Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eternal Summers. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eternal Summers. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 stycznia 2016

Podsumowanie 2015: albumy 50-41













Część 1



„Runners In The Nerve World” jest  niczym więcej, jak tylko pakietem małych indie rockowych majstersztyków. Zestawem zręcznych i przebojowych powtórek z amerykańskiej sceny gitarowej ostanich dwudziestu lat. Trzeba przy tym nadmienić, że Sidekicks prędzej inspirują się mistrzami miękkiego, melodyjnego grania święcącego triumfy po 2000, a nawet 2005 roku niż centralnymi klasykami z lat 90. Innymi słowy, jeśli Built To Spill, to bardziej pośrednio, przez Band Of Horses oraz The Shins. Jak ktoś już trafnie przede mną zauważył, nie jest to jednak wada, dopóki jakość numerów na „Runners...” sprawia, że wypełniają one lukę w czasie, gdy forma „protoplastów” pozostawia wiele do życzenia. Z tej właśnie racji sympatia do treściwych i nadzwyczaj przyjemnych przecież kompozycji Steve’a Ciolek’a wydaje się całkowicie zrozumiała.      



Gdyby na podstawie piosenek z “High” nakręcić film, jego bohater byłby noszącym się w skórzanej kurtce, prostolinijnym łobuzem o romantycznej duszy. Niemal każdy z numerów na nowej płycie Royal Headache wpisuje się w estetykę grania szorstkiego i przebojowego jednocześnie, garażowego lecz z silnym zacięciem piosenkowym. Serca tych chłopaków krwawią miłością w rytm nośnych punkowo-popowych kawałków, w których śpiewa się zazwyczaj o tym „jak ona go kręci” albo „jak bardzo on jej chce i potrzebuje”. Wszystkie refreny brzmią przy tym jakby priorytetem do ich pisania było osiągnięcie prostego i bezpośredniego efektu mocnej antemiczności. W szalonym rock’n rollu, punk rocku/power popie zahaczającym o Undertones czy Stiff Little Fingers Australijczycy odnaleźli swoje środowisko naturalne.



Podczas gdy dużym uznaniem w kraju cieszyły się w tym roku albumy zespołów Alameda 5 czy Złota Jesień, nie mniej interesujący krążek w kolaboracji z islandzkim Panos From Komodo nagrali Bydgoszczanie z 3moonboys. Do pełnego zrozumienia fenomenu „Linii Nr 8” jako części składowej szerszego projektu artystycznego, zatytułowanego „Brumba” („Jedność słowa z przestrzenią zapisu. Cykl wydawnictw liberackich”) niezbędne byłoby może otrzymanie płyty w postaci fizycznej wraz z wszystkimi dołączonymi do niej elementami, co nie zmienia oczywiście faktu, że muzyka sama w sobie musi stanowić, i w tym przypadku stanowi, wartość wobec całej reszty nadrzędną. Z zawartymi tu brzmieniami jest podobnie jak z patrzeniem przez okno w czasie podróży tramwajem „od pętli do pętli”.  Początek jazdy upływa dość dynamicznie. Widoki się zmieniają, przyciągają uwagę, ale po jakimś czasie fragmenty krajobrazu robią się bardziej monotonne, a słuchacz/pasażer popada w swoistą hipnozę. Pomysłowością (zwłaszcza w zakresie rytmiki) imponuje pierwsza część: osobliwie rozpoczynający „Pierwszy”, inicjowana pogiętym elektronicznym motywem „Liczba Podwójna”, reggae’ujące kołysanie „Wietrznego Miasta” i oniryczność „Bardzo”. Od tego momentu do „Ostatniego” odpływamy już raczej w regularny chillout. Nie uznaję tego jednak za wadę, ma to bowiem także pewien urok. Przestrzenie pełne sugestywnych dźwięków „Linii Nr 8” warte są przysłowiowej świeczki. Cieszę się, że nie przeoczyłem.     



Z początku wydawało mi się, że „Sacred Ground” to granie zbyt nieświeże, zbyt smutne w ten mało atrakcyjny i męczący wręcz sposób. Rozlazłe, elektroniczne indie z melancholijnym wokalem dla późnych trzydziestolatków. Coś w tych deep house’owych smętach okazało się jednak trafiać w sedno. Głębia późnowieczornych, dorosłych utworów Ry X’a i Franka Wiedemanna wzbogacona uprzystępniającą dawką „klikających” klawiszy, gustownie przemykających bitów i basowych linii zaskoczyła ostatecznie na plus. A trzeba przyznać, że duet wcale nie ułatwia sprawy, nie szyje singli i nie stara się przypodobać krótkimi numerami, opartymi na hookach. Przeciwnie, Howling stawiają na wciągalność, próby niespiesznego, ale skutecznego w gruncie rzeczy absorbowania odbiorcy zarówno strukturą, jak i klimatem. Muzyka na długie, smutne i samotne noce.  



Najważniejszym argumentem za “What A Terrible World, What A Beautiful World” jest pokaźna ilość momentów, w których The Decemberists brzmią jak oni sami za swoich najlepszych czasów. Słyszymy to w sekwencji przebojów rozpoczynającej płytę: zagranym przy użyciu ekstatycznych dęciaków „The Cavalry Captain”, prostolinijnej „Philomenie” i żarliwym wezwaniu do miłości „Make You Better”. Jeszcze bardziej w lirycznym „Lake Song”, gdzie Colin Meloy ponownie odnajduje się w wysmakowanym operowaniu słowem, a także w zadumanym „Till The Water Is All Gone” czy opartym o kapitalne wyczucie melodii „The Wrong Year”. Nie powinni czuć rozczarowania fani wyczuleni na wpływy folkowe („Better Not Wake The Baby”), southern-rockowe czy country’owe („Anti-Summersong”) w twórczości Dekabrystów, partie akordeonu albo swojskiej harmonijki. Powiedzieć, że Amerykanie wstają z kolan byłoby sporym nadużyciem, ponieważ żadna z ich ostatnich płyt nie była na dobrą sprawę nieudana. Ci jednak, którzy już kilka miesięcy temu stwierdzili, iż ich ostatni krążek jest najlepszym od czasu „The Crane Wife” oddali stan rzeczy zapewne najprecyzyjniej.        


Podejrzewam, że “The Original Faces” to najbardziej bezpośredni pop, do jakiego mogła się zbliżyć Liz Harris. Mglisty, niewyraźny i szkicowy, ale wciąż o niebo silniej akcentujący piosenkowość niż dotychczasowa twórczość Elizabeth pod szyldem Grouper. To płyta brzmiąca tak, jakby artystka poruszająca się w niezwykle smutnych estetykach zdecydowała się zrobić w końcu coś nieco bardziej dla siebie relaksującego. Stąd też zapewne wynika fakt, iż utwory Helen także słuchaczowi sprawiają zadziwiającą przyjemność. Rozmyte, dziewczęce harmonie wokalne, skrawkowe melodie oraz proste aranże na skrzyżowaniu dream popu i shoegaze’u, noise-popu czy nawet twee okazują się składnikami wystarczającymi do sycącej uczty. Tym bardziej, że materiał złożony jest ze stosunkowo krótkich, acz pomysłowych fragmentów, którymi nie ma czasu się znudzić. Pozycja obowiązkowa dla fanów 4AD i Creation, Black Tambourine oraz oczywiście samej Liz.      


Kolejny rok, kolejna dobra płyta Eternal Summers. „Gold And Stone”, solidnego albumu z indie popowymi piosenkami w różnym stopniu mieniącymi się także wpływami jangle popu, dream popu i shoegaze’u. Nie ma tu właściwie niczego, co mogłoby się nie spodobać fanom dwóch poprzednich krążków. Śliczne jak z obrazka utwory pokroju „The Roses”. „Ebb Tide” i „Stars You Named”. Podkręcone pod kątem przebojowości „Black Diamond” czy „Together Or Alone”. Masa urodziwych melodycznych linii gitarowych i basowych oraz wokali Nicole Yun. Ma się przy tym wszystkim wrażenie, że podobne rzeczy trio mogłoby nam serwować z niesamowitą łatwością nawet częściej i w większych dawkach. Tak więc, o tej porze, w tym samym miejscu, widzimy się pewnie za rok.


„Melbourne, Florida” w pięciu kluczowych momentach:

5. „Year In Pictures” – Klawisze podkreślające nastrój snutych refleksji. Saksofon i trąbka na koniec.

4. „Blue Time” – Akustyczny sophisti-pop, tęskna ballada a la Grant McLennan , dwa słowa refrenu wyrażające wszystko.

3. „Leftovers” – Słodkie twee śpiewane przez wokalistkę. Nic dodać nic ująć.

2. “Tearing The Posters Down” – Krótka lekcja z pisania piosenkowych hymnów.

1. “Waste The Alphabet” – Oh Natalie, we party, “Nowa klasyka gitarowego popu Vol.1”.


42. Outfit – Slowness

Z jakiegoś powodu trudno mi sobie wyobrazić „Slowness” w innych albumowych podsumowaniach roku. Jak by ich nie ugryźć, Outfit brzmią tu jak intelektualni romantycy-outsiderzy, w pewien sposób staroświeccy i na pierwszy rzut oka średnio pasjonujący. Z jednej strony gitar słychać u nich tyle, co kot napłakał, z drugiej można ulec wrażeniu, że słuchamy Hot Chip nie do tańczenia. A jednak druga płyta grupy z Liverpoolu to pozycja bezdyskusyjnie warta uwagi. Przewidziana na sesje uważne i cierpliwe, odwdzięczająca się wieloma pięknymi momentami. Zadziwia lekkość z jaką Thomas Gorton i spółka serwują swoje art-popowe piosenki (zwłaszcza „Smart Thing”) oraz subtelność w przekazywaniu emocji (kapitalne „Happy Birthday”). Błyskotliwe, klawiszowe motywy objawiają się średnio w co drugim utworze („Framed”, długa linia synthów w „Swam Out”), a od całkowitego odpłynięcia w rozmarzone new romantic powstrzymuje ich chyba tylko wybitna samodyscyplina, która zostaje zresztą ciut nagięta przy instrumentalnym „Wind Or Vertigo”.  



Delikatność i dbałość – to dwa słowa, którymi w największym stopniu można określić warstwę muzyczną drugiego albumu zespołu Foxing. „Dealer” w porównaniu do swego maniakalnie intensywnego poprzednika jest krążkiem spokojniejszym i mniej efektownym, a przy tym dużo smutniejszym. Kruchość piosenek Conora Murphy’ego ewidentnie zauważalna już na „The Albatross”, choć skutecznie przysłaniana gwałtownymi momentami tutaj staje się kompletnie ogołocona i na wskroś widoczna. Da się ją poczuć w wypielęgnowanych, wiodących melodiach, ale także tych najbardziej niepozornych fragmentach aranży: chórkach, skrzypcowych, czy fortepianowych partiach. Nawet jeśli w kluczowym dla tej płyty „The Magdalene” Conor podnosi głos, to kiedy go znów ścisza do falsetu, czuć w tym jakby większą winę, co wydaje się najzupełniej zasadne biorąc pod uwagę motywowane wiarą wątpliwości przewijające się w tekście. Murphy wypada ujmująco w swym rozpamiętywaniu przeszłości („Glass Coughs”) i naznaczonym strachem zaklinaniu przyszłości („Night Channels”). Styl kapeli wywodzący się z midwest-emo oraz post-rocka nie zanika, a jedynie przeobraża się w coś znacznie subtelniejszego. W „Laundered” elegancka trąbka a la „The Summer Ends” American Football wraz z wokalnymi harmoniami i onirycznymi klawiszami znacząco wpływa na klasę utworu. Przerażliwie ponura tematycznie „Indica” autorstwa basisty pobrzmiewa zaś przez chwilę marszową perkusją rodem z jakiegoś numeru Explosions In The Sky. O ile „Dealer” mieści się w ramach swego macierzystego gatunku i jawi się płytą bez wątpienia potężnie emocjonalną, to warto przy tym zaryzykować twierdzenie, że emocjonalność w emo być może jeszcze nigdy nie była tak dojrzała. 

czwartek, 15 stycznia 2015

Podsumowanie 2014: albumy 50-37



50. Hospitality – Trouble

Określenia których możnaby z grubsza użyć do scharakteryzowania Hospitality przedstawiałyby ich jako zespół niezbyt oryginalny, nieszczególnie ciekawy, nieodróżnialny o setek innych.  Kwartet grający indie pop (jak wiele mówi to w dobie Rate Your Music?), operujący klasycznym pakietem instrumentów, z dziewczyną na wokalu, nagrywający melodyjne, bardzo przyjemne piosenki. Wszystko to przecież prawda, ale wszystko to może również przyprawić o zwichnięcie szczęki i nie służy za dobrą rekomendację do sięgnięcia po „Trouble”. Nowojorczycy proponują nam jednak rzeczy godne uwagi, bo pomimo wyżyn i nizin ich drugiej płyty, jeśli już wchodzą na te wyżyny, to efektem są najzgrabniejsze w swojej kategorii kawałki roku. Brzmią jakby zawzięcie wierzyli, że z pomocą sprawnej sekcji rytmicznej, odrobiny główkowania w kwestii kompozycji i aranżacji, urozmaicania materiału oraz pewnej siebie wokalistki będą w stanie zagrać w pierwszej lidze. Albo wynika to z prawidłowości takiego myślenia, albo wiara czyni cuda, gdyż „Nithingale”, „Going Out”, „Rockets And Jets” czy „It’s Not Serious” błyszczą songwriterską starannością i nawet bez elektronicznych efektów specjalnych brzmią całkiem jak na standardy 2014 roku atrakcyjnie. Niepozorna Amber Papini nie tylko dwojąca się w zdobywaniu nas dziewczęcym wokalem, ale również serwująca gitarowe solówki wydaje się liderować poczynaniom kapeli nadzwyczaj fachowo. Nie dam sobie jednakże uciąć ręki za to, że byliby w tym rankingu gdyby nie decydująca obecność „Last Words”. Intrygującej, rewitalizującej 80’sy, klawiszowej petardy z wycyzelowanym do granic przebojowości, jedynym (nie licząc chórków) w ciągu tych niezłych 38 minut wejściem męskiego głosu.


49. Grumbling Fur – Preternaturals

Niektóre albumy często lądują na naszych listach roku nie z powodu swej wyrazistości,  wywoływania estetycznej ekstazy czy emocjonalnych stanów, a z prostej przyczyny - przyjemnego, przemiłego dla ucha brzmienia, w które chcielibyśmy się wtulić gdyby tylko istniała taka możliwość. Panowie z Grumbling Fur pod żadnym pozorem nie operują kategoriami spontanu czy emocjonalności. „Preternaturals” to wytwór tworzenia wykalkulowanego i intelektualnego, zbiór produkcji przewidzianych do odsłuchu dla wysmakowanego dźwiękowo odbiorcy. A jednak zbiór dźwięków gładkich, nadal popowych, odznaczających się godną uznania wytwornością („Feet Of Clay”), połyskujących kolorami ambientu, folku czy psychodelii, ale w tonacji wyjątkowo spokojnej. Płyta spod znaku przyjemności wyrafinowanej.


48. Generationals – Alix

Na „Alix” nie spełnia się niestety optymistyczny scenariusz tych, którzy z niżej podpisanym włącznie widzieli w Generationals wielką indie-popową nadzieję białych. Następca „Hezy” nie okazał się „kolejną dużą rzeczą”, a jedynie dobrym, skocznym albumem na poziomie jakości swego poprzednika. A więc szklanka do połowy pusta albo do połowy pełna, w zależności od tego, jak w danym momencie spoglądamy na rzeczywistość. Czwarta płyta duetu Joyner-Widmer to w końcu nadal chlubny dla Polyvinyla materiał nie odstający chociażby od tegorocznych krążków Alvvays czy Wampire. Szkoda tylko, że błyskotliwa parada pierwszych dwóch singlowych kawałków nie została tu pociągnięta nieco dłużej. Piszczałkowy motyw przewodni i wakacyjna linia wokalna w „Black Lemon” ożywiają tęsknotę za melonowymi drinkami przed zatłoczonym sopockim molem pewnego wczesno-wrześniowego popołudnia. Klawiszowy hook „Gold Silver Diamond” orzeźwia równie skutecznie i radośnie. Zawartość indeksów 3-10 nie kryje już może większych hitów, ale z niemal nienaganną równością ciągnie wózek tej konsekwentnie rozrywkowej, opartej na elastycznych rytmach, pulsujących bitach i znamiennym już dla zespołu „kauczukowym” brzmieniu, płyty.


47. Manchester Orchestra – Cope

“oh mom, my heart is so black”

Nieinwazyjny, zwykły album rockowy. To pierwsze co przychodzi mi do głowy, gdy myślę o “Cope”. Już sama okładka wydaje się podejrzana. Biały napis, prosta czcionka i czarne tło? Na płycie niby ta sama stuprocentowa Manchester Orchestra, ale w wydaniu gitarowo klasycznym, jednolitym, pozbawionym fajerwerków. Wypada powtórzyć – zwykły album rockowy, choć zaskakująco uczciwy i przyzwoity. Nie uświadczymy tu wyrazistych przebojów na miarę „Virgin” i „Simple Math” z poprzedniej płyty. Nic nie zabrzmi tak chwytliwie jak „Pensacola”, co nie oznacza całkowitego braku melodii. Wcale nie, nawet jeśli chłopaki nadzwyczaj często i ochoczo rozwijają swe hard-rockowe zamiłowania. „Cope” to trochę powrót do korzeni, wejście do garażu i zagranie tego na co ma się ochotę, bez potrzeby sprostania komercyjnym wymogom ani tworzenia dzieła życia. Z tej mało porywającej, a jednak sprawnej jedenastki przemawiają do mnie szczególnie nienachalnie wpadające w ucho „Choose You” i „Girl Harbor” oraz muskularnie uderzający w refren „See It Again”. Smaczny kąsek stanowi również sygnowane fatalistycznymi lirykami i potężnym riffem nagranie tytułowe. Andy Hull potwierdza solidność swej songwriterskiej firmy. Chłopaki z Atlanty nadal pozwalają ze sobą sympatyzować.


46. Ozma - Boomtown

“one wish before I go, oooh woah-oh”

Na „Boomtown” panuje niezły bałagan. W każdym kawałku śpiewa ktoś inny, rola wcześniejszego wokalisty została zmarginalizowana, świetne piosenki sąsiadują z kiepskim rockiem dla nastolatków, a kiczowate klawisze szaleją w najlepsze. Natury anachronicznych, nerdowatych romantyków tym razem nie dało się ujarzmić. Chęć nagrywania cukierkowych instrumentali, space-popowych odjazdów oraz skrajnie bezpośrednich wyznań miłosnych została spełniona i udokumentowana. Nawet jeśli przez ostatni krążek Ozmy trzeba się przedzierać skipując poszczególny momenty, to wciąż znajduje się na nim kilka takich, dla których warto go odpalić więcej niż dwa razy. W „Nervous” należy docenić zarówno kompozycję autorstwa perkusisty jak i wokalne poprowadzenie jej przez prześliczną keyboardzistkę. „Girlfriend You’re The One” to nieprzeciętnej urody, zakochana ballada, pod jaką mógł się podpisać wyłącznie dotychczasowy mózg grupy Daniel Brummel. Z kolei „Out The Window” gitarzysty Jose Galveza rozpuszcza w rozmarzonych, anielskich melodiach. Wymieniając highlighty nie sposób zapomnieć o tytułowym „Boomtown” klasycznie realizującym nieśmiertelny schemat spokojna zwrotka-podbijany refren.


45. Fire! Orchestra – Enter

"you've got to exit to enter and enter to exit"

Najpierw zapraszali nas do wyjścia, teraz proponują wejście. Od czasu „Exit!” element zaskoczenia minimalnie stracił na mocy, choć tworzona tu muzyka nadal przyprawia o przedstawione na okładce rozszerzenie źrenic. Wolność, dzikość, brak większych hamulców. Granie bardziej szalone i destrukcyjne od punka, choć ukryte pod eleganckim płaszczem kulturalnego przecież jazzu. Ekstremalne poczynania wokalne Mariam Wallentin każą zastanowić się czy zachodzi tu w ogóle jakaś relacja na linii instrumentaliści-solistka? Czy na przestrzeni „Enter Part One” mamy do czynienia z niezależnymi od siebie improwizacjami totalnymi na dwóch płaszczyznach, czy jednak ktoś tu kogoś prowadzi albo, jak ja to mówię, trwa wzajemne nakręcanie się? W „Enter Part Two” orkiestra zezwala Simonowi Ohlssonowi zdominować pierwszą część na modłę noise-rockową, co więcej, użycza mu swojego wsparcia, ale w okolicach połowy utworu liderowi Silverbullit już dziękuje, by snuć całkowicie własną pogrzebową narrację. Część trzecia to gratka dla miłośników jeżdżenia paznokciami po szkolnej tablicy, tudzież drapania styropianu. Kolejna okazja pani Wallentin na zrobienie użytku ze swej artystycznej niepoczytalności. Możemy wyobrazić ją sobie jak w towarzystwie jazgoczących saksofonów i puzonów konwulsyjnie deklamuje awangardową poezję. Czwórka powraca do motywu z jedynki, muzycy powoli spuszczają powietrze, wykrzesając na koniec jeszcze szczyptę zajmującego hałasu. Oby energia i kreatywność Fire! Orchestry nie wypaliła się za szybko, a kolejne albumy powstawały w podobnym tempie i z taką samą konsekwencją gościły na corocznych albumowych listach.


44. Angel Olsen – Burn Your Fire For No Witness

"if only we grew wiser with each breath, if only we could dance our way to death"

Nie ma nic nadzwyczajnego we współczesnych wykonawcach ostro eksplorujących starodawne stylistyki. Nic ciekawego w stylizowaniu się. Nic szczególnie oryginalnego w dziewczynach z gitarami w sukienkach swoich babć. A jednak relacja między atrakcyjną staroświeckością i pulsem współczesności przy odrobinie talentu i wyczucia estetyki może skutecznie zaiskrzyć. Mnie na przykład przekonuje niedzisiejszość Angel Olsen. Myli się ten, kto sądzi, że druga połowa „Burn Your Fire For No Witness” jest słabsza. Co prawda, pierwsza błyszczy przebojowym zacięciem wstępu i dwóch singli oraz frapująco złowieszczym „White Fire”, ale to chyba dopiero w uroczo przedwczorajszych kompozycjach pokroju „Iota”, „Dance Slow Decades”, „Enemy” i „Windows” koleżanka z Missouri z największą szczerością odsłania nam swą country’ową romantyczną duszę.  


43. Wampire – Bazaar

Trochę za szybko, trochę nie tego się spodziewałem, ale podobnie jak u kolegów z Generationals to nadal jest album, którym nie sposób pogardzić. Wampire świetnie zapowiedzieli się na przełomowym dla nich „Curiosity”, a więc naturalną koleją rzeczy miał być już potężny follow-up, od jakiego pospadają czapki z głów. I owszem, obiecująco się to zaczyna, masakrują obydwa single – halloweenowe, pędzące na złamanie kręgosłupa „The Amazing Heart Attack” oraz 70’sowy pop „Wizard Staff”. Ujdzie zdekonstruowany pop punk (wokal a la The Dickies) „Bad Attitude” i zapatrzony w „Definitive Gaze” Magazine „Fly On The Wall”. Tli się coś kompozycyjnie w „Millennials” i „Life Of Luxury”. ALE. Te kawałki są też początkiem ucieczki w jakby nie do końca naturalny, różnie służący eklektyzm. I co tu dużo mówić, wstrzemięźliwość na poprzedniczce była większym sprzymierzeńcem. W jednych utworach pomysły wychodzą dobrze, w innych może nie tyle wypadają źle, co raczej całkiem ich brak. Ostatecznie jednak, słuchałem tego z przyjemnością i będę słuchał dalej. Klawisze się spisują, saksofon szaleje. Coś jestem w stanie tu kupić, na niektóre rzeczy popatrzę z zaciekawieniem, inne bez większej refleksji pominę. Jak to na bazarze.


42. Eternal Summers – The Drop Beneath

„The Drop Beneath” to album ułożony i zadbany. Nic tu nie wystaje, nie wychodzi za linię, nie trzeszczy ani nie jazgocze. Ponad połowę materiału stanowią jangle’ujące, dream popowe, lub klasycznie indie rockowe piosenki umiejscawiające część inspiracji grupy w pierwszej połowie lat 90., część zaś gdzieś w drugiej lat 80. W tej dość mało spontanicznej stylistyce da się jednakże tworzyć prawdziwie majstersztykowskie kompozycje. Spójność nie zawsze musi oznaczać coś dobrego, czasem spójne mogą być przecież krążki na których konsekwetnie nie dzieje się nic. Eternal Summers w ramach polityki spójności udowadniają jednak kreatywność poprzez mieszczenie się z wieloma świetnymi rzeczami w przestrzeni nie potrzebującej rozrzutu form i stylistyk. Motoryczne, ładnie śpiewane przez Nicole Yun „Never Enough”, „100” czy „Gouge” uzupełniające się z połyskującymi melodiami twee-popowymi perełkami „Keep MeAway” i „Not For This One” osiągają pełnię atrakcyjności. Niepokojąca gitarowa eskapada „Make It New” i przekapitalna balladka „Until The Day I Have Won” wyłamują się z obydwu linii wzbogacając całość odrobiną ciekawszej kolorystyki. Trzeci album tria jawi się chyba jak dotąd ich najlepszym, choć jak dla mnie wciąż widać tu otwartą furtkę do czegoś więcej.


41. Komety – Paso Fino

Warszawskie zakamarki, emocjonalne rozterki, ładne piosenki. Te rzeczy zawsze były w twórczości Komet mocnym punktem, żeby nie powiedzieć filarem. Ciężko zaprzeczyć, że coś w stylu grupy uległo w międzyczasie naturalnej zmianie. Zniknęła młodzieżowość, zawitała słyszalna w różnych miejscach dojrzałość. Wyżej wypisana esencja nadal zajmuje jednak odpowiednie miejsce, przez co obcowanie z „Paso Fino” ma szansę jawić się dla słuchacza wartościowym zajęciem. Zwłaszcza, że próby odświeżenia brzmienia zdecydowanie zagrały na korzyść Lesława i spółki. Stąd pewnie moja miłość do barwnej i fascynującej „Ulicy Kasprowicza”, sympatyzowanie z funkowym „Prywatnym Piekłem” czy szczere uznanie dla nostalgicznej melodii „Hotelu Artemis”. Najwięcej ze starych Komet odnajduje w „Sparaliżowanej od pasa w dół”, uśmiecham się również przy ironicznym „Ona i Niestety On”. Całkiem klimatyczny soundtrack do pierwszego roku studiów w stolicy.


40. United Nations – The Next Four Years

"to go right or go left, same old prism, different prisons"

„The Next Four Years” to wbrew pozorom album do słuchania. Oczywiście dla tych, dla których tego rodzaju brzmieniowa  przemoc może być w ogóle przyjemnością. Co prawda intelektualne koncepty grupy są niezmiernie ważne i przy całej tej ich „politycznej” otoczce, mogą sprawiać wrażenie elementu nadrzędnego. A jednak muzyka United Nations w żadnym wypadku nie służy wyłącznie za środek ilustrujący. Teksty na drugiej płycie hardcore’owej supergrupy to zaaranżowane na punkowe buntownictwo skomplikowane żarty Geoffa. Ironiczne „dżołki”, które zamiast śmieszyć uderzają raczej po mordzie. Jeśli kogoś taka zapowiedź intryguje, polecam sprawdzić, nie odmawiając sobie przy tym odrobiny zaznajomienia z kontekstem. Nieco bardziej zaangażowane słuchanie przynosi dodatkową satysfakcję, ale tak jak już wspomniałem, powerviolence Stanów Zjednoczonych jawi się na tym krążku wartością samą w sobie. Składają się na nią kapitalnie wycinane riffy, ultra-szybko-ultra-mocno uderzająca perkusja, ostre i masywne ściany dźwięków oraz naturalnie dużo dobrego krzyku. Nie brak też refleksyjnych melodii. Może zabrzmię kuriozalnie, ale „Serious Business” to kawałek na dobrą sprawę oparty na chwytliwych hookach. Subtelniejsze momenty „Meanwhile On Main Street” czy „F#A#$” mają szansę zadowolić żałobników po Thursday. „False Flags” posiada jeden kapitalny moment, na który warto zaczekać, a „Music For Changing Parties” albo „United Nations Vs United Nations” poza fajnymi tytułami fundują po prostu pierwszorzędną dawkę soczystego screamo. Zgodnie z poradami głównego aktora tej sztuki – „The Next Four Years” nie wolno brać zbyt poważnie. Warto natomiast przy odpowiednim psychicznym (i estetycznym) nastawieniu z tym arcyciekawym materiałem się zmierzyć. 


39. Warpaint – Warpaint

„in my dreams we all wake”

Zarzut o przerost formy nad treścią to nieodłączny element zestawu recenzenckich klisz. Przydatny zwłaszcza w przypadku muzyki silnie bazującej na brzmieniu, klimacie, lub innych środkach spychających czysty songwriting na dalszy plan. Wydaje mi się jednak, że często, także w przypadku ostaniej płyty Warpaint, można go odpierać poprzez postawienie prostego pytania „czy wszystko musi polegać na pisaniu piosenek?”.  Zgoda, że wielu odbiorcom, to kompozycje mogły się wcześniej w przypadku zespołu z Los Angeles podobać najbardziej, ale czy jeśli tym razem panie postawiły na kształty gęste, tajemnicze i mniej wyraźne, to efekt musi być z samego założenia słabszy? Otóż, chyba właśnie nie. Utwory z „Warpaint” pewnie trudniej byłoby tak po prostu zagrać na gitarze, bez pomocy odpowiednich efektów, co nie zmienia faktu, że na albumie brzmią wybornie. Wsłuchując się w fascynujące dźwięki „Keep It Healthy”, „Go In” czy „Teese” mam wrażenie, że w takiej rzeczywistości dziewczyny czują się najlepiej. Im więcej zagadki i mroku, tym bardziej im do twarzy. Jeśli zaś mają śpiewać piosenki, to najlepiej takie w stylu hipnotyzująco-niepokojącego, rozjeżdżającego się w trip-hopowym sosie „Disco/very”.  


38. Natural Snow Buildings – The Snow Country

Napisałem niedawno, że muzyka zimowa jest dla mnie więcej warta od muzyki świątecznej. Dzieje się tak, ponieważ muzyka zimowa to pojęcie o wiele obszerniejsze, pod które podciągnąć możemy coś więcej niż banalne radiowe pioseneczki i zamęczone do granic bezbarwności kolędy. Na przykład mroźne, klimatyczne utwory z „The Snow Country”. Francuski duet wprowadza nas w świat swojej ostatniej płyty powoli, krótkimi, na zmianę niepokojącymi i urokliwymi fragmentami. W „No Light Pollution” nasłuchujemy i obserwujemy (w wyobraźni) jak nad zimowym krajem kłębią się mroczne obłoki, po czym zapada ciemność całkowita. Po chwili siedzimy urzeczeni śpiewaną dziewczęcym głosem, nagraną na starą kasetę, smutną balladą, przywodząca na myśl Grouper lub His Name Is Alive. Tylko po to, by za moment dać się zahipnotyzować dwuminutowemu gotykowi jakże nastrojowo zatytułowanego „Weird Meetings At The Water Castle”. Od tego momentu epickość albumu Natural Snow Buildings ma nas dopiero pochłonąć. Błyskotliwe miniaturki co prawda nie giną, ale coraz bardziej blakną pod cieniem długich, niespiesznie ewoluujących form. Doskonały przekrój całości stanowi siedemnastominutowy „Rusty Knives Valley”, skupiający wszystkie jej najistotniejsze elementy: nastrój średniowiecznych lochów, psychodeliczno-folkową melancholię, dzwoneczki i słodki śpiew Solange Gularte. Z tym że fenomen „The Snow Country” równie często polega na jednostajności. Utwór tytułowy zaszczyca magią niezmienną, jednolitą, ale nadal niemiłosiernie wciągającą. „Sister Ritual” dla odmiany paraliżuje atmosferą grozy i upiorności. Przy kolejnych 1017 sekundach „Sandman Traps” wiemy już, że więcej niczym nas nie zaskoczą, ale to nie szkodzi. Wycieczkę po mediewistycznej, przerażająco pięknej i posępnej krainie kończy spokojna „Gothic Suburbia”. Promyki słońca znów nieśmiało przenikają przez zbitkę gradowych chmur. 



37. Freddie Gibbs & Madlib – Piñata

Nie śledzę nawijki Gibbsa, nie wsłuchuje się w jego teksty, w ogóle w całą tę płytę kompletnie się nie angażuję. Może powinienem, ale przy tylu ciekawych albumach w gatunkach, z którymi jest mi bardziej po drodze, na tę jedną zwyczajnie nie starcza mi czasu. Po co więc ona w podsumowaniu? Z prostej przyczyny, nawet niezobowiązujące słuchanie „Piñaty” robi mi przyjemność na tyle dużą, że nie wspomnienie o niej tutaj byłoby czymś złym. Te kawałki to prawdziwa kopalnia wyśmienitych dźwięków, wytrawna produkcyjna żonglerka pomysłowymi drobnostkami, mistrzostwo wyrafinowanych loopów i sampli. Nawet jeśli szczerze nie chce mi się (na chwilę obecną) czytać tekstów, a przy słuchaniu nie kontempluję, bo zajmuję się jednocześnie czymś zupełnie innym, wyczyny Madliba sprawiają, że chce mi się zakładać słuchawki i wchłaniać tę muzykę z dbałością u nie uronienie ani jednej nuty.