Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 lipca 2012

Joan Of Arc - Flowers (2009)












5.5

„Flowers” zaczyna się doskonale, wzbudzając nadzieje na coś równie dobrego, jak „Boo Human”. Mamy tu trochę nowości, sporo trafnych pomysłów i relatywną przystępność. "Fogbow", prawdziwy balsam dla ucha, elegancko wykorzystuje subtelną elektronikę, doskonale lepiącą się z głosem Tima Kinselli. „The Garden of Cartoon Exclamations” intryguje chóralnymi wokalami na początku i fenomenalnymi klawiszami. Instrumentalne nagranie tytułowe to prawie siedem zadziwiających minut, brzmiących niczym halucynogenne jam session zrobione gdzieś na łące lub w lesie. Ciepło można się odnieść jeszcze do przyjemnie piosenkowego „Explain Yourselves #2”, gdzie dźwięki wydają się uciekać z ciasnego pokoju i szukać przestrzeni.

Ale jest też druga strona monety. Dalej robi się stanowczo zbyt swobodnie i fragmentarycznie, wkracza wodolejstwo i ucieka konkret. Już piąte na liście „Tsunshine” demonstruje sposób przynudzania większej części drugiej połówki płyty. Wkurzać może brak regularnych kompozycji, którymi panowie zachęcili na początku. Tu dwie minuty żwawego „A Delicious Herbal Laxative”, tam moment dłuższego, ale za to niesatysfakcjonującego „Explain Yourselves” i znów dwa razy po dwie minuty „Table of the Laments” oraz „Fable of the Elements”. Pierwszy brzmi, jakby zrobili go totalnie na czuja i bez idei, drugi to dźwiękowa zabawa z dzwoneczkami. Może nie ma tragedii, ale niedosyt pozostaje. „Life Sentence”/” Twisted Ladder” to taki rock w świecie Kinselli. Ledwie się kończy a my już jesteśmy świadkami zamknięcia płyty znów bardzo skromnym „The Sun Rose”.

Ładne kwiatki można by rzec. Może i ładne, ale jak to kwiatki, na dłuższą metę mało użyteczne. „Flowers” na całej swej płaszczyźnie przypomina zbiór nie mających nic do siebie impresji. Niczym typowa płyta, którą genialny muzyk napisał na kolanie i nagrał w krótkim czasie, objawia część jego geniuszu, ale i zbyt często zawodzi.

czwartek, 3 maja 2012

The Marked Men - Ghosts (2009)












8.5

Marked Men to jak na pop punkowe standardy kapela dość unikalna. Jeszcze na (świetnym) „Fix My Brain” nie rzucali się tak bardzo w oczy. Grali całkiem łagodne piosenki z wyraźnym posmakiem lat 60’tych pokroju singlowego „A Little Time”. Czasem bliżej było im do Ramones („Sully My Name”), czasem był to po prostu odświeżony, kapitalny rock’n roll („Going Crazy”). Na „Ghosts” powrócili jako zespół znacznie bardziej punkowy. Znów postarali się o oszałamiającą ilość klasowych, pierwszego sortu melodii, chwytów, riffów. Nie żeby byli jakimiś wirtuozami, ale to na czym budują swoje zręczne łupanki brzmi przecież wyśmienicie. Sprawność w dawkowaniu chwytliwych hooków i umilanie słuchaczowi czasu sytuuje ich w ścisłej czołówce dzisiejszych kapel ogólno-punkowych. Ostatni klucz do genialności „Ghosts” to hałas, jazgot, przyjemna kakofonia. Pokrywają nią swoje maks-przebojowe numery, sprawiając, że dla jednych stają się one niesłuchalne, dla innych nabierają ostatecznego, idealnego szlifu. Po pewnym czasie znajomości z „All In Your Head”, „Fortune” albo „One More Time” i szybkim przebiciu przez garażową warstwę docieramy do sedna. Dajemy się chwycić na ich haczyk. A one nie dają spokoju, bo kiedy je słyszymy coś się w nas gotuje. Noga, ręka, palce u dłoni, głowa, stopa. Prędzej czy później jedna z tych kończyn zaczyna żyć własnym życiem. Pop z teki The Zombies filtrowany przez zgrzytliwy punk rock Teengenerate to recepta zaskakująco dobra i trafna dziś, tu i teraz.


środa, 2 maja 2012

Star Fucking Hipsters - Never Rest In Peace (2009)












4

Tekst powstał 6 listopada 2009

Druga płyta Star Fucking Hipsters egzemplarzowo wręcz pokazuje jak z jednej z najlepszych kapel na punkowej scenie w bardzo krótkim czasie stać się wynalazkiem przeciętnym, odtwórczym i wypalonym. Zachwycałem się kiedyś tym kolejnym projektem starego wyjadacza Stza znanego już z Leftover Crack czy Choking Victim. Nie miało to zresztą aż tak wielkiego znaczenia. „Until We’re Dead” było przecież diabelnie dobre, kreatywne, myślące. Mija niecały rok od tamtego druzgocącego spotkania. Mija niestety i dobre wrażenie na ich temat.

Słucham tego wymęczonego, hałaśliwego i nieprzyjemnego czegoś. Nadal trudno mi uwierzyć, że to ta sama grupa. Bez naciągania odnajduje tu dwie porządne kompozycje. Reszta bywa średnia, przyzwoita, ale najczęściej kiepska, słaba, beznadziejna. Nie mogę się oprzeć myśli, iż bardziej chodziło im tu o treść, aniżeli o jakiekolwiek dobre brzmienie. To zresztą co dobre niczym nie zaskakuje. Wpasowuje się w momenty swojego ze trzy grube poziomy ciekawszego poprzednika i tyle. Porównajmy choćby same intra dla zrozumienia różnicy klas. Nagrane na odpierdol, „tak żeby było”, iście gówniane Vol. II KONTRA świetnie inicjujące „Introducción a los Hipsters”. Wynik niczym San Marino – Polska sprzed kilku miesięcy. Sorry za drobiazgowość. Po intrze wchodzi najlepszy kawałek z tej płyty. „3, 000 Miles” pachnący prawdziwym pop punkiem. Ta wokalistka nadal śpiewa lekko i świeżo wchodząc w interakcje ze stanowiącym jej przeciwieństwo zapitym głosem męskim. Fajnie, tylko tam mieliśmy coś takiego w dużo zajebistszym „Two Cups Of Tea”. A tuż po tamtym intrze rozwalała genialna partia fortepianu, z której to wyłaniał się piękny, dynamiczny punk rock. Wokalu Stza słuchało się z przyjemnością pomimo jego pewnej trudności. Tutaj bez obrazy, ale koleś jedynie charczy… Żeby już nie mylić wracamy do „Never Rest In Peace”. Do niezłego, chwytliwego "Design". Tu znów w dużej mierze dziewczyna odpowiada za pomyślność kawałka. Ale, że wspomnę tylko o „Immigrants & Hipocrites” z debiutu i satysfakcja znika. Przepraszam, musiałem. W „Church & Rape” jakieś strojenie gitary, tekst, który na papierze jakoś tam wygląda jako ich głos w sprawie aborcji. Niestety niewiele więcej. „The Civilization Show” jawi mi się dość tanim ska. „Severance Pay” pomimo nijakości ujdzie. Wszak w tak marnym towarzystwie to nietrudne.

I na cholerę nagrywają gnioty takie jak „S.F.H Theme”? Żeby zapchać czymś tą niewartą kilku złotówek płytę? 29 jebanych minut? Wcześniej stać było ich na 44 uczciwego majstersztyku. Nawet gdyby to podzielić na 4 byłoby ciekawiej niż w ciągu tej kiepściutkiej, oszukańczej połowy godziny…

niedziela, 1 kwietnia 2012

KASMs - Spayed (2009)












8.5

Wokół zespołu tytułującego się nazwą KASM’s zaistniał w ciągu ostatnich dwóch lat spory szum. Chodzi naturalnie o „szum” w rozumieniu sceny niezależnej, nie wszelkiej medialnej, masowej popularności.

Kapela nawiązująca w swojej muzyce do ostrego, dziewczęcego punk rocka i riot grrrl spod znaku Bikini Kill oraz mrocznego brytyjskiego post-punku prędko wzbudziła zainteresowanie, głównie swoim nietuzinkowym zachowaniem. Za to odpowiada poniekąd cały skład, ale w największym stopniu jego liderka Rachel Mary Callaghan, potencjalna następczyni Kathleen Hanny. Żywiołowe występy, niszczenie sprzętu i rzucanie kubkami z kawą w publiczność zapewniły im pewien rozgłos. Kwartet z jakiegoś Dalston już na początku 2008 (powstali w 2007) rozpoczął podbój Nowego Jorku. Nie wiem czy na kimś takie rzeczy robią wrażenie. Na mnie raczej nie jeśli piosenki prezentują się przy tym blado. W tym wypadku tak jednak nie jest. Kontrowersyjność KASM’s nadaje jedynie pikanterii ich doskonałej muzyce. Cała ta otoczka nawet ich wzmacnia zwracając baczniejszą uwagę, że mamy do czynienia nie tylko z doskonałym graniem, nie tylko rozwydrzonym łobuzerstwem, ale sporym wydarzeniem, które grzechem byłoby przegapić.

Trzy miesiące od podpisania kontraktu z Trouble Records wypuszczają pierwszy singiel. Bazujący na brudnym riffie, prostej chłodno uderzającej perkusji i rozkrzyczanym wokalu Rachel „Taxidermy” intryguje. Kolejny „Bone You” z początku tego roku jest w stanie przypomnieć za co kochano Yeah Yeah Yeahs z czasów „Fever To Tell”, niemal odtworzyć fragment „Trilogy” Sonic Youth oraz wyciągnąć z szafy niepokojące, dziewczęce pogłosy a la Siouxie And The Banshees. Wszystko zaledwie na przestrzeni dwuminutowej, wcale nieskomplikowanej „punkowej” piosenki. Trzecie nagranie z małej płytki czyli „Male Bonding” rozpoczęte dźwiękowym bałaganem prędko przechodzi w funkujący basem, taneczny trans. Zaraźliwość tego utworu i jego wpływ na bezwarunkowe odruchy (1:26!!!) słuchającego zadziwia. Ciekawostka, zespół powstał podobno chwilę po tym jak wywalono ich z dyskoteki za agresywne tańczenie. Każdy element tej złowieszczej, ale jakże pociągającej singlowej trójki posiada potencjał do wywoływania na plecach dreszczy.

Dalsza zawartość ich debiutanckiego albumu nie ustępuje wyżej wymienionym. Znajdziemy na nim przynajmniej sześć równie frapujących kawałków osadzonych w tym samym klimacie. Spójność materiału zdecydowanie na plus. Zwłaszcza, że nie wadzi to wcale wyrazistości poszczególnych kompozycji, których na pewno nie będziemy mylić. Weźmy „Insects” podpadający pod post-punkową balladę, „KRIH” podtrzymujący atmosferyczny mrok, albo złowrogi „Don’t Hit The Bottom”. Każdy z nich starannie zarabia na nasze uznanie dla całości. „Siren Sister” eksponuje zadziorność nieokiełznanej panny Callaghan. Ale nie ona jedna jest tu bohaterką. Bas jej koleżanki Gemmy Fleet nie daje się zepchnąć gdzieś na dalszy plan, dzielnie wpływając na kształt niemal każdego utworu. Także panowie odpowiadający za gitarę i perkusję (Rory Bratwell grał w Test Icicles) starają się dotrzymać im kroku. „Mackarel Sky” może się delikatnie kojarzyć z psychobilly. Zamykający „Murmur” z bardziej pesymistycznym obliczem Sleater-Kinney.

Trzeba im przyznać – mają styl, na bank mają też charakter. Nawet jeśli ten styl to tylko wypadkowa cudzych dokonań, które łatwo odczytać. Bo KASM’s z chęcią sięgają po klasykę damskiego indie-rocka jak i wszelkiej maści hałaśliwej, brudnej muzyki. A cóż w tym złego jeśli robią to dobrze? Nazwijmy to „inspiracją” na debiutanckim przecież krążku całkiem młodego zespołu. Moim zdaniem już teraz są w stanie zjeść na śniadanie na dłuższą metę nieopłacalne wynalazki pokroju Vivian Girls. W wokalu Karen nadal słychać pewną brytyjskość, jednocześnie kapela przesiąkła już stylem nowojorskim. Jest ciekawie, a może być jeszcze ciekawiej. Dajmy im tylko szansę.

wtorek, 28 lutego 2012

The Real McKenzies - Off The Leash (2008)

W ramach katalogowania moich wypocin, z różnych lat, serwisów i blogów, wrzucam wszystko tu na Dirty Boots. Recenzje nowe, stare, krótkie i długie, dobrze i źle napisane, poppunk, indie, whatever.












7

Muzyka Real McKenzies to wtórność od wtórności muzyki zapoczątkowanej jakieś dwadzieścia pięć lat temu przez celtycko rockowy zespół The Pogues. Bardzo sprytna bostońska grupa Dropkick Murphys przed ponad dekadą ten gatunek zwany irish rockiem i celtic rockiem przekształciła w celtic punk. Od tego momentu rozpoczął się boom na granie w podobnym stylu. A recepta była bardzo prosta: wpływy The Pogues wyposażyć w butne, szybkie i mocne elementy rodem z ulicznego punk rocka. Pojawiło się sporo zespołów takich jak Flogging Molly , Flatfoot 56 albo Blood Or Whiskey. Kilka lat temu bardziej znani światu stali się również The Real McKenzies, którzy granie rozpoczęli już stosunkowo dawno bo w 1992 roku.

Celtycki punk pomimo tego, że tylko odgrzewa kotleta The Pogues (swoją drogą też odgrzewającego folklor irlandzkich oraz szkockich pieśni) ma w sobie jakąś wyjątkową zdolność do nie nudzenia. Słuchając kolejnych krążków i kolejnych wykonawców rzadko mamy dość. Nie pojawia się poczucie przejedzenia. To specyficzne brzmienie tradycyjnych instrumentów: akordeonów, bandżo, dud, bodhramów(?) sprawia, że chcemy więcej, więcej, więcej…

Każdego napalonego na celtyckie wymiatanie słuchacza powinien usatysfakcjonować opener nowej płyty The Real McKenzies. „Chip” posiada wspaniały motyw angażujący wymienione w końcówce poprzedniego akapitu urządzenia , wokal Paula McKenzie świetnie uzupełnia się z perkusją przez co kompozycja staje się idealnie zgrana i porywająca. W „The Lads Who Fought And Won” słyszymy już więcej gitary, perkusista ogranicza się do typowo punkowego wybijania rytmu a solista śpiewa bez wyraźnej pasji na tle świszczących instrumentów. Po nim następuje moment wprost kapitalny. Pełen werwy pub anthem „The Ballad Of Greyfriars Bobby”. Werwy bliższej raczej kapeli Dave’a Kinga niż dzikiej energii Dropkick Murphys.

Zabawne jak w tym momencie przewidywalna robi się konstrukcja albumu. Zaczęli znakomicie, dalej rzucili nieco słabsze nagranie by po chwili uderzyć następnym bardzo dobrym. Swoją klasę pokazują w (szkocką) kratkę. Czwarty „Kings Of Fife” pozwala przejść obok siebie obojętnie a następujący po nim „Old Becomes New” jak nie trudno się domyślić wytrzymuje porównanie z numerem 1 i 3. Szybkie, melodyjne zwrotki, rock’n rollowe solówki, krzyczący woo-hoo! wokalista i wpadający w ucho refren wypełniają dobrze zagospodarowane 2 minuty i 13 sekund. Mogę się założyć, że to jeden z pewnych fragmentów koncertowych tej kapeli.

Szóstka niespodziewanie też wypada całkiem przekonywująco. „White Knuckle Ride” nie brzmi już tak beztrosko jak jego poprzednik przez co nieco wzbogaca kontrast krążka. Mocniej wzbogaca go „The Maple Trees Remember” – sielska, spokojna kompozycja gdzie nie ma już dud i akordeonów są za to smyki podkreślające country’owy charakter utworu. Ósmą piosenkę czyli „Anyone Else” septet z Vancouver zagrał na szybko i rockowo. Wciąż jest dobrze i bardzo dobrze, ale jeden zarzut postawić trzeba. Przy kreatywnym i zróżnicowanym budowaniu samych piosenek zniknęła gdzieś esencja irlandzko-folkowego klimatu. Jeśli charakterystyczne elementy tego gatunku są to raczej mało efektowne i słabo zauważalne. Wciśnięte jakby od niechcenia powielają patenty brzmienia tych instrumentów z początku płyty.

To samo dzieje się przy „The Mangy Hound”. W pełni udana kompozycja, ale wtórujące gitarom i perkusji dudy znów nie zaskakują niczym nowym. Jeśli chodzi o ten styl, „Chip” był kawałkiem na naprawdę wysokim poziomie choć i tak ustępował wzorowemu „The State Of Massachusetts” z ostatniej płyty Dropkick Murphys. Widać, że choć Real McKenzies niewątpliwie należą do elity celtic-punkowego grania, oryginalnością nie grzeszą. „Off the leash” to po ludzku zadowalające wydawnictwo, które jest w stanie przynieść masę radości i sporo satysfakcji, a że Irlandii na nowo nie odkrywa, trudno…

„Too many fingers” to klasyczne punk rockowe nagranie. Trwa niecałe trzy minuty, posiada dobry, optymistyczny refren oraz atmosferę barowej popijawy rodem z irlandzkiego pubu. „Drink some more” obyło by się i bez gitary gdyż całą melodię zwrotek wygrywają dudy wraz ze skrzypcami. Połączenie to pozornie nieważne, ale pod względem budowy same w sobie interesujące. I jeszcze ta tematyka wraz z bezkompromisowym refrenem „so we’re drinking we’re drinking we’re drink some more we’re drinkin we’re drinkin we’re drinkin for free…” Tych gości nie da się nie lubić. Nastrojowa ballada „Guy On Stage” zdecydowanie przypomina „The Maple Trees Remember”, a brak punkowego brudu blisko przywołuje niektóre dokonania The Pogues. Zamykające „Culling The Herd” wyważono pomiędzy spokojem a dynamiką. Już w zwrotkach dochodzi do wrzenia zakończonego perkusyjnym skandowaniem, solidnymi rockowymi gitarami oraz wokalną ścieżką bliską tej z kawałka „In Vein”, Alkaline Trio.

Wytwórnia Fat Mike’a z dumą wystawiła swojego pionka na irish-folkowo-punkowym polu. Miał już celtycki punk lepsze płyty nawet w tym najbliższym współczesności okresie. „Off the leash” dolewa oliwy do ognia, ale wciąż cieszy uszy. Osobom nie mającym wcześniej z takim graniem do czynienia, nie świadomym jego korzeni przejdzie bez bólu tak jak i fanatykom gatunku, którzy tym smakowitym kąskiem nie pogardzą. Ci co lubią się czepiać są tu najbardziej stratni.


Mew - No More Stories Are Told Today, I'm Sorry, They Washed Away (2009)












8

Jak wyglądają na dzień dzisiejszy skojarzenia miłośników muzyki alternatywnej odnośnie krajów skandynawskich? Zdecydowana większość w odpowiedzi wykrzyknie: SZWECJA! Młodzi przywołają pewnie nazwy takie jak Tough Alliance, Sally Shapiro, Jens Lekman. Ci z reumatyzmem wymówią słowo ABBA. Spora część zawoła jednak: FINLANDIA! ISLANDIA! Bo Sigur Ros, bo Björk, The Knife i Múm. Ktoś tam wpadnie na pomysł: NORWEGIA. Z tym, że będą to głównie skojarzenia z palącymi kościoły blackmetalowcami, więc ta osoba ostatecznie zamilknie ze wstydu. Wreszcie kilka jednostek w tłumie nieśmiało wyduka: „Dania?”

Wszystkich wyżej wymienionych dzieli naprawdę wiele. Wspólną cechą jest oryginalność. Ta stylistyczna niesamowitość i klimat jakże daleki od tego co czynią liczebnie potężniejsi Amerykanie lub Anglicy. Dla wielu tych artystów najodpowiedniejszym słowem byłaby po prostu magia. Bajeczne Sigur Ros czy fascynujące wyczyny Jóhanna Jóhannssona to mimo wszystko trochę inna wrażliwość niż takich Mercury Rev dajmy na to. Oni są niewątpliwie wyjątkowi, jedyni w swoim rodzaju. Istnieją względem nich podejrzenia o kontakty z innymi światami (elfy, kosmici). Duńczycy z Mew natomiast całą swoją artystyczną wrażliwość, ogromną twórczą wyobraźnię i w podobnym stopniu czarodziejską atmosferę filtrują przez sukcesywnie rockowe/popowe wymiatanie. Płytą „And Glass Handed Kites” udowodnili trzy lata temu, iż są jednym z najciekawszych indie bandów na kuli ziemskiej obecnie. Teraz za pomocą “No More Stories Are Told Today, I'm Sorry, They Washed Away” wypadałoby to jeszcze potwierdzić.

Funkcję głównej perły jaką w 2006 było „The Zookeeper’s Boy” pełni znany nam od bardzo dawna singiel „Introducing Palace Players”. W wersji albumowej trochę dłuższy, wzbogacony minutowym intro. O ile w „Zookeeper’s Boy” zauroczyło śpiewane cieniutkim głosem słynne „are you? my lady are you?” tak tu nie można się uwolnić od genialnie połamanej rytmiki utworu. Jonas Bjerre nadal przybiera tony zwykle mężczyznom w jego wieku niedostępne. Śpiewa trochę jak przedszkolak, trochę jak krasnoludek, który wybrał się do lasu na jagody. Inteligentnie skrojony opener „New Terrain” zaprasza do ich barwnego, bogatego świata gdzie shoegaze’owe pasma rodem z ostatniego M83 eksplodują słuchaczowi do ucha. „Repeater Beater” dowodzi biegłości w wymyślaniu intrygujących motywów na przestrzeni utworu pojawiających się więcej niż jeden raz. Sami siebie opisali kiedyś jako „pretensjonalną kapelę art.-rockową”. Jest to dość dobre określenie, bo przecież wokal trąci poniekąd celową pretensją, a obcowanie z ich muzyką i obserwacja tego w jaki sposób budują utwory przywodzi na myśl krótkie, najbardziej adekwatne słowo: „art”.

Obronną ręką Mew wybrnęli także z formuły napisania siedmiominutowej, epickiej pieśni. Pozornie ckliwe i nieefektowne „Cartoons and Macreme Wounds” przy bliższym zetknięciu okazuje się piękną, kunsztowną balladą. Ekstatyczne rozwinięcie delikatnego „Hawaii”, a w zasadzie jego całość przynosi kolejny moment satysfakcji. „Tricks” dyskretnie przemyca feeling wrażliwej 80’sowej dyskoteki. W błyskotliwym „Sometimes Life Isn’t Easy” klasycznie nawarstwia się wielowymiarowość tkanki kompozycyjnej. Zarówno w nim jak i końcowym „Reprise” znowu słyszę echa zeszłorocznego Gonzalesa. Pominięte wcześniej „Beach” oraz „Silas The Magic Car” podchodzą pod wzorowe popowe piosenki. Jedyny moment przy jakim kręcenie nosem jest uzasadnione to „Vaccine”. To raczej średniak, nie pasjonujący tak jak praktycznie cała reszta.

Mew nie zawiedli. Do swej dyskografii dorzucili kolejną więcej niż solidną pozycję. Znów ujęli wrażliwością, ulotnym klimatem, ale przede wszystkim mocarnymi kompozycjami. Wyczyn jakim niebywale jest “No More Stories Are Told Today, I'm Sorry, They Washed Away” wydaje się przy tym jakby dokonany z niewielkim trudem. Są utalentowani, pomysłowi, posiadają szerokie horyzonty, więc nagrali sobie znakomitą płytę. Jakie to proste. Duńskie trio to dziś gracze, na których warto stawiać. Jeżeli odpowiadają za albumy takie jak ten albo „And The Glass Handed Kites” wymknięcie się z rankingów dekady jest w ich przypadku raczej mało prawdopodobne.

niedziela, 27 listopada 2011

Cursive - Mama I'm Swollen (2009)












8

O „Mama I’m Swollen” zdarzyło mi się pisać dwa razy. Najpierw w długiej recenzji dla pewnego nieistniejącego już serwisu (7/10), następnie w podsumowaniu roku 2009 również dla niego. Opinie zmieniały się, a ta pierwsza na dzień dzisiejszy jest najmniej aktualna. Mimo to po drobnym retuszu wciąż utożsamiam się z ¾ pierwszego tekstu i całością drugiego.

1

„In The Now” to jakby post-scriptum po punkujących kawałkach lat poprzednich. Szybkie tempo, intrygująca przebojowość i klimat potęgowany przez zgrzyty gitary. W tekście mamy zaledwie cztery powtarzane w kółko linijki, ale wynagradza to przeznakomity fragment pod koniec z nagłym zahamowaniem prędkości słowami „repeat, repeat repeat!”.

„From The Hips” udostępniono w internecie na długo przed premierą płyty. Najpewniej pierwszy singiel. Spokojny, przyjemny równie przylepny jak poprzednik. W połowie drugiej minuty za sprawą perkusji robi się nieco żywiej, ale ładniutka melodia nie daje za wygraną. Naprawdę fajna piosenka. „I Couldn’t Love You” brzmi poprawnie. Nie ma zbytnio o czym mówić. Nadal mamy do czynienia z ułożonym albumem. Na nic słabszego Kasher i spółka nie mogli sobie pozwolić. Z niego rodzi się klimatyczny „Donkeys”. Zabójcza jest ta pozytywka nadająca dziecięco-klaustrofobicznego nastroju. Ta pieśń jako jedyna prawie sięga urokiem ballad rodem z „The Ugly Organ”.

W „Caveman” świetną melodię budują za pomocą specyficznie brzmiących klawiszy. Te dwa kawałki umiejętnie wkręcają w klimat. „We’re Going To Hell” jest już w nim umoczony po uszy. Tu też daje o sobie znać „organiczna” atmosfera. W „Let Me Up” da się słyszeć kościelne organy, Tim powtarza tytuł utworu, jest trochę gitary i trąbki. Utwór powoli dochodzi do wrzenia zakończonego wybuchem wokalnym i instrumentalnym. Kolejne „let me up” brzmią już jak płaczliwa prośba a chwilę później tytułowe słowa zostają potężnie wypowiedziane wraz z podniosłością orkiestrowego aranżu. Tym razem bardziej jak groźba…

Najdłuższa w zestawie „What Have I Done” kończąca szósty album Cursive jest na szczęście tworem całkiem konkretnym. Opowieścią o mężczyźnie, który zaszyty w motelu w El Paso wyżala się oraz wspomina dotychczasowe jałowe życie („I spent the best years of my life/Waiting on the best years of my life”). Dźwięk nieźle łączy się z tekstem. Strukturalnie przypomina „Bad Sects” z „Happy Hollow” oraz „Staying Alive” kończące „Ugly Organ”. Rozpaczliwe „What Have I Done? What Have I Done?” przy ostatnich mocnych dźwiękach (ten sam zabieg co dwie piosenki wcześniej) pozostawiają bohatera dramatu gdy sztuka dobiega końca.

Album za nami. Wnioski? Nie ma ani wiolonczeli ani dużego udziału ledwie słyszalnych dęciaków. Jest klimat, ale niesamowita dynamika gdzieś się ulotniła. Nie ulega wątpliwości, że legendarna kreatywność Kashera nieco oklapła. Teksty nie wypadają tak zacnie jak dawniej bo choć znajdzie się takie "The world was built on ego, It was built on slaves/The world was built on a tickle, Between our legs" a i banały Tim potrafi wyśpiewać przekonująco ("don’t tell me what you want cause I don’t wanna know") przebłysków talentu w tej kwestii doznajemy zbyt rzadko. Nie ma jednak mowy o ogromnym rozczarowaniu. Początkowe przesłuchania mogły wprawdzie budzić poważny niepokój, ale „Mama I’m Swollen” prędko ukazało swoich kilka wcale nie oczywistych walorów. Nie wiem czy się cieszyć, że jest dobrze czy żałować, że jest tylko dobrze. Najpewniej wybiorę i jedno i drugie. Płytę przyjmuje choć nie zadowala mnie ona w pełni. Odliczanie do następnej już rozpoczęte.

*

5. Cursive – Mama I’m Swollen (z podsumowania 2009)

Najbardziej niedoceniony z recenzowanych przeze mnie albumów i dowód na to jak łatwo można pomylić się względem muzyki. Nie żebym opisywał go kilka miesięcy wcześniej bez zastanowienia i po łebku, ale nawet jeśli wtedy poświęciłem „Mamie” naprawdę sporą ilość odsłuchów to i tak było za mało. Czas okazał się decydujący. Fakt, że to płyta po jaką sięgałem w 2009 zdecydowanie najczęściej, świadczy sam za siebie. To wciąż Kasher w pełni artystycznych sił, skierowany jedynie w zupełnie inne rejony niż na "Happy Hollow". Ostatecznie stwierdzam, iż nie ma tu ani jednej piosenki rozczarowującej. Każda daje coś od siebie w zupełnie inny sposób. Wymiatające „In The Now”, nieprzyzwoita przylepność „From The Hips” czy prosta przyjemność ze słuchania „I Couldn’t Love You”. Można tak wymieniać jedną po drugiej. „Donkeys” wprowadza w głęboki, nieco koszmarny klimat. „Caveman” ucieka od niego żwawszym, porywającym tempem. Z kolei „We’re Going To Hell” na dobre wciąga w nastrojowe bagno. Nie pierwszy już raz muszę oddać pokłon tekściarstwu Tima. Ono jest silnikiem dla dziesiątkowego „Mama I’m Satan”. Poprowadzonego mrocznymi linijkami prosto do burzliwego, chaotycznego zakończenia. Rozszalałe trąbki, dęciaki i żarliwie skandowane „I cast you out! I cast you out! I drag you out!” wyrzucają mnie z butów. Sam finał w postaci „What Have I Done” zasługuje na miano najbardziej elektryzującego closera roku. Od zdołowanego początku do wyładowującego frustracje, przeogromnie dramatycznego zakończenia. Czyżby muzyczna auto-terapia kompozytora? Skoro tak to Kasherowi trzeba życzyć aby swoje smuty nadal przelewał na albumy tak głębokie, doskonałe i paradoksalnie bardzo chwytliwe.

piątek, 1 lipca 2011

Now, Now Every Children - Cars (2009)












7

So maybe you’re young without youth, or maybe your old without knowing anything’s true, I think you’re young without youth…

Takie też wrażenie odnoszę przy okazji słuchania zespołu Now, Now Every Children, obecnie znanego pod prostszą nazwą Now, Now. Podopieczni Afternoon Records (wytwórni z której pochodzi również hajpowane kiedyś przeze mnie One For The Team) pozornie stanowią młodą kapelę grającą indie-rocka dla młodzieży. Są, a właściwie trzy lata temu byli mniej więcej w moim wieku (świeżo koło dwudziestki) i wydawać by się mogło, że taki jest też ich target.

Okazuje się jednak, że dzieciaki te wyrosły odrobinę za szybko. Nie mają nic wspólnego z gówniarską punkową muzyką ani wesolutkim indie-popem. Intrygująco urodziwa Cacie Dalager śpiewa smutnym głosem będącym jakby wypadkową islandzkich wokalistek (Bjork, pani z The Knife i pochodne typu Soap & Skin) z bardziej amerykańskim/kanadyjskim stylem. Przygrywa jej zespół operujący raz to stonowanymi raz hałaśliwymi gitarami i klawiszami a la zgaszone Tokyo Police Club. Rezultat – co najmniej niezły. Mają potencjał, niechaj nie zawahają się go wykorzystać.

I tak „No One But Two” rozpoczyna płytę dla nad wiek dojrzałych nastolatków czy też studentów pierwszego roku nie myślących wyłącznie o dupach i browarze. Dalager jest tu jak zagubiona, zamknięta w sobie dziewczynka. Krucha nieśmiała, która nigdy nie porwie się na wrzask czy agresywniejszy ton. To jednak w jej wokalu ujmuje. To z nim w tak specyficzny i pociągający sposób zgrywają się nawalające niemal w każdym numerze gitary i dynamiczna perkusja. Dla zrozumienia posłuchajcie choćby kapitalnego „In My Chest”.

Materiał ten choć wrażliwy nie zawiera w sobie hektolitrów melancholii ani przesadnie egzaltowanych emocji. Łatwo ich piosenki polubić, delikatnie przy nich zasmucić i porozmyślać o swoich problemach. Nie wszystko brzmi idealnie, dłużyzny niektórych fragmentów radziłbym wręcz pomijać, ale nie zapominajmy, że to w końcu tylko debiutanci. Na swój wiek świadomi i dojrzali, ale zawdzięczający urok także tej właśnie skłonności do popełniania błędów…

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Spoon - singlografia

Znudziło mi się już trochę suche opisywanie kolejnych płyt, dawanie oceny i linka do YT pod spodem. W ramach odmiany robię dziś świąteczny przegląd małych płyt wydanych przez od lat niezawodną, pochodzącą z Teksasu grupę Spoon. Zespół moim zdaniem szczególnie ciekawy pod względem singlowym i poszczególno-piosenkowym, bardziej nawet niż całościowo-albumowym. (LOL)


All the Negatives Have Been Destroyed / Irrigation Man / If You Say So (1996) 8/10












Próbka stylu Spoon z czasów dwóch pierwszych płyt. Punkowy, energetyczny indie-rock sprawnie zamknięty w głodowych siedmiu minutach. Nonszalanckie “I had a feeling from the start of it you could say so, motherfucker, You could say so, motherfucker” i przyjemnie brzmiące gitarowe przejścia w “All The Negatives…”. Przyzwoity numer środkowy oraz będące jakby kontynuacją indeksu pierwszego “If You Say So” raz jeszcze stawiające na dziki rock’n roll.

LINK


Not Turning Off / Party Up (1996) 6/10












Drugi singiel z wydanego dla Matadora debiutu „Telephono”. Tym razem coś bardziej na kształt Chavezowego grania, pozbawione chwytliwości „All The Negatives…” czy gracji mojego faworyta z pierwszej płyty „Dismember”. Nadal z jajami, ale chyba nie warto się na dłużej zatrzymywać.

LINK


Car Radio (1998) 7/10

Dwie wersje (1:30 i 2:04) krótkiego przeboju z “Series Of Sneaks” + 47 sekundowe „Audio Bio”. Całkiem spoko kawałek, nie zdążysz nawet zauważyć, że się zaczął, a już dobija do końca. Niestety nie daje przy tym takiego kopa jak potrójny singiel debiutancki. Lepiej sprawdza się jako część składowa płyty niż samodzielny byt.

LINK


Anticipation / Headz (1998)














The Agony of Laffitte (1999) 8.5/10












Dwa kawałki wydane na singlu dla Saddle Creek chwilę po wyrzuceniu z majorsowego Elektra Records. Tytułowy to Spoon w smutno balladowym, deszczowym nastroju. Świetna piosenka, którą w ramach lo-fi’owych klasyków można postawić tuż przy „Advance Cassette”. „Laffitte Don’t Fail Me Now” zaś, logicznie wychodzi z punktu zakończenia poprzednika, jawiąc się utworem już nie tak szaro-burym, nieco żwawszym, ale nadal nie za wesołym. Co ciekawe w warstwie tekstowej mamy do czynienia z dissem na Rona Laffitte’a, człowieka od A&R’u z Elektry, do którego kapela Britta Daniela miała szczególny żal (now all that I want to know, are you honest with anyone?).

LINK


Anything You Want (2001) 7.5/10












Czasy złego labelu i grania hałaśliwego post-punku już za nimi. Wraz z „Girls Can Tell” zaczyna się złota dekada Spoon pod banderą Merge. Na pierwszy ogień idzie „Anything You Want” – elegancki, melodyjny kawałek, zupełnie daleki od łomotów sprzed kilku lat. Kompozycyjnie bez szaleństw, ale z głową, dawkowanie motywów, wszystko na swoim miejscu. Tak się teraz będzie pisać indie-popowe numery.

LINK


Everything Hits at Once (2001) 8/10












Klasyczny opener płyty z zieloną okładką. Pełna dojrzałość, gustowny klimat, ktoś napisał, że „The best song Elvis Costello never wrote.”. Na tym albumie przebija go już tylko genialnie zamykające “Chicago At Night” (ewentualnie „Me And The Bean”).

LINK


Car Radio / Advance Cassette (2001)












Powtórka z rozrywki. “Advance Cassette” znakomicie udające Pavement powinno być wydane jako główny singiel z “The Series Of Sneaks”, ale to szczegół.

LINK


Someone Something (2002) 6/10












Świetnie przyjęte “Girls Can Tell” bardzo szybko doczekało się follow-upu w postaci jeszcze lepiej przyjętego “Kill The Moonlight”. „Someone Something” wybrane na pierwsze promo czwartego krążka „Łyżki” oparto niemalże w całości na monotonnym klawiszowym motywie, którego nieznaczne zmiany nie przynoszą wiele ciekawego, podobnie zresztą jak hand-clapy w końcówce. Nie tym razem Sztućcu.

LINK


Jonathon Fisk / Stay Don't Go (2002) 6.5/10











(w wolnym tłumaczeniu)

Pitchfork: Na czym bazuje “Jonathon Fisk”? Wygląda na to, że kryje się tam jakieś uraz.

Britt: To tylko koleś, który bił mnie kiedyś w szkole średniej. No wiesz, typ gościa, który męczy cię, śmieje się z ciebie w stołówce, a potem próbuje jeszcze nękać po lekcjach, w drodze do domu.

Jonathan Fisk always a risk, tells me he counts my teeth every night
I wanna get all back now, I wanna get em Allright


Aktualnie Jonathon Fisk podobno pojawia się nawet czasem na koncertach Spoon.

LINK


The Way We Get By (2003) 6/10












Chyba jeden z bardziej znanych numerów, ale czy najlepszych to na bank bym polemizował. Nie jestem wielkim fanem ani tego kawałka ani całego „Kill The Moonlight”, choć „All The Pretty Girls Go To The City” oczywiście zajebiste jest.

LINK


I Turn My Camera On (2005) 7/10











Od kwadratowego nawalania po coraz wyraźniejszą muzykalność (sprawdźcie sobie na ilu instrumentach Britt Daniel zagrał na „Gimme Fiction"), wpływy soulu i popową zajebistość. „I Turn My Camera On” śpiewane przez Britta w manierze Prince’owej plus pociągająca rytmika równa się najbardziej przystępny dla radia singiel zespołu.

LINK


My First Time Volume 3 (2005) 8/10












Rzecz poza-płytowa. Nie trudno jednak zauważyć, że pochodząca z epoki piątego krążka. Funkowe, zbudowane na fantastycznej wręcz, bogatej melodii „My First Time” to mało znany fragment ich twórczości, choć zdecydowanie warty umieszczenia wśród tych najlepszych. Poza tym pierwsza kolaboracja Daniela z obecnym klawiszowcem Ericiem Harvey’em.

LINK


Sister Jack (2005) 7.5/10












Ostatnie ogniwo promowania „Gimme Fiction” i powrót do singli brzmiących typowo gitarowo. Rozkoszna jak zwykle sekcja rytmiczna, poza tym wrażenie delikatnie Beatlesowskiego podejścia do kompozycji. Nie taki wypas jak „I Summon You”, ale i tak kawał ładnej roboty.

LINK


Don't You Evah (2007) 5/10












Saga “GaGaGaGaGa” rozpoczęta. Szczerze mówiąc nie bardzo rozumiem o co właściwie chodzi w tej piosence, ale o to wypadałoby już zapytać kapelę The Natural History odpowiedzialną za oryginał („Don’t You Ever”). Bardzo średni wycinek albumu, z którego można było wykroić niejeden fajniejszy indie-popowy hit.

LINK


The Underdog / It Took a Rumor to Make Me Wonder, Now I'm Convinced I'm Going Under (2007) 8.5/10












Czego do tej pory jeszcze nie było w kawałkach Spoon? A na przykład sekcji dętej. Błąd ten jednak bardzo łatwo da się naprawić, nagrywając przy okazji najbardziej pozytywny i sympatyczny singiel jaki im się przytrafił. W wyobraźni wizualizuje mi się występ u Lettermana z szczerzącym swoje zębiska Brittem i przygrywającymi na dęciakach Meksykanami.

LINK


You Got Yr. Cherry Bomb (2008) 9/10












Prawdopodobnie mój ulubiony singiel ekipy z Austin, choć w kategorii ogólnej to nie-singlowe „Advance Cassette” , „Summon You” i „Chicago At Night” byłyby górą. „You Got Yr. Cherry Bomb” brzmi jak piosenka napisana przez człowieka szczęśliwie zakochanego i już przez sam ten fakt nie da się jej nie polubić. „Wiśniowa” melodia być może najbardziej słodka i urokliwa w Spoon’owym repertuarze. Sam Britt Daniel w jednym z wywiadów określił ją jednak jako smutną.

LINK


Got Nuffin (2009) 7/10












Najpierw na EP’ce o tym samym tytule, następnie na długogrającym „Transference”. „Got Nuffin” to numer na tyle dobry, że nikogo nie powinno dziwić, iż zespół umieścił go na dwóch wydawnictwach. Czterominutowa jazda na post-punkowym motywie, niektórym przywodząca na myśl Dinosaur Jr. Całkiem wciągająca.

LINK


Written in Reverse (2009) 6.5/10












Na pierwszym planie wyraziste pianino, charyzma wokalna Britta, tuż za nimi gitarowe zagrywki, a wszystko to składające się na obrazek muzyki brzmiącej bardzo amerykańsko (pstrykanie palcami wskazane). „Solid” jest słowem jakie pasuje mi w tym miejscu najbardziej. Kolejny udany kawałek od zespołu, który zupełnie nie opanował umiejętności rozczarowywania swoich słuchaczy.

LINK

czwartek, 21 kwietnia 2011

Thursday - Common Existence (2009)












10

Szczerze, nawet przez chwilę nie wątpiłem w ten album. Jego niezajebistość po prostu nie wchodziła dla mnie w grę. Z głównego singla „Resuscitation Of a Dead Man” chłonie się zarówno całość jak i poszczególne fragmenty. „Can you feel a pulse? It's been stopped for so long Can you start it? Can you feel a pulse It's been stopped for so long Let's restart it!” to było coś. „Last Call” - miażdżący początek z sugestywną, apokaliptyczną perkusją i smutnawo śpiewane la la la la la pod koniec. „Common Existence” zapisuje się w historii jako najmocniejsza płyta Thursday. Mniej tu wrzasków niż na „Full Colapse”, ale gitary i perkusja uderzają głośno, obficie i solidnie. Nie do porównania z „A City By The Light Divided”, który jawi się jako spokojny album z kilkoma tylko petardami. Miłe zaskoczenie bo po splicie z Envy mogliśmy spodziewać się raczej refleksyjnego post-rocka, tymczasem tu dostajemy regularny rozpierdol. Wracając do „Last Call”. Otaczają go ciemne, burzowe chmury, a my jesteśmy w samym środku. Ta niewyraźna melodyjka między ścianami dźwięku. Ten tekst… Ta refleksja połączona z mocą. Pasjami mógłbym słuchać początku „Beyond The Visible Spectrum”. Jakaś hinduska melodia zniekształcona gitarowym smutkiem rodem z szarego, smętnego New Brunswick, po chwili coś tak specyficznie porywającego, a zarazem melancholijnego, że szczęka opada. „Time’s Arrow” - czyste, dojrzałe dźwięki deszczowego akustyka. Balladowe piękno w nieskazitelnej formie. Brzmią jakby zagospodarowali sobie więcej przestrzeni i wykorzystali ją w najlepszy z możliwych sposobów. Może to zasługa ich wyrobionego w ciągu 10 lat od pierwszej płyty warsztatu. Może produkcji Dave’a Fridmanna. A może po prostu tego jaką radość im to sprawia i z jaką pasją starają się zrealizować swoje cele.

poniedziałek, 27 września 2010

Nielubiane płyty lubianych zespołów

Krytycznie, ale mam nadzieję kulturalnie. O płytach, które swojego czasu mnie rozczarowały.

Joan Of Arc – The Gap (2000)












3.5

Z całym moim szacunkiem i radosnym podejściem do wszelkiej twórczości Tima Kinselli, ten akurat album zasługuje na marne oceny jakich doczekał się w większości serwisów opiniotwórczych. Mówić za bardzo nie ma o czym. Płyta jest dziwna. Niezrozumiała, pochrzaniona, poszukująca sensu od początku do końca, nie znajdująca go nawet na moment. W dodatku wymęczona, brzmiąca jakby nagrywano ją od niechcenia. Oczywiście typowo Joan Of Arc’owe lanie wody na upartego może się niektórym spodobać, ale po co się męczyć skoro można sięgnąć po znacznie lepsze płyty od tych panów. Zarówno te poprzedzające „The Gap” jak i nagrane już po nim.


The Cure - „4:13 Dream” (2008)












4

Same lata 80’te wystarczą by marce The Cure wybaczyć każde późniejsze mizerie w rodzaju „4:13 Dream”. Bo jak wielu może się poszczycić stworzeniem siedmiu wyłącznie bardzo dobrych i wspaniałych dzieł w ciągu dziesięciu lat? Dziś przeciętny zespół w tym czasie byłby w stanie wydusić z siebie jakieś trzy krążki, z czego trudno byłoby mu utrzymać wysoki poziom na każdym, nie wspominając już o jakimś wyraźniejszym zapisaniu się w historii swojego gatunku. Jeżeli „The Top” (tak, lubię ten album) uznać za najsłabsze osiągnięcie tamtego okresu, a zjawiskową trylogię za najwybitniejsze oraz przyjąć, że Smith ukoronował wszystko wielkim „Disintegration”, stworzonym jeszcze przed ukończeniem trzydziestki to wypada tylko słać pokłony i nie czepiać się, że po prawie trzech dekadach panowie nie są w stanie nagrywać już rzeczy na czołówki list roku.

Ale. Ich problem, że za sprawą „Bloodflowers” i „The Cure” pokazali światu, że jeszcze mogą, że jednak wciąż się liczą i wciąż możemy na nich liczyć. Choć przygasło zarówno tempo jak i efektywność to za płyty z lat 2000-2004 i tak należą im się kolejne słowa uznania (Cure z lat 00 > Cure z lat 90’tych). W tym momencie dzieje się coś co właściwie przyjąłem swojego czasu ze spokojem. Pokładaliśmy nadzieję w „4:13” a niewielu z nas prócz die-hard fanów ten album usatysfakcjonował.

„Only One” było sympatycznym singlem, „Freakshow” również. Dodatkowo pierwsze nagranie na płycie „Underneath The Stars” robiło doprawdy epickie wrażenie o ile nie wiedziało się, że to b-side trzymany jeszcze od czasu „Disintegration”. Niemal całe pierwsze dwadzieścia minut płyty to jeszcze nie jest zawód. Całkiem przyjemne, przyzwoite granie, trzymanie w niepewności, czekanie na większe momenty, ale już poziom szóstkowy mniej więcej. No, ale niestety, bańka pryska po króciutkim „Siren Song”. Rozpoczyna się jakiś totalny bełkot, który trwa i trwa i trwa tak już do końca, z ewentualnym wyjątkiem w postaci „Sleep When I’m Dead”. Bez zatroszczenia się o choćby jedną, udaną melodię, jakiś ciekawy riff tudzieź inny hook, który mógłby słuchanie uprzyjemnić. Materiał zdecydowanie cierpiący na suchoty.




Brand New – Daisy (2009)












5

Brand New to zespół nieobliczalny i przewidywalny w jednym. Zdążyli już przyzwyczaić sympatyków do wcale nie małych zmian jakie zaliczają z płyty na płytę. Co prawda nikt nigdy nie wie w co teraz wyewoluują, jedno jest jednak pewne jak słońce na niebie. W żadnym wypadku nie zaprezentują drugi raz tego samego co poprzednio. Najpierw w lightowym stylu śpiewali o sobotnich nocach, relacjach z byłymi, lub zauroczeniach paniami z TV. Na „Deja Entendu” przyjęli sobie odważniejszą i o wiele bardziej pomysłową stylistykę. Świetny to był album trzeba przyznać, dokumentujący rozwój młodej kapeli. Przy okazji trzeciego krążka ambicje rozrosły się jeszcze bardziej. Powstało „The Devil and God Are Raging Inside Me”. Melancholijne, dojrzałe dzieło wypełnione pierwszego sortu smutnymi melodiami i balladami jakie można sobie puszczać pijąc do lustra po urazie miłosnym.

Nie odpuścili i tym razem. Nadal pragnąc się przeobrażać poszli w odważne kombinowanie. Należy docenić, że lider grupy Jesse’a Lacey nie zawahał się eksperymentować z mało przystępnymi brzmieniami, dziwnymi pomysłami, szorstkim brzmieniem. Ryzyko nie zawsze się jednak opłaca. Po dwóch szczęśliwych strzałach tym razem chyba czegoś zabrakło. „Daisy” to niezbyt dobra płyta, za bardzo przekombinowana, miejscami zwyczajnie nudna. Już początek w postaci rozwrzeszczanego, hardkorowego „Vices” każe zadać pytanie WHAT THE FUCK?!! Czy to w ogóle Brand New? Może i nie byłoby najgorsze na jakiejś innej płycie, obok innych kawałków, albo przynajmniej w innym miejscu. Reszta to swoją drogą też niezły bajzel. Po nawet przyzwoitym „Bed” przychodzi kolej na wyjątkowo beznamiętny, singlowy „At The Bottom”. Ten refren… litości. Zacina się tam w międzyczasie płyta, jakieś efekty, jakieś „artystyczne” zabiegi. A dajcie spokój.

Trzy najlepsze moim zdaniem momenty. „Gasoline” głównie dzięki hałaśliwym, przekonująco nawalającym gitarom i perkusji. A także desperacji w głosie Laceya, który chociaż na „Daisy” wkurza mnie jak nigdy tu w ostrym, niewątpliwie udanym fragmencie zręcznie wpasowuje się w sugestywny, instrumentalny zgiełk. „You Stole” doskonale przywołujący czasy „The Devil and God…”. Głęboki, atmosferyczny, trochę mroczny. W dodatku w dalszej części pojawia się w nim potężna ściana dźwięku i melodia pomiędzy nią. Nic czego nie byłoby w 2006, ale tak zajebiste jak wtedy. Kończący „Noro” z potencjałem do poruszenia człowiekiem od środka. Raz jeszcze świetne połączenie smutnego klimatu z mocniejszym uderzeniem.

Co nie zmienia faktu, że numery pokroju „Jar”, „Sink”, „Bought a Bride” niewiele mają w sobie fajnego o ile w ogóle cokolwiek. Niektóre zapowiadają się nieźle, mogłyby podtrzymywać dobry nastrój, ale Lacey ma niezwykły talent do psucia wszystkiego swoimi gwałtownymi krzykami. To było dobre w kawałku „Sowing Season (Yeah)”. Tutaj razi. Ujdzie jeszcze tytułowy „Daisy”, który wyszedł im gdzieś tak do połowy. Można bronić „Daisy”, mówić, że to materiał niełatwy, kazać się wsłuchać i podkreślać jego eksperymentaly charakter. Po kilku przesłuchaniach mam jednak dość, bo mało w tym przyjemnego a na cholerę mi płyta, która przez ¾ trwania nie sprawia mi przyjemności?




Sparta – Threes (2006)












3.5

Nie od samego początku „Threes” budziło we mnie całkiem negatywne odczucia. Po „Porcelain”, na którym ruszyli ścieżką wytyczoną przez spokojniejsze fragmenty debiutu, styl trzeciej płyty odebrałem jako naturalne następstwo. Lata lecą, człowiek pokornieje, ostrego, spontanicznego grania mu się odechciewa. Energia i tak już nie ta. Niejeden rock’n rollowy muzyk z wiekiem skłania się ku harmonii, ciszy, ku balladom. Tak chyba było z Jimem Wardem przy okazji „Threes”. To nadal płyta podpadająca pod „gitary”, „dynamikę”, „alternatywnego rocka”.Brzmiąca jednak jakby z dawnej Sparty wyciśnięto wszystkie soki. Jeśli chcesz grać ładne, klimatyczne piosenki to chociaż o nie zadbaj! Niech zapadają w pamięć, a nie będą takie szare i smętne. „Threes” kojarzy mi się z żuciem jednej gumy przez kilka dobrych godzin. Wszelkie zabiegi są tu powtarzalne i nieciekawe. Jakieś rozciąganie i pompowanie kompozycji, kolejne przejścia od ciszy do głośności, następne nieprzekonujące gitarowe „bum” w środku utworu. Zdecydowanie zbyt dużo tak zwanej „przestrzeni”, pod którą nic się nie kryje. Rozwój wydarzeń łatwy do przewidzenia. Można się nawet nabrać jeśli nie słucha się w wielkim skupieniu. Mały plus za singlowe „Taking Back Control”. Wśród reszty ze świecą szukać, choć w połowie tak dobrego numeru.

piątek, 23 lipca 2010

Owen - New Leaves (2009)













8.5

Mike Kinsella a.k.a Owen od około dekady buduje swój żelazny wizerunek, tworząc muzykę spokojną, urokliwą i dość ascetyczną. Za początek tej drogi możemy uznać American Football, z którym wydał jedną płytę w 1999. Mike jako Owen brzmi już jednak trochę surowiej. Zazwyczaj na kształt kompozycji miewają wpływ tylko ona i on. Gitara i głos. Choć nierzadko słychać tam też dzwonki, wysmakowane solówki, niekiedy niepozorne wstawki skrzypiec. Chłopak tyle czasu gra swój lo-fi-folk w niezmieniony sposób, że mamy czasem wrażenie słuchania jednej piosenki na okrągło. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom. Jak na tak ograniczone pole działania, przez cały czas potrafi zachwycać. 

Po pierwszym odsłuchu "New Leaves" byłem zdania, że Mike przejechał się na kolejnym już eksplorowaniu tej samej stylistyki. Drugie odkryło przede mną prawidłowy obraz albumu. Na bank prawidłowy, bo kolejne przesłuchania tylko to potwierdziły. 22 września. Lepszej daty wydania nie można sobie wyobrazić. Jego poprzednika "At Home With Owen" chyba przez tą okładkę bardziej kojarzyłem z leniwym, letnim słuchaniem. Tymczasem "New Leaves" całkiem podobny przecież, świetnie wpasowuje się w jesienne barwy. Może dlatego, że wrzesień to praktycznie dopiero początek jesieni. Słońce jeszcze nie odpuszcza, jest ciepło, ale liście już zaczynają opadać. Jesteśmy w okresie „pomiędzy”. Teraz pan Kinsella ma szansę się wykazać.

Tytułowy "New Leaves" ze swoją zniewalającą melodią, wspomnianymi dzwonkami i idealną harmonią zaczyna niczym najwyższej klasy opener. Może nie aż tak, jak klasyczny "Bad News" trzy lata wcześniej, ale to bez znaczenia. Fajnie, że tym razem Mike oszczędził nam kompozycji trwających 6-7 minut. Najdłuższa trwa 4:42, najkrótsza 2:47, jest więc rozsądnie i istnieje mniejsza szansa, iż ktoś mało odporny się zanudzi. "Good Friends, Bad Habits" znałem od wakacji, a niektórzy jeszcze od splitu Owen/The City On Film z roku 2007. Moim zdaniem to utwór na płycie najlepszy, a już na pewno najbardziej wyrazisty, zdradzający ciągoty do literackich odniesień (they fuck like Wilde, and die like Hemingway). W nim znajdziemy kapitalny, nostalgiczny fragment: Well sometimes, like every time, a train passes, I get jealous of the long nights, and blurred lights, the red eyes, the bar fights, where in the hell am I?

Skoro już o tym wspomniałem, to rozwinę myśl pod tytułem “teksty”. Wiadomo, że w takiej muzyce muszą być na poziomie. I są. Wystarczy spojrzeć na wspaniałe (również brzmieniowo) utwory "A Trenchant Critique" oraz "Amnesia and Me". Pierwszy równie doskonały, co dwa poprzednie ma w sobie coś delikatnie country’owego. Liryki za to tak zwyczajnie znakomite, afirmujące proste przyjemności: Well those were formative years, Maybe that’s why I like to drink my beers warm and I like to take my pants off. Drugi to piękne wyznanie miłosne dla żony, w którym metaforycznie została ona nazwana amnezją… (amnesia’s a pretty word to speak aloud or write, so I shall use it as a nickname for the girl I’ve in my life). Rock’n rollowy styl życia to na 100% nie jest coś dla młodszego z braci Kinsella. Wystarczy posłuchać słów: Now I know who I am, a house-broken one-woman man, Amnesia and Me, we’re sitting in our tree F-O-R-G-E-T-T-I-N-G everything we once new. Brzmi nieźle.


(recenzja pierwotnie publikowana 22.09.2009 w innym, nieistniejącym już miejscu)