Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka Końca Lata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka Końca Lata. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 marca 2018

10 polskich (odcinek 4)





















Kto kiedykolwiek zetknął się z muzyką The Freuders, musi odpalać „Rhino” z przekonaniem, że kilka najbliższych minut w jakimś stopniu spędzi na pewno słuchając dźwięków mrocznych. Kto natomiast liczy pod tym względem na niespodziankę, nie zazna jej. Nowy numer Warszawiaków wprowadza niepokój już na starcie, osaczając ponurym nastrojem przez pierwsze 1,5 minuty. Wtedy to utwór, który mógłby w ten sposób sączyć się jeszcze spory kawałek czasu, zmienia jednak swoją trajektorię. Mroczny, nieco otępiający rock przemienia się w mroczny rock o dobrej dynamice i ciekawych zagrywkach. Rozpędzona gitara i witalna sekcja rytmiczna przejmują dowodzenie, wokal słusznie podąża ich śladem. Zespół jakby wydostaje się ze swojej czarnej dziury, ale jednocześnie wciąż trochę w niej tkwi. Być może tak mu najwygodniej. 



Jest coś w tej totalnej produkcyjnej prostocie, nadrabianej dużym urokiem kompozycji i wykonania, co kieruje moje myśli w stronę utworów wydawanych przed dekadą na pierwszych składankach bloga We Are From Poland. „Eight And A Half Woman” każe podejrzewać autorów o fascynację twee i klasycznym indie popem, a zestaw skojarzeń, którego motywem przewodnim będą repre-zentujące owe stylistyki kapele z wokalistkami, może mieć w tym przypadku całe mnóstwo wariantów. Pierwszy singiel Free Games For May to propozycja arcymelodyjna, piosenkowa, więcej niż pod jednym względem przywołująca beztroską aurę wiosennych miesięcy. W końcu jeśli, jak śpiewa Hanna Went: everyday is a Fool’s Day, to każdy dzień może być dniem kwietniowym, a zatem i wiosennym.       



“Obręby Rewiry” to, jak mawiają anglojęzyczni, Kiev Office “at it’s finest”. Zawartość jest tu właściwie znajoma, w tekście delikatna abstrakcyjność i penetrowanie przestrzeni (parterowe domy, i mijam też baraki), w warstwie muzycznej nienaganne gitary oraz refren, którego nie da się wypędzić z pamięci. Wszystko oczywiście gdzieś na skrzyżowaniu melodyjności, szorstkości i lekkiego szaleństwa.  



Czy utwór w stylistyce sypialnianego lo-fi-popu można nazwać bardziej adekwatnie? Zielona Sandra prezentuje się w „Bed” trochę niczym polska odpowiedź na kapele, takie jak Youth Lagoon czy Fog Lake. Kompozycja wypada najlepiej tam, gdzie niewyraźny wokal harmonijnie komponuje się z klawiszowymi melodiami, a odrobinę mniej fajnie w momentach przecinania owej harmonii za sprawą głośnej gitary. Jakkolwiek sam pomysł i motyw do złych nie należą, to słysząc choćby jak kapitalnie wybrzmiewa druga zwrotka piosenki, zastanawiam się, czy nie dałoby się tak trochę dłużej? Chłonąc klimatyczny, wieczorowo-deszczowy fragment od 1:17 do 2:32 nie trudno mi sobie wyobrazić, że takie dźwięki mógł swojego czasu wydać np. Polyvinyl. Mówiąc krótko – potencjał i projekt, którego dalsze kroki powinny budzić ciekawość. 



Indeks trzeci na „Mutual Dreaming” wita słuchacza wgniatającą w ziemię ścianą dźwięku. Choć kilka razy znak życia dają tutaj usiłujące się przebić melodyjne zagrywki, kolejne fale chropowatych warstw sprawiają, że ich obecność pozostaje jedynie symboliczna. „Balloon” to mocna dawka smoliście gęstego post-hardcore’u, w którym zarówno instrumentalnie, jak i wokalnie, negatywna emocja eksplorowana jest w sposób jeżący włos na głowie. Tak mógłby brzmieć doppelgänger zespołu Trupa Trupa.     



U Mateusza Franczaka zapadła noc. „All About” z intrygująco zatytułowanej płyty „Night-Night” jawi się utworem z natury zupełnie innym od opisywanego niegdyś przeze mnie „Lazing”. O ile opener „Long Story Short” leniwie i przyjemnie rozlewał swój pogodny nastrój, tak siedmio-minutowy singiel zapowiadający nowy album nie niesie już za sobą podobnie błogiej atmosfery. Od pierwszych chwil można wyczuć, że coś tu wisi w powietrzu, wyraźnie się nawarstwia i chyba w pewnym momencie wybuchnie. Gorycz? Żal? Smutna refleksja? Dwoma w zasadzie kluczowymi elementami: elektryzująco prowadzącą narrację gitarą i wyrażającym prosty, acz nurtujący tekst wokalem muzyk zręcznie trzyma w napięciu, a wręcz chwyta za gardło.



Do każdego, kto wie, jak to jest być dwudziestoparolatkiem z małej miejscowości, a może i nie tylko, tekst „Chłopaka z Futerałem” musi przemówić, w co najmniej kilku momentach. Zwrotka pierwsza i druga, zestawione ze sobą, to jakby konfrontacja tego, co dawniej, z tym, co obecnie. Wspomnienie beztroski kontra świa-domość aspektów dorosłego życia. Trochę smutno, bo czegoś już nie ma, ale pojawia się i pogodny akcent, bo też coś, co dobre pozostało bez zmian: Próba nie jest już jak święta msza, lecz się dalej na nią gna! Te odczucia się mieszają, a muzyka nie tylko im towarzyszy, ale też sumiennie je oddaje, emulując słodko-gorzkie znaczenia tekstu. Choć wokal z początku może brzmieć nieco topornie, jego melodie tam gdzie trzeba dają o sobie znać, a są i big-beatowe melodie gitar i nieodłączne już podśpiewywanie Oli Bilińskiej.   



W wywiadzie dla Noisey Stefan Wesołowski powiedział, iż: „ma nadzieję, że każdy utwór (z ostatniego albumu) może też funkcjonować samodzielnie i jako ten wycinek z całości nieść swoją część historii i swój kolor”. „Hoarfrost II” to może tylko kompozycja, która na „Rites Of The End” spodobała mi się najbardziej, ale może także najznakomitsze spełnienie nadziei, jaką wyraził w tamtym momencie autor.

Skąd w tytule rzymskie „II”? Oczywiście wynika to z tego, że był też kiedyś „Hoarfrost I”. Węsząc nieco w internecie możemy dowiedzieć się, że został on wydany już 6 lat temu i stanowił w zasadzie tę samą kompozycję, ale mniej rozbudowaną, krótszą prawie o połowę. Nazwa składanki na której się ukazał, „Scary Playgrounds”, jest zaś zdecydowanie nieprzypadkowa, albowiem o charakterze nagrania mówi bardzo wiele.  

W wersji nowszej, albumowej, Stefan prowadzi utwór dużo wolniej, co wychodzi mu zdecydowanie na korzyść. „Hoarfrost II” łatwo wyobrazić sobie jako kapitalny soundtrack do podniosłych filmowych scen. Dźwięki mogą kojarzyć się z oglądaniem zakamarków średniowiecznego zamku, może kościoła, a może pola bitwy? Jest w tym jakaś groza, coś na specyficzny sposób mrożącego krew. O ile w pierwszym „Hoarfroście” kluczowy dla utworu motyw skrzypcowy wybrzmiewa niemal natychmiast, tutaj zostaje w pełni ukazany dopiero po dłuższym wprowadzeniu. Ta różnica jest tu diametralna. To ten moment, kiedy perspektywa się zmienia, staje się pełniejsza, kiedy słyszymy/widzimy coraz większą część sceny/pejzażu, dostrzegamy kolejne pojedyncze elementy, ale i wszystko razem ze sobą.  Skrzypce i drone’owe zakłócenia tworzą dysonans. Nachodzące na siebie dwa plany równolegle docierają do swojego apogeum i wspólnie gasną. Coś przeradza się w zgliszcza, znika jakiś świat.  



Można zaryzykować stwierdzenie, że „Jeziorny” ma swój awers i rewers. Tym pierwszym jest hipnotyczny wstęp, wprowadzające w trans jednostajne, ale sprawiające, że chce się w to WEJŚĆ pierwsze prawie-pół utworu. Druga strona monety to zaś część jeszcze bardziej rozkoszna, poczęta od świetnego momentu, w którym wyłania się wokal. Gdyby wydali to gdzieś w USA około 2003 roku, pasowaliby zapewne do szufladki freak-folk i może dostali naklejkę z podpisem BNM. Nie powinno nawet przeszkadzać, że „Jeziorny” zakorzeniony jest w rodzimej muzycznej tradycji oraz bazuje na melodiach i liryce żywcem inspirowanych folklorem polskiej wsi, które WCIAS magicznie uczynili tu całkowicie atrakcyjnymi także dla przeciętnego słuchacza alternatywy i popu.



W ambitnym, prawie ośmiominutowym “More” słychać wyraźny progres zespołu z Bielska-Białej w porównaniu z piosenkami, które znalazły się na ich debiutanckiej EP’ce z 2014 roku. Singiel Radiovidmo brzmi epicko, głęboko i mocno, a momentami nawet ciężkawo, choć przy tym cały czas wrażliwie i emocjonalnie. Przez osiem minut kawałek wędruje poprzez różne stany oraz nastroje, solidnie zahacza o smutek albo nabiera na intensywności. Do końca nie opuszcza go jednak mglista i misterna aura, nadal plasująca tę kompozycję najbliżej rejonów dream popowych. 

10 polskich odc 3 
10 polskich odc 2 
10 polskich odc 1

poniedziałek, 5 września 2011

Muzyka Końca Lata - PKP Anielina (2011)












7.5

Muzyka Końca Lata staje się zespołem grającym w sposób coraz bardziej wyrafinowany. Droga rozwoju względem poprzednich płyt na „PKP Anielina” jest całkowicie logiczna, niewymuszona i zrozumiała. Punktów stycznych ze starym nie brak, zarazem nowe jakby bez najmniejszego oporu wyrasta z tego co zakorzenione zostało wcześniej.

Więc dokąd to pójdziemy dziś? Nie wiem. Ciekawszym pytaniem będzie chyba „którędy?”. Przez las i przez pagórki, przez krzaki z malinami, jeziorko za polami… Znane mniej więcej tereny polskiej staroświecko romantycznej sielskości, a w pas ukłonią się stany zakochania i czasy dzieciństwa. Proszę się nie śmiać z tych rymowanek w przedostatnim zdaniu. Śpiewanie Bartka Chmielewskiego na tej zasadzie działa. Posłuchasz i już myślisz, że takie fajne niby proste teksty sam za chwilę będziesz w stanie sobie wymyślić. Czynienie sztuki z banału, tak chyba wypadałoby to nazwać. To liderowi MKL’u udaje się znakomicie, co naprawdę nie jest rzeczą zbyt często spotykaną.

Nie będzie zaskoczeniem nazwanie „PKP Anieliny” albumem dojrzalszym od poprzednich. Dla mnie dowodzi tego już sam fakt, że jego fenomenu nie byłem w stanie uchwycić od samego początku. Klimat bardziej nieinwazyjny, uroczo nie narzucający się, piosenki we własnym tempie układające poetycki obrazek. Regionalne elementy sprawiające, że nie będzie się tego dało powtórzyć nigdzie indziej, wszystko opisane subtelnymi jak nigdy wcześniej melodiami. Nie ma już żadnych „Wakacji w Mieście”, rozkmin w rodzaju „Na Cienkim” czy happysado-podobnych refrenów „Ona Nie Chce Jeszcze Spać”. Gitarowe linie uległy ewidentnemu uszlachetnieniu. Na duży plus wychodzi unikanie smutnych nastrojów i bezbolesne obchodzenie się z dawnymi uczuciami. Niepoprawnie naiwne miłosne omamienie, leniwa radość i ckliwa słodycz rządzą. „Dworcowa” zachwyca strukturalną elegancją. „Kogucik” rozkosznie przywołuje echa 60’sowej psychodelii. Nawet to co niby bardziej skoczne i rytmiczne jak „2001-2007” to już inna para butów niż kiedyś. Dobrze robią jazzujące wstawki i odważniejsze niż wcześniej inspiracje big-beatem („Cielak i Wiśnia”). Podtrzymany zostaje mit magicznego Mińska Mazowieckiego oraz tytułowej stacji kolejowej w fenomenalnym, trochę znajomym „PKP Anielina”.

Zmywak ponownie postarał się o całą talię chwytliwych wersów-sloganów do zapamiętania. „Za trzy złote kwiat nie jest ciebie wart”, „Na górce koło stacji PKP Anielina, w dni ciepłe z kolegami, butelki z piwa opijam”, „Czeka mama tata, czeka stary pies, czeka ukochana, dla niej wiozę wiersz”. Cały tekst „Szkoda Czasu” przemawia do mnie w stopniu nieosiągalnym dla kapel obcojęzycznych. Mam wrażenie, że zespół nie tyle zmienia się, a coraz bardziej dąży do bycia sobą, do osiągnięcia jakiejś własnej perfekcji i unikalności. A może to takie moje fanaberie powstałe po przesłuchaniu zwyczajnie kunsztownej, dopracowanej płyty. Dziś Muzyka Końca Lata udowadnia klasę samą w sobie. Jutro mogą być znani wszystkim z reklamy TVN’u. Wczoraj dali inspirujący koncert w Dujerze no i oni ogólnie są jakby wiecznie z „wczoraj”. Tego co się pamięta, i do którego ma się sentyment.

niedziela, 8 maja 2011

Muzyka Końca Lata - 2:1 Dla Dziewczyn (2007)













7.5


Album ten jest opowieścią o wielkiej nieskończonej miłości chłopaków do dziewczyn i podróżą po różnych jej odcieniach, od zakochania i motyli w brzuchu po stany smutku i tęsknoty


*

Melancholijne westchnienie gitary, palce ocierające się o struny, a już po chwili element niepokoju. Kilka basowych dźwięków, marszowa perkusja, wokal podkreślający powagę sytuacji. Czy to aby na pewno Muzyka Końca Lata? Brzmi intrygująco, słuchamy dalej. Zmywak wymienia miejsca, nie wiemy jeszcze o co chodzi. A wszystko to bez ciebie, nie liczy się… A więc, wszystko to tylko dla podkreślenia jak ważna jest (była?) „ona”, czy raczej jak mało ważne jest wszystko, co ważne, bez niej… W drugiej zwrotce jeszcze ciekawiej. Tym razem Bartek wylicza/skanduje ulubione polskie zespoły: Pustki, The Users i Ewa Braun, wszystkie piosenki co z kapelą gram! Jeden z najfajniejszych, pewnie najbardziej szczerych i rozczulających miłosnych manifestów, jakie słyszałem. 

Dujer, piwo, tak po lekcjach. Co prawda, ja chodziłem do „chemika”, a nie na „piękną”, ale regionalną ciekawostkę kojarzę i mam nawet z tym miejscem zabawne wspomnienia. W „Piękna 4A” słychać już typowo wyluzowane, pogodne oblicze zespołu. Kolejną porcję świetnych, lekkich melodii i mostków. Pod względem instrumentalnym całkiem niedaleko do zagranicznego indie popu. Z wejściem trójki na trackliście robi się już totalnie romantycznie. Niektórzy zarzucają Chmielewskiemu często przesłodzone, miłosne liryki. Nie mogę się z tym do końca nie zgodzić, ale „Ekstramocne” to akurat przykład idealnego wyważenia. Zwyczajnie piękny, balladowy kawałek, przy którym bez problemu można zamknąć oczy i poddać się… Z krainy rozmarzenia w ska punkowym stylu skutecznie wygania „Fenoloftaleina”, najbardziej przebojowa rzecz na „2:1”. Skoczność, trochę energii i pozytywnych wibracji. Te na bank zapewni końcówka z krzyczanym przez niezawodnego bocznego wokalistę, Marcina Biernata: Tylko jedna chwila!

Pewnie pisano już o tym nie raz, ale ostatnim co można muzyce Muzyki odebrać jest swoista prawdziwość. Teksty o życiu, takim naprawdę. Prozaicznym, niezbyt ekscytującym, nie w wydaniu „M jak Miłość”, a niebezpiecznie bliskim każdemu. Nie będzie pewnie odbiorcy, który nie odnalazłby się w którejś z tych opowieści. Młoda para borykająca się z niespodziewaną ciążą, on zarabia pieniądze za granicą, ona tęskni tutaj (sympatyczne „W Środę Wieczorem”) . Chłopak z małej miejscowości podąża za ukochaną do wielkiego, groźnego miasta („Na Cienkim”). Naiwna nastolatka przeżywająca kolejne miłosne historie („16 Skończy w Czerwcu”).  

Skupmy się jeszcze jednak na aspekcie muzycznym. Miński zespół najlepiej sprawdza się w piosenkach wesołych i sielankowych. U Myslovitz „Chłopcy” spoglądali na spódnice dziewczyn, które nie chcą ich znać. Na drugiej płycie MKL „Chłopaki” mają już lepiej, bo wieczorem wracają od dziewczyn. Siódmy numer to perełka „2:1”. Wakacyjna beztroska, dobór słów i klimat jak z big-beatowego 60’sowego przeboju. Zmywak w najlepszej formie kompozytorskiej, a przynajmniej takiej, jaka mi się podoba najbardziej. Strzałem w dziesiątkę jest też wejście wokalistki Magdaleny Turłaj aka Karotki w drugiej zwrotce. Podoba się przesiąknięte nastrojem wpatrywania w gwiazdy „Ona Nie Chce Jeszcze Spać”. Wcale nie mniej alt-countrowe „Rude Drzewa”, coś jak esencja stylu kapeli. ”Nie Pytaj” to zadumane, smutne zakończenie, przy którym można by zatańczyć wolnego, gdyby tylko muzykom nie zachciało się go podsumować nieco ostrzej…

Nie żebym słuchał wiele muzyki z rodzimego podwórka, ale czasem dziesiątki zajebistych i odległych amerykańskich bandów warto zastąpić jednym, który rodził się i rozwijał gdzieś tu całkiem blisko. Nie zawsze do szczęścia potrzeba miażdżących gitar i wykwintnej elektroniki. Czasami wystarczy zwykłe lalala. 

piątek, 6 maja 2011

Muzyka Końca Lata - Jedno Wesele, Dwa Pogrzeby (2006)












7.5

Z cyklu najciemniej pod latarnią. Autor tego bloga przez całe liceum nie miał pojęcia, że Muzyka Końca Lata pochodzi z Mińska Mazowieckiego, choć właśnie tam przyszło mu kończyć szkołę średnią. Pojechał potem kilkaset kilometrów od domu gdzie przypadkiem dowiedział się co i jak, bo wcześniej jakoś nie chciało mu się zainteresować okoliczną „sceną”. Ba, wręcz nie przypuszczał, że taka może w ogóle istnieć.

Wydanie „PKP Anielina” to jednak dobry pretekst by zaległości z Muzyki nadrobić. Zmywak z kolegami nagrali jak dotąd tylko dwie płyty dlatego ich ogarnięcie nie jest zajęciem specjalnie czasochłonnym. Druga sprawa, że wgłębianie się w nie to sprawa nadzwyczaj przyjemna. Trudno powiedzieć czy granie MKL i takiego na przykład Happysad to jedna bajka czy może dwie inne ligi, bo pierwszych modnie teraz słuchać, a drugich niby przypał. Wyrafinowany twee-pop, jakieś Belle And Sebastian te sprawy, czy może prowincjonalny, sentymentalny polo-rock? Ja z czymś takim jak „guilty pleasure” nie mam problemu. Szlachetni Mińszczanie sprawiają mi radość swoimi melodiami i tekstami, „obciachowi” chłopacy ze Skarżyska też to kiedyś w sumie robili. Zresztą o czym ja w ogóle mówię, kiedy na mojej uczelni jaranie się Muse i 30 Seconds To Mars uchodzi za najwyższą alternatywę, a disco-polo w akademiku to zjawisko całkiem powszechne...

Wymienię teraz może po kolei to co mi się na „Jedno Wesele, Dwa Pogrzeby” podoba najbardziej.

„Skąd Jest Ten Wiatr” – lala lalalalalala lalalalala lalalalalalalala czy jakoś tak, coś połamanie chwytliwego w tym motywie, gitarowe melodyjki takie jak uwielbiam, a kiedy więcej niż jedna w kawałku to już w ogóle cudnie.

„Zielone Oczy” – W styczniu częsty bywalec mojej playlisty, towarzysz i umilacz podróży oraz spacerów. Znów te oddychające letnim powietrzem akordy, zero brzmieniowych kalorii, bezpretensjonalny opis nocnego miasta, miasteczka.

„Żabi” – Praktycznie bardzo podobne walory co w pierwszym numerze, gitarowe wstawki Chmielewskiego albo Biernata. Pod trójką jest chyba jeszcze bardziej przebojowo. „Wiosną na drogach żabi holocaust, Twoja twarz”, „Gdy pod Twoim blokiem w ciemności stoję, Kiedy słyszę sen Twój błogi, już niczego się nie boję” czyli romantycznie i podbudowująco.

„Jedno Wesele, Dwa Pogrzeby” – Po trzech kapitalnych piosenkach, niecałe trzy minuty instrumentalnego rozluźnienia. Pasuje jak ulał. Przełamanie rytmu na 1:20 też fajne.

„Zmiana Czasu” – Melancholijnie, ładnie, trochę ospale, ale do czegoś to prowadzi i im dalej w utwór tym ciekawiej się dzieje. Właściwie to klasyczny post-rock.

„Maria” – Najmniej lubiany fragment. Trochę dziwaczny tekst, nie w moim guście, ale przy „ile razy byłeś ciałem zanurzonym w dzikie krzaki ciepłą nocą ooo, i rzygałeś marzeniami za 3 złote co przynoszą wiśni smak” nie sposób się nie uśmiechnąć.

„21sza” – Najpierw próbka nieco brudniejszych dźwięków, potem snucie bardzo nastrojowego obrazka, skwitowane niezłym refrenem.

„Ja Wiem Mała” – Prosty rock’n roll, sympatyczny big-beat. 1,2,3 jedziemy! „Przy garażach czekam tam, wiem że będziesz szła tą drogą, z czekolady serce mam, weź je proszę na pół złam”. Refren zawstydzający bezpośredniością… Wyobrażam sobie reakcje fanek na koncertach.

„Wakacje W Mieście” – Pierwsza reakcja, WTF?! Klimaty jakich szczerze nie znoszę. Linijki o tłustych kondomach i kocie co się z nerwów zsikał. Jeszcze do tego reggae-rytmika w zwrotkach, aż tu nagle z jakimś punk rockiem wyjeżdżają, ENERGIA, OKRZYKI! Ze sporym przymrużeniem oka.

*

Na razie tyle. Ciąg dalszy rozważań o MKL już wkrótce przy „2:1 Dla Dziewczyn”.