Pokazywanie postów oznaczonych etykietą synth-pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą synth-pop. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 października 2015

The Cure - Let's Go To Bed (1982)











Neurotyczny, trzęsący się jak mleko, 23-letni Robert Smith bierze głęboki oddech po depresyjnej trylogii. Na świat przychodzi popowe The Cure. Już nie młodzieńczo post-punkowe, smętnie nowo-falowe ani dekadencko gotyckie. W „Let’s Go To Bed” ważne stają się intrygujące hooki z nuconym przez Boba doo doo doo doo na czele. Kusi linia basu i rytmika. Chwytliwej produkcji przeciwstawia się jednak antymiłosna aura, cynizm oraz sceptyczne konstatacje w rodzaju: All of this then back again, Another girl another name. Na końcu zaś, karty zostają perfidnie wyłożone na stół. Padają tytułowe słowa, które większość wykonawców wolałaby pozostawić między wierszami.

wtorek, 5 maja 2015

Chromatics - single 2015

Ostatnie dwie płyty Chromatics były propozycjami głębokimi jak noc, klimatycznymi na poziomie doznaniowym i melancholijnymi w taki sposób, że wyrażany na nich smutek docierał do nas jako najbardziej pociągające uczucie, możliwe do oddania dźwiękami. „Kill For Love” oraz „Night Drive” wciągały do intrygującego świata, w którym rytm chłodnej, tanecznej muzyce nadawały tęsknota, samotność i złamane serce. Trudno mi nawet wyobrazić sobie, że taki efekt można jedynie wykalkulować, że te niepowtarzalne utwory przynajmniej częściowo nie miały źródła w szczerych emocjach i natchnieniu. Zasadne staje się więc pytanie, czy na kolejnej płycie podobną magię uda się „spreparować”, czy jednak będzie ona już obecna jedynie w jakimś niewielkim stopniu? Czy celowość nie zabije naturalności? Przecież jeśli prawdziwe UCZUCIE można byłoby wypracować, takie płyty powstawałyby co chwila. A jednak nie powstają.

„Just Like You” 6/10

Nie wątpię, że cokolwiek Johnny Jewel, Ruth Radelet, Nat Walker i Adam Miller nam albumowo zaprezentują, będzie to rzecz w najgorszym razie wartościowa. Nie da się powiedzieć wiele złego o „Just Like You”, pierwszym utworze udostępnionym z „Dear Tommy”. Jest to rzecz dopracowana, skonstruowana w typowym dla nich delikatnym ambientowo-onirycznym stylu i zaśpiewana przez Ruth w charakterystycznej dla tej wokalistki smętnej manierze. Tyle, że już w nim sprawdza się poniekąd moja obawa. Nie wybrzmiewa tak głęboko i zniewalająco. Nie poruszają mnie te dźwięki i nie hipnotyzują. Ot, solidne, razowe Chromatics. Stosunkowo fajnie, ale ciut poniżej oczekiwań. Nic sobie z tego nie robiąc czekam na kolejne odsłony.

Drugi singiel może wskazywać na to, iż kwartet postawi tym razem na swoją przebojową, nieco bardziej otwartą odsłonę. „I Can Never Be Myself When You’re Around” nie ma już w sobie tak dużo mroku. Radelet śpiewa jakby „weselej”, światła można dostrzec tu nawet odrobinę więcej niż w “Kill For Love” czy “Cherry”. Dynamiczny, piosenkowy synth-pop wydaje się rozkwitać z mocniejszym niż wcześniej przekonaniem.


No i strzał trzeci, najmocniejszy. W „In Films” wyraźnie postawiono na jeden, ale za to bardzo konkretny hook. Druga sprawa, że już słysząc słowa Shiny red car do you feel so blue? When you see your friends crashing around you? czuje się, że tu Chromatics wreszcie uchwycili swoje flow. Za sprawą tego utworu poczynają sobie jeszcze śmielej i pogodniej niż w poprzedniku, a jedynie drobne akcenty w postaci niektórych linijek przemycają elementy „szarości”. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, iż jest to ich najbardziej bezpośrednia jak dotąd piosenka. Całkiem zgrabna, przesuwająca suwak z klimatu w stronę dbałości kompozycyjnej.   

niedziela, 5 kwietnia 2015

The Wake - O Pamela (1985)


W 1985 roku najjaśniejszym blaskiem w konstelacji Factory Records świeciła bez wątpienia gwiazda grupy New Order. Solidną pozycję utrzymywały kapele takie jak The Durutti Column i A Certain Ratio, raczkowali mający okazać się fenomenem za kilka lat Happy Mondays, rola największych niedocenionych przypadła natomiast Szkotom z The Wake. Mając przez chwilę w swych szeregach słynnego Bobby’ego Gillespie'ego chłopaki z Glasgow startowali jako załoga typowych post-punkowych szaraków, by po kilku singlach wyewoluować i rozwinąć się pod każdym istotnym względem. „O Pamela”, którą rozpoczynają swój kapitalny drugi album „Here Comes Everybody” nie ma już za wiele wspólnego z siermiężnym reanimowaniem Joy Division. Wychodzi co prawda od synth-popowych poczynań wspomnianego na początku drugiego zespołu Bernarda Sumnera i Petera Hooka, ale w swej refleksyjnej wrażliwości i motoryczno-introwertycznym brzmieniu melodii wraz z innymi utworami z tej płyty staje się jednym z przyszłych drogowskazów dla kolejnej fali zespołów indie-popowych. Przy całym uwielbieniu i szacunku dla The Field Mice, wiedzieć trzeba, że to właśnie The Wake najsłynniejsi reprezentanci Sarah Records zawdzięczali najwięcej. Gerard McInulty od początku buduje klimat w sposób niezrównany: „This is a page from my diary, The fifteen day of November, This is a page from my diary, What happened that day, I don't remember”. Jego mówienie o emocjach przybiera postać rozbrajająco szczerą: “I have no soul, I'm as cold as December, Maybe twice as cold”. Kapitulacja miesza się z ulotną nadzieją, a dosadność poszczególnych linijek uderza z poetyckim zacięciem. Konkluzją tej historii okazują się znamienne słowa: „And although the feelings changed, The words still sound the same”. Taki styl wyrażania uczuć będzie manifestował w 1989 roku Bobby Wratten w „Sensitive”. Tytułowa Pamela jawi się zaś dziewczyną w kontekście nieszczęśliwej miłości równie rozpamiętywaną co chwilę później jej młodsza koleżanka Emma.

poniedziałek, 21 lipca 2014

The Field Mice - Missing The Moon (1991)











10

Logiczny acz zaskakujący, nietypowo opasły w brzmieniu, za sprawą wyróżnienia przez NME chyba najgłośniejszy utwór The Field Mice, który mógłby stać się przepustką do większego muzycznego świata, choć ostatecznie został ich singlową łabędzią pieśnią. Może to i zresztą dobrze, bo (prawie) kończyć w tak dobrym stylu powinien każdy. Słyszymy tu zespół w dobie post-modernistycznej przemiany, obudowujący swą twee-popową wrażliwość acid-house’owym tanecznym ładunkiem. Przepięknie wchodzą ze sobą w harmonię wokale Annemari i Roberta, najpierw jej eteryczna melancholia, następnie jego linia doszczętnie dokumentująca melodyczną popową błyskotliwość. Siedem zatrważających minut, w których znajdzie się miejsce dla wszystkich zarówno wcześniejszych jak i nowych elementów: chropowatej gitary, rozmytej gitary, automatycznie wycinanych uderzeń perkusji, soczystego syntezatora. Niby zapowiedź trzeciego albumu, ale całkowicie od niego autonomiczna. Fantastyczna wypowiedź oraz postawienie kropki nad i w temacie serii najlepszych singli ever. 

niedziela, 22 grudnia 2013

Podsumowanie 2013: piosenki 36-33














Kto widział moje poprzednie podsumowanie, ten wie, że Savages uplasowały się wówczas wśród najlepszych za sprawą kapitalnego kawałka „Husbands”. Od tamtej pory popularność post-punkowych panien urosła w stopniu wręcz niewiarygodnym. Najpierw mieliśmy przyjemność widzieć je na Off Festivalu, ledwie rok później zagrzewały już publikę Openera. Mnie te sympatyczne niewątpliwie koleżanki całym albumem jednak nie kupiły. Tym razem doceniam przede wszystkim wybornie klimatyczny closer.




















Bunt, młodość, muzyka, narkotyki. Duńczycy z Iceage o wszystkim tym byliby nam zapewne w stanie coś prawdziwego opowiedzieć. Elias Bender Rønnenfelt wydaje się w „Ecstasy” styrany każdym wypowiadanym zdaniem, a jednocześnie nadal nakręcony całą tą punkową napierdalanką. To za sprawą takich ekip wciąż zdarza nam się myśleć, że granie w gitarowym zespole jawi się najbardziej ekscytującą rzeczą pod słońcem.




















Żywotność bitu, klawiszy, doskonałe prowadzenie melodii, wokal wypowiadający sugestywne słowa no i czysta fantastyczność refrenu. Przy takich singlach należy uwierzyć, że naprawdę nie jesteśmy już żadnym zadupiem, a nasza rzecz w ramach przebojowego synth-popu na luzach może sobie sąsiadować z odkryciami zachodnich serwisów. 




















Najpierw pierwsze takty perkusji, boska melodia linii gitarowej natychmiastowo zdradzająca odpowiedzialność za nią jednego z panów z Teenage Fanclub no i wejście Katriny Mitchell. Głos tej pani czarujący, dziewczęcy, wiecznie młody. Check my heart, check your heart, down, down, tumbling down. Słuchać jej podśpiewywania można bez końca, zwłaszcza kiedy zaczyna się harmonijne przeplatanie wokalne. Doskonała piosenka w deseń słynnego (gdzieniegdzie) „Noise” autorstwa Beat Happening. Nowe The Pastels należy polecić fanom najszlachetniejszych z szlachetnych odmian starego indie popu. Tym co zasłuchują się w Belle And Sebastian, The Soup Dragons, Camera Obscura czy Orange Juice. Fajnie, że wrócili, że się przypomnieli, że nie odcinają kuponów i wciąż w swojej niszy grają po mistrzowsku.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Plug & Play - Reisefieber EP (2013)









6

Plug & Play grają i produkują swoje taneczne indie dość konsekwentnie, dawniej z nieco bardziej zauważalnymi wpływami post-punku („Whoreship EP”), dziś coraz lżej, głównie popowo i nowo-falowo. Ich nową EP’kę otwiera całkiem zgrabny kawałek, o iście 80’sowej lini melodycznej zwący się „Like Analog Tapes”. Żywe dźwięki strun i nieco rozmyte plamy melodii współtworzą mój ulubiony do tej pory obok „Alice From The Stars” utwór grupy. „Brand New Day” to także czysty niezal-pop, ładna, delikatnie funkująca piosenka na dwa głosy. W „Cities I’ll Never Go To” zwraca uwagę antemiczny mostek „if we find the time…” oraz specyficzny rym „Warsaw”-„Oslo”. „Sahara Beach” wypada ok (brzmi saksofon), ale u mnie osobiście trzy poprzednie wygrywają. „Reisefieber” trzyma solidny poziom kompozycyjny i jest raczej udanym krokiem w kierunku eleganckiego synth-popu czy też pokrewnych, modnych aktualnie gatunków korespondujących z muzyką dekady wczesnej Madonny i Michaela Jacksona.