Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RitaHolm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RitaHolm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 maja 2016

10 polskich (odcinek 3)





















Z albumów takich jak „Long Story Short” generalnie trudno jest wycinać single. I choć „Lazing” zdecydowanie daleko do formatu przebojowej piosenki*, to zadanie zachęcenia ku dalszemu zagłębieniu się w płytę utwór ten mógłby wypełnić w stopniu wysokim.

Wyjątkowo często zdarza mi się utożsamiać muzykę z okładkami wydawnictw. Tak jest i tym razem. Spokojna gitarowo-ambientowa ścieżka otwierająca krążek Mateusza Franczaka pasuje w jakiś sposób do obrazka z zebrami leniwie przeżuwającymi trawę w czasie barwnego zachodu słońca gdzieś na afrykańskiej równinie. Z drugiej strony, mogą być to też na przykład dźwięki późnego miejskiego popołudnia spędzanego przy oknie w bloku. Wzbogacone o ledwie słyszalne odgłosy ulicy i skapującego deszczu.  

Czegokolwiek nie podpowiedziałaby wyobraźnia, nie zmienia się wniosek, iż kompozycja muzyka znanego z How How i Daktari raczy melodyjnością subtelną i relaksującą. Jako wstęp do albumu obfitującego w podobne impresje jest to element organicznej całości, ale i rzecz, w ciągu czterech minut, nieśmiało ożywająca życiem własnym.

* Nietaktem byłoby nie wspomnieć, że na „Long Story Short” pojawiają się też utwory z wokalem, właściwie piosenkowe, ocierające się wręcz o slowcore.



Najlepszym opisem dla liab będzie najpewniej przywołanie słów samego autora, który określił, iż zdecydował się na tworzenie muzyki, która „odstaje”. Sam ten fakt nie musi być jeszcze wadą ani też zaletą, a może być właściwie i jednym i drugim. Większym problemem elektronicznego kompozytora z Suwałek jest raczej nieuchronna nieinwazyjność tego rodzaju dźwięków, ale i coś poza tym. Podobnie jak w przypadku recenzowanego kiedyś przeze mnie New York Polack’s Dream, cały album „ii” zdradza, że mamy tu do czynienia ze stawianiem pierwszych kroków. Muzyką mało złożoną, brzmiącą trochę jak demo, choć na pewno podążającą w słusznym kierunku. W wyróżnionej przeze mnie z całości „Iluminacji” i w następujących bezpośrednio po niej „Nadziejach” słychać żywe zainteresowanie IDM, ambientem czy jazz/fusion. Jest miło i „niegłupio”, ale czy coś się z tego więcej urodzi? Nie przekreślam.



Rasowość pierwszego singla z nowej płyty Ocean Of Noise cieszy, choć w żadnym wypadku nie zaskakuje. Kto pamięta poprzedni krążek projektu Rafała Konopki, ten powinien bowiem wiedzieć, że już tam zdarzały się rzeczy świetne. Estetyka „Want To Dance” balansuje gdzieś pomiędzy melodiami „naszych” z Thin Man Records a wdziękiem klasycznych piosenek twee i indie popowych. Programowa lekkość nie kłóci się tu z kompozycyjnym konkretem. Instrumentalnie i wokalnie* jest więcej niż just fine. Smakowite hooki, takie jak ten klawiszowy na wysokości 1:13 albo hoooold my hand na 2:15, potrafią zaś wyskakiwać całkiem z nienacka. W tym roku muzyczna wiosna „buchnęła majem” już w kwietniu.

* za mikrofonem ponowne znalazła się Magdalena Noweta znana z Oh Ohio, Let The Boy Decide i kilku nagrań z poprzedniej płyty OON   



Każdy, kto interesował się kiedyś polską niezależną sceną gitarową, zgodzi się pewnie, że A Man Asleep brzmią niczym podręcznikowa młoda kapela z dużego miasta, grająca bliżej nieokreśloną hybrydę indie rocka, post-punku i czegoś garażowego. Zaletą tych grup jest zazwyczaj zauważalne osłuchanie oraz fakt, że pomimo niewielkich możliwości i średnio zaawansowanych umiejętności ich propozycje nie schodzą poniżej pewnego poziomu.  

Wada to z kolei wszystko, co wiąże się z byciem początkującym zespołem. Średnia produkcja, często niezbyt wyróżniający się wokal i ogółem brak czegoś charakterystycznego. O każdą z tych rzeczy można chwilowo posądzić też poznański kwartet. Mimo to EP’ka „Broken” i wytypowany z niej przeze mnie „Beginning” zwyczajnie nie bolą.

Za kawałkiem spod indeksu drugiego przemawia zaangażowanie. W śpiewie i partiach gitarowych da się usłyszeć energię i przejęcie, odnotować należy też dobrą rękę do melodii. Treściwie wybrzmiewają bas i perkusja, emocje sprawiają wrażenie autentycznych. Refren mógłby być na pewno lepszy, ale i bez tego solidnej piątki z plusem (w skali na dziesięć) nie można odmówić.  



Zmiana języka przyniosła Brooksom efekt maksymalizacji przekazu. Od kiedy Mateusz Romanowski wykrzykuje teksty po polsku, zdania stają się naturalniejsze, a ich znaczenia ostrzejsze i bardziej wyraziste. Coś musi zostać powiedziane, a taki sposób artykulacji wydaje się najwyraźniej najskuteczniejszy.

Formuła okazała się pod tym względem trafna. Uderzająca po głowie treść linijek nie daje się podczas słuchania zagłuszyć ani zignorować. Tym bardziej, że w wyrażaniu swoich przemyśleń wokalista grupy nie stroni od drastyczności: Idź do trupów i zapytaj ich jak jest zdychać za muzea, Lunaparki, pola bitwy, Wszyscy chcą jeść popcorn od powstańca, Idąc na rzeź. Chcąc nie chcąc, nieuniknione są tu skojarzenia z innym polskojęzycznym zespołem Romanowskiego, czyli Melisą.

Muzycznie, „Lunaparki” to chaos i finezja w jednym. Masa hardcore’owego zgiełku, ale też ciekawe przejścia, błyskawiczne przeskoki, aregularna jazda. Z echami wszystkiego, co bezkompromisowe od At The Drive-In przez United Nations i Touche Amore po Converge.



Tak mógłby może brzmieć jeden z utworów Lee Ranaldo, gdyby wokalista i gitarzysta Sonic Youth zamiast w Nowym Jorku urodził się w Warszawie. Pomimo stosunkowo nieagresywnego charakteru, tkwi w „Rosemary’s Baby” jakiś element niepokoju i wyczuwalnego pod skórą niebezpieczeństwa. Ów klimat w zwrotki wspólnie wkomponowują wokal, tekst, gitara i bas, przy czym zwrotka druga okazuje się pod tym względem jeszcze bardziej gęsta. Kiedy Tymon Adamczyk śpiewa: help me god, I’m not insane yet, ja nie czuję się przekonany co do jego zapewnienia. Kiedy wymawia słowa: If i could pay for your forgiveness, I would play with jesus passion, przypomina mi się niejaki Greg Dulli. Silna rekomendacja dla fanów wszelkiej maści rockowego ponuractwa.


Nie do końca rozumiem o czym śpiewa zespół Pan Trup, jaki właściwie gra gatunek i dlaczego jego członkowie za rzadko patrzą w morze. Wiem jedynie, że „Yoko Yo Ono” to dość zwariowany, choć całkiem chwytliwy i przyjemnie brzmiący kawałek, w którym melodyjne klawisze, gitary i sekcja rytmiczna próbują skomponować się jakoś z ekscentrycznym wokalem wyśpiewującym absurdalną historię. Powiedzmy, że Vampire Weekend łamane na Cool Kids Of Death. Połączenie, jakie nie powinno mieć racji bytu, a jednak.



Bezpośredni jak tylko to możliwe hołd dla klimatów lynchowskich. Roman Szczepanek i Wojciech Żurek z całą mocą odwzorowali mroczny nastrój ścieżek dźwiękowych do "Blue Velvet" czy "Miasteczka Twin Peaks", łącząc go jednocześnie wyjątkowo gładko ze stylem odpowiednim dla dotychczasowych piosenek RitaHolm. Chylę czoła przed bogactwem melodyjnych struktur „Laury Dern”, pochłaniającą głębią utworu i sensownymi linijkami tekstu. Warto poznać jak najszybciej.    



Jak dotąd, nie wiedzieć czemu, nie do końca udawało mi się zrozumieć fenomen utworów SoundQ, których miałem okazję słuchać. Daleko było co prawda do wystawiania im złych ocen, a jednak coś za żadne skarby nie chciało, jak to się mówi, „kliknąć”. „Out Of Phase” przynosi tymczasem znaczący przełom w „relacjach” i wyraźne ocieplenie. Przenikliwy electropop krakowskiego zespołu od pierwszych chwil zdobywa uznanie światowym sznytem, pociągającym brzmieniem synthów i bitów. Dźwięki oddają chłodną, klubową atmosferę i choć bez wątpienia da się przy nich tańczyć, to nie mamy tu raczej do czynienia z dyskoteką radosną. Odbiór z mojej strony jest tym razem klarowny i jednoznaczny. Daję się schwytać i ponieść.   



Na głębokim motywie gitarowym z „Will Be Fine” dałoby się zapewne oprzeć jakiś całkiem intrygujący post-rock/slowcore rodem z pierwszej połowy lat 90. Pechowo dla zwolenników takiego potencjalnego rozwiązania utwór grupy Tranquilizer podąża jednak w całkiem inną stronę. Kierunek w ogromnym stopniu wyznacza kobiecy głos, wyraźnie prowadzący kompozycję ku stylistyce gotyckiego rocka, co potwierdzają zwłaszcza charakterystyczne pogłosy. Są tu momenty, które mi się podobają i takie, z jakimi niekoniecznie mi po drodze. Na plus zaliczam pustynność i posępność pięciominutowej kompozycji, na minus słabiej zagospodarowane chwile, w których gitara milknie. Plusem będą niektóre z wokalnych ruchów pani Luny, minusem zaś niektóre z jej pozostałych poczynań...  Tak więc, jak na mój gust, trochę zgrzyta, ale być może „Will Be Fine” to po prostu granie na gusta zupełnie inne. 

czytaj poprzedni odcinek

niedziela, 15 lutego 2015

10 polskich (odcinek 2)



Nieusłyszenie wpływów Queens Of The Stoneage w muzyce zespołu Popsysze zakrawa o cud. „Letko” nie stanowi wyjątku, zasłuchanie w graniu grupy Joshua’y Homme’a daje o sobie znać w więcej niż kilku miejscach. Najistotniejsze jest jednak to, że znajomo brzmiące stonerowe riffy służą do rozkręcenia dobrego, energetycznego kawałka o porywającym refrenie, w którym, także za sprawą tekstu, udało się zawrzeć fajne „czucie” i odpowiednią sugestywność. „Jadę z nii-ii-im na chwilę, w nowe miejsce, letko ubrany ”. Utwór trójmiejskiej kapeli jawi się prostą, konkretną konstrukcją, trzyminutowym rockowym singlem, szybką nocną przejażdżką i uczuciem świeżego wiatru we włosach.



Trupa Trupa zapowiada nową płytę dream popową, lekko przybrudzoną kołysanką. W tle pomyka sobie bajkowa, psychodeliczna melodia, wokale z hipnotyczną konsekwencją powtarzają wciąż te same słowa, wszystko powoli dąży do upadku... „I just wanna die, hold me tight”, przemawia w pewnym momencie Grzegorz Kwiatkowski, a ci, którym nie obca była dekadencja poprzedniego albumu nie powinni czuć się zdziwieni. Interesujący, pierwszy „puzel” z „Headache”.    



Wnioskując po tym utworze, wokalistka ukryta pod pseudonimem Lee La Loa zalicza się do wykonawców, którzy pomimo pozornie obojętnej i znudzonej maniery, bardzo przekonująco unikają emocjonalnej bezbarwności. „Million Thoughts” należy do kompozycji radio-przyjaznych, ładnie zagranych, ale zdecydowanie dojrzałych muzycznie. Atutami tej lekko jesiennej folkowej pieśni jest produkcyjne wyważenie i wyczucie taktu sprawiające, że duet ani razu nie przeholowuje w niewłaściwą stronę. Nawet jeśli nie jest to stylistyka szczególnie dla mnie porywająca, tego rodzaju pozytywnej skromności nie wypada mi przynajmniej trochę nie docenić.  



Roman Szczepanek i Wojtek Żurek nie zbaczają ze ścieżki obranej na „Od A do Z”. „Nowy Jork...” to znów niesamowicie wrażliwa, romantyczna ballada. Nastrojowy muzyczny obrazek malowany repetycyjnymi melodiami i łagodnym wokalem. Urozmaicony bardzo krótkimi, choć subtelnie wpływającymi na całość fortepianowymi momentami. Zwracam szczególną uwagę na 2:13, gdzie po słowach o „niezrozumiałym sensie koszykówki” i „błędzie w amerykańskim śnie” urokliwie zastosowane klawisze przez piętnaście sekund pozostają na placu boju same. Inną zaletą jest naturalnie sam tekst akcentujący, o ile dobrze odczytuję, zderzenie złudnych marzeń z rozczarowującą realnością. Nadal bardzo ładnie i inteligentnie. Pozostaję zaciekawiony.       



Elektroniczny wykonawca startuje z 18-minutową EP’ką podzieloną na sześć części. Nie jest to ani materiał kontemplacyjny ani do końca piosenkowy. Na swój specyficzny sposób, bliżej mu chyba jednak do opcji drugiej (zwłaszcza w ostatnim kawałku). Na „Btwin” składają się bowiem różne elementy, z których każdy jakoś tam sobie oddzielnie funkcjonuje dbając o to, by płyta nie stanowiła zbyt zwartej muzycznej bryły. Owe starania w kierunku urozmaicania materiału traktuję jako największy atut krążka. Wszystkie numery od „Supertramp” po „Baldie” cechuje zwięzłość i nawet jeśli ta muzyka sprawia jeszcze wrażenie mocno „testowej”, to autor sztukę nienudzenia już teraz opanował całkiem nieźle. Mamy tu do czynienia z próbkami różnych rzeczy: odrobiną minimal-techno, ambientowymi przestrzeniami („B2”), klimatami trip-hopowymi, czy chropowatym synth-popem a la Trst („B3”). Trochę spokojnie, trochę niepokojąco, trochę kosmicznie.



Radiovidmo sporo łączy z omawianą kilkukrotnie na łamach Dirty Boots kapelą o nazwie HOAP. Wspólnym mianownikiem dla obydwu grup jest bez wątpienia twórczość Radiohead. Obydwie konstruują swe kompozycje na podstawie porównywalnych, uczuciowo-rozmarzonych melodii i nawet wokalnie można wychwycić między nimi pewne podobieństwa. Z materiałem na EP’ce pierwszego z wymienionych zespołów bywa różnie, czasem niestety trochę monotonnie, ale umieszczony w jej centralnym punkcie „Lone Dots” to moment bezapelacyjnie godny pochwały. Panowie z Bielska-Białej wprowadzają nas w niego bardzo staranną, smutnawie emocjonalną zwrotką i także w tej atmosferze, pod znakiem wrażliwie szytych melodii i eterycznych wokaliz upływa nam cały utwór. Operowanie głosem w niektórych rejonach warto byłoby chyba poćwiczyć, ale tak czy inaczej, generalnie nie jest źle.



Gdyby tak do „Wolf” dopisać jakiś wyraźniejszy refren, mielibyśmy do czynienia z piosenkowością stojąca na równi z samym brzmieniem. Mamy tymczasem dobre college-rockowe zwrotki i shoegaze’ową burzową chmurę (przewlekaną paroma melodiami), która zawłaszcza większą część fajności kawałka Evvolves. Bieżący stan rzeczy jest jednak jak najbardziej wystarczający, aby utworu Warszawiaków dało się słuchać ze zwyczajną, uczciwą przyjemnością. Przyszłość reprezentantów Jasieni widzę w jasnych barwach.  



Motoryczny, melodyjny kawałek z „przeżywającym”, jeszcze nie desperackim, ale z całą pewnością zaangażowanym wokalem. „Unfounded” wyrasta gdzieś z okolic post-punkowych, ale nośność przezwycięża w nim mrok na tyle, by pierwszemu utworowi z EP’ki „Clarity” najbliżej było do lekko alternatywnej piosenkowości nowo-falowego popu, czy 80’sowego college-rocka. Mamy tu sporo melodii wokalnych i gitarowych, trochę basu i nastawioną na całe 3:22 automatyczną perkusję. Co ważne, to chyba właśnie pierwsze dwa z wymienionych elementów zapewniają utworowi Oslo Kill City coś w rodzaju przestrzeni, dzięki której słuchając doznajemy tego komfortowego wrażenia, że „Unfounded” oddycha pełną piersią. Słysząc finalizujące piosenkę sprzężenie żałuję jedynie, że energia i brud nie zostały trochę wyeksponowane. Gdyby tak nieco je podkręcić, efekt byłby zapewne jeszcze lepszy.



Oxford Drama na swojej drugiej EP’ce robią to, co na kolejnych reprezentantów Brennnessel przystało. Piszą utwory zlokalizowane na przecięciu elektroniki, muzyki tanecznej i popu. Singiel „Limbo”, jak sama nazwa wskazuje, szamocze się gdzieś w elektroniczno-ambientowej, mętnej otchłani, usiłując uwolnić się z niej, celem podążenia w kierunku delikatnej deep-house’owej taneczności. Zestawienie tego rodzaju dźwięków z dziewczęcym wokalem nieuchronnie przywołuje na myśl dokonania kanadyjskiej grupy Braids. Jakie by jednak skojarzenia nie były, „Limbo” jawi się przebłyskiem konstruktywnego i obiecującego synth-popu. Nie pierwszym co prawda na naszym rodzimym podwórku, ale wciąż wnoszącym do tego całego dobrobytu wartość dodatnią.



Muzyka skąpana w czerni i cieniu. Granie formacji Bruno ŚwiatłoCień ma duże szanse na skuszenie miłośników gotyku, dark-wave’u, różnej maści ponurych klimatów, ale i eksperymentalnego rocka kojarzonego z alternatywną trójmiejską sceną oraz wytwórnią Nasiono Records. Śpiew zastępuje tu około-poetycka deklamacja, instrumenty malują tło odpowiednie dla post-punku czy industrialu, choć w przypadku „Powiewu Morza” kłamstwem byłoby stwierdzenie, iż mamy do czynienia z jakąś esencją rozpaczy i beznadziei. Przeciwnie, w długiej ponad siedmiominutowej kompozycji naznaczonej quasi-modlitewnym tekstem Bronisława Ehrlicha przewija się kilka jaśniejszych melodii, szczypta optymistyczniejszych dźwięków, przeszywających cały ten twór niczym promyki słońca przez okna mrocznej katedry. Znamienna jest również typowo noise-rockowa, mile łechtająca zmysł słuchu, szumiąca brudem końcówka. Ze szczególną rekomendacją dla kosmitów i introwertyków.   

poniedziałek, 27 października 2014

10 polskich


O muzyce Stefana Wesołowskiego ze względu na jej szlachetność, która maluczkiego blogowego recenzenta przytłacza, pisać jest ciężko. Oddawanie słowami esencji „współczesnej klasyki” okazuje się bowiem trudniejsze niż pisanie o graniu konstruowanym za sprawą piosenkowych elementów. Bardzo dobrze, że przez ostatnie lata serwisy zajmujące się muzyką alternatywną oswoiły nas – rockowych i popowych parweniuszy z Heckerem, Richterem, Basinskim czy Jóhannssonem, innymi słowy  z muzyką ciut bardziej wyrafinowaną, pochodzącą z nieco innej krainy wrażliwości. „What The Thunder Said” urzeka wyważoną podniosłością, pięknem nieskazitelnym, posępnym i listopadowym. Wesołowski nie przegina ani jednym dźwiękiem, nie zapuszcza się w nużące repetycje i zachowuje wyrazisty nastrój. Jestem w stanie zachwycić się tą kompozycją zapewne z racji emocji, jakie ją wypełniają. Odpuszczę już określanie i nazywanie ich po imieniu. To się słyszy i czuje, tego się słucha w sposób naturalny.


Scream Maker – In The Nest Of Serpents 4/10

Nie trzeba być wybitnym, ani nawet jak w moim przypadku – jakimkolwiek znawcą metalu, aby domyślić się, że polscy Scream Maker bardzo zasłuchali się w brytyjskim Iron Maiden.  „In The Nest Of Serpents” oceniam z jednej strony w kontekście muzyki ogólnie, według tego, czy sprawia mi przyjemność i bez konfrontowania z kontekstem. Z drugiej zaś muszę trochę porównać z tą garstką ciężkiego grania, które zdarzyło mi się poznać. Słyszę zwrotko-refrenową piosenkę w ciermiężnie old-schoolowym heavy-metalowym opakowaniu. Nie ma tu absolutnie skrawka miejsca na coś własnego, oryginalność pozostaje tematem tabu. Jest post-Scorpionsowy obskur, niestrawne solówy i przewidywalność totalna. Jeżeli nie siedząc w gatunku mogę z czystym sumieniem dojść do takich wniosków, to wiadomo, że fakt ten nie świadczy o kawałku dobrze. Propozycji Scream Maker nie przekreślam do samego końca chyba tylko przez sporadycznie zjadliwą pretensjonalność, która w refrenie chociażby, ujawnia się w ilościach śladowo pozytywnych przebłysków. 


3moonboys – Kroki 7.5/10

„Kroki” w pierwszej kolejności wskazują na zamiłowanie do kombinatoryki, w drugiej zdradzają także swą ładno-piosenkową stronę. Obydwa elementy gryzą się następnie przez cały utwór na przemian wychodząc na prowadzenie i wzbudzając zainteresowanie który wygra? Nie dziwi mnie wcale, że 3moonboys to zespół całkowicie już doświadczony (pierwsza płyta z 2004 roku), nawet jeśli do tej pory nie był mi znany. W tym kawałku słychać kunszt, smakowitość zastosowanych rozwiązań i przeszkadzajek dekonstruujących utwór. Podoba mi się melodyjna „walka” wokalu, niezły jest tekst. Zwycięża i tak gęsto oraz pomysłowo zagospodarowana tkanka dźwiękowa. Bas, syntezator, absolutnie dobrze rozumiany nieład kompozycyjny. W „Krokach” jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, naprawdę jest czego słuchać.


Feldgrau - 평양 7대 불가사의 5.5/10

Jeżeli mieszkacie w tak spokojnej okolicy, że nawet podczas późno-nocnego spaceru nic nie jest w stanie wywołać u was przyjemnego poniekąd uczucia lekkiego niepokoju, istnieje szansa, że Feldgrau w słuchawkach zrobi swoje. Muzyczne szmery, szumy, szelesty i trzaski, jeden bardzo gwałtowny moment. Można się na chwilę zapomnieć, a następnie wystraszyć. Tak mogłoby brzmieć pranie mózgu, sesja z kosmitami wdzierającymi się do umysłu albo ścieżka dźwiękowa do oryginalnego horroru dziejącego się gdzieś w złowrogiej klinice.  


RitaHolm – Od A do Z 7.5/10

Romantyczny alternatywny pop po polsku. Z ładnym nastrojem, jeszcze ładniejszymi melodiami i kilkoma fajnymi linijkami tekstu. Bez tchu i umiaru, Od A i do Z, Bez wspólnych wymiarów, ty S, ja XL. Piosenka RitaHolm wpisując się w delikatą estetykę pokrewną chociażby Ocean Of Noise rości pretensję do bycia najlepszą rodzimą balladą jesieni. Wszystko staje się zresztą logiczne, kiedy dowiadujemy się, że ½ duetu stanowi Wojciech Żurek, niegdyś wraz z Magdaleną Nowetą człowiek odpowiedzialny za urokliwą EP’kę pod szyldem Oh Ohio. Podobnie jak rok temu głos Magdy świetnie zagrał z muzyką Rafała Konopki („I Want You” Ocean Of Noise), tak teraz do aranżu Wojtka doskonale przylgnął wokal Romana Szczepanka. Ciekawa sprawa, że już od trzech lat za najcieplejsze polskie utwory odpowiadają właściwie ci sami ludzie. Nie obrażę się zresztą jeśli tak już zostanie.



Szkot, Irlandczyk i Polacy spotkali się by grać post-rocka. Szkopuł w tym, że znużenie owym gatunkiem, nie tylko chyba u mnie, osiągnęło poziom krytyczny. Przynajmniej jeśli chodzi o jego przyjęty od kilku dobrych lat post-Mogwai’owski, odtwórczy model. The Frozen North starają się zrobić wiele by formułę odświeżyć, ale efekt satysfakcjonuje jakby częściowo. To, że ludzie odpowiedzialni za „Origin” jawią się znakomitymi muzykami jest faktem oczywistym, wystarczy posłuchać chociaż części kawałka żeby się o tym przekonać. Skrzypce, misterne melodie, narastające w jakimś kierunku napięcie, wpływy folku – niby wszystko OK, a jednak uczucie bycia kupionym miesza się z uczuciem bycia znużonym. Może za długo, może pomimo wysiłków nadal brzmi zbyt podobnie do wielu innych kapel? Życzę powodzenia, choć na razie pozostaję z uczuciami mieszanymi.


Happysad – Smutni Ludzie 7.5/10

Na ostatniej płycie Happysad jasno i dosadnie zakomunikowali chęć zmian. Przed ukazaniem się zwiastunów z nowego albumu można więc było zastanawiać się już jedynie nad tym CO tej zmianie ulegnie. Pierwszy singiel podobnie jak dwa lata temu „Wpuść Mnie” mile zaskakuje pod względem konstrukcyjnym. Brzmienie wieje chłodem, kontrastując z majowymi opisami i „beztroską hormonadą”, ale za to doskonale pasując do tytułowych „Smutnych Ludzi”. Akuratna elektronika i punktująca perkusja niepokojąco zwiastują burzę, czytaj kapitalny riff, który niczym piorun dzieli utwór na dwie części. I właśnie dla tej drugiej, porywająco rozeźlonej, naładowanej frustracją oraz „wkurwem” najbardziej warto się ze „Smutnymi Ludźmi” poznać.


Czy można chcieć czegoś więcej, gdy nuda i bezsens trzymają nas za ręce? „Narkotyki” to piękne muzyczne lenistwo, rozleniwienie iście wyrafinowane, jazzowe, wylewające się lekko melancholijnie, ale przy tym jakże rozkosznie. Parne lato czy jednak zadumana jesień? Nie wiem sam. Saksofon nęci, absorbuje, Piotra Nabrdalika można oskarżyć o wokalną charyzmę. Jeśli chcieć czegoś więcej, to tylko kawałka „Czerwiec” z tej samej płyty.  


Olandra – Asmodeus 6.5/10

Głos Oli Woźniak nie ma słabych punktów, skala idzie w parze w barwą, technika z emocjami. Przyjemność czerpana z wysokich dźwięków i subtelnie akompaniującego pianina pozwala przymknąć oko na klasyczną konwencję. Wygrywa dla mnie końcówka, kilkudziesięcio-sekundowa lekcja jak wokalnie zaczarować w ogóle nie używając słów.




Curly Heads – Reconcile 5.5/10

Czy to jeszcze spóźnienie na new rock revolution godne polskich kolei, czy może już revival gitarowego revivalu? Choć wydaje się jakby to było wczoraj, „Reconcile” uderza w brzmienia sprzed dekady, a nawet kilkunastu lat. Z kawałka Curly Heads w mniejszym lub większym stopniu wyskakują Kings Of Leon, Editors, Arctic Monkeys i reszta ferajny. Pomimo upływu roczników za tym się jeszcze nie da tęsknić, a jakiekolwiek odrodzenie czegoś, co nawet dobrze nie umarło nie znajduje racji bytu. Można też powiedzieć, że Dawid Podsiadło z kolegami nagrali zwyczajny indie-garażowo-rockowy kawałek, który zły w żadnym wypadku nie jest, ale rewelacją może stać sie chyba tylko w polskim, niewydolnym mainstreamie.