Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post-emo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post-emo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 lutego 2015

Podsumowanie 2014: albumy 10-1



10. Andrew Jackson Jihad – Christmas Island

Atmosfera śmierci zaciążyła na nowej płycie Andrew Jackson Jihad w stopniu większym niż dotychczas. „Puddle of body parts, Inside a bowl of angel hearts that the children were eating”, “Coffin full of orphans, slaughtered by a website-making man”, “God begging to be murdered”. Na “Christmas Island” trup ściele się gęsto, ale dantejskie sceny nie służą jedynie epatowaniu makabrą. Nie jest to również wyraz zwątpienia, czy skrajnego pesymizmu Seana Bonette. Raczej konstatacja pewnych rzeczy, dopuszczenie do głosu i wypowiedzenie kwestii trudnych, obaw z jakimi każdy ludzki umysł czasem musi się zmierzyć. Folk-punkowcy z Arizony nadal grają bardzo swoją muzykę. Nieco mroczniejsze niż dotychczas teksty wciąż zawierają elementy ironicznego humoru („his dad is dead enough, that his new dad can cure the bends”), gdzieniegdzie pojawia się i wypowiedziany bez fałszywej subtelności optymizm („Linda Ronstadt”). Kogo nie interesuje warstwa liryczna, ten może zresztą z powodzeniem słuchać większości z tych numerów jako świetnych, energetycznych piosenek („Temple Grandin”, „Children Of God”, „Kokopelli Face Tattoo”) lub quasi-ballad o niezłych melodiach („Do Re & Mi”, „Best Friend”, „Coffin Dance”) . Łowcy odniesień będą mieć zaś gratkę w doszukiwaniu się fragmentów nawiązujących do Wernera Herzoga, Q Lazzarus albo Stevie’ego Wondera.      


9. S.Carey – Range Of Light

"I'm flooding in spring, and swelling from the sound, and I am driftwood found" 

Ta płyta mogłaby w całości stanowić muzyczny ekwiwalent budzącej się do życia wiosny. Tak brzmią „Glass/Film” i „Creaking”, pierwsze dwa utwory z „Range Of Light”, niezwykle urokliwie przywołujące na myśl rozpuszczanie się ostatnich śniegów i lodów, rozkwitanie zieleni, nieśmiałe lutowo-marcowe podrygi. Nie miałbym nic przeciwko, by to wyjątkowo niespieszne tempo towarzyszyło całej płycie. Nie mam jednak również nic przeciwko temu, jaki kształt drugi album Seana Careya przybrał w rzeczywistości. Następca „All We Grow” z 2010 roku jawi się mistrzostwem harmonii, wrażliwości i ułożenia. Muzyk z Eau Claire wykazał niebywałą precyzję w dopasowywaniu folku do ambientu, popu, czy nawet elementów modern-classical. Kompozycje cechuje szlachetność i proste piękno, są one jakby bogate i dopieszczone, ale jednocześnie nieustannie czuć w nich coś ascetycznego. Niektóre fragmenty, jak choćby skrzypcowo rozedrgany, śpiewany wraz z Justinem Vernonem „Crown The Pines” przynoszą odrobinę kontrolowanego dramatyzmu. W innych Carey z pomocą fortepianiu snuje przeraźliwie smutno brzmiącą opowieść („Fire-Scene”) albo traci głowę w nieprzyzwoicie romantycznej balladzie („Alpenglow”). Zazwyczaj pozostaje jednak w swych poczynaniach stonowany i wyważony, a w realizowaniu koncepcji ostro konsekwentny. Doskonale potwierdza to olśniewająca końcówka: „Fleeting Light”, „The Dome” i „Neverending Fountain”, z której każda część składowa przynosi moment chwały.


8. The Hotelier – Home Like No Place Is There

Rzadko się zdarza, by najważniejszym momentem płyty był jej wstęp. Nie pierwsza piosenka z całego zestawu piosenek, a właśnie zaplanowane, uroczyste preludium, które u The Hotelier posłużyło za coś znacznie więcej niż typowe intro. „Open the curtain, singing birds tell me „tear the buildings down”, You felt blessed to receive their pleasant sound”. Od pierwszych chwil czuć w „An Introduction To The Album” zachętę do rozpoczęcia czegoś, odrodzenia, nowego startu. Powiew świeżego wiatru oraz oczekiwanie na dopraszającą się spontanicznego uwolnienia energię. Młodość i adolescencja w cztery i pół minuty. „Home Like No Place Is There” to najdojrzalszy z młodzieżowych, a także „najmłodzieżowszy” z dojrzałych albumów wydanych w ostatnich latach. Obecne są tu odpowiednie dla „fałszywego emo” lat 2002-2006: nastoletnio-romantyczna naiwność a la Jimmy Eat World (refren „Among The Wildflowers”) czy wrzaskliwa desperacja kojarząca się z Taking Back Sunday (z kumulacją w „Life In Drag”). Elementy, które, powiedzmy sobie szczerze, nie wróżyły raczej jak dotąd aplauzu krytyki i uznania w opiniotwórczych serwisach. Panowie z Massachusetts dokonali jednak niezwykłej sztuki wkomponowania ich w gitarowe kompozycje tak, by nie budziły większych zastrzeżeń, a wręcz świadczyły o sile utworów. Muzyczna witalność momentów takich jak „In Framing” , „Your Deep Rest”, „The Scope Of All This Rebuilding” i teksty dotykające obaw, frustracji, samotności na poziomie „trochę innym” niż w typowo koledżowym graniu świadczą same za siebie. Grupa Christiana Holdena dysponuje poważnymi tematami, mówi pewnym głosem i „nie marnuje wina tam gdzie jest coś do powiedzenia”. Jej kanciasty pop-rock rozgrzewany jest do czerwoności, a ekspresja, emocjonalne zaangażowanie i imponująca dynamika przekładają się na bezsprzecznie przekonującą jakość.


7. We Call It A Sound – Trójpole

Wystarczająco dobre jest już to, co WCIAS robią wyłącznie za sprawą swych elektronicznych, ambientowych i chill-wave’owych, smakowicie brzmiących wojaży. Taki „Tatarak” z innym, najlepiej anglojęzycznym tekstem byłby nieodróżnialny od rasowych produkcji zajmujących miejsca w rubryce „best new track” pewnego amerykańskiego serwisu. Od z miejsca inicjujących, a następnie bezlitośnie „cisnących” cały ten twór barwnych elementów można dostać uszopląsów. Entuzjastycznie wybijany rytm, świeżutki jak szczypiorek „miejski” riff, art-popowa artykulacja wokalna, bajeczne klawisze, hook na hooku. To jednak połączenie nowoczesnych form z elementami rdzennie wiejskiego folku, przejawiającymi się na podłożu najczęściej językowym, ale kilka razy i muzycznym sprawia, że „Trójpole” jawi się materiałem egzotycznym, intrygującym, innym od innych. „Opowiadają historie, które jeżą włos”. Może nie same historie, co raczej styl ich opowiadania, bo opowiada się tu przecież także dźwiękiem. Ale jeżą, jak najbardziej. Chociażby „Na Powiach” z klarnetem i akordeonem, nie przypominające nic, czego przyszło mi w ostatnim czasie słuchać. „Mroczny kujawiak, swoista nowoczesna, wiejska mantra, zatopiona w mrocznych, onirycznych melodiach”. Albo wchodzące prosto po nim „Smugi” - czysta doznaniowa metafizyka. Było w tym roku kilka albumów, które pokochałem mocniej. Ten zasługuje jednakże na miano w 2014 najbardziej osobliwego.


6. Spring Offensive – Young Animal Hearts

Rozpoczyna nieco inne od pozostałych „Not Drowning, But Waving”, którego doskonałość budowana jest powoli, wraz z cykaniem zegara, mrocznymi chórkami, niezbyt wesołą historią i logicznie wyrażonym na poziomie warstwy muzycznej smutkiem. W kulminacji, wokal raczy nas pięknie brzmiącym, refleksyjnym wyznaniem „Afraid you'll turn on me and I'll go down for this”. Z kolei w samym zakończeniu czeka już istny sztorm i stosowne wyładowanie. „No Assets” to reprezentant frakcji utworów o tematyce pieniężnej, dobra rada o konieczności oszczędzania. Jakżeby inaczej, przystrojona w intrygujący melodyjno-rytmiczny płaszczyk, połamaniec z poważnym refrenem. Ze środka krążka uśmiecha się do nas błyszczący szczególnie w lajtowych zwrotkach „Speak”. Kilkukrotne przesłuchanie tonącego w posępności, raczącego pesymistyczną ironią „The River” kończy się późniejszym śpiewaniem fragmentu o  ześlizgiwaniu się do rzeki. No i na finał, piosenka podsumowująca wszystko co u nich najlepsze, perełka w postaci kawałka tytułowego. „Young Animal Hearts” jawi się swojego rodzaju kompilacją hitów i ukoronowaniem pewnego okresu działalności zespołu. Nic nie zmienia jednak faktu, że jest to zwyczajnie doskonały album. Spring Offensive kilka lat temu pokazali się jako niewiarygodnie zdolna grupa. Sporo wody w rzece upłynęło zanim owe zdolności przyszło im potwierdzić na długogrającym debiutanckim krążku. Ostatecznie wydali tylko ten jeden, ale za to jaki.  Naprawdę fajnie, że zanim spasowali dostarczyli nam pełnoprawny, nie pozostawiający wątpliwości dowód na swą wyjątkowość. 


5. Eagulls - Eagulls

"you're the pain in my neck, my neck, my neck"

Nowa siła białasowskiego, gitarowego grania nadciągnęła z Leeds. Podobnie jak koledzy ze Spring Offensive, chłopaki z Eagulls dorastali w naszych oczach za sprawą poszczególnych nagrań, EP’ek i singli. Był swojego czasu ręcznie napisany list, który dedykowali „wszystkim plażowym zespołom ciągnącym sobie wzajemnie chuja”. Był entuzjazm towarzyszący pojawieniu się kawałków takich jak „Moulting”, „Possessed”, „Nerve Endings” albo „Tough Luck”. Przydarzył się  i przełomowy występ w nocnym programie Davida Lettermana. Brzmienie utworów na „Eagulls” niech posłuży za najlepszą odpowiedź na pytanie dlaczego wykonanie „Possessed” w „Late Night Show” dalekie było doskonałości. Weźmy dla przykładu takie „Hollow Visions”, fragment debiutujący przy okazji albumu. Kawał ostrego jak papier ścierny post-punka z gitarami, w których nowo-falowa przestrzeń wprost zagryza się z atakującym uszy, blisko-noise-rockowym jazgotem. Eagulls generują rodzaj hałasu, przy jakim jedyną słuszną opcją jest podkręcenie głośności. Są zespołem napieprzającym trochę na jedno kopyto, ale robiącym to na tyle dobrze, że drugi, trzeci i czwarty numer w podobnym stylu dalej cholernie nam się podoba, a piąty i szósty będzie co najmniej mile widziany. Jakże cudownie skutkuje ta mieszanka energii, pasji i złości w rozsadzającym na kawałeczki „Footsteps”, męczonym i katowanym chyba do ostatniego tchu zdesperowanego wokalisty George’a Mitchella. Przyjemnie jest dać się zmieść na koniec przez ścianę dźwięku w „Soulless Youth”. Wyróżnia się ponadto wśród tej inspirującej młócki opatrzone teledyskiem „Tough Luck”, rzecz chyba w zestawie najbardziej sięgająca stanów melodyjnej przebojowości. Dostaliśmy więc dobry, mocny, nieokrzesany debiut. Testostereonowy zastrzyk dla fanów ciekawszego punk rocka.  Zestaw rozedrganych emocji, wkurwień, wątpliwości i wyżyć.


4. The Antlers – Familiars

Brzmienie utworów na ostatnim albumie grupy Petera Silbermana nie jest ani trochę wymagające, nie przynosi bólu, silnych przeżyć raczej też nie. No chyba, że do takowych zaliczymy poczucie totalnego komfortu. „Familiars” jest bowiem płytą „wygodną”, miękką i melodyjną, ale przy tym nie tracącą ani trochę pod względem głębii. Tylko nielicznymi miejscami smutną, ale jedynie na tyle, byśmy mogli nazwać ją piękną, a momentami autentycznie wzruszającą. Taki moment dostajemy zresztą od samego wejścia za sprawą singlowego rozklejacza czyli „Palace”. Utwory takie jak „Intruders”, „Parade” czy „Director” nie zaskakują, bo nie muszą. Grunt, że stanowią esencję eleganckiego, wyrafinowanego indie popu. Ogromnym bonusem jest poza tym ukryty pod dwójką, siedmiominutowy „Doppelgänger”, kompozycja spowita mrokiem, ciekawie odsyłająca do początku lat 90. i czytelnie przywołująca wykonawców spod znaku sadcore/slowcore. To jednak zagranie celowe, nie zmieniające faktu, iż na „Familiars” The Antlers odeszli już całkiem daleko od chowania się w pustym pokoju. Padają tu przecież słowa: "And I can feel the difference when the day begins, like all I know is, "This year will be the year we win" dowodzące, że z wyważonym optymizmem jest im całkowicie do twarzy.  


3. Weezer – Everything Will Be All Right In The End

Na „Everything Will Be All Right In The End” nie dziwi sama obecność świetnych kawałków, co raczej wzorowa równość materiału, o którą nikt by już dziś Weezera nie posądzał. Znając tegoroczny krążek można ulec wrażeniu, że wszystko co wydarzyło się w ciągu ostatniej dekady było ze strony Riversa i spółki zwyczajnym lenistwem. Ten album mogli popełnić w dowolnym momencie po „Pinkertonie”. To nie żadna stylistyczna wolta, a typowy Weezer, ale w postaci optymalnej. „The British Are Coming” jest ich najbardziej udanym Beach Boysowym kawałkiem od czasu „Holiday”. Pogwizdywane „Da Vinci” z bezpruderyjnie przebojowym refrenem, bazującym na dowcipnie romantycznym tekście  zapętla się na długo. „Ain’t Got Nobody” to świeżość i luz, rock’n roll w wyjątkowo chwytliwym wydaniu. „Zielono Albumowa” „Lonely Girl” opiera się na rymach niemal podręcznikowych, ale co z tego skoro jest kolejną trafioną, czysto hedonistyczną w piosenkowym sensie produkcją, zagraną na odpowiednim wykopie?  Dzieło wieńczy pomysłowa, w dużej mierze instrumentalna trylogia. I tu znów szkolna piątka, zwłaszcza za wyciskające łezkę „Anonymous”. Kto się nie ugnie pod „I don’t even know your name, No, I don’t know the words to say so….” ten nigdy nie był nastolatkiem zakochanym w jakiejś bliżej nieznanej, anonimowej koleżance. Kwartet z Los Angeles przygotował wreszcie długo wyczekiwany materiał z jajami, garść piosenek godną starego Weezera z lat 90, lepszą może nawet od „Green Albumu” z 2001 roku. „EWBARITE” to należna rekompensata dla fanów i wszystkich Weezerowych entuzjastów, ale też krążek, który powinien spodobać się każdemu miłośnikowi power popu czy wszelkich odmian melodyjnego rocka. Kto wie z czym wyskoczą za dwa albo trzy lata? Co wymyśli Rivers by ponownie zinfantylizować oblicze zespołu? Póki co cieszmy się z unikalnego momentu realnej chwały jego grupy. Kto wie, czy drugi taki kiedykolwiek się jeszcze powtórzy?


2. Sun Kil Moon - Benji

W pierwszym utworze na “Benji” Mark Kozelek obiecuje śpiewać imię swej tragicznie zmarłej kuzynki Carissy przez wszystkie morza. Dokładnie po tych słowach, jakby na przypieczętowanie deklaracji, spod jego gitary wypływa przepiękna melodia, kluczowy muzycznie moment całej piosenki. Chwilę później lider Sun Kil Moon z obezwładniającą szczerością przyznaje, że rzeczą bez jakiej nie mógłby żyć jest miłość swojej matki. Z grobowo poważnego „Truck Driver” o wujku, który spłonął żywcem we własne urodziny pozostaje w pamięci szczególnie jedno optymistyczne zdanie. „And babies were crying, Kentucky Fried Chicken was served, And that's how he would've wanted it, I'm sure”. W “Jim Wise” najważniejsza jest myśl, iż przyjaciel ojca Marka zabił swoją żonę, bo kochał ją zbyt mocno, by pozwolić jej na cierpienie. Nieważne czy Kozelek śpiewa o kolejnej śmierci, swoim kumplu Benie Gibbardzie („My Friend’s Ben”), wylicza szczegółowe relacje z płcią przeciwną począwszy od najmłodszych lat („Dogs”), czy po swojemu snuje refleksje na temat licznych tragedii mających miejsce w USA („Pray For Newtown”). Wszystkie te kawałki pochłania się z ciekawością, niczym najlepsze opowiadania. I nie ma tu u słuchacza mowy o zdystansowaniu się. Albo jesteśmy w nich na całego, albo suniemy przez długą, suchą pustynię. W podsumowaniu piosenek, w kontekście „Micheline” pisałem o oddawaniu przez kompozytora najwspanialszego hołdu zmarłym. Ta sztuka ex-wokaliście Red House Painters udaje się jeszcze kilkukrotnie, a partycypowanie w jego wynurzeniach chwyta za duszę niezliczoną ilość razy. Jak sam wyznaje: „nie jest tym, który się modli, ale tym, który gra i śpiewa”. Może to właśnie dlatego.  


1. Joyce Manor - Never Hungover Again

Trzy lata temu Joyce Manor mogli się szczycić najbardziej elektryzującym, maksymalnie przebojowym w swej treściwości i energii debiutem na współczesnej punkowej scenie. Przesłanki ku zostaniu Jawbreakerem obecnej dekady były dla nich jak najlepsze, a dziś, kiedy można już cokolwiek zweryfikować, wydają się jeszcze bliższe spełnienia. Kultowość w jaką powoli obrastają Kalifornijczycy znajduje swoje uzasadnienie przy okazji 19-minutowego „Never Hungover Again”. Piosenki na trzeciej płycie młodzieńców z Torrance traktują o niedopowiedzianej miłości, rozstajach uczuciowych dróg (symbolizowanych prozaicznie przez koniec lata), ponownym zakochiwaniu się, żałowaniu czegoś i zapominaniu. Typowe, zawsze aktualne problemy dorosłej i nie dorosłej młodzieży, tematyka bez dna, w ich wykonaniu ma swój urok. Zdarzyło mi się napisać, że nikt nie ujął kwestii uczuciowego rozczarowania lepiej niż Joyce Manor w powalającym, hymnicznym „Leather Jacket” stanowiącym kwintesencję współczesnego, emocjonalnego punk rocka. Nadal uważam ponadto, iż niczyje łkanie („everything reminds me of youuuu”) nie było tak zajebiste jak Barry’ego Johnsona w „Beach Community”, a „Constant Headache” wykonywane na koncertach nawet przez Conora Obersta i Desaparecidos jest już nieodwracalnym klasykiem w dziedzinie punkowych piosenek o damsko-męskich relacjach. Na „Never Hungover Again” talent do układania i wyrażania tego rodzaju doznań nie ulotnił się, choć ostre kontury zostały nieco złagodzone przez czucie „najlepszej wakacyjnej płyty tego lata”. Zważywszy jednak, że mowa o Joyce Manor, to wakacje i lato wcale nie muszą oznaczać wyłącznie lekkich klimatów. Refleksję z wyczuwalnym posmakiem smutku i bezsilności niesie „End Of The Summer”. Gorzkim szlochem jest „Falling In Love Again”, w którym możemy posmakować tak wyczekiwanych desperackich wokali Barry’ego, najintensywniejszy stan osiągających kilka chwil później w „Catalina Fight Song”. Dziś pop punkowa młodzież jawi się znacznie bystrzejszą, bardziej „oczytaną” niż dziesięć i dwadzieścia lat temu. Już na „Of All Things...” JM sięgnęli po kaliber zwący się The Smiths. Dziś również nie wahają się, by go użyć, ze sporym wdziękiem i skutecznością zresztą, w nie przekraczającym progu dwóch minut „Heated Swimming Pool” na słodki koniec. Zakładając na pierwszą płytę (czysty punk) filtr z wnoszącej kilka zmian drugiej (brytyjskie i amerykańskie indie), nie zabijając własnej charyzmatycznej istoty zespołu i dodając więcej słońca otrzymujemy „Never Hungover Again”. 19 minut, ulotnego pod więcej niż jednym względem, przebojowego grania w około-punkowym stylu pierwszej połówki bieżącej dekady. To płyta niewinna jak dziecko, ale pod jakimś względem ważna, mocna i definitywna.

środa, 4 lipca 2012

Joan Of Arc - Boo! Human (2008)












9

Względna normalność znów okazała się sojuszniczką Joan Of Arc. „Boo Human” podejmuje tematykę brzmieniowo dużo bardziej zróżnicowaną od „Eventually All At Once”, ale jednocześnie z przystępności "parasolkowego albumu" nie umyka tutaj wiele. Choć na swojej dziewiątej płycie panowie nie czarują już tak bardzo pod względem atmosfery, to z drugiej strony nie ma też na niej przesadnego powrotu do chorobliwych rejonów „In Raped Fantasy…” ani tym bardziej masywnych eksperymentów „The Gap”. 

Wyróżniłbym z tego krążka trzech zdecydowanych faworytów. Hipnotyczną folk-balladę „Shown And Told”, kameralne „A Tell-Tale Penis” i porażające motywem fortepianu „Vine On A Wire”. Kiedy w ostatnim z wymienionych Kinsella wypowiada słowa the only impossible thing has happened, jestem skłonny uwierzyć w realność tej niesamowitej rzeczy. Wyjątkowo ciekawie wypadają krótsze fragmenty przeplatające krążek. Apokaliptyczne „9/11 2” z złowrogą wiolonczelą i gorzkim artykułowaniem Tima, mistrzowsko schizofreniczne „Everywhere I Go”, beztroska ciekawostka „Insects Don’t Eat Bananas” oraz elektroniczne „Lying And Cheating Mind”. W końcówce dominują post-rockowe pejzaże: “The Surrender #1” , “If There Was a Time #2”, “The Surrender #2”. Raz całkiem ciekawe, innym razem wyraźnie przynudzające, przez co równość materiału zostaje zachwiana. Nie na tyle jednak by popsuć słuchaczowi obcowanie z nim. 

„Boo Human” to kolejny błyskotliwy album zgodny z duchem Joan Of Arc. Trochę naturalnie dziwny, jak wszystko czego dotknie się starszy z braci Kinsella, ale nie przesadnie udziwniony i w gruncie rzeczy stosunkowo dla odbiorcy przyjazny. Jak to powiedział Tim: I listen to a lot of weird music, but I listen to a lot of not-weird music, too. A jeśli słuchanie i tworzenie są u niego powiązane, to płyty takie ja ta oddają ową sytuację co do joty. 




once we spent our afternoons
dancing in our living rooms
now shes giving into her most unlit corners too soon

wtorek, 3 lipca 2012

Joan Of Arc - Eventually All At Once (2006)












10

To już nie ten sam Tim Kinsella, co na "In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust". Nie ten sam, któremu zdarzało się przypadkiem tworzyć ścieżki dźwiękowe do sennych koszmarów schizofrenika. Tym razem lider Joan Of Arc stara się jakby ukoić dusze romantyków, których nie do końca satysfakcjonuje słodka twórczość jego brata lub innych akustyczno-folkowych wykonawców. 

Klucz do zrozumienia magii "Eventually All At Once"? Włączcie pierwsze na liście nagranie tytułowe, popatrzcie na okładkę. Dźwięk i obrazek, jedno lepszym odzwierciedleniem drugiego. Chłopaki przygrywają beztrosko na gitarach, Tim śpiewa czystym głosem coś o zrozumieniu, niezrozumieniu, egzystencji. Melodie "I’m Calling Off..." są z kolei jak krople deszczu uderzające w przezroczyste parasole na zdjęciu. W tych szarpnięciach w struny i urokliwych kombinacjach idzie się człowiekowi rozpłynąć. Zadbany i zwiewny klimat, trochę jak u The Sea And Cake, przywoływanych już kiedyś przeze mnie w kontekście JOA, znów staje się stosownym odniesieniem. Wejście dzwoneczkowego "Miss Cat Piss And Peppermint" wprowadza odrobinę żwawsze tempo, acz nie zmienia gwałtownie dotychczasowego nastroju. W czwartym z kolei, misternie uszytym "You Can’t Change Your Mind" grupie również udaje się nie uronić z niego ani okruszka.

Po kilku wybornych piosenkach tak naprawdę dopiero dochodzimy do najlepszego autorskiego momentu albumu. Wyrafinowane "Living Out In The Sea Of Umbrellas" zabiera nas w enigmatyczny świat post-rockowych impresji. Indeks piąty z "parasolkowego krążka" jawi się wzorowym przykładem troski o klimat i zadbaną strukturę kompozycji, których w takim wydaniu nie słyszałem doprawdy nigdzie i u nikogo. 

W drugiej części warto przede wszystkim zwrócić uwagę na motyw "The Words Have Cast Their Spells" rodzący się gdzieś w środku (1:12) oraz jeszcze jedną akustyczną perełkę w postaci wydanego nawet na singlu "Many Times I've Mistaken". Najlepszy moment płyty (dyskusyjnie) to jednak rzecz nieautorska, a cover "Free Will And Testament" Roberta Wyatta. Genialna kompozycja z błyskotliwym tekstem napisana 10 lat wcześniej przez mistrza z Canterbury, dzięki łamiącemu się wokalowi Tima (końcówka!) nabiera tutaj nowego blasku.

"Eventually All At Once" ze względu na swoją lekkość i piosenkowość, dużo większą nawet niż "So Much Staying Alive And Lovelessness", to pozycja w katalogu Joan Of Arc dość wyjątkowa. Dziwnym trafem niekoniecznie przez Tima lubiana, chyba za mało dziwna i straszna, napisana i nagrana po śmierci ojca braci Kinsella, wśród fanów projektu znalazła jednak wielu zwolenników. Sam doskonale pamiętam zresztą jej pierwszy odsłuch. Druga klasa liceum, piątek po szkole, początki wiosny, wieczorna godzina i zachód słońca za oknem. Ta okładka i te dźwięki płynące z głośnika.

niedziela, 13 maja 2012

Owen - Ghost Town (2011)












7.5

Akustycznych sielanek Mike’a Kinselli ciąg dalszy. Niewiele zmieniło się od czasu „New Leaves”. Na tle poprzednich płyt różnice również nie są ogromne, a jednak "Ghost Town" nieznacznie wyróżnia się, ma swoje highlighty oraz wyraziste i odróżnialne elementy. To kolejny, naprawdę solidny album byłego perkusisty Cap’n Jazz. Dwa lata temu Owen chwalił sobie spokojne życie dzielone z jedną kobietą, dziś jego nudne, romantyczne losy toczą się dalej. W znanej z singla wydanego wraz z coverem The Smiths piosence „O, Evelyn” Mike z czułością śpiewa nam o swojej córce. W „I Believe” odżywa idea snucia rajskich, kilkuminutowych melodii niczym z pamiętnego „Bad News”. Najlepszy w zestawie „No Place Like Home” zachwyca starannością aranżacji połączoną z urokliwością samej kompozycji. No i jest jeszcze chociażby wspaniały opener „Too Many Moons” czy też niewiele gorsze zakończenie w postaci „Everyone's Asleep In the House But Me”. Młodszy z braci Kinsella z pomocą kilku nowych narzędzi, ale głównie tych starych i sprawdzonych, znów namalował swój mały świat w ciepłych, przyciągających barwach. Wycisnął z gitary tyle, ile ładnych, ciekawych melodii wycisnąć się jeszcze dało. Napisał kilkadziesiąt kolejnych, poetyckich wersów. Wszystko z odpowiednim sobie wdziękiem i klasą, a jakby nawet trochę i wykraczając poza dotychczasowe standardy. Jak głosi nazwa jednej z grup na Last.fm, „Mike Kinsella Is The Man!”.

niedziela, 6 maja 2012

Owen - At Home With Owen (2006)












9.5

Niby monotonia bardzo podobnych do siebie dźwięków, ale jakoś do samego końca słucha się bez poczucia znużenia. Nieco inaczej niż na wcześniejszych albumach, bo urok fantastycznych ballad Owena podniesiony zostaje do potęgi. Trudno właściwie powiedzieć co się zmieniło, ale jeszcze trudniej zaprzeczyć, że "At Home With" stanowi opus magnum tego artysty. Słychać to bowiem na każdym kroku. W "Bags Of Bones", "Use Your Words", "Windows And Doorways". We wzruszającym, opatrzonym prostym teledyskiem "One Of These Days"."The Sad Waltzes Of Pietro Crespi" brzmi jakby Mike wyszedł rano do ogródka z gitarą, rozejrzał się dookoła i za sprawą naturalnego natchnienia zaczął grać utwór. Nawet "Femme Fatale" autorstwa Velvet Underground idealnie przeszczepia na standardy swojej stylistyki. Zachwyt balladowym, kameralnym klimatem za cholerę nie chce ustąpić. Brzmienie i melodie jakby bogatsze, dostojniejsze, wspanialsze. Na czele z rozpoczynającym, iście bajkowym i wypełnionym magią przez sześć i pół minuty "Bad News".

DRESZCZ: 1:36 – krystalicznie-niebiańska jazda po strunach ledwie na chwilę przeplatająca utwór
2:54 – I know it’s hurt to hear…, zmiana głównego wątku
3:51 – kolejna zmiana melodii, raz jeszcze kapitalna

Mike Kinsella musi być gościem, któremu ptaki siadają na ramionach kiedy idzie przez las. Samym powyższym utworem, pięknie napisanym i zagranym, zupełnie bezbłędnym zawstydza swoje wcześniejsze dokonania. Jeżeli wydany w tym samym roku „Eventually All At Once” Joan Of Arc to spacerek z parasolką po wieczornym mieście tak „Bad News” i "At Home With Owen" jawią się doznaniową drzemką pod drzewem w środku dnia.

czwartek, 3 maja 2012

Owen - I Do Perceive (2004)












7

Znowu on. Owen i jego nieodróżnialne od siebie albumy. No przynajmniej te trzy pierwsze. Recenzję debiutu pisałem na jesieni, drugą płytę przedstawiłem na przełomie zimy i wiosny. Dziś pora roku, w której kwiaty kwitną, a dziewczyny wyglądają ładniej jest już w pełnej krasie. Fajnie sobie właśnie teraz po „I Do Perceive” sięgnąć, bo z jednej strony jest to już inny zestaw piosenek, a mimo to i tak dostajemy to co wcześniej. Rzecz jasna „to co wcześniej” oczywiście nam się podobało.

Jeżeli Bóg istnieje to niech recenzentom potrafiącym oryginalnie rozpisywać się o muzyce Mike’a wynagrodzi w dzieciach. Tu chyba najlepiej byłoby się podeprzeć tekstami. Już kilka zerknięć na liryki do „Note To Self” sprawia, że w głowie powstaje pewna myśl. On to pisze o sobie, swojej dziewczynie, jakichś innych ludziach, sprawach i przemyśleniach. Takie totalnie osobiste, chyba nawet mało ekscytujące rzeczy i aż dziw bierze, że słuchają tego później tysiące osób. Warto również zauważyć, że wspomniany kawałek spod indeksu drugiego podpada pewnie pod jakieś top 5 najładniejszych utworów pana Kinselli. Zacne rzeczy dzieją się w „Playing Possum For A Peek” gdzie z średniej co najwyżej zapętlonej zagrywki wyczarowana zostaje śliczna melodia. Celnym strzałem jest także „The Tattoo Isn’t Funny Anymore”, nawiązujące tytułem do singla The Smiths*. Może minimalnie przesłodzone, ale i tak sprawiające, że na półmetku ta płyta wydaje się póki co lepsza od poprzedniej.

Tendencja utrzymuje się na nasze szczęście do końca. „Put Your Hands On Me My Love” to nurzanie się w zniewalających, melodyjnych harmoniach. Nie da się nic złego powiedzieć o „She’s A Thief”. Chwilami bardziej hałaśliwe „Light’s Out” ujdzie jako pieśń na dobranoc. W sumie udaje się przeskoczyć przyzwoite „No Good For No One Now” i zbliżyć do poziomu prawie bardzo dobrego „Owena” rocznik 2001.



*Mike lubi Morisseya i spółkę, niedawno coverował „Girlfriend In A Coma”.

niedziela, 4 marca 2012

Owen - No Good For No One Now (2002)


6.5

Leniwe, niedzielne popołudnie. Skorzystałby człowiek z krótkotrwałych oznak wczesnej wiosny i wyszedł gdzieś, bo od środy znów ma być zimno. Tymczasem poprzedni wieczór przy frytkach, winie i oglądaniu Twin Peaks trochę dał się we znaki. Może by tak chociaż coś napisać? Oczywiście leżąc na brzuchu z laptopem wyciągniętym przed siebie.

Ostatnim razem ustaliliśmy już, że Mike Kinsella to skończony nudziarz, z którym nudzić się jest całkiem fajnie. Kolejna sesja z muzyką Owena nie przynosi żadnych odkrywczych wniosków. „No Good For No One Now” w zbyt dużych ilościach mogłoby wywołać odczucie potężnego znużenia. Broni się z kolei słuchane raz czy dwa w odpowiednich okolicznościach, przypuśćmy takich jak dzisiaj. To nie jest granie singlowe, z przebojowymi momentami, a raczej lejąca się masa przyjemnych, łudząco do siebie podobnych melodii przy wokalu chłopaka z sąsiedztwa. Bardzo ładne kompozycje takie jak „The Ghost Of What Should've Been” swoją klasę ujawniają za sprawą cierpliwej acz naturalnej kontemplacji. Przemknie czasem jakiś klawisz, jakaś linijka tekstu przykuje uwagę („Cause maybe my mom’s right, good deeds won’t save us, just true faith in Jesus. So in the name of her lord lets do what we shouldn’t some more.”). Granica pomiędzy ziewaniem, a delektowaniem się nastrojową twórczością Mike’a zaciera się czasem zupełnie nieoczekiwanie. Z początku człowiek myśli sobie czy może jednak zmienić płytę by po paru minutach uznać, że nie ma na ten moment niczego doskonalszego.

Nie zaprzeczam, że poprzedni Owen był trochę lepszy. Druga płyta kompozytora z Chicago to po prostu dość udany follow-up. Album, który dobrze, że jest, choćby na takie rzadkie chwile wyciszonego posłuchania w czasie zmęczonej końcówki weekendu. Jutro rano trzeba wstać, wyjść i znów włączyć Japandroids albo Les Savy Fav na słuchawkach. Bo do życia niezbędna jest energia. A na razie, cytując tytuł jednego z utworów, Im not going anywhere tonight...

wtorek, 29 listopada 2011

Owen - Owen (2001)












7.5

Im dłużej słucham debiutanckiego albumu Mike’a Kinselli sygnowanego już nazwą Owen tym bardziej nabieram przekonania, że nie jest to muzyka o jakiej powinno się pisać. Owen – Owen (2001) to bowiem rzecz dla najbardziej rozleniwionych, rozlazłych i rozmemłanych romantyków pod słońcem. Jeśli to granie ci się podoba to znaczy, że jesteś jednym z nich. Jeżeli rzeczywiście jesteś to poza słuchaniem (bo ono wchodzi samo) nie powinno ci się chcieć robić z tym nic więcej.

Kiedyś kolega – szalikowiec pop punkowych i punk rockowych brzmień pochwalił mi się, że słuchał płyty American Football. Zaciekawiony spytałem go „no i jak?”, a on na to, że „lanie wody jak chuj”. Na pierwszej i jedynej płycie rzeczonego zespołu młodszy Kinsella po kilku latach pozostawania w cieniu brata (Cap’N Jazz, Joan Of Arc) nagle zamanifestował posiadanie najzupełniej własnej artystycznej tożsamośći i to dalece odbiegającej od tej Timowej. O ile Timmy zawsze mógł liczyć na powodzenia u kobiet niestabilnych psychicznie tak Mike okazał się spokojnym chłopakiem z gitarą, piszącym ciepłe kompozycje, letnimi wieczorami mamiącym dziewczęta na werandzie. Zarówno EP’ka jak i cały krążek tej krótko egzystującej grupy cieszą się dziś zasłużonym uznaniem. Po nim jasne stało się kto za co odpowiadał choćby na dwóch pierwszych albumach JOA. Było tam gdzieś jeszcze wcześniej niezłe The One Up Downstairs, ale już chwilę później lider przedsięwzięcia ruszył w solo.

Jako pierwszy rezultat tego posunięcia powstała płyta emanująca urokiem porównywalnym do wydawnictwa AF z 1999 roku. Pierwszy akapit recenzji należy oczywiście potraktować z przyrużeniem oka. W istocie „Owen” pomimo sennego, być może trochę nużącego klimatu stanowi piękne ponad pół godziny harmonijnego wyciszenia. Melodia w „Declaration Of Incompetence” urzeka starannością i zauważalnie włożonym w nią uczuciem. Nie ona jedna zresztą, ale ta akurat przypominająca „Expo 86” DCFC, które ujrzało światło dwa lata później moje serce przekuwa na wylot. Świetne jest „Place To Go” niczego sobie „Most Nights”. Słabość mam również nie ukrywam do „Dead Men Don’t Lie” czyli skróconej, wzbogaconej o wokal wersji „Accidentally” spod indeksu czwartego. To akurat idealny przykład jak operując kilkoma zaledwie słówkami tekstu osiągnąć mocarny efekt.

Na koniec padają zdania dla omawianego artysty coś jakby znaczące. „If you go, you should know. Should you lose your way. I’ll be staying at home.”. Kto krążek Owena z 2006 roku zna, ten pewnie już wie, że najlepsze albumy powstają właśnie kiedy Mike Kinsella pozostaje w domu.

sobota, 15 października 2011

Joan Of Arc – So Much Staying Alive And Lovelessness (2003)












7.5

Po niełatwym i budzącym mieszane odczucia „The Gap” członkowie Joan Of Arc ponownie obrali kierunek o sto osiemdziesiąt stopni odmienny. Ich pierwsze dwa albumy stanowiły wprowadzenie do historii, trzeci przyniósł nowe wątki, a czwarty małe trzęsienie ziemi. Następny rozdział jest zaś dla tej opowieści punktem kulminacyjnym. Na "So Much Staying Alive And Lovelessness" zaczyna się bowiem krystalizować z grubsza najbardziej rozpoznawalne oblicze grupy.

Piąta pozycja w dyskografii JOA jawi się jak na dotychczasowe standardy chicagowskiej formacji płytą niezwykle uporządkowaną. Panowie zrezygnowali z eksperymentalnych wybryków, stawiając na spójną, konsekwentnie trzymającą się klimatu całość. Zmiana była przy tym nie do końca podyktowana samymi chęciami czy zamiarami, a raczej wymuszona przez okoliczności. Tymczasowo kapelę opuścił Jeremy Boyle, osoba do tej pory w największym stopniu odpowiedzialna za elektronikę i syntezatory. Z respektu dla kolegi pozostali postanowili więc tym razem zwyczajnie odpuścić sobie wspomniany element.    

Esencjonalnie dla Joan Of Arc okresu 2003-2011 brzmi otwierające „On A Bedsheet In The Breeze On The Roof”, a w zasadzie już pierwsza sekwencja gitarowych akordów tej kompozycji. To właśnie snucie tego rodzaju gęstych, pokomplikowanych melodii (innym przykładem np. "Olivia Lost") stanie się w dłuższej perspektywie cechą charakterystyczną projektu Tima Kinselli oraz podstawą najbardziej udanych fragmentów dyskografii JOA. Może to stanowić punkt odniesienia zarówno dla płyty „Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain” z 2004 roku, "Boo Human" z 2008, wydanego dwa lata po nim singla „Meaningful Work”, jak i  krążka "Life Like" z roku 2011. 

O ile przy okazji każdego właściwie wcześniejszego albumu przynajmniej po jednym razie zarzucałem im bezcelowość długich kawałków, tak tu sześciominutowe utwory wypadają już bez najmniejszego zarzutu. To, że płyta wybrzmiewa praktycznie w jednej barwie, a kompozycje są do siebie podobne również nie okazuje się wadą. Takie „The Infinite Blessed Yes” chociażby, bardzo pasuje do wspomnianego „On A Bedsheet…”, choć jednocześnie lekko wyróżnia się za sprawą stukającego motywu i jazzowych wstawek. Duży plus to także poprawa wokalu Tima. Co prawda nie popisuje się on wybitnymi warunkami głosowymi ani ultra-melodyjnym śpiewem, ale opanował już sztukę taktownego, stonowanego artykułowania i na tle całości wypada całkiem miło.

Jeśli chodzi o kwestię piosenek, to jeszcze za wcześnie na przebojowe refreny, ale bazująca na zgrabnym fortepianie „Olivia Lost”  i chwytający klawiszową melodyjką ”Mr. Participation Billy” są w stanie po ludzku wpaść w ucho.  Świetnym nagraniem okazuje się także „Mean To March”, gdzie po odgłosach maszerowania wkraczają aż dwie melodie, po nich następuje fenomenalne wokalne wejście Todda Mattei, odrobina fortepianu, delikatne pogłosy i dołączenie wokalu Tima. Coś jak magiczne jam session, w którym zespół osiągnął wyższy poziom zrozumienia.

„So Much Staying Alive…” swoim zwartym, satysfakcjonującym kształtem i równością, jakiej im zawsze mocno brakowało, na wysokości 2003 roku rości sobie prawo do bycia najlepszym albumem Joan Of Arc. Na tej płycie coś zostaje jakby zdefiniowane i "przyklepane". To także długo oczekiwany krążek, na którym jest po prostu bez udziwnień elegancko i przyjemnie. 

niedziela, 9 października 2011

Cursive - Happy Hollow (2006)












10

Zapraszamy do "Happy Hollow". Niczym nie wyróżniającego się amerykańskiego miasteczka. Zamieszkują w nim zwykli, uczciwi ludzie wiodący swe przyziemne żywoty tak jak im Pan przykazał. Pod zasłoną zwyczajności i bogobojności odnajdujemy jednak całą zgraję grzeszników. W każdym domu znajdziesz winę. Za sprawą Tima Kashera i Cursive przyjrzymy im się teraz nieco bliżej. Wraz z otwierającym hymnem odsłuchamy 14 współczesnych pieśni dla pogan. Biją dzwony kościelne, włącza się przester. Dorotka po czterdziestce jest nazbyt oderwana od rzeczywistości. Żyje w krainie snów, marzy o złotych ulicach, kolorowych tęczach i rubinowych miastach. Nigdy nie zrozumie, że marzenia się nie spełniają. „Marzyciele nigdy nie żyją, tylko o tym marzą, amerykańskie sny zanieczyszczają nasze miasta”. Przy kolejnej okazji dajemy się wciągnąć w dyskusje i rozterki egzystencjalne. Przy pikantnym, wybuchowym akompaniamencie „Big Bang” dowiadujemy się, że życie przyniósł człowiekowi wielki wybuch. Ale zaraz. Co w takim razie z Adamem i Ewą? Co z wężem i jabłkiem? „Ciekawe co by ten wąż powiedział gdyby tylko mógł nas dziś zobaczyć, ha ha ha!”. Tymczasem miejscowy ksiądz i przybyły niedawno młody kleryk czują do siebie coś dziwnego i ewidentnie zakazanego… („Bad Sects”). „Oni wiedzą, że to jest złe, bo powiedziano im, że to jest złe”. Gdzie indziej pewien chłopak przez całe życie postępuje tak jak należy. Wedle wskazań ojca, rodziny, ukochanej i jej rodziny. („Flag And Family”) Teraz rodzina patriotów i fanatyków wysyła go do boju za kraj. „Ale Czy kiedy klękał na kolana modlił się o świętą wojnę? Czy kiedy klękał na kolana modlił się o ropną wojnę?”. Jeszcze w innym miejscu („Dorothy Dreams Of Tornadoes”) dwoje ludzi od lat planuje ucieczkę z miasta. Z każdym rokiem to samo, ale nigdy się nie udaje. „To miasto, to miasto niszczy nas”. Przydałoby się jakieś tornado. W uwodzącej melodią, niezwykłej balladzie „Into The Fold” poznajemy historię pasterza i owieczki. Wyglądałoby to nawet na uroczą piosenkę o początkach miłości gdyby pasterz nie miał w torbie książki Dostojewskiego. Gdyby naprawdę był zagubionym studentem, a nie polującym na naiwne owieczki zbrodniarzem. Resztę hymnów poznajcie sami. Dla zachęty dodam, że przyprawione są pokaźną dawką energetycznego rocka. Niesamowicie brzmiącymi gitarami, rozszalałymi instrumentami dętymi oraz znakomitym wokalem. Bywa mocno, szybko, ponad wszystko porywająco. „Happy Hollow” to idealnie zrealizowany koncept album o tematyce anty-dewocyjnej. Nawiązujący do biblijnych przypowieści, ciut kontrowersyjny, choć w swej wymowie nie przekraczający granic dobrego smaku. Cięty, ironiczny, ale słuszny i w każdym calu doskonały.


sobota, 8 października 2011

Joan Of Arc - The Gap (2000)












5.5

W 1999 roku Tim Kinsella odkrywa narzędzie szatana, czyli program "Pro Tools" i wraz z resztą zespołu odpływa w szał nieskrępowanego eksperymentowania na kompozycyjnej tkance. "The Gap" okazuje się albumem do reszty wyprowadzającym z równowagi krytykę i słuchaczy, którzy spodziewaliby się jeszcze po Joan Of Arc w miarę normalnych piosenek. Czy aby na pewno słusznie?

“(You) [I] Can Not See (You) [Me] As (I) [You] Can” zaczyna jakby w tym samym miejscu, w którym kończyło się "Live In Chicago, 1999". Przerywane szarpnięcia w struny, podobne komputerowe przeszkadzacze, wokal Tima i właściwie cały efekt wybrzmiewa bliźniaczo do kilku muzycznych fragmentów poprzednika. Pogięty, niemal 8-minutowy  “As Black Pants Make Cat Hairs Appear” sprawia wrażenie obszernego wora z pomysłami, zawierającego praktyczne wszystko, co Joan Of Arc miało jak dotąd w repertuarze. Od awangardowej abstrakcji w czystym wydaniu, z jęczącym od niechcenia Timem i odgłosami rozbijanego szkła, przez akustyka, niedopasowaną do reszty perkusję i elektroniczne manewry, po całkiem urodziwe piosenkowe partie, zwłaszcza te z kobiecymi wokalami (m. in. Rebecca Gates z The Spinanes), które sprawiają, że faktycznie jest tu przez kilka minut śpiewana melodia. To ten rzadki moment, kiedy w stu procentach doświadczamy u nich zarówno frapującego eksperymentu, jak i przemyślanej kompozycyjnej koncepcji. Wszystko to w dodatku gładko funkcjonuje w ramach jednego ciała.

Nie sposób również nie docenić zabiegów dokonanych w ramach gęstego, bardziej klaustrofobicznego „Knife Fights Every Night” z bogato zaaranżowaną strukturą dźwiękową, a nawet harmoniami wokalnymi. Krótkie “John Cassavetes, Assata Shakur, and Guy Debord Walk into a Bar...” przedłuża ostatnie westchnienia "Knife Fights..." i zarazem wprowadza w klimat kosmicznego „Another Brick at the Gap (Part 2)”, za sprawą którego na dobre opuszczamy rozległe formy i słuchamy, jak bracia Kinsella, Boyle, Mattei i Clark dają się ponieść nowej palecie nęcących możliwości. W tym momencie trudno nawet rozpoznać, gdzie się co kończy, a gdzie zaczyna. W "Zeldzie" odbywa się ponowne przeprogramowanie na częstotliwość quasi-piosenkową (wraca wokal), a jej końcówka jest zarazem początkiem brzmiącego nieco jak próba zespołu "Pleasure Isn't Simple". Niewiele wydaje się od niego różnić „Me and America (or) the United Colors of the Gap”, ale tylko do chwili wejścia tyle zaskakującej, co i pożądanej partii skrzypiec.  

Etap fragmentaryczności i niespójności kończy “Your Impersonation this Morning of Me Last Night”. Jak na ponad 9 minut utwór rozczarowująco pusty i niewciągający. Przy tajemniczym „Outside The Gap” obcujemy ze ścieżką dźwiękową do czarnej dziury i kosmicznej pustki. Tak też album dokonuje żywota. 

Problem z "The Gap" polega na tym, że odbiór płyty mocno zależy od oczekiwań, jakie się ma przed sięgnięciem po nią. Nie jest to raczej rzecz tak niesłuchalna, jak sugerowałyby opinie recenzentów w momencie jej wydania, a album, którego bez problemu wysłucha każdy, kto miał już w życiu do czynienia z jakąś formą eksperymentalnego czy awangardowego rocka.  Pytanie, czy efekt przekonuje? Czy ten każący się z sobą trochę pomęczyć art-pop ma ręce i nogi czy jednak pod otoczką artyzmu nie kryje się żadna ciekawa treść? Prawda leży chyba gdzieś pośrodku. Albumy Joan Of Arc łączą najczęściej dźwięki piękne, dziwne, straszne i ciekawe. Na każdym kolejnym proporcje są przy tym w różnych kierunkach przesuwane. Warto więc zrozumieć, że na "The Gap" (ich "Kid A") Tim Kinsella  i pozostali mocniej eksplorują te trzy ostatnie, raz ze skutkiem lepszym, a raz gorszym. Ta płyta z pewnością nie boli i z taką samą pewnością na miano arcydzieła również nie zasługuje.