły zaledwie ponad pół godziny. Po trzech burzliwych latach właśnie tu kończy się historia zespołu, który w swej twórczości nie zanotował ani jednego większego błędu.

„Five Moments” to przykład tego, jak wiele wniosła do twórczości zespołu Annemari Davies. Dowód pójścia z duchem czasu, albo raczej wykorzystania zmian zachodzących w alternatywnym popie na początku lat 90. i włączenie stylistyk takich jak ethereal wave, dream pop, madchester do własnego muzycznego krwiobiegu. Rozpoczęcie „For Keeps” jawi się nie tylko piosenką zaśpiewaną dziewczęcym wokalem w duchu Cocteau Twins, His Name Is Alive, lub Pale Saints, ale także kapitalnym brzmieniowym pomostem między melodyjnym popem akustycznym, a powyginanymi dźwiękami, których nie było nawet na „Skywriting”, czy „Other Galaxies”. Innowacyjność szybko zostaje zgaszona przez klasyczne dla Wrattena „Star Of David”. Mamy tu jednakże do czynienia z konserwatyzmem w najlepszym wydaniu. Przy tak imponującym refrenie nawet nieprzyzwoicie proste słowa o nieśmiertelności przyjaźni nie są w stanie zepsuć efektu. Okolic proto-brit-popu a la The Stone Roses/Ride sięgają delikatnie „Coach Station Reunion” oraz “Of The Perfect Kind”. „This Is Not Here” wyróżnia się inaczej brzmiącym, zniekształconym niczym z pod wody głosem Bobby’ego co możemy potraktować jako symbol coraz silniej zarysowującej się ery shoegaze’owej.

Na pierwszy rzut oka ta płyta może się wydawać nieco zbyt długa i w pewnych momentach nużąca. Przychylałbym się jednak do twierdzenia, iż jest to jeden z albumów dla cierpliwych, zasługujący na bardziej wnikliwe podejście do odsłuchu. Kawałki 1-5 oscylowały między poziomem dobrym a bardzo dobrym. W części 6-10 brak może highlightu na miarę „Five Moments”, a jednak ciężko nie przyznać, że jest ona niemniej interesująca. W „Tilting At Windmills” dają pierwszy upust swym elektroniczno-ambientowym zamiłowaniom. Przy okazji „Think Of These Things” z zadowalającym skutkiem zastajemy Wrattena przy fortepianie. „Willow” to znów pozostawiona na wokalu Annemari uroczo afirmująca dziewiczy twee-pop, przepraszająca za to, że tego obecnego kocha już bardziej niż tego poprzedniego. Równie czystym i niewinnym nagraniem jest (jak sama nazwa wskazuje) „And Before The First Kiss", które pasowałoby na EP’kę „So Said Kay”. Z niego możemy przy okazji dowiedzieć się o sympatii Roberta do Jacksona Browne’a – twice in a row, whilst flying home, we listened to "From Silver Lake". Ostatni krążek zespołu zamyka siedmiominutowe trzeszczące „Freezing Point”, tak jakby grupa symbolicznie poddawała się w tym momencie ostatecznej hibernacji.

The Field Mice podążając ścieżką wytyczoną przez wczesne kapele Sarah Records oraz jangle popowych nieco starszych kolegów w rodzaju The Wake i Go-Betweens szybko stanęli na czele tamtejszej części sceny niezależnej, po czym z równie imponującym tempem znacznie przekroczyli granicę, której przysłowiowi The Sea Urchins nie mogli sobie nawet wyobrazić. „For Keeps” udanie podsumowuje ich drogę złożoną z pogodnych, ale i nierzadko smutnych perfekcyjnych piosenek oraz ciekawych eksperymentów na owym doskonałym popie bazujących. Znając dobrze The Field Mice, ich stałe motywy i przemiany, jakim się poddawali nie dziwi droga Roberta Wrattena w późniejszych projektach. Najpierw anty-piosenkowy ambientowy dream pop Northern Picture Library (między innymi razem z Davies i Dobsonem), następnie pewnego rodzaju kontynuacja wątków macierzystej grupy w postaci długoletniego Trembling Blue Stars (tu także Harvey Williams, Michael Hiscock, producent Ian Catt i ponownie Annemari Davies). Pewne jest, że bez nich brytyjska alternatywa przełomu lat 80/90 miałaby w sobie o wiele mniej ciepła, uczucia i emocji.  Bez tego wkładu wspaniałych melodii, wrażliwych tekstów, stylu i jakości spojrzenie wstecz na angielskie indie byłoby dziś nie wystarczająco wyraziste.

niedziela, 2 grudnia 2012

1992 w piosenkach (indie/alternatywa część I)


30. Beat Happening – Noise












It’s only noise, it’s only noise, it’s only noise. No właśnie chyba nie do końca, bo ta nieco przewrotnie zatytułowana piosenka jawi się bardziej wyśmienitym, starej szkoły indie popem niż którąś z hałaśliwszych odmian rock’n rolla. Co prawda gitara przyjemnie zgrzyta tu, szumi i rzęży, ale wydostają się z niej także popowe akordy, a przeuroczy śpiew Heather Lewis mówi już sam za siebie.

LINK


29. Blueboy – Sea Horses












W „Sea Horses” delikatny, zwiewny twee-pop rodzi się z pozostałości wpływów C86 po czym rozkosznie rozpływa w estetyce kojących dźwięków bliskich tym, które wkrótce po drugiej stronie oceanu wypłyną spod instrumentów The Sea And Cake. Od Keitha Murdlera, który z Gemmą Townlet snuje głosowe harmonie, nauczy się zaś wiele Stuart Murdoch. Słuchając Blueboya trudno odeprzeć wrażenie, że bez tego zespołu klasyczne płyty Belle & Sebastian z lat 90. brzmiałyby zupełnie inaczej.

LINK


28. The Jesus Lizard – Gladiator












Gladiator wkracza na arenę. Mocne nawalanie plus szaleńcza wokalna artykulacja, która więcej ma wspólnego z histerią i zwierzęcymi odgłosami niż tym co przywykliśmy nazywać śpiewem. Kawał noise-rockowej, undergroundowej sieki.

LINK


27. Pale Saints – Thread Of Light












Gdyby los w końcówce lat 80. potoczył się nieco inaczej, Meriel Barham byłaby dziś pewnie znana jako wokalistka Lush. Niewiadomo czy świat usłyszałby w ogóle o Miki Berenyi, a Pale Saints nigdy nie nagraliby tak pięknego utworu jak „Thread Of Light”. Aura jest tu lekko zapożyczona od Cocteau Twins i typowa dla dream popowych zespołów przełomu dekad. W tym miejscu to jednak Pale Saints stali się niewątpliwie kluczowym zawodnikiem gatunku. Mając już na koncie „Comfort Of Madness” teraz potwierdzając klasę albumem „In Ribbons”, poskładanym z równie doskonałych piosenek, kwartet z Leeds chwytał swój najlepszy moment.

LINK


26. Cows – Contamination












Grupa Cows proponowała swojego czasu odrobinę alternatywy wobec zwykłego noise rockowo-garażowego łojenia. Szczypta swojskości, punkowego bluesa, ale przy tym niezachwiana ostrość i pełna bezkompromisowość męskiej muzyki. Gitarowe grzanie bez sentymentów.

LINK


25. Alice Donut – Magdalene













Alice Donut w pierwszej połowie lat 90. ani trochę nie spuszczali z tonu. W samym okresie 1990-1992 nagrali trzy albumy, EP’kę i kilka singli w tym właśnie „Magdalene”. I co by tu właściwie dodać? Kawałek udany, nawet bardzo. Brudny, mięsisty, ale z całkiem nieźle wkręcającym się refrenem, nie ujmującym niczego ich pociągającej niedbałości. To wciąż stare, dobre Alice Donut, sympatyczna muzyczna łobuzerka rodem z NYC.

LINK


24. Ecstasy Of Saint Theresa – Swoony












Grubo myli się ten kto sądzi, że w tamtych czasach pierwszoligowy shoegaze powstawał jedynie w krajach takich jak Anglia czy Stany Zjednoczone. Ciekawe rzeczy działy się choćby u naszych czeskich sąsiadów. Ecstasy Of Saint Theresa za sprawą swojej płyty „Susurrate” stali się prawdopodobnie najlepszymi naśladowcami My Bloody Valentine w tej części Europy. Słowo „naśladowca” brzmi zresztą dość nieprzyjemnie, bo choć wpływy twórczości Kevina i Blindy można stąd czerpać garściami to najważniejszy jest fakt, iż kompozycje Ekstazy Świętej Teresy były najzwyczajniej w świecie znakomite. „Kompozycje” oczywiście w tym sensie czysto shoegaze’owym. W przypadku „Swoony” mógłby bowiem ktoś złośliwy powiedzieć, że pod niewyraźnym wokalem i jeszcze bardziej „zawaloną” linią gitary żadna przemyślana melodia się nie kryje. Nic bardziej mylnego. Użycie dźwięków w taki, a nie inny sposób, sprawienie, że układają się one w taką, a nie inną muzyczną mozaikę sprawia, że nie ważne są środki czy zamiary. Jeśli rezultat wygląda właśnie TAK to naprawdę wszystko mi jedno czy jest on wynikiem skrupulatnego planu czy udanego odjazdu na prochach.

LINK


23. Love Spirals Downwards - Illusory Me












Anielski śpiew Suzanne Perry niczym wyciągnięty ze średniowiecznych pieśni. Kościelne wokalizowanie przyjemnie przywołuje nam His Name Is Alive, muzyka zaś zdradza sympatię do Dead Can Dance. Już sam ten skąpany w gotycko-dream popowej atmosferze utwór rozpoczynający „Idylls” sprawia, że przy twórczości Love Spirals Downwards słowo eteryczny nabiera dla mnie nowego znaczenia.

LINK


22. Treepeople – Funnelhead












Mam czasem problem z tym by wytłumaczyć niewtajemniczonym znajomym jak brzmi indie rock. Unaocznić im to odpowiednio, podając jakieś uniwersalne, charakterystyczne cechy stylu. Zdecydowanie łatwiej byłoby po prostu powiedzieć „posłuchaj Archers Of Loaf, Built To Spill albo Treepeople, będziesz wiedział”. Pierwsza kapela Douga Martsha spokojnie mogłaby posłużyć za egzemplarz niezależnego, rockowego łojenia z początku lat 90. W duchu grania rodem z Chapel Hill, melodyjnie, niedbale, garażowo i młodzieżowo. „Funnelhead” mknie przed siebie niczym jeden z lepszych superchunkowych wymiataczy.

LINK


21. Pavement – Summer Babe (Winter Version)












Nawet najlepsza wersja tego kawałka brzmi dość beznadziejnie. Jakościowo i produkcyjnie oczywiście, bo w tym właśnie cały myk. Już debiutancką płytą Pavement przysłużyli się scenie lo-fi bardziej niż Guided By Voices przez pierwszych dziesięć lat istnienia. Mimo to domyślam się, że nie każdy był wówczas w stanie ich fenomen załapać tak jak i nie każdy jest w stanie zrobić to dziś. Weźmy takie „Summer Babe (Winter Version)” - najbardziej nośny numer ze „Slanted And Enchanted”, który średnio wtajemniczony słuchacz uznałby pewnie już dwa lata później za garażowe demo Weezera. Tymczasem aktualnie uważa się go za rzecz wybitną i ja pewnie dowiedziałbym się dlaczego tak jest gdyby tylko chciało mi się przeczytać kilka recenzji. Ale skoro czytać mi się nie chce to znaczy, że chyba się nie dowiem. Trudno. Bardzo lubię kolejną płytę Pavement i podoba mi się też „Summer Babe”. Nie jakoś ponadprzeciętnie, nie ubóstwiam tego kawałka, nie widzę w nim ósmego cudu świata. Dla mnie to jedynie świetny utwór, którego chętnie czasem posłucham i jaki uczciwie zmieszczę w trzeciej dziesiątce tej listy.