Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 marca 2020

Carla Dal Forno - So Much Better (2019)












8

Smętny, eteryczny post-punk, nadający ton rozważaniom Carli Dal Forno wprowadza nas w intymną rzeczywistość „So Much Better” obezwładniająco skutecznie. Siła tej nieprzeciętnej wciągalności drzemie w hipnotycznym minimalizmie; powolnie kołyszącym basowym rytmie i beznamiętnym, acz absorbującym uwagę wokalu Australijki. Swoją drogą jest to ten rodzaj muzyczno-lirycznej narracji, gdzie wystarczy kilka początkowych dźwięków i linijek, aby dalej popłynąć już swobodnie z prądem opowieści oraz nastroju. Tak właśnie się dzieje, kiedy tylko Carla wymawia słowa: Walking to the station, I'm in such a bad mood…, a my, nie wiadomo jak i skąd, nagle zaczynamy towarzyszyć jej podczas zamyślonego, pełnego porozstaniowych refleksji spaceru. 

niedziela, 8 marca 2020

MGMT - In The Afternoon (2019)












8

W „In The Afternoon” MGMT podążają nieco podobną drogą, co w zapowiadającym poprzedni album singlu „Little Dark Age”. Elementem łączącym obydwa utwory jest z pewnością umiejętnie wplatana w szkielet popowej kompozycji upiorność. Dwa lata temu było jakby bardziej wampirycznie, tu zaś robi się ewidentnie gotycko. Tam królował creepiasty, cmentarny synthpop, tu Andrew i Ben serwują wyrafinowane psychodeliczne melodie wokalne oraz osobliwe jak zawsze partie klawiszy. Trzeba przyznać, że znów udało im się zaczarować. Piosenka nie zawodzi na żadnym ze swych etapów (zwrotki, mostek czy wpadające w ucho outro), urzeka refrenem (But you looked saaaad), a brzmieniowo i produkcyjnie jest zachwycająco kolorowa. Przebojowość spływa ze wszystkich stron, zaś zakończenie pozostawia z pozytywnym niedosytem, wymuszającym natychmiastowe odtworzenie kawałka po raz kolejny.

sobota, 7 marca 2020

Just Mustard - Frank // October (2019)












8

W ciągu zaledwie roku Just Mustard stali się dla mnie jednym z najbardziej ekscytujących nowych zespołów gitarowych. Wystarczył jeden album i jeden singiel. Wydany w 2018 mocny debiut „Wednesday”, gdzie zawarto choćby świetną piosenkę „Deaf” oraz zeszłoroczny „Frank // October”, na którym obydwa utwory przekonują, że wcześniej nie było jeszcze aż tak dobrze, żeby teraz nie mogło być lepiej.

Wypadałoby może zacząć od tego, że głos wokalistki funkcjonuje tu na zasadzie lekkiego dysonansu z instrumentami pozostałej części zespołu. Katie Ball mogłaby z powodzeniem występować w grupie grającej słodki dream pop, tymczasem w Just Mustard jej delikatna barwa, kontrastująca z mrocznymi gitarami i niepokojącą sekcją rytmiczną, pozwala na osiągnięcie mniej oczywistego, ale jak to często bywa bardziej intrygującego efektu. Na papierze niby nic nowego, pamiętamy np. Cranes, ale wystarczy posłuchać, aby przekonać się, że Irlandczycy wypracowali coś w dużej mierze swojego, opartego na dość unikalnej chemii.

I chociaż w obydwu częściach składowych „Frank // October” ta pociągająca komplementarność jest osiągana perfekcyjnie, a bez niej nie byłoby tak porażającego rezultatu, to w każdym z utworów jeden element wybija się ponad resztę. Pierwszy kawałek w największym stopniu „robi” charyzmatycznie artykułowane przez Katie „I WATCH TV TO FALL ASLEEP AND I CAN FLY IN MY DREAMS”, nawet jeśli nie da się ukryć, że także panowie zapewniają koleżance wprost wymarzone tło do snucia tego rodzaju wizji. Drugi to popis przede wszystkim chłopaków z gitarami, wycinających szalenie wiercący dziurę w głowie jazgotliwy motyw, choć i tu nie można pominąć faktu, że również frontmanka dokłada od siebie ogrom sugestywności.

Dwa zbudowane na pomysłowym operowaniu melodią, hałasem i atmosferą numery dają więcej satysfakcji niż wiele, tych nawet całkiem udanych, płyt długogrających. Na całym singlu wyraźnie słychać kapitalne wyczucie, umiejętność odpowiedniego rozkładania akcentów, dodawania przesterów, stąpnięć perkusji czy mruknięć basu. Mówiąc krótko panuje tutaj czysta kreatywność, co w indie rockowym graniu powinno dziś uchodzić za najcenniejszą zaletę.

wtorek, 29 maja 2018

Cranes - Jewel (1993)











8

W tajemniczym i fascynującym utworze z drugiej płyty Cranes, bas i akustyczna gitara pobrzmiewają na modłę kilku fragmentów wczesnej twórczości The Cure. Po wstępie złożonym z dźwięków wyrazistej perkusji i zadumanych melodii można ulec wrażeniu, że za chwilę Robert Smith* zaśpiewa nam: You fall in love with somebody else, Again tonight. Owy nastrojowy grunt przygotowany jest jednak pod enigmatyczną, dziecięco-gotycką Alison Shaw. Już sama ta prosta aranżacja wydaje się wciągać w bezdenną głębię, ale wymiar prawdziwej niesamowitości osiąga do spółki z niecodziennym śpiewem wokalistki. Pojawia się tu zatem wszystko, czego „klimaciarze” mogliby sobie życzyć: ulotność, eteryczność, mrok i słodycz. Do tego oczywiście genialna, opatrzona odpowiednią oprawą kulminacja: There would be no more screaming it awaaaaay, przy której mam poczucie, jakby coś przez dłuższy czas tylko delikatnie nęcącego pochłaniało mnie nagle gwałtownie w całości.  

* Kilka miesięcy po ukazaniu się LP „Forever” Bob miał nawet znaczący udział w nagrywaniu nowej, singlowej wersji „Jewel”, która dość znacząco różniła się od albumowej. Choć była muzycznie interesująca, coś z gęstej, frapującej atmosfery oryginału chyba jednak w niej zginęło.

czwartek, 17 maja 2018

The Saturday People / The Clientele - Grace / Porcelain (2001)











8

W lipcu 2001 roku, 5 miesięcy po „rodzinnym” splicie z The Relict, wydanym za sprawą maleńkiej brytyjskiej wytwórni Johnny Kane, ukazał się kolejny siedmiocalowy winyl z udziałem grupy Alasdaira MacLeana. W tym przypadku The Clientele łączyli siły z kolegami zza oceanu, istniejącą od zaledwie 2 lat, ale złożoną z rozpoznawalnych w amerykańskim indie-światku muzyków, formacją The Saturday People. „Grace/Porcelain” trafiło do nielicznych sklepów płytowych nakładem również zlokalizowanego w USA labelu Slumberland Records.

Slumberland w pierwszej połowie lat 90. stał się znany jako wydawca m. in. Velocity Girl, Boyracer, Stereolab, Swirlies, Lilys i Black Tambourine. To właśnie w tych zespołach grali wcześniej Terry Banks, Archie Moore i reszta członków The Saturday People. Aby prześledzić, kto dokładnie przewinął się przez jaki skład, warto byłoby zapewne rozrysować wszelkie konotacje na słusznych rozmiarów drzewie genealogicznym. Warto jednakże wspomnieć, że sam założyciel wytwórni, Mike Schulman, stanowił ¼ załogi kultowego Black Tambourine, a The Clientele z twórcami „Throw Aggie Off The Bridge” łączyła nić w postaci znajomości z wokalistką Pam Berry. Tą samą, która na splicie sprzed niespełna pół roku śpiewała wraz z Alasdairem piękne „(I Can’t Seem) To Make You Mine”.

Piosenki na „siódemce” z The Relict były osadzone w bardzo podobnych estetykach i także pod względem jakościowym jednoznaczne wskazanie, która jest lepsza stanowiłoby spory problem. Tutaj ten umowny kłopot także istnieje, ale z powodu zupełnie odwrotnego. Obydwa utwory nie leżą może w kosmicznie oddalonych od siebie muzycznych rzeczywistościach, ale są jednak na tyle odmienne, że wszelkie wartościowania tracą sens. Innymi słowy, każdy jest szalenie dobry na swoich własnych zasadach i obydwa pięknie się od siebie różnią.

„Grace” to czysty gitarowy pop, nie tak rozmarzony ani liryczny jak u MacLeana, za to melodyjniejszy wokalnie i klasyczniej piosenkowy ogółem. Wspólny mianownik z The Clientele najprędzej usłyszymy w zadbanych, z lubością szytych melodiach, z których wyłaniają się zwrotki. Na tym jednak właściwie koniec, ponieważ z biegiem prowadzenia utworu Banks i spółka zapuszczają się w rejony, jakich u stroniącej od bezpośrednio rock’n rollowych środków wyrazu brytyjskiej grupy nigdy nie uświadczymy. Kompozytorski kunszt kawałka The Saturday People ujawnia się tym bardziej, im silniej panowie dają się ponieść frywolnym wpływom lat 60. O ile w pierwszej części zwrotek amerykanie brzmią jak kolejna fajna, choć niepozorna indie popowa kapela odpowiednia swoim czasom, tak od momentu old-schoolowych chórków przed refrenem i beatlesowskiego I won’t call you on the phone zaczyna się nieśmiała przemiana, zwieńczona ostatecznie zadziornym outro a la The Rolling Stones czy The Kinks. Pomiędzy tym wszystkim pada też oczywiście subtelny, skapujący z naturalną gracją refren. 

„Porcelain” autorstwa The Clientele znakomicie spełnia na splicie rolę rewersu, będąc przy tym, jak już wcześniej wspomniałem, nagraniem niemniej fascynującym. „Grace” cechowała się zwartym kompozycyjnym szkieletem, popową bezpośredniością i standardowym dla piosenek podejściem do tekstu, który stanowi jakąś opowieść. Optyka, jak przybierają MacLean, Hornsey i Keen pod niemal każdym względem wypada zaś totalnie osobliwie. Panowie wyrażają się poprzez lo-fi’ową oprawę, niedające się zbyt łatwo przeniknąć melodyjne niuanse i zdystansowany wokal. Brak sztywnych reguł, typowych zwrotek-refrenów, w to miejsce wolny przepływ natchnionych impresji. Tekst bardziej jako klimatyczna poezja, niż cokolwiek na kształt czytelnej fabularnej historii. 

Urok pierwszego z utworów możemy porównać do ogrodu skąpanego w promieniach słońca. Drugiego z kolei, do tego samego miejsca, ale rozświetlonego wieczornym blaskiem księżyca. Jeżeli kawałek The Saturday People niesie pobudzającą radość, nagranie The Clientele wprowadza obfite pokłady nastroju. Do spółki słucha się ich wyśmienicie, a wytrawność progresji akordów oraz songwriterskich konceptów sprawia, że odsłuchy te jawią się nie tylko czasem spędzonym przyjemnie, ale i zajmująco.

czwartek, 23 czerwca 2016

The Clientele - A Fading Summer EP (2000)











8

Mając już na swym koncie single ukazujące się poprzez brytyjskie, hiszpańskie, a nawet japońskie wytwórnie The Clientele trafili w końcu na wydawcę ze Stanów Zjednoczonych. Materiał dla March Records złożony w sumie z czterech piosenek przekroczył dotychczasową granicę wyznaczaną przez dwuutworowe siedmiocalówki. „A Fading Summer” zapisała się w historii jako pierwsza EP’ka londyńskiego zespołu.

Zmianie uległ rozmiar nośnika, choć w najmniejszym stopniu nie zmieniła się stylistyka. Zarówno dwa wcześniej znane nagrania, jak i dwa debiutujące na tej płycie osadzone są w poetycko melancholijnym świecie refleksji Alasdaira MacLeana. Tytułowe „Zanikające Lato” może odzwierciedlać muzyczny nastrój piosenek, a z całą pewnością daje o sobie znać w korespondujących ze sobą tekstach. W „An Hour Before The Light” lato wzmaga się w sierpniowym powietrzu, w „Driving South” dryfuje, a w „Bicycles” sierpień przemija już całkiem w deszczowej ciszy. Dwa ostatnie z wymienionych utworów sprawiają zresztą wrażenie fragmentów tej samej historii, rozgrywającej się w jakąś obfitującą w deszcz niedzielę.

Coś więcej warto ponadto napisać o warstwie dźwiękowej tychże dwóch premierowych nagrań. „Driving South” wręcz ugina się od ilości perfekcyjnie melodyjnych zagrywek gitary MacLeana i dzielnie jej towarzyszącego basu Hornseya ("James is a really melodic bass player"). „Bicycles”, pomimo bycia piosenką krótszą o dwie minuty, jest pod tym względem równie bliska doskonałości. Eleganckie linie melodyczne wybrzmiewają czarująco do spółki z wokalem i wtedy, gdy pozostają osamotnione. Sam śpiew Alasdaira również potrafi się tu niezależnie wybić w rejony wyższej urokliwości, jak choćby w momencie, kiedy zaczyna się jego la la la...

Kończy znana już z singla „Lacewings” kompozycja „Saturday”, której z jakiegoś powodu wcześniej nie omówiłem. Rozczulająca nostalgią bardziej nawet od swych poprzedników, znakomicie oprawiona w zadumane chórki, wchodzące zaraz po wymownej linijce: i touched your face and saw the night again. 

środa, 22 czerwca 2016

Partia - Żoliborz-Mokotów (2000)











8

Słuchanie trzeciej płyty Partii uświadamia, jak w istocie charakterystyczny i barwny styl zespół opracował sobie już od początku muzycznej kariery. Na „Żoliborz-Mokotów” grupa nie gubi kluczowych elementów obecnych na debiucie i albumie „Dziewczyny Kontra Chłopcy”, ale nie ma też potrzeby dołączania nowych w celu uzyskania efektu świeżości. Atuty, które odegrały większą rolę na poprzednich krążkach tym razem pozostają nieco w cieniu, podczas gdy inne, nieposiadające wcześniej dużego znaczenia, ulegają ostremu podkręceniu.

Wygląda to trochę tak, jakby na „Partii” z 1998 roku Lesław i spółka zaledwie ustalili składniki, a dopiero później zaczęli próbować różnych wariantów wyważenia ich proporcji. Rockabilly, punk, pop, rock, surf i ska. Lekkie melodie, ostre riffy, przesiąknięte klimatem basowe i kontrabasowe linie. Klasyczne utwory z wokalem oraz ścieżki instrumentalne. Po polsku i po angielsku. Inspiracja latami sześćdziesiątymi i osiemdziesiątymi. Sporo z kraju, ale równie dużo z zagranicy, bo przecież z jednej strony Bielizna, z drugiej The Smiths, stąd Oddział Zamknięty, stamtąd Elvis (albo Billy Idol). Czy należy się dziwić, że z takiej plasteliny możliwe stało się ulepienie co najmniej kilku interesujących opcji? 

Debiut był swoistym przekrojem. W „Dziewczynach...” postawiono na przebojowość standardowo skonstruowanych utworów i obłędnie chwytliwe refreny. „Żoliborz-Mokotów” to z kolei zawrotna, niebezpieczna jazda z okazjonalnymi przystankami. Wiele, zarówno samym tytułem, jak i pod względem brzmienia mówi nam już krótkie intro „Rocket Ride”. O ile tego rodzaju „cząsteczki” Warszawiacy chowali wcześniej gdzieś w środku albo w końcówce, tak tu w ten sposób postanawiają rozpocząć, a trafności takiego ruchu trudno im odmówić.  

Jeżeli poprzednio ktoś odczuwał niedosyt po osamotnionym punk rocku „Chciałbym Umrzeć Jak James Dean”, to „Żoliborz” może mu go spokojnie wynagrodzić. Zwłaszcza w „Disco 707” oraz „30 Dni i 30 Nocy” warszawskie trio wyciska ostatnie soki z szybkiego, mięsistego rock’n rolla i równie oszałamiającego tempem, skocznego ska punka. Przesiąknięte tęsknotą i ulotnością, choć tak samo intensywne, co poprzednie kompozycje „Światła Miasta” jawią się esencją estetyki zespołu. Obrazem warszawskich dzielnic przepuszczonym przez naznaczoną nostalgią wrażliwość Lesława, zawartym w hymnicznej, gitarowej petardzie. „Skillshot”, „Skinhead Girl” oraz „Hiszpański Elvis” - wszystkie bazujące na gęstej mieszance rockabilly, surf rocka, punku i ska wspólnie zapracowują na spójny kształt krążka.

W zestawie odstaje niewątpliwie piosenka ukryta pod indeksem ósmym. Być może najbardziej kultowy fragment trzeciej płyty Partii, czyli maksymalnie sugestywny „Oskar Hell”. Tutaj głośne wymiatanie milknie, pozostają zaś dźwięki o wiele bardziej wyważone, dopasowujące się do opowieści. Pokój, przedpokój, korytarz okno, patrzę na zegarek kolejny raz. Na niewielkiej przestrzeni rozgrywa się coś ważnego, choć teoretycznie nie rozgrywa się nic, bo przecież On czeka, ale Ona nie przychodzi. Cała scena sprowadza się właśnie do wyczekiwania, Jego emocji i tego, w jaki sposób postrzega sytuację. I wszystkie głosy zmieniają się w jeden głos, I wszystkie twarze zmieniają się w jedną twarz. To, co robi lirycznie Lesław można uznać za jakąś formę sytuacjonizmu - skoncentrowania uwagi na przeżyciu dokonującym się we wnętrzu, tu i teraz, w konkretnej chwili i miejscu. Finalnym uczuciem okazuje się smutek słyszalny zwłaszcza w momencie wypowiadania słów: Tylko dla ciebie tu przyszedłem, tylko dla ciebie tu jestem, i odgrywania towarzyszącej im melodii. 

W końcówce z pełnym impetem powraca żywiołowość, jaką płyta naznaczona jest w swej przeważającej części. Tytułowa „Żoliborz-Mokotów” to niespełna dwuminutowy pokaz przejmującego rockowego grania i podobnie jak wcześniejsze „Światła Miasta” coś w rodzaju niepodrabialnego romantyzmu Partii w pigułce (chłopak z Żoliborza, dziewczyna z Mokotowa, kalejdoskop bez początku i bez końca). Śpiewane po angielsku, old-schoolowe „String Along” raczy mniej desperackim, a zdecydowanie luźniejszym feelingiem, nadającym się niemalże na rock’n rollową potańcówkę sprzed połowy wieku.  

Trzeci album w ciągu trzech lat i trzeci z kolei pełnoprawny sztos. Na tym etapie wciąż wysoce trudno byłoby się znudzić twórczością warszawskiej grupy, a jednak „Żoliborz-Mokotów” zapisał się jako jej ostatni długogrający krążek zawierający zestaw nowych nagrań. W roku 2002 wypuszczono jedynie wydawnictwo „Szminka i Krew” z coverami, koncertówkami i dwoma premierowymi utworami.* W 2003 Lesław i Arkus rozpoczęli zaś działalność w kapeli o nazwie Komety, której w zasadzie nigdy nie było szczególnie daleko do poczynań Partii. Kariera tego zespołu okazała się pod wieloma względami bardziej fortunna, dłuższa i co ważne – artystycznie nadal mocno satysfakcjonująca.


* Do bólu warszawskie ”Powietrze” i punkowa „Nieprzytomna z Bólu” – obydwa wyśmienite

środa, 8 czerwca 2016

Partia - Partia (1998)











8

Darem Partii od początku była umiejętność sugerowania słuchaczowi niedookreślonych i fascynujących „dziwnych uczuć” w rodzaju tego, o którym Lesław śpiewał w refrenie utworu „Ulice”. Już na debiucie, nie tak jeszcze doskonałym jak druga płyta, trio mogło zaskakiwać potęgą klimatu swych stosunkowo prostych gitarowych kawałków. W czasie dwóch-trzech minut zespół potrafił wciągnąć w świat specyficznych emocjonalnych sytuacji, rozgrywających się na tle warszawskich ulic lub klatek schodowych, w ciągu nocy niemających końca.

W gęstym psychobilly i wrażliwym punku bardzo często udawało się liderowi grupy zawrzeć coś, co wypadałoby chyba nazwać poczuciem ulotności. Nie szukając daleko, było ono obecne choćby w największym przeboju Partii i jednocześnie utworze rozpoczynającym ich pierwszą płytę. Kultowy refren „Warszawa i Ja” to wdychane na balkonie miejskie powietrze, zmieszane z dymem palonego papierosa i światłem gwiazd. Moment wyjątkowy, ale naznaczony świadomością, że to wszystko się kiedyś skończy. W „Pociągu Do Nikąd” o tym, iż przeżywane zdarzenia są chwilowe i zarazem niezwykle istotne informowały wymowne słowa: teraz i już nigdy potem. Rok później bohater „Adama Westa” chciał przeżyć jeden prawdziwy dzień. W jednym z numerów Komet, czyli późniejszego zespołu Lesława i Arkusa, tematem uczyniono „Ostatnie Lato XX Wieku”.  

Smaku tekstom i piosenkom Warszawiaków dodawało też oddawanie stanów niepokoju, niepewności czy dezorientacji. We wspomnianym już „Pociągu Do Nikąd” cały dramatyzm kumulował się za sprawą linijek: Nerwowo trzymasz mnie za rękę w atomową noc, pytasz gdzie jest dzień naprawdę nie wiem. Kapitalny "Tydzień i Jeden Dzień”, kończący „Partię”, od opisów tyle barwnych, co i niepokojących pękał w szwach: Labirynty ulic, Elektryczne światła, Zastanawiam się kim jesteś, Zastanawiam się gdzie jestem. W „Pięknym Chuliganie” to, co romantyczne było jednocześnie tym, co niebezpieczne:  W niewoli twoich perfum, w pułapce czterech ścian, ciężkie ramię ciemne znamię, Tym razem nie mam szans. Nie ma zresztą wątpliwości, że w ramach pisania utworów Lesław niejednokrotnie tworzył również całkiem niezłą poezję. Wszystkiego zacytować się nie da, ale weźmy na przykład „Parasole”, sugestywny deszczowy obrazek, oprawiony wyciszonym śpiewem wokalisty i delikatnymi klawiszami, gdzie poziom oddziaływania na wyobraźnię zwyczajnie trudno jest przekoloryzować.  

Za ścisły trzon „partyjnego” debiutu uznaję trzy kawałki: skrajnie przebojowe „Warszawa i Ja”, melancholijno-rozedrgany „Pociąg Do Nikąd” oraz intrygujący „Tydzień i Jeden Dzień”. Niedaleko za nimi plasują się malownicze „Parasole” i przyprawione pikantną sekcją dętą „Ulice”. Nie da się powiedzieć złego słowa o „Pięknym Chuliganie” czy wyraźniej punkujących, śpiewanych po angielsku oraz francusku „Dicku Graysonie” i „Reve”. Oszałamiającą płynność świetnych melodii, wspaniałych bez wyjątku refrenów i konsekwentnie następujących po sobie hitów przyniosła jednak wydana w niedługim czasie po „Partii” płyta „Dziewczyny Kontra Chłopcy”, na której wszelkie zalety zespołu zostały już doszlifowane do poziomu maksymalnego. 

wtorek, 22 marca 2016

Robyn Hitchcock & The Egyptians - Heaven (1985)













8

W „Heaven” udały się Robynowi Hitchcockowi co najmniej trzy rzeczy. Napisanie doskonałej neo-psychodelicznej piosenki z niezaprzeczalnym przebojowym zacięciem. Gładkie wpasowanie jej w aurę modnego grania połowy lat 80. (new wave/jangle-pop). I po trzecie, może nie najważniejsze, ale bardzo istotne – dopełnienie kompozycji sympatycznie dwuznacznym tekstem, oddającym trochę romantyczne uwielbienie, a po części i cielesną fascynację.  You've got arms, And you've got legs, And you've got heaven. Nie ulega wątpliwości, że w pierwszym singlu wydanym z The Egyptians linijki śpiewane przez Londyńczyka stały się orężem równie skutecznym, co urocze klawisze towarzyszące zwrotkom i triumfalnie wyprowadzony refren.

sobota, 5 września 2015

The Chills - Soft Bomb (1992)











8


Padł gdzieś zarzut, że na „Soft Bomb” The Chills często nie brzmią już jak The Chills. Zawiera się w tym spostrzeżeniu pewna słuszność, choć po pierwsze: jest ono lekko przesadzone, bo nadal mamy tu do czynienia z bardzo rozpoznawalnym piosenkowym sznytem Martina Phillippsa, a po drugie: żadna w tym wada, ponieważ mniej klasyczne dla zespołu utwory wypadają znakomicie. Stare i dobre równoważy się na trzecim albumie nowozelandzkiego projektu z nowym i intrygującym.

Zawartość następcy „Submarine Bells” rozplanowano nieco inaczej od poprzednich krążków grupy. Zwraca uwagę grube pięćdziesiąt jeden minut oraz aż siedemnaście utworów. Cztery z nich to jednak niestanowiące pełnoprawnych kompozycji około minutowe przerywniki. W istocie danie główne składa się z trzynastu bardzo treściwych potraw. Zarówno pierwsza jak i druga piosenka może kojarzyć się pod jakimś względem z twórczością R.E.M. Najpierw o kapeli Michaela Stipe’a nieco przypomina skąpany w krystalicznych melodiach, olśniewający jangle pop singlowego „Male Monster From The Id”. Następnie czyni to witający sielskim nastrojem, a po chwili przecięty mocarnym riffem ala kapela z Athens „Background Affair”, w którym ponownie refren okazuje się smakowitym kąskiem. 

Zespół bardzo szybko oswabadza się z obcych wpływów, aby w trzecim i czwartym kawałku dać już stuprocentowo własne świadectwo. „Ocean Ocean” to kolejna „żeglarska” pieśń w repertuarze Phillippsa, ale zarazem chyba najlżejsza i najpogodniejsza z dotychczasowych. Utwór tytułowy cieszy całkowicie swobodną piosenkowością, delikatnymi harmoniami w refrenie (3) i chwytliwym rymem we wstępie:  If you'd asked me at a concert standing by The Clean, I'd have said I'm okay, and this is what I mean. Namiętna chillsowość drzemie też w „So Long”, który ze swoją folkującą melodią i tekstem o nieuchronności rozstania pasowałby idealnie na poprzedni krążek albo nawet na „Brave Words”. Od tego momentu wkraczamy w samo serce albumu.

Silną stroną “Soft Bomb” jest bez wątpienia ogrom wrażliwości pochłaniający kilka kompozycji. Oczywiście Martin zawsze wykazywał nieprzeciętne pokłady wyczucia, subtelności i emocji, ale tu momentami zdarza mu się przekroczyć samego siebie. Mowa przede wszystkim o urzekającej fortepianowej balladzie „Song For Randy Newman Etc.”, w której z niebywałą czułością śpiewa nam o bólu dostosowywania się do zasad, na jaki skazywani są genialni artyści (men like Wilson, Barrett, Walker, Drake), ale też o wulkanach i miasteczkach w Nowej Zelandii w pięknej drugiej zwrotce. W tym kompozycyjnym majstersztyku do głowy wbija się przestroga przed materializmem dużych wytwórni w stosunku do muzyków: Patrons will not feed you no longer than they need to, Your all-consuming passion will leave you craving love. W kontekście późniejszej komercyjnej klapy albumu, przerwania trasy koncertowej i burzliwego rozstania zespołu ze Slash, brzmi to dziś wręcz jak proroctwo. 

Popisową część krążka Phillipps i spółka kontynuują za sprawą „Sleeping Giants”, zbudowanego podobnie do „Background Affair” czyli na zasadzie: spokój - gitarowy HOOK - część właściwa. Po nim wkracza cudownie melodyjny singiel „Double Summer” i pierwsze novum w postaci niemal jazzowego „Sanctuary”.* Pomiędzy tą dwójką zachodzi dość ekstremalny przeskok tematyczny. Od bezpośredniej afirmacji zakochania i letnich dni do opowieści o kobiecie doświadczającej przemocy ze strony męża. „Halo Fading” to już Martin opadający w anielskie obłoki akustycznego popu, rzecz co najmniej tak ładna jak „Song For Randy Newman Etc.”, ale bardziej zwiewna i delikatna. 

Zawsze przychodzi w końcu ten moment, kiedy muzyk zapragnie trochę poeksperymentować. Na „Soft Bomb” ruchy Phillippsa w tym kierunku słychać zwłaszcza w prężących się pod koniec trzech utworach. Pierwszym był wspomniany już, skąpany w późno-wieczornym klimacie „Sanctuary”. Drugi dokonuje się w obłędnie onirycznym „The Entertainer”. Trzecim jest teatralne „Water Wolves”. Majestatyczna kompozycja oparta na strunowym aranżu Van Dyke’a Parksa, partiach wiolonczeli, skrzypiec i harfy. Imponujący fragment znany już niektórym z singla „Part Past Part Fiction”. 

Zewsząd czuć tutaj, że trzeci album The Chills jawi się najambitniejszym w dyskografii zespołu. Według zdecydowanej większości fanów i krytyków ponoć nie najlepszym, choć po uważnym zapoznaniu się z jego zawartością ja sam jestem innego zdania. „Male Monster From The Id”, „Background Affair”, “Soft Bomb”, “Song For Randy Newman Etc.”, “Sleeping Giants”, “Double Summer” i “Halo Fading” to utwory co najmniej ósemkowe, doskonałe pod względem walorów, jakich można oczekiwać od finezyjnych piosenek. Mocnej siódemki dosięgają „So Long”, „Ocean Ocean” oraz „Strange Case”. „Sanctuary”, „The Entertainer” i „Water Wolves” nie muszą się podobać wszystkim, zwłaszcza ortodoksom oczekującym od chillsów wyłącznie promiennego kiwi-popu. Moim zdaniem trudno jednakże podważyć dorosłą klasę każdej z tych kompozycji.  

Esencję artystycznej jakości „Soft Bomb” poruszyłem już w ostatnim zdaniu pierwszego akapitu. Z jednej strony to doskonały szlif dotychczasowego stylu, z drugiej, rozwijanie skrzydeł i osiąganie coraz większej dojrzałości. Nie dajcie się zwieść, The Chills i Martin Phillipps stanowczo nie kończą się na „Heavenly Pop Hit” i „Submarine Bells”. Ta pozycja w ich katalogu w żadnym wypadku nie odstaje na gorsze.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Sun Kil Moon - Universal Themes (2015)











8

Od ostatniego roku nie zmieniło się wiele. Mark Kozelek nadal dużo opowiada, grywa doskonałe melodie i nazywa utwory pięknie brzmiącymi pełnymi zdaniami w rodzaju „With A Sort Of Grace I Walked To The Bathroom To Cry”. „Universal Themes” to tytuł trafny i jednocześnie mylący. Tematy podejmowane przez lidera Sun Kil Moon na nowej płycie są bowiem, podobnie jak na zeszłorocznym albumie „Benji” maksymalnie prywatne, dotyczą tylko jemu znanych osób, miejsc i zapamiętanych z jakiegoś powodu chwil. Z drugiej strony „śpiewając” o miłości, przyjaźni, stracie, irytacji czy pójściu na koncert mówi przecież o czymś jak najbardziej uniwersalnym. Najbliższe zagadnieniom poprzedniego krążka są wspomniane już „With A Sort Of Grace...”, w którym Mark prawie dziesięć minut poświęca swojej  przyjaciółce Teresie, „Cry Me A River Williamsburg Sleeve Tattoo Blues” podzielone na kilka mniejszych tragicznych historii i przeplatające rozpacz z radością „Little Rascals”. Ogółem rzecz biorąc, teksty częściej bywają jednak tym razem pogodne. Kozelek kilkukrotnie konstatuje, że życie jest piękne i trzeba się go trzymać z całych sił. Obok poważnych i szczerze poruszającym momentów zdarza mu się rozprawiać o  sympatycznych ciekawostkach, całowaniu się z Rachel Goswell w 1998 roku albo miłym zaskoczeniu przy odegraniu przez grupę Gomez jego „Grace Cathedral Park”. 

Na szczęście „Universal Themes” to nie tylko zajmujące słuchowisko czy też czytanka. Muzycznie ex-liderowi Red House Painters również udaje się znów wypaść całkowicie ujmująco. Wszystko nabiera zresztą większego sensu, kiedy warstwa liryczna i dźwiękowa odpowiednio ze sobą korespondują. „The Possum” to Sun Kil Moon w najlepszej formie, oparty na delikatnych melodiach, „tykającej” perkusji i akcentowanych wokalnie końcówkach linijek uroczy rozklejacz. Podobnie „Birds Of Flims”, równie wybornie zadbana melodycznie relacja z pobytu w szwajcarskim miasteczku oraz powalające wkraczającym z nienacka motywem „Garden Of Lavender”. Znajdzie się tu i kilka mniej przekonujących, przegadanych i nie przynoszących słuchowej satysfakcji fragmentów, ale w kontekście całokształtu czyli drugiego z rzędu niesamowicie angażującego, emocjonalnie potężnego albumu nie są one aż tak istotne. Kozelek potwierdza tym samym, że umiejętność fascynującego gadania o sobie samym opanował w stopniu na dzień dzisiejszy dla mało kogo osiągalnym.