Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1991. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1991. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 lipca 2014

The Field Mice - For Keeps (1991)











8

Miesiąc po genialnym samotnym singlu „Missing The Moon” ekipa The Field Mice silna personalnie przed nagrywaniem pełnego albumu jak nigdy wcześniej, popełnia w końcu dzieło przekraczające bite 50 minut. Dla porównania, zarówno „Snowball” jak i „Skywriting” liczyły zaledwie ponad pół godziny. Po trzech burzliwych latach właśnie tu kończy się historia zespołu, który w swej twórczości nie zanotował ani jednego większego błędu.

„Five Moments” to przykład tego, jak wiele wniosła do twórczości zespołu Annemari Davies. Dowód pójścia z duchem czasu, albo raczej wykorzystania zmian zachodzących w alternatywnym popie na początku lat 90. i włączenie stylistyk takich jak ethereal wave, dream pop, madchester do własnego muzycznego krwiobiegu. Rozpoczęcie „For Keeps” jawi się nie tylko piosenką zaśpiewaną dziewczęcym wokalem w duchu Cocteau Twins, His Name Is Alive, lub Pale Saints, ale także kapitalnym brzmieniowym pomostem między melodyjnym popem akustycznym, a powyginanymi dźwiękami, których nie było nawet na „Skywriting”, czy „Other Galaxies”. Innowacyjność szybko zostaje zgaszona przez klasyczne dla Wrattena „Star Of David”. Mamy tu jednakże do czynienia z konserwatyzmem w najlepszym wydaniu. Przy tak imponującym refrenie nawet nieprzyzwoicie proste słowa o nieśmiertelności przyjaźni nie są w stanie zepsuć efektu. Okolic proto-brit-popu a la The Stone Roses/Ride sięgają delikatnie „Coach Station Reunion” oraz “Of The Perfect Kind”. „This Is Not Here” wyróżnia się inaczej brzmiącym, zniekształconym niczym z pod wody głosem Bobby’ego co możemy potraktować jako symbol coraz silniej zarysowującej się ery shoegaze’owej.

Na pierwszy rzut oka ta płyta może się wydawać nieco zbyt długa i w pewnych momentach nużąca. Przychylałbym się jednak do twierdzenia, iż jest to jeden z albumów dla cierpliwych, zasługujący na bardziej wnikliwe podejście do odsłuchu. Kawałki 1-5 oscylowały między poziomem dobrym a bardzo dobrym. W części 6-10 brak może highlightu na miarę „Five Moments”, a jednak ciężko nie przyznać, że jest ona niemniej interesująca. W „Tilting At Windmills” dają pierwszy upust swym elektroniczno-ambientowym zamiłowaniom. Przy okazji „Think Of These Things” z zadowalającym skutkiem zastajemy Wrattena przy fortepianie. „Willow” to znów pozostawiona na wokalu Annemari uroczo afirmująca dziewiczy twee-pop, przepraszająca za to, że tego obecnego kocha już bardziej niż tego poprzedniego. Równie czystym i niewinnym nagraniem jest (jak sama nazwa wskazuje) „And Before The First Kiss", które pasowałoby na EP’kę „So Said Kay”. Z niego możemy przy okazji dowiedzieć się o sympatii Roberta do Jacksona Browne’a – twice in a row, whilst flying home, we listened to "From Silver Lake". Ostatni krążek zespołu zamyka siedmiominutowe trzeszczące „Freezing Point”, tak jakby grupa symbolicznie poddawała się w tym momencie ostatecznej hibernacji.

The Field Mice podążając ścieżką wytyczoną przez wczesne kapele Sarah Records oraz jangle popowych nieco starszych kolegów w rodzaju The Wake i Go-Betweens szybko stanęli na czele tamtejszej części sceny niezależnej, po czym z równie imponującym tempem znacznie przekroczyli granicę, której przysłowiowi The Sea Urchins nie mogli sobie nawet wyobrazić. „For Keeps” udanie podsumowuje ich drogę złożoną z pogodnych, ale i nierzadko smutnych perfekcyjnych piosenek oraz ciekawych eksperymentów na owym doskonałym popie bazujących. Znając dobrze The Field Mice, ich stałe motywy i przemiany, jakim się poddawali nie dziwi droga Roberta Wrattena w późniejszych projektach. Najpierw anty-piosenkowy ambientowy dream pop Northern Picture Library (między innymi razem z Davies i Dobsonem), następnie pewnego rodzaju kontynuacja wątków macierzystej grupy w postaci długoletniego Trembling Blue Stars (tu także Harvey Williams, Michael Hiscock, producent Ian Catt i ponownie Annemari Davies). Pewne jest, że bez nich brytyjska alternatywa przełomu lat 80/90 miałaby w sobie o wiele mniej ciepła, uczucia i emocji.  Bez tego wkładu wspaniałych melodii, wrażliwych tekstów, stylu i jakości spojrzenie wstecz na angielskie indie byłoby dziś nie wystarczająco wyraziste.

poniedziałek, 21 lipca 2014

The Field Mice - Missing The Moon (1991)











10

Logiczny acz zaskakujący, nietypowo opasły w brzmieniu, za sprawą wyróżnienia przez NME chyba najgłośniejszy utwór The Field Mice, który mógłby stać się przepustką do większego muzycznego świata, choć ostatecznie został ich singlową łabędzią pieśnią. Może to i zresztą dobrze, bo (prawie) kończyć w tak dobrym stylu powinien każdy. Słyszymy tu zespół w dobie post-modernistycznej przemiany, obudowujący swą twee-popową wrażliwość acid-house’owym tanecznym ładunkiem. Przepięknie wchodzą ze sobą w harmonię wokale Annemari i Roberta, najpierw jej eteryczna melancholia, następnie jego linia doszczętnie dokumentująca melodyczną popową błyskotliwość. Siedem zatrważających minut, w których znajdzie się miejsce dla wszystkich zarówno wcześniejszych jak i nowych elementów: chropowatej gitary, rozmytej gitary, automatycznie wycinanych uderzeń perkusji, soczystego syntezatora. Niby zapowiedź trzeciego albumu, ale całkowicie od niego autonomiczna. Fantastyczna wypowiedź oraz postawienie kropki nad i w temacie serii najlepszych singli ever. 

niedziela, 20 lipca 2014

The Field Mice - September's Not So Faraway (1991)












6

Pieśń o tytule, który niedostatecznie pilnym studentom mógłby służyć za doskonałe przypomnienie o zbliżającej się sesji poprawkowej. Propozycja The Field Mice na wiosnę 1991. Pierwszy owoc współpracy dotychczasowej trójki z nowymi członkami zespołu – grającą na gitarze, klawiszach i udzielającą się wokalnie Annemarie Davies (byłą dziewczyną Wrattena) oraz perkusistą Markiem Dobsonem. Powiedzmy to sobie szczerze - mieli dużo lepsze piosenki i mieli również tych dużo lepszych niemało. Byrdsowskie pogodne gitary, punktująca perkusja, tematyka totalnie Wrattenowa, bo o tęsknocie. W sumie ładne, całkiem urokliwe, choć nieszczególnie wyraziste. PERFEKCYJNEGO POPU nie jestem w stanie się doszukać, zwłaszcza znając możliwości grupy. Prawdziwie epickie rzeczy miały dziać się już za pół roku, właśnie we wrześniu.  

sobota, 28 lipca 2012

1991 w piosenkach (część II)

27. Half Man Half Biscuit - Outbreak Of Vitas Gerulaitis












Bohaterem utworu nowojorski tenisista litewskiego pochodzenia. Muzycznie najwyższe stany przebojowości w stylu The Fall czy Josef K. Typowo angielski „robotniczy” akcent i inteligentne, pełne odniesień liryki wymawiane w manierze lekko zachwianego, raźnego śpiewaka. Znajdzie się tu miejsce dla bohatera ze Scooby Doo (Why it’s Mr. Kowalski?, It was you all along…), tenisistki Virgini Wade (Who’s afraid of Virginia Wade? ) albumu Emerson Lake And Palmer (Always calm with a gentle breeze, Tarkus in black vinyl please…), a nawet pewnego szpitala psychiatrycznego (When your Mum’s in Rampton, bouncing off the walls…). Słysząc z kolei w jakim tonie Blackwell mówi nam You’d better move away, tomorrow or today… nie sposób nie skojarzyć sobie tego czegoś co jeszcze kilka lat temu tak lubiliśmy u The Libertines.

LINK


26. Disco Inferno – Fallen Down The Wire












W latach 70. post-punk powstał, w 80. był gęsto obecny, a w zerowych nowego tysiąclecia przeżywał już swój revival. Lekką zagadką jest co się tak właściwie z nim działo w latach 90.? Rate Your Music wskazuje na Swans, Nicka Cave’a i całą serię wykonawców związanych na przykład ze sceną rocka gotyckiego. Jeśli chodzi o Disco Inferno to większy nacisk kładzie się zaś na ich późniejsze dokonania („D. I Go Pop” beatyfikowane w niektórych środowiskach). Tymczasem to na EP’ce z 1991 roku zatytułowanej „Science” pojawia się to post-punkowe cudo, misternie skonstruowane wokół hipnotyzująco-przejmującego motywu jakim nie pogardziłby sam Janek Curtis. Jeden tylko, ale już sam w sobie znakomity i później już tylko przez cztery i pół minuty intensyfikowany tuż obok mantrycznie rzucającego słowami wokalu. Gdyby tylko powstał wówczas cały, długogrający album w takiej stylistyce, byłaby to zapewne najlepsza w swoim rodzaju rzecz dekady.

LINK


25. Velvet Crush – Drive Me Down (Softly)












Czym byłaby popowa muzyka bez wszystkich tych wspaniałych one-hit wonders? Mowa zarówno o radiowych, ultra-komercyjnych hiciorach jak i tych, którymi jarają się wyłącznie internetowi „kopacze”. „Drive Me Down (Softly)” jest wręcz podręcznikowym przykładem odszukanej gdzieś w odmętach historii i katalogów Creation Records kilkuminutowej perełki (ich inne single już tak fajnie nie brzmią). Trzech nerdowato wyglądających kolesi z Rhode Island intensywnie męczących słodko-rzężącą linię melodyczną, śpiewających do tego niewyraźnie przeuroczą kwestię wokalną. Jakże to smakuje pierwszego dnia wakacji ten tylko się dowie kto posłucha!

LINK


24. Levellers – One Way












Dwa lata po debiutanckim “A Weapon Called The World” (skąd pochodzi zawarte w moim poprzednim podsumowaniu “Carry Me”) Levellersi z Brighton wreszcie zadebiutowali na brytyjskich chartsach. Wciąż naładowane folk-rockową pasją „One Way” zapowiadające album „Levelling The Land” przebiło się do miejsca #51, ale za to sama płyta dotarła do całkiem wysokiego #14. W tym kawałku ogniskowo-harcerskie klimaty znane z poprzednika pokrywają się już z typową, wczesno 90’sową produkcją kojarzącą się choćby z nagraniami shoegaze’owymi*. Co nie znaczy wcale, że Mark Chadwick i reszta porzucili swe harmonijki, zrzucili łachmany i wzięli się za szukanie nowych wyzwań. Na podstawie „One Way” spokojnie stwierdzam, że na wysokości 1991 Levellers to cały czas zespół mocarny w kategorii antemicznych, porywających do tańca, różańca i flaszki folkowych pieśni.

*patrz miejsce 13

LINK


23. Daniel Johnston – Honey I Sure Miss You












Byli kiedyś Beatlesi, Stonesi, Pink Floyd, The Clash czy tam T. Rex. Wszyscy klasyczni, najlepsi i nie do pobicia. Nie wiem jednak czy był kiedykolwiek ktoś kto dorównałby Johnstonowi w pisaniu obezwładniających ballad-rozklejaczy. Niby pościelówy niejeden pisał, ale lo-fi'owa autentyczność i niepodrabialna wrażliwość piosenek takich jak „Some Things Last A Long Time” czy „Honey I Sure Miss You” stawiają tego artystę w zupełnie oddzielnej kategorii. Takiej, której nikt nie przebije, bo z uwagi na niepowtarzalność nawet nigdy nie będzie miał do niej startu.

LINK


22. Spiritualized – Feel So Sad (Rhapsodies)












Pomiędzy modlitwą, a odlotem, niebem, a kosmosem… Czerwiec 1991 i ta EP’ka Spiritualized. Wstęp w postaci „Glides And Chimes” oraz 13-minutowe, wspaniałe „Rhapsodies”, które z powodzeniem stać by się mogło zarówno ścieżką dźwiękową do projekcji astralnej jak i nieco oryginalniejszą pieśnią kościelną… Pierce osiągnął tu poziom uduchowienia i magicznej monumentalności na jaki Mercury Rev wspiąć mieli się dopiero za siedem lat.

LINK


21. Mudhoney – Let It Slide












Nie znam się na grunge’u, nie jest to mój ulubiony gatunek. Trudno jednak wyobrazić sobie podsumowanie obejmujące fragment początku lat 90. bez choćby skromnych akcentów tego stylu. U mnie jest to Mudhoney oraz pozycja piąta. Co może mi się zatem podobać w „Let It Slide”? Kto ten numer słyszał i zna już trochę mój gust, powinien się domyślić. Zawarta w numerze dawka brudnej energii, szybkości, luzu przywodząca na myśl nic innego jak ukochany punk rock. Mudhoney są tu w zdecydowanie bardziej jak młode, buzujące testosteronem Sonic Youth niż ktokolwiek z paczki Soundgarden-Pearl Jam-Alice In Chains. Serwujący swoje muzyczne trzy grosze bez ociężałości z jaką może kojarzyć się grunge, ale w żaden sposób nie tracący na mocy wzorcowego gitarowego wykopu.

LINK


20. Lydia Lunch And Rowland. S Howard – Burning Skulls












Tak jak i ci powyżej, kolejna znajoma Thurstona i Kim. Lydia Lunch szerzej rozpoznawalna jest zapewne z uwagi na wokalny udział w „Death Valley ‘69”, ale osoby, które orientują się odrobinę lepiej, prędko powinny skojarzyć również termin taki jak no wave, a co za tym idzie nowojorską scenę muzyczną końca lat 70. Postać to zresztą na tyle barwna i zaangażowana, że pisać trzeba by artykuł. A mi tu chodzi właściwie o jeden kawałek. Rozpoczynające album nagrany z świętej pamięci Rowlandem. S Howardem, „Burning Skulls”. Rzecz szorstka, mroczna, anty-popowa, ładnie wpisująca się w mentalność rockowego grania circa 1991. Moje podsumowanie poprzedniego rocznika miało swoje Alice Donut, tutaj wielkomiejską, nocną klimatyczność z powodzeniem podtrzymuje Lydia.

LINK


19. That Uncertain Feeling – Sunriser












Debiutancki singiel madchesterowo-shoegaze’owej załogi. O tym, że „Sunriser” został kiedyś wybrany przez NME na singiel tygodnia w sławetnym roku 1991 nie pamiętają już pewnie nawet sami jej członkowie. Tym bardziej pojęcia nie mogą mieć, że 21 lat później ten sam kawałek, uderzający gitarową szczerością i emocjonalnym przejęciem w brit-rockowym wydaniu, odkopany przez mieszkańca gminy Cegłów, rozbrzmiewa w słuchawkach, sprawia mu nie lada przyjemność i ląduje na jednej z pozycji prywatnego podsumowania.

LINK


18. Pixies – Alec Eiffel












Ani to najlepszy singiel zespołu ani pochodzący z najlepszej płyty, ale sam fakt, że mówimy o Pixies wystarczy aby zorientować się, iż brana na warsztat piosenka będzie w najgorszym wypadku dobra. W „Alec Eiffel” wyraża się cała ta ich lekkość wydawania na świat bezpretensjonalnych kawałków. Jakaś melodia, wybijanie rytmu, podśpiewywanie, solówka. Tak o, między drugim, a trzecim piwem jakby im nawet przez myśl nie przyszło, że robią coś w szerszym kontekście istotnego. Kto wie czy nie w tym właśnie cała filozofia.

LINK


17. Sebadoh – Gimme Indie Rock












Manifest i retrospekcja sceny według Lou Barlowa. Zarówno za sprawą brzmieniowego jak i tekstowego, obezwładniającego przekazu. Taking inspiration from Husker Du, It's a new generation, Of electric white boy blues…, Getting loose with the Pussy Galore, Cracking jokes like a Thurston Moore, Peddle hopping like a Dinosaur, J... . Jeszcze jedno potwierdzenie tezy głoszącej, iż tak jak wszechświat powstał z chaosu, tak wszystkie nowożytne gitarowe gatunki mają swoje źródła w punku.

LINK


16. Shudder To Think – Red House












Otarli się swego czasu o waszyngtoński post-hardcore, byli przez chwilę klasycznymi reprezentantami barw 90’sowego indie rocka, aż w końcu skończyli jako jedna z nielicznych kapel rodem z Dischord pod banderą dużej wytwórni. Płyta „Funeral At The Movies” podchodzi pod okres z piosenkami w stylistyce bliskiej Pixies czy Sebadoh. Znajdujący się na niej „Red House” to kawałek w jakim próżno szukać fajerwerków czy dawania po garach. Śpiewane cienkim głosem Craiga Wedrena zwrotki prowadzą do niezłego aczkolwiek całkiem spokojnego refrenu i świetnych, chyba najlepszych w tym wszystkim whoa oh chórków. I czemu to właściwie takie dobre? Czemu takie fajne?

LINK


15. Moose – Suzanne/Speak To Me












Znaczek MTV w prawym górnym rogu klipu do „Suzanne” oznacza, iż od dwóch dekad w telewizjach muzycznych zmieniło się doprawdy niewiele. Dwadzieścia lat temu puszczano Moose, dzisiaj wielką popularnością cieszy się niejakie Muse. Wiem, że żart słaby, w przeciwieństwie jednak do wyżej wymienionego singla. Uwodzącego przebojowością, ale w sposób na tyle specyficzny, że dziś o potencjale komercyjnym nie byłoby mowy. Dziewczyna o smutnym spojrzeniu, post-punkowy nerw, shoegaze’owa tajemnica. Błyszczała zresztą cała EP’ka i wspomnieć wypada jeszcze choćby o cudownym „Speak To Me” gdzie po 1:43 milknie wokal, a zaczyna się czysta magia.

LINK

czwartek, 26 lipca 2012

1991 w piosenkach (część I punkowa)


15. The Cramps – Eyeball In My Martini












Soczyste psychobilly w klimacie horrorów klasy B. Coś z czego Crampsi słynęli i z uwagi na co są od lat szczególnie rozpoznawalni. Bardziej zdarzało mi się słuchać ich z ciekawości i dla popatrzenia na kiczowate teledyski, niż dlatego, że jakoś specjalnie interesuje mnie sama muzyka. Sam fakt, że „Eyeball In My Martini” zalicza się do kawałków, z których czerpię przyjemność zasługuje już na pewne wyróżnienie. Nie większe jednak niż pozycja otwierająca tę listę.

LINK


14. Down By Law – Right Or Wrong












Sympatyczny melodic-hardcore z debiutu Down By Law i pierwszych lat poważniejszej działalności wytwórni Epitaph, która istniała właściwie już od dekady, ale wydała do tamtej pory ledwie garstkę wydawnictw w tym głównie płyty Bad Religion. Nie był to już zdecydowanie czas wyłącznie zaangażowanego, agresywnego h-c, ale komercyjnego sukcesu Green Daya i Blinka 182 również jeszcze nie. „Right Or Wrong” brzmi dla mnie jak esencja oraz dokumentacja tego okresu pomiędzy. Do włączenia gdzieś razem z Pennywise i Face To Face.

LINK


13. Lifetime – Souvenir












Do you remember when hardcore was everything? Muzycznie, kolejny wyklepany na trzech akordach, undergroundowy kawałek jakich mnóstwo. Tekstowo, afirmacja 80’sowej sceny punkowej. Sceny jako czegoś co łączyło ludzi - pochwała muzyki, przyjaźni, szalonego pogowania i wspomnienie wszystkich wspaniałych bandów z Minor Threat, 7 Seconds i S.S.D na czele. Coś na swój sposób pięknego i optymistycznego. Zwłaszcza, że Ari w drugiej zwrotce śpiewa: I still feel the passion and the energy, I can’t help but feel hardcore as a part of me, Times will change and people change, And so will styles, But something in the music just makes me smile...

LINK


12. Poster Children – If You See Kay












Pozostając w analogii do przesłania poprzedniego utworu, Rick Valentin z Poster Children powiedział kiedyś: There was this whole other world where people who just like music could just start a band and just play. You didn't have to be great. I rzeczywiście wystarczyło trochę energii oraz dobrych chęci by stworzyć tak prosty i odjazdowy zarazem kawałek jakim jest “If You See Kay”. Mamy tu wszystko, DIY i lo-fi, prostotę i pomysł, rozrywające przestrzeń na strzępy wrzaski, masę mocy i odrobinę melodyjności. Obowiązkowo dla fanów Rocket From The Crypt, Refused oraz Nation Of Ulysses.

LINK


11. Jawbox – Impossible Figure












Kłania nam się kolejna arcyważna postać amerykańskiego szeroko pojętego hardcore’u i sceny niezależnej. J. Robbins grał na basie w kultowej waszyngtońskiej kapeli Government Issue przez ostatnie 4 lata jej działalności. Kiedy GI w 1989 przestali istnieć, szeregi Dischord prędko zasiliła nowa kapela pod przywódctwem Robbinsa, zwąca się Jawbox. Debiutancki „Grippe” wzbudził co prawda ledwie zainteresowanie, a prawdziwe uznanie przyszło 3 lata później wraz z wydanym dla dużej wytwórni „For Your Own Special Sweetheart”. To jednak tu mamy do czynienia z szlachetnymi początkami nowej kapeli, pędzącym melodic punkiem łamanym przez post-hc. W „Impossible Figure” na poziomie jakim poszczycić się wówczas mogli chyba tylko Jawbreaker i Samiam.

LINK


10. Fugazi – Long Division












Najkrótszy na “Steady Diet Of Nothing”, z charakterystycznymi dla nich markotnymi melodiami. W porównaniu do wyróżnionego przeze mnie za rok 1990 „Shut The Door” kawałek zdecydowanie mniej efektowny, zupełnie inny estetycznie, a i tak samym tym dwuminutowym mruczeniem deklasujący tych, którzy do Fugazi chcieliby się chociaż zbliżyć.

LINK


9. Leatherface – Springtime












The Best punk rock song ever written? Nie wiem, nie mnie to oceniać, ale jeśli ktoś tak uważa to walczyć z nim nie będę. „Springtime” jawi się zażartym punkowym trackiem, ociekającym emocjami, wyposażonym w ostre, fantastyczne gitarowe partie i przebijające się przez nie nieznacznie melodyjne zagrywki. Poza tym głos Frankiego Stubbsa, chrypiąca charyzma pasująca do powyższych elementów jak ulał. USA miało wtedy cały wysyp dobrych i bardzo dobrych kapel, tu z kolei reprezentanci U.K wpisali się w nurt i zarazem ścisłą czołówkę światowej już jakby nie było sceny.

LINK


8. The Vandals – Pizza Tran












Niektórzy, zwłaszcza w Kaliforni mieli nieco inne podejście niż ci z Waszyngtonu czy Chicago. Punk rock dla The Vandals był przede wszystkim maszyną do zabawy i robienia sobie jaj. Escalante, Fitzgerald, Freese i Quackenbush stanowili kapelę typowo hedonistyczną, która za cel postawiła sobie uszczęśliwianie słuchacza pozytywnymi, dowcipnymi nutami zagranymi w przystępnej formie szybkiego, konkretnego nawalania. Jak tu nie kochać wydurniających się chłopaków w czapkach z daszkiem, w tym jednego śpiewającego o miłości do Wietnamki dostarczającej pizzę? Nie da się.

LINK


7. NOFX – The Moron Brothers












Wtedy jeszcze całkiem przeciętna kapelka, którą kamienie milowe dzieliły od klasy Bad Religion, słabsza nawet od takiego Pennywise’a czy Offspringa. Fat Mike z kolegami zawsze grali wybitnie prostą, a na początku łopatologiczną wręcz muzykę. Istotniejsze było być może poczucie humoru, którym naturalnie nadrabiali, i którym do dziś sukcesywnie odróżniają się od wyżej wymienionej stawki. Historyjka o braciach kretynach to jeden z ich pierwszych hitów, dziś zasłużony NOFX’owy klasyk. Zabawny, wesoły, idiotyczny i hymniczny, a przede wszystkim „catchy as hell”. Po przesłuchaniu, syndrom nucenia do do do do do do… nie do uniknięcia.

LINK


6. Samiam – Clean












Gdyby ktoś się jeszcze zastanawiał czym jest emo-core to tu mamy go w czystym wydaniu.

LINK


5. Pegboy – Strong Reaction












Nigdy nie zdobyli statusu takiego jak Jawbreaker, Screeching Weasel czy Rancid. Ich albumy nie były zapewne aż tak dobre, czegoś Pegboyowi brakowało, chociaż potencjału nie dało się odmówić. „Strong Reaction” to kawałek zaskakująco poważny. Nie uświadczymy w nim typowego dla skate/pop/melodic punku optymizmu. Tempo średnie, gitary nieco mocniejsze, wokal burkliwy, a tekst dotykający uczuciowego zawodu. I walk alone through the sleet and snow and pouring rain to, Get my heart broken, forever ever lost inside of…. Paradoksalnie bez eksponowania emocji, bo nawet przy takim lirycznym wydźwięku Pegboy pozostają chłodnymi i szorstkimi twardzielami, a powtarzane That’s all right and that’s okay... wcale nie do końca musi oznaczać, że wszystko jest w porządku.

LINK


4. Screeching Weasel – What We Hate












Recepta na zły humor? Włączyć “What We Hate” i poczekać na rezultat. Jeśli nie podziała za pierwszym, zrobić to jeszcze dwa albo cztery razy. Z każdym kolejnym powinno być co raz lepiej. Warto dać się przekonać, że lepiej odrzucić hejterstwo, które w prosty sposób upodabnia nas do tego czego nienawidzimy. Po drugie, lepiej nie marnować czasu, bo jak to Ben Weasel ujął: you're only young once, old forever.

LINK


3. Nation Of Ulysses – Spectra Sonic Sound












Nation Of Ulysses czyli jeden z najbardziej spektakularnych aktów w dziejach około-punkowego łojenia. Tytuł piosenki najlepiej określa co znajduje się w środku. Oszałamiające dźwiękowe szaleństwo z maksymalnie wyrazistym, chorobliwie zaangażowanym i zakręconym wokalem Iana Svenoniusa.

LINK


2. Drive Like Jehu – If It Kills You












Podczas gdy dla jednych post-hardcore był tylko trochę poważniejszą, nieco inaczej wyrażającą się, ale nadal dość prostą formą punk rocka, inni w o wiele ciekawszych formach wynosili go już do rangi muzyki jakiej nie brać na poważnie byłoby wstyd. Pokomplikowana, inteligentna, wściekła i złożona formuła przemieszana z noise rockiem, zapodana w postaci siedmiominutowej miazgi czyni z „If It Kills You” swoiste „The Wonder” tego gatunku. Tym samym, już na początku lat 90., już na swoim debiucie Rick Froberg z Drive Like Jehu osiągnęli coś co do dziś śmiało można nazwać szczytowym wyczynem post-hc.

LINK


1. Pennywise – Bro Hymn












Braterski hymn, ze szczególną dedykacją dla tych, których już z nami nie ma. Dziwna wiąże się z tym utworem historia, bo przecież kiedy „Bro Hymn” powstawał to pisany był z myślą o zmarłych tragicznie w wypadku samochodowym przyjaciołach Jasona Thirska (Colvin, Canton, Nichols this one’s for you...). Smutnym paradoksem można nazwać to, że pięć lat później basista Pennywise opuścił ten świat strzelając sobie w głowę, a wersja „Bro Hymnu” z ’97 roku zawierała już słowa Jason Matthew Thirsk this one’s for you… . Tragiczne okoliczności z pewnością mają duży wpływ na emocjonalny ładunek zawarty w piosence oraz jej przesłanie (life is most precious thing you can loose...). Nie tylko to czyni ją jednak wyjątkową. Niewyobrażalna wręcz siła tkwi we wszystkich okrzykach i słowach wymawianych przez Jima Lindberga oraz podłączający się w sportowo skandowanym refrenie zespół. Mega-ciary na wysokości 0:30, rozsadzająca energia, mobilizująca wiara w to by mimo wszystko iść na przód. Nawet jeśli debiut Pennywise z 1991 roku nie należy do wybitnych osiągnięć gatunku to ten kawałek zapisuje się w historii amerykańskiego punk rocka jako jeden z najlepszych, a już na pewno bez zbędnego patosu najbardziej poruszających fragmentów jakie powstały.



Podsumowanie punkowe 1990