Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neo-psychedelia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neo-psychedelia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 marca 2020

MGMT - In The Afternoon (2019)












8

W „In The Afternoon” MGMT podążają nieco podobną drogą, co w zapowiadającym poprzedni album singlu „Little Dark Age”. Elementem łączącym obydwa utwory jest z pewnością umiejętnie wplatana w szkielet popowej kompozycji upiorność. Dwa lata temu było jakby bardziej wampirycznie, tu zaś robi się ewidentnie gotycko. Tam królował creepiasty, cmentarny synthpop, tu Andrew i Ben serwują wyrafinowane psychodeliczne melodie wokalne oraz osobliwe jak zawsze partie klawiszy. Trzeba przyznać, że znów udało im się zaczarować. Piosenka nie zawodzi na żadnym ze swych etapów (zwrotki, mostek czy wpadające w ucho outro), urzeka refrenem (But you looked saaaad), a brzmieniowo i produkcyjnie jest zachwycająco kolorowa. Przebojowość spływa ze wszystkich stron, zaś zakończenie pozostawia z pozytywnym niedosytem, wymuszającym natychmiastowe odtworzenie kawałka po raz kolejny.

czwartek, 17 maja 2018

The Saturday People / The Clientele - Grace / Porcelain (2001)











8

W lipcu 2001 roku, 5 miesięcy po „rodzinnym” splicie z The Relict, wydanym za sprawą maleńkiej brytyjskiej wytwórni Johnny Kane, ukazał się kolejny siedmiocalowy winyl z udziałem grupy Alasdaira MacLeana. W tym przypadku The Clientele łączyli siły z kolegami zza oceanu, istniejącą od zaledwie 2 lat, ale złożoną z rozpoznawalnych w amerykańskim indie-światku muzyków, formacją The Saturday People. „Grace/Porcelain” trafiło do nielicznych sklepów płytowych nakładem również zlokalizowanego w USA labelu Slumberland Records.

Slumberland w pierwszej połowie lat 90. stał się znany jako wydawca m. in. Velocity Girl, Boyracer, Stereolab, Swirlies, Lilys i Black Tambourine. To właśnie w tych zespołach grali wcześniej Terry Banks, Archie Moore i reszta członków The Saturday People. Aby prześledzić, kto dokładnie przewinął się przez jaki skład, warto byłoby zapewne rozrysować wszelkie konotacje na słusznych rozmiarów drzewie genealogicznym. Warto jednakże wspomnieć, że sam założyciel wytwórni, Mike Schulman, stanowił ¼ załogi kultowego Black Tambourine, a The Clientele z twórcami „Throw Aggie Off The Bridge” łączyła nić w postaci znajomości z wokalistką Pam Berry. Tą samą, która na splicie sprzed niespełna pół roku śpiewała wraz z Alasdairem piękne „(I Can’t Seem) To Make You Mine”.

Piosenki na „siódemce” z The Relict były osadzone w bardzo podobnych estetykach i także pod względem jakościowym jednoznaczne wskazanie, która jest lepsza stanowiłoby spory problem. Tutaj ten umowny kłopot także istnieje, ale z powodu zupełnie odwrotnego. Obydwa utwory nie leżą może w kosmicznie oddalonych od siebie muzycznych rzeczywistościach, ale są jednak na tyle odmienne, że wszelkie wartościowania tracą sens. Innymi słowy, każdy jest szalenie dobry na swoich własnych zasadach i obydwa pięknie się od siebie różnią.

„Grace” to czysty gitarowy pop, nie tak rozmarzony ani liryczny jak u MacLeana, za to melodyjniejszy wokalnie i klasyczniej piosenkowy ogółem. Wspólny mianownik z The Clientele najprędzej usłyszymy w zadbanych, z lubością szytych melodiach, z których wyłaniają się zwrotki. Na tym jednak właściwie koniec, ponieważ z biegiem prowadzenia utworu Banks i spółka zapuszczają się w rejony, jakich u stroniącej od bezpośrednio rock’n rollowych środków wyrazu brytyjskiej grupy nigdy nie uświadczymy. Kompozytorski kunszt kawałka The Saturday People ujawnia się tym bardziej, im silniej panowie dają się ponieść frywolnym wpływom lat 60. O ile w pierwszej części zwrotek amerykanie brzmią jak kolejna fajna, choć niepozorna indie popowa kapela odpowiednia swoim czasom, tak od momentu old-schoolowych chórków przed refrenem i beatlesowskiego I won’t call you on the phone zaczyna się nieśmiała przemiana, zwieńczona ostatecznie zadziornym outro a la The Rolling Stones czy The Kinks. Pomiędzy tym wszystkim pada też oczywiście subtelny, skapujący z naturalną gracją refren. 

„Porcelain” autorstwa The Clientele znakomicie spełnia na splicie rolę rewersu, będąc przy tym, jak już wcześniej wspomniałem, nagraniem niemniej fascynującym. „Grace” cechowała się zwartym kompozycyjnym szkieletem, popową bezpośredniością i standardowym dla piosenek podejściem do tekstu, który stanowi jakąś opowieść. Optyka, jak przybierają MacLean, Hornsey i Keen pod niemal każdym względem wypada zaś totalnie osobliwie. Panowie wyrażają się poprzez lo-fi’ową oprawę, niedające się zbyt łatwo przeniknąć melodyjne niuanse i zdystansowany wokal. Brak sztywnych reguł, typowych zwrotek-refrenów, w to miejsce wolny przepływ natchnionych impresji. Tekst bardziej jako klimatyczna poezja, niż cokolwiek na kształt czytelnej fabularnej historii. 

Urok pierwszego z utworów możemy porównać do ogrodu skąpanego w promieniach słońca. Drugiego z kolei, do tego samego miejsca, ale rozświetlonego wieczornym blaskiem księżyca. Jeżeli kawałek The Saturday People niesie pobudzającą radość, nagranie The Clientele wprowadza obfite pokłady nastroju. Do spółki słucha się ich wyśmienicie, a wytrawność progresji akordów oraz songwriterskich konceptów sprawia, że odsłuchy te jawią się nie tylko czasem spędzonym przyjemnie, ale i zajmująco.

sobota, 6 stycznia 2018

Podsumowanie 2017: piosenki 40-31


„Mourning Sound” to utwór o rodowodzie podobnym do „Two Weeks” i „Yet Again”, czyli Grizzly Bear sprowadzone do możliwie najbardziej przebojowej postaci, choć niezrzekające się przy tym wy-znaczników swojego stylu. Czołowy singiel z „Painted Ruins” nie jest może tak zjawiskowy, jak numer promujący „Veckatimest” ani tak szeroko zakrojony brzmieniowo, jak kawałek zwiastujący „Shields”. Podobnie jednak do swoich poprzedników, opierając się na kla-rownym, wyznaczającym kompozycyjny szlak motywie, błyszczących niczym bombki na choince klawiszach oraz wpadających ze sobą w harmonie wokalach, znakomicie odnajduje się na przecięciu wrażliwości art.-rocka, popu i indie. 

















Co dla słuchacza może wydawać się niewielką różnicą, dla kompozytora jawi się często ogromną. I tak, utwór, w którym ja słyszę przede wszystkim stare dobre The Clientele, w pełni realizujące swój inspirujący styl, Alasdair MacLean określa jako kawałek, który miał brzmieć niczym coś na skrzyżowaniu The Sea & Cake, Boards Of Canada i Ultramarine. Istotnie, w „Everything You See Tonight Is Different From Itself” dochodzi do pewnej maksymalizacji, swobodnego rozwinięcia skrzydeł i zawarcia paru elementów nadających piosence bogatsze brzmienie, czy większą kompozycyjną złożoność. W efekcie dostajemy takie trochę barokowe The Clientele, w którym jednak istotę stanowi nic innego, jak nieprzenikalna, niepodrabialna i niedająca się najwyraźniej za bardzo ujarzmić natura londyńskiego zespołu. Enigmatycznie zatytułowane, i tak też brzmiące, „Everything…” jest jak sześciominutowy, obfitujący w doznania spacer na granicy snu i jawy, pełen niedających się odróżnić wewnętrznych i zewnętrznych doznań. Dźwięki harfy iskrzą z poetyckimi linijkami MacLeana, neo-psychodelia i dream pop stapiają się w jeden muzyczny byt. 

















Cathy don’t wait too long…, czyli piękny, smutny refren to w przypadku “No Longer Making Time” sprawa decydująca. Moment, w którym ciche zwrotki z całą mocą spełniają swą obietnicę, a bardzo dobra piosenka ostatecznie staje się piosenką znakomitą. Slowdive od nieśmiałego, introwertycznego przeżywania dryfują do gwałtownego przypływu uczuć. Z samotnego kąta w sypialni katapultują się w odległy kosmos i z powrotem.



Nawiązując do tytułu albumu, pierwszy singiel z “24-7 Rock Star Shit” reprezentuje sobą kawał znakomitego rock’n rollowego „shitu”, w którym cała ta niewątpliwa rockowość przejawia się w sposób naturalny i daleki od pozerstwa. Kręgosłupem „In Your Palace” jest apetyczny gitarowy riff, wchodzący w dialog z rozkosznie maltretowaną perkusją. Ostatni komponent to oczywiście nic innego, jak typowy jarmanowski wokal, wędrujący od wyważonych, melodyjnych zwrotek do zdzierania gardła w refrenach i uwalniającym całą zbieraną wcześniej energię mostku. 



Tuż przed ostatnim Halloween, MGMT przypomnieli się kawałkiem nieco z przymrużeniem oka stylizowanym na mrok i straszność. Do wiadomości bardziej warto jednak przyjąć, że „Little Dark Age” jest czymś, co nowojorskiej kapeli zawsze wychodziło najlepiej, a więc kapitalnym połączeniem dorodnych synthów z przebojowo-kompozycyjnymi walorami. Trudno szukać dziury w całym, jeśli chodzi o staranną klawiszową oprawę tego trwającego przecież ponad pięć minut numeru. Zwrotki i refren, też bez najmniejszego „ale” robią tutaj swoje. „Mały Wiek Ciemny” Andrew VanWyngardena i kolegów to najprościej rzecz ujmując bezkompleksowa, ultra-dobra synth popowa piosenka, której żaden entuzjasta gatunku nie chciałby zignorować.  


35. Clarence Clarity – Naysayer Godslayer

Clarence Clarity, niczym popowy król Midas, wszystkie rzeczy, których dotknie zamienia od jakiegoś czasu w złoto. Rok temu popisywał się singlem „Vapid Feels Are Vapid”, w obecnym wyprodukował świetne „Alterlife” Riny Sawayamy oraz dołożył swoje własne „Naysayer God-slayer”, gdzie zresztą wokalistka również się pojawia. W obydwu nagraniach na warsztat wzięte zostało ninetiesowe r’n’b, w przypadku Clarence’a to najbardziej upopowione i mainstreamowo brzmiące. Celowo czy nie, Clarity sprawia tu wrażenie gościa, który z jednej strony „ciśnie bekę” ze stylistyki, ale zarazem robi w jej ramach coś zupełnie na poważnie, z niewątpliwym efektem jakościowym. „Naysayer…” to piosenka nastawiona na maksymalną uciechę, lśniąca od klawiszowych i wokalnych hooków. Osadzona narracyjnie w czasach świetności Mariah Carey i Backstreet Boys, ale ostro wypolerowana w duchu dzisiejszych „vaporów” i „glitchów”. 




W “Tin” zespół Spinning Coin przemienia się w pana Hyde’a. Wrażliwy wokalista ustępuje miejsca przy mikrofonie swojemu nonszalanckiemu koledze, a kapela chowa ładne melodie głęboko do kieszeni. Szkoci pod wodzą Jacka Mellina idą na żywioł. Dwie i pół minuty grania zostają tu przeznaczone na czysty, tnący jak żyleta jangle pop/C86, przypominający sfrustrowane The Pastels lub The Wedding Present. Nie rezygnując na dobrą sprawę z obłędnej, acz bardziej zadziornej melodyjności podopieczni Domino Records fundują kawał sensownego, rozentuzjazmowanego wymiatania, które ma się ochotę łapczywie pochłaniać za sprawą kolejnych odsłuchów. 



Strona A majowego singla Washed Out sprawia wrażenie kawałka stworzonego do bezcelowego błądzenia miejskimi ulicami w słuchawkach lub też zapisu wrażeń z takiego letniego, upojnego spaceru, przetłumaczonego na język dźwięków. Ernest Greene wlewa w nas smakowity kolaż nu-disco, chillwave’u i balearic beatu, a więc mieszankę rzeczy wyłącznie gładkich, kolorowych i tane-cznych, a przy tym wspaniale brzmiących. Tekst „Get Lost” każe zamknąć oczy, zatrzymać się i oczyścić umysł, poczuć tłum oraz poddać się dźwiękom. Poczuć się ŻYWYM i zaginąć wewnątrz własnego umysłu. Czemu właściwie nie, Panie Mellow? 

32. The Menzingers - Lookers 

Paliwem „Lookers”, jak i całego właściwie „After The Party”, jest niepoprawna, jakże często ostatnio goszcząca w utworach amerykańskich punkowych „poetów” nostalgia. Pierwszy singiel z ostatniego krążka The Menzingers wydaje się być z niej złożony niemalże w całości. Skupione na przywoływaniu wspomnień zwrotki poprzedzają ho-rrendalny hook w refrenie: Sha la la la, Jersey girls, are always total heart-breakers…, w którym bohater wciąż rozmyśla o dawnej dziewczynie imieniem Julie, a zawsze podatny na emocjonalne turbulencje wokal Grega Barnetta osiąga swój najdoskonalszy wyraz. 



Australijscy giganci jangle popu na wysokości roku 2017 nie stracili kompozytorskiej iskry umożliwiającej pisanie piosenek równie udanych, co przed laty. „Another Century” to trzy świetne pomysły. Jeden na zwrotkę, drugi na pre-chorus i trzeci na właściwy refren, z czego każdy kolejny okazuje się wyraźnie lepszy od poprzedniego. Zaczynają nieco mgliście i majestatycznie, ale najwyraźniej do-skonale czując, do jakiego momentu będzie to znośne twórcy „Starfish” zgrabnie zmieniają akordy przy The night is a liar…, a następnie bez zbędnego zwlekania przełączają się na TĘ zjawiskową melodię, wchodząca tuż przed słowami: And in the fading light I saw… 

miejsca 50-41

niedziela, 26 czerwca 2016

The Clientele - Suburban Light (2000)











10

Biorąc pod uwagę spójność materiału, jakim dysponowali The Clientele do 2000 roku, decyzję o poskładaniu dotychczasowych utworów w kompilację, która mogłaby jednocześnie funkcjonować trochę jako regularny debiut, należało uznać za naturalną. Wszystkie małe światła porozpraszane wcześniej w różnych miejscach i chwilach udało się skupić wspólnie w dużym „Świetle Przedmieścia”. Blasku olśniewającym, choć zarazem spokojnym i kojącym.

Przedmieście to dla Alasdaira MacLeana miejsce wyjątkowe, łączące atmosferę wielkomiejskiej cywilizacji ze spokojnym urokiem wsi, w której możliwość zetknięcia się z przyrodą jest zazwyczaj na wyciągnięcie ręki. Kto na przedmieściach kiedykolwiek mieszkał, ten doskonale wie, o czym mowa. Wystarczy udać się na kilkukilometrowy spacer, by budynki i samochody przemieniły się w drzewa i pustą przestrzeń. Albo też odwrotnie – przemierzyć przez jakiś czas lasy i łąki, aby ujrzeć w końcu z oddali światła bijące od okien jednorodzinnych domów i oświetlających zurbanizowaną część miejscowości latarni. Czyż nie brzmi to niczym idealna inspiracja?

Co może się wydawać kompletnie prozaiczne i niezauważalne zwykłemu człowiekowi, dla poety bywa magiczne. MacLean wydobywa tę magię z niepozornych zjawisk, przyuważonych gdzieś krótkich scenek albo chwil przeżywanych z drugą osobą. Niedzielna przejażdżka samochodem przez drogę pełną zmoczonych deszczem liści. Reminiscencja jakiejś chwili z dzieciństwa. Zachwyt tym, co dostrzega się w czyichś oczach. Albo obserwacja momentu, w którym noc przemienia się w dzień. W piosenkach The Clientele na całym „Suburban Light” tego rodzaju romantyzm jest wszechogarniający.

Tyle, jeśli chodzi o charakter ogólny, całościowy. Jak wygląda natomiast zawartość w bardziej szczegółowym ujęciu? Dziesięć pozycji to utwory z wcześniejszych singli, EP’ki i jednej składanki, trzy pozostałe nagrano na użytek niniejszego albumu. Swoistą świętą trójcę wczesnego etapu grupy stanowią dla mnie „Reflections After Jane”, „(I Want You) More Than Ever” i „We Could Walk Together”. Dwa pierwsze to oczywista indie popowa klasyka. Trzeci, zaprezentowany jeszcze w 1997 roku na kompilacji wytwórni Fierce Panda, obezwładniający słodką melodią, przejmującą poniekąd rolę refrenu pod żadnym względem im nie ustępuje. Nie zabrakło miejsca dla lekko sugerującego retro-popową przebojowość „I Had To Say This”, rozkosznie neo-psychodelicznego „Lacewings” czy zatopionych w zawiesistej klimatyczności „Saturday” i „Monday’s Rain”. „Bicycles"” było zdecydowanie zbyt dobrą piosenką, żeby pozostawić ją jedynie na „A Fading Summer”. „An Hour Before The Light” wydane po raz trzeci również pasuje tu jak ulał. Zamiast debiutanckiego singla „What Goes Up”* zespół zdecydował się natomiast umieścić na płycie b-side z tegoż krążka, czyli w gruncie rzeczy niezłe „Five Day Morning”. 

Mogłoby to właściwie wystarczyć, ale choćby dla fanów dobrze orientujących się w poprzednich wydawnictwach zespół przygotował ponadto kompozycje takie, jak „Rain”, „Joseph Cornell” i „As Night Is Falling”. Spośród nich za najbardziej godną uwagi uznaję ostatnią. Hipnotyczne połączenie klawiszowej dostojności, onirycznej atmosfery i urodziwych linii wokalnych.

„Suburban Light” to, co tu dużo mówić, jeden ze znamienitszych albumów/kompilacji w młodych dziejach niezależnego popu.** Dokumentacja stylistycznej i kompozytorskiej oryginalności, zbiór nieziemsko wyrafinowanych melodii oraz pięknych, inspirujących tekstów. Pomimo tego, iż dopiero „Violet Hour” z 2003 roku traktowany jest jako pełnoprawny debiut The Clientele, to właśnie ten krążek zasłużenie cieszy się renomą ich pierwszego, i pomimo pomyślności dalszych poczynań zespołu, w całej dyskografii traktowanego z największą nabożnością.

*W wersji amerykańskiej wydanej rok później dla Merge „What Goes Up” uwzględniono zamiast „An Hour Before The Light”, a „Bicycles” zastąpiono wcześniej nieznanym utworem „From A Window”.

**Podobnym przypadkiem jest np. „Kaleidoscope World” The Chills. 

czwartek, 2 czerwca 2016

The Clientele – (I Want You) More Than Ever/ 6 A.M Morningside (2000)











9

Przed ogłoszeniem “Suburban Light” w 2000 roku The Clientele krzątali się ze swoimi nagraniami tu i tam, wydając siedmiocalówki na winylach w wielu różnych niewielkich wytwórniach. Ich piąty z kolei singiel ujrzał światło dzienne dzięki kultowej w kręgach muzyki niezależnej hiszpańskiej oficynie Elefant Records. Gdzieś pomiędzy EP’kami indie/twee/jangle popowych zespołów takich jak Vacaciones i La Pequeña Suiza ukazało się „(I Want You) More Than Ever/6 A.M Morningside”.

Niesprawiedliwie byłoby twierdzić, że to okazjonalne miejsce w katalogu madryckiego labelu dostało się MacLeanowi i spółce przez zupełny przypadek. „(I Want You) More Than Ever” utrzymane w bezpretensjonalnym i subtelnym stylu kapeli, będące zarazem jedną z jej najurokliwszych miłosnych piosenek, mniej lub bardziej odnalazło się w towarzystwie różnorodnego, choć często podobnie łagodnego i wyrafinowanego popu lansowanego w Elefant. W refrenie Alasdair porywał się na wyznanie proste, choć definitywne: And I want you more than ever, And I want you still forever. Towarzysząca mu melodia z chirurgiczną precyzją trafiała zaś w najwrażliwszy punkt serca.

Inaczej niż w przypadku kapitalnego „Monday’s Rain” z przedostatniego singla, „6 AM Morningside” nie kradnie przedstawienia swojemu poprzednikowi, a jedynie gustownie go uzupełnia. Utwór ten to kolejna typowa dla grupy barwna impresja, nieprzekraczająca tym razem progu dwóch minut. Arcymiły fragment uwznioślający prozaiczność słonecznego poranka.

środa, 1 czerwca 2016

The Clientele - I Had To Say This/ Monday's Rain (1999)











7.5

Słuchając zwrotek „I Had To Say This” można ulec wrażeniu, że londyńskie trio postanowiło nieco „ucieleśnić” swoją eteryczną i zwiewną muzykę. Po paru krótkich, wstępnych dźwiękach The Clientele wparowują w utwór wyjątkowo bezpośrednio i przebojowo, po czym jednak zwalniają tempo, wyciszają na chwilę wokal oraz zapominają o refrenie, który może ewentualnie zastępować kilkusekundowe nucenie Alasdaira. Całą procedurę powtarzają trzykrotnie, za każdym razem imitując rozpoczynanie jakiejś klasycznej retro-popowej piosenki bez silenia się na kończenie jej.

Przy okazji czwartej małej płyty Brytyjczyków jestem w końcu zmuszony przyznać, iż druga kompozycja wypada na niej lepiej od pierwszej. Należy zarazem zaznaczyć, że "I Had To Say This/Monday's Rain" to singiel z podwójną stroną A, gdzie obydwa kawałki potraktowano na równi.  O ile pierwszy brzmi bardziej singlowo, tak drugi okazuje mniej chwytliwy, choć gęstszy, głębszy i absolutnie pochłaniający.

Nie stanowi tajemnicy fakt, że zawarty w tytule deszcz był na tym etapie ulubionym tematem MacLeana i spółki. To jakby słowo-klucz otwierające wyobraźnię kompozytora i uwalniające z niej paradę plastycznych obrazów. Opisywania tego, co lider The Clientele czaruje w "Monday's Rain" dzięki warstwie lirycznej nie sposób się nawet podjąć. Aura rozmarzonego, przestrzennego nagrania obezwładnia. Ucztowanie w tej rozkwitającej melodyjnej melancholii, magicznych pogłosach i wokalnych harmoniach zamyka się pozornie w pięciu minutach i pięciu sekundach, choć poczuć można się tak, jakby rozciągało się daleko poza jakiekolwiek czasowe granice.

I Had To Say This – 7.5/10

Monday’s Rain 9-10/10

wtorek, 31 maja 2016

The Clientele - Lacewings (1999)












W „Lacewings” The Clientele dryfują ku zakochanej psychodelicznej nierealności dużo bardziej niż na dwóch dotychczasowych wydawnictwach. Dźwięki ich trzeciego singla są nadal piękne, ale przy tym jakby beztrosko pijane. Melodie niesfornie rozmywają się i odpływają w sobie tylko znanym kierunku. Ever since I saw you, There are violets on the shore - zdania śpiewane promiennie przez Alasdaira MacLeana nie pozostają wątpliwości. Zarówno podmiot liryczny, jak i wokalista ulegają błogiemu stanowi odurzenia/oczarowania. Znaczenie mają jedynie fiołki, fruwające w powietrzu owady i jakaś ona, z którą wszystko to nabiera większego sensu.