Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Decemberists. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Decemberists. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 stycznia 2016

Podsumowanie 2015: albumy 50-41













Część 1



„Runners In The Nerve World” jest  niczym więcej, jak tylko pakietem małych indie rockowych majstersztyków. Zestawem zręcznych i przebojowych powtórek z amerykańskiej sceny gitarowej ostanich dwudziestu lat. Trzeba przy tym nadmienić, że Sidekicks prędzej inspirują się mistrzami miękkiego, melodyjnego grania święcącego triumfy po 2000, a nawet 2005 roku niż centralnymi klasykami z lat 90. Innymi słowy, jeśli Built To Spill, to bardziej pośrednio, przez Band Of Horses oraz The Shins. Jak ktoś już trafnie przede mną zauważył, nie jest to jednak wada, dopóki jakość numerów na „Runners...” sprawia, że wypełniają one lukę w czasie, gdy forma „protoplastów” pozostawia wiele do życzenia. Z tej właśnie racji sympatia do treściwych i nadzwyczaj przyjemnych przecież kompozycji Steve’a Ciolek’a wydaje się całkowicie zrozumiała.      



Gdyby na podstawie piosenek z “High” nakręcić film, jego bohater byłby noszącym się w skórzanej kurtce, prostolinijnym łobuzem o romantycznej duszy. Niemal każdy z numerów na nowej płycie Royal Headache wpisuje się w estetykę grania szorstkiego i przebojowego jednocześnie, garażowego lecz z silnym zacięciem piosenkowym. Serca tych chłopaków krwawią miłością w rytm nośnych punkowo-popowych kawałków, w których śpiewa się zazwyczaj o tym „jak ona go kręci” albo „jak bardzo on jej chce i potrzebuje”. Wszystkie refreny brzmią przy tym jakby priorytetem do ich pisania było osiągnięcie prostego i bezpośredniego efektu mocnej antemiczności. W szalonym rock’n rollu, punk rocku/power popie zahaczającym o Undertones czy Stiff Little Fingers Australijczycy odnaleźli swoje środowisko naturalne.



Podczas gdy dużym uznaniem w kraju cieszyły się w tym roku albumy zespołów Alameda 5 czy Złota Jesień, nie mniej interesujący krążek w kolaboracji z islandzkim Panos From Komodo nagrali Bydgoszczanie z 3moonboys. Do pełnego zrozumienia fenomenu „Linii Nr 8” jako części składowej szerszego projektu artystycznego, zatytułowanego „Brumba” („Jedność słowa z przestrzenią zapisu. Cykl wydawnictw liberackich”) niezbędne byłoby może otrzymanie płyty w postaci fizycznej wraz z wszystkimi dołączonymi do niej elementami, co nie zmienia oczywiście faktu, że muzyka sama w sobie musi stanowić, i w tym przypadku stanowi, wartość wobec całej reszty nadrzędną. Z zawartymi tu brzmieniami jest podobnie jak z patrzeniem przez okno w czasie podróży tramwajem „od pętli do pętli”.  Początek jazdy upływa dość dynamicznie. Widoki się zmieniają, przyciągają uwagę, ale po jakimś czasie fragmenty krajobrazu robią się bardziej monotonne, a słuchacz/pasażer popada w swoistą hipnozę. Pomysłowością (zwłaszcza w zakresie rytmiki) imponuje pierwsza część: osobliwie rozpoczynający „Pierwszy”, inicjowana pogiętym elektronicznym motywem „Liczba Podwójna”, reggae’ujące kołysanie „Wietrznego Miasta” i oniryczność „Bardzo”. Od tego momentu do „Ostatniego” odpływamy już raczej w regularny chillout. Nie uznaję tego jednak za wadę, ma to bowiem także pewien urok. Przestrzenie pełne sugestywnych dźwięków „Linii Nr 8” warte są przysłowiowej świeczki. Cieszę się, że nie przeoczyłem.     



Z początku wydawało mi się, że „Sacred Ground” to granie zbyt nieświeże, zbyt smutne w ten mało atrakcyjny i męczący wręcz sposób. Rozlazłe, elektroniczne indie z melancholijnym wokalem dla późnych trzydziestolatków. Coś w tych deep house’owych smętach okazało się jednak trafiać w sedno. Głębia późnowieczornych, dorosłych utworów Ry X’a i Franka Wiedemanna wzbogacona uprzystępniającą dawką „klikających” klawiszy, gustownie przemykających bitów i basowych linii zaskoczyła ostatecznie na plus. A trzeba przyznać, że duet wcale nie ułatwia sprawy, nie szyje singli i nie stara się przypodobać krótkimi numerami, opartymi na hookach. Przeciwnie, Howling stawiają na wciągalność, próby niespiesznego, ale skutecznego w gruncie rzeczy absorbowania odbiorcy zarówno strukturą, jak i klimatem. Muzyka na długie, smutne i samotne noce.  



Najważniejszym argumentem za “What A Terrible World, What A Beautiful World” jest pokaźna ilość momentów, w których The Decemberists brzmią jak oni sami za swoich najlepszych czasów. Słyszymy to w sekwencji przebojów rozpoczynającej płytę: zagranym przy użyciu ekstatycznych dęciaków „The Cavalry Captain”, prostolinijnej „Philomenie” i żarliwym wezwaniu do miłości „Make You Better”. Jeszcze bardziej w lirycznym „Lake Song”, gdzie Colin Meloy ponownie odnajduje się w wysmakowanym operowaniu słowem, a także w zadumanym „Till The Water Is All Gone” czy opartym o kapitalne wyczucie melodii „The Wrong Year”. Nie powinni czuć rozczarowania fani wyczuleni na wpływy folkowe („Better Not Wake The Baby”), southern-rockowe czy country’owe („Anti-Summersong”) w twórczości Dekabrystów, partie akordeonu albo swojskiej harmonijki. Powiedzieć, że Amerykanie wstają z kolan byłoby sporym nadużyciem, ponieważ żadna z ich ostatnich płyt nie była na dobrą sprawę nieudana. Ci jednak, którzy już kilka miesięcy temu stwierdzili, iż ich ostatni krążek jest najlepszym od czasu „The Crane Wife” oddali stan rzeczy zapewne najprecyzyjniej.        


Podejrzewam, że “The Original Faces” to najbardziej bezpośredni pop, do jakiego mogła się zbliżyć Liz Harris. Mglisty, niewyraźny i szkicowy, ale wciąż o niebo silniej akcentujący piosenkowość niż dotychczasowa twórczość Elizabeth pod szyldem Grouper. To płyta brzmiąca tak, jakby artystka poruszająca się w niezwykle smutnych estetykach zdecydowała się zrobić w końcu coś nieco bardziej dla siebie relaksującego. Stąd też zapewne wynika fakt, iż utwory Helen także słuchaczowi sprawiają zadziwiającą przyjemność. Rozmyte, dziewczęce harmonie wokalne, skrawkowe melodie oraz proste aranże na skrzyżowaniu dream popu i shoegaze’u, noise-popu czy nawet twee okazują się składnikami wystarczającymi do sycącej uczty. Tym bardziej, że materiał złożony jest ze stosunkowo krótkich, acz pomysłowych fragmentów, którymi nie ma czasu się znudzić. Pozycja obowiązkowa dla fanów 4AD i Creation, Black Tambourine oraz oczywiście samej Liz.      


Kolejny rok, kolejna dobra płyta Eternal Summers. „Gold And Stone”, solidnego albumu z indie popowymi piosenkami w różnym stopniu mieniącymi się także wpływami jangle popu, dream popu i shoegaze’u. Nie ma tu właściwie niczego, co mogłoby się nie spodobać fanom dwóch poprzednich krążków. Śliczne jak z obrazka utwory pokroju „The Roses”. „Ebb Tide” i „Stars You Named”. Podkręcone pod kątem przebojowości „Black Diamond” czy „Together Or Alone”. Masa urodziwych melodycznych linii gitarowych i basowych oraz wokali Nicole Yun. Ma się przy tym wszystkim wrażenie, że podobne rzeczy trio mogłoby nam serwować z niesamowitą łatwością nawet częściej i w większych dawkach. Tak więc, o tej porze, w tym samym miejscu, widzimy się pewnie za rok.


„Melbourne, Florida” w pięciu kluczowych momentach:

5. „Year In Pictures” – Klawisze podkreślające nastrój snutych refleksji. Saksofon i trąbka na koniec.

4. „Blue Time” – Akustyczny sophisti-pop, tęskna ballada a la Grant McLennan , dwa słowa refrenu wyrażające wszystko.

3. „Leftovers” – Słodkie twee śpiewane przez wokalistkę. Nic dodać nic ująć.

2. “Tearing The Posters Down” – Krótka lekcja z pisania piosenkowych hymnów.

1. “Waste The Alphabet” – Oh Natalie, we party, “Nowa klasyka gitarowego popu Vol.1”.


42. Outfit – Slowness

Z jakiegoś powodu trudno mi sobie wyobrazić „Slowness” w innych albumowych podsumowaniach roku. Jak by ich nie ugryźć, Outfit brzmią tu jak intelektualni romantycy-outsiderzy, w pewien sposób staroświeccy i na pierwszy rzut oka średnio pasjonujący. Z jednej strony gitar słychać u nich tyle, co kot napłakał, z drugiej można ulec wrażeniu, że słuchamy Hot Chip nie do tańczenia. A jednak druga płyta grupy z Liverpoolu to pozycja bezdyskusyjnie warta uwagi. Przewidziana na sesje uważne i cierpliwe, odwdzięczająca się wieloma pięknymi momentami. Zadziwia lekkość z jaką Thomas Gorton i spółka serwują swoje art-popowe piosenki (zwłaszcza „Smart Thing”) oraz subtelność w przekazywaniu emocji (kapitalne „Happy Birthday”). Błyskotliwe, klawiszowe motywy objawiają się średnio w co drugim utworze („Framed”, długa linia synthów w „Swam Out”), a od całkowitego odpłynięcia w rozmarzone new romantic powstrzymuje ich chyba tylko wybitna samodyscyplina, która zostaje zresztą ciut nagięta przy instrumentalnym „Wind Or Vertigo”.  



Delikatność i dbałość – to dwa słowa, którymi w największym stopniu można określić warstwę muzyczną drugiego albumu zespołu Foxing. „Dealer” w porównaniu do swego maniakalnie intensywnego poprzednika jest krążkiem spokojniejszym i mniej efektownym, a przy tym dużo smutniejszym. Kruchość piosenek Conora Murphy’ego ewidentnie zauważalna już na „The Albatross”, choć skutecznie przysłaniana gwałtownymi momentami tutaj staje się kompletnie ogołocona i na wskroś widoczna. Da się ją poczuć w wypielęgnowanych, wiodących melodiach, ale także tych najbardziej niepozornych fragmentach aranży: chórkach, skrzypcowych, czy fortepianowych partiach. Nawet jeśli w kluczowym dla tej płyty „The Magdalene” Conor podnosi głos, to kiedy go znów ścisza do falsetu, czuć w tym jakby większą winę, co wydaje się najzupełniej zasadne biorąc pod uwagę motywowane wiarą wątpliwości przewijające się w tekście. Murphy wypada ujmująco w swym rozpamiętywaniu przeszłości („Glass Coughs”) i naznaczonym strachem zaklinaniu przyszłości („Night Channels”). Styl kapeli wywodzący się z midwest-emo oraz post-rocka nie zanika, a jedynie przeobraża się w coś znacznie subtelniejszego. W „Laundered” elegancka trąbka a la „The Summer Ends” American Football wraz z wokalnymi harmoniami i onirycznymi klawiszami znacząco wpływa na klasę utworu. Przerażliwie ponura tematycznie „Indica” autorstwa basisty pobrzmiewa zaś przez chwilę marszową perkusją rodem z jakiegoś numeru Explosions In The Sky. O ile „Dealer” mieści się w ramach swego macierzystego gatunku i jawi się płytą bez wątpienia potężnie emocjonalną, to warto przy tym zaryzykować twierdzenie, że emocjonalność w emo być może jeszcze nigdy nie była tak dojrzała. 

sobota, 26 grudnia 2015

Podsumowanie 2015: piosenki 20-11














Piosenki część 4 


20. Jacco Gardner - Outside Forever 
















Skryty, introspektywny psych-pop Jacco Gardnera jawi się trochę jako rewers coraz bezpośredniejszych i otwartych piosenek Kevina Parkera. Holenderski nabytek Polyvinyl Records brzmi niczym lider Tame Impala po drugiej stronie lustra, żyjący w baśniowym świecie swoich imaginacji. „Outside Forever” zdradza pokrewieństwo Jacco z innymi twórcami halucynogennych, leśnych delicji takimi, jak Candy Claws, czy Death And Vanilla. Z drugiej strony może również przypominać o niepowtarzalnym stylu Youth Lagoon zagubionym jeden album temu. Wybrany przeze mnie utwór w zniewalający sposób rozkwita. Z jednego hooku nieśmiało przechodzi na drugi, z drugiego zaraz na kolejny i trzeba przy tym zaznaczyć, że sekwencja ta posiada tendencję jakościowo rosnącą. Akustyczną grę i smutny śpiew we wstępie przełamuje piękny klawiszowy motyw, prowadzący z kolei do zachwycającego harmoniami refrenu. Również przeraźliwie smętnymi frazami tekstu Gardner posługuje się nadzwyczaj frapująco, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jego tematem jest przecież wyeksploatowana do bólu nieszczęśliwa miłość. Gdybyście tego wyalienowanego i szalenie bystrego piosenkopisarza chcieli gdzieś, kiedyś spotkać, kierujcie się pozostawionymi przez niego wskazówkami: You can find me where the sun hides, I'm forever on the outside.
















„Eclipses” nie jest może utworem tak wyrafinowanym jak umieszczone przeze mnie niżej w podsumowaniu „All Is Illusory”, ale na całym tegorocznym albumie The Velvet Teen, mówiąc najprozaiczniej w świecie, nic innego bardziej nie wpada w ucho. To właśnie ten kawałek jako pierwszy zaiskrzył i zapewnił mnie, że powrót Amerykanów należy będzie uznać prawdopodobnie za udany. Nie brak w nim wielkiej pasji oraz pełnego zaangażowania przy każdym wokalnym i gitarowym zakręcie niemiłosiernie pędzącej machiny. Finalizujący niecałe trzy intensywne minuty krzyk Judah Naglera to już z kolei balsam na uszy wszystkich indie rockowców.

















Camerona Bouchera rozliczenie z problemami. Droga przebyta od złamanego serca i uciążliwej bezsenności do psychicznej odbudowy, czyli temat stanowiący doskonałe paliwo dla gitarowego kawałka z potężnym, domagającym się dynamicznego wykrzyczenia refrenem. Przekonujący argument za tym, że samemu sobie też warto dać czasem szansę.


Najefektywniejsze z tegorocznych singlowych uderzeń Jewela i Radelet, z którym mógłby jeszcze porywalizować utwór „Shadow”, gdyby tylko jego fragmenty nazbyt nie przypominały pewnego kawałka autorstwa Sonic Youth. Wracając jednak do „In Films”, postawiono w nim wyraźnie na jeden, ale za to bardzo konkretny hook, będący ni to syntezatorowym strzępem, ni to wokalnym podśpiewywaniem Ruth. Druga sprawa, że już słysząc słowa Shiny red car do you feel so blue? When you see your friends crashing around you? czuje się, że tu Chromatics po dwóch mniej ekscytujących numerach wreszcie w pożądany sposób uchwycili swoje flow. Za sprawą tego utworu poczynają sobie jeszcze śmielej i pogodniej niż w poprzedzającym go „I Can Never Be Myself When You’re Around”, a jedynie drobne akcenty w postaci niektórych linijek przemycają elementy „szarości”. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, iż jest to ich najbardziej bezpośrednia jak dotąd piosenka. Bardzo zgrabna zresztą, przesuwająca suwak z klimatu w stronę wyrazistszej piosenkowości.    















Zdaniem samego Colina Meloya – „najbrudniejsza piosenka The Decemberists jaka kiedykolwiek powstała”. Lubieżność w „Philomenie” objawia się oczywiście na poziomie tekstowym, czystą jak łza płaszczyznę muzyczną pozostawiając całkowicie w spokoju. Perfidna ironia Dekabrystów zostaje uknuta wokół zestawienia tych dwóch kontrastujących elementów. Tkwi w sąsiadowaniu sielskiej melodii i niewinnego śpiewu z rubasznymi linijkami. W złudnym wrażeniu potęgowanym przez wdzięczne partie smyczkowe oraz bujne dziewczęce chórki, usiłujące oszukać, że chodzi tu o coś romantyczniejszego niż zmagania z wszechmocną chucią: Open up your linen lap and let me go, Down, down, down.
















Zespół Title Fight po zaskakującej, lecz całkiem gładkiej metamorfozie, poniekąd zachowuje swoje punk rockowe korzenie, ale jednocześnie jest już w stanie serwować słuchaczom w stu procentach dojrzałe i zanurzone w głębokim klimacie ballady pokroju „Your Pain Is Mine Now”. Utwór piąty z „Hyperview” to dream pop/shoegaze potężnie zniewalający, smakowicie rozmyty i naładowany paletą doznań. Żaden tam eksperyment, czy przerost formy nad treścią, a wręcz wzorcowy pokaz prawidłowego poruszania się we wspomnianych wyżej stylistykach. 
















Nawet jeśli poprzedni album Girls Names był w ogólnym rozrachunku lepszy od wydanego w tym roku „Arms Around A Vision”, to wtedy Irlandczycy nie mogli pochwalić się ani jedną piosenką tak chwytliwą i porywającą, jak „Reticence”. W openerze nowej płyty trio wyjątkowo uparcie maltretuje złożony z dwóch wyśmienitych części wstęp do utworu, poprzedzający żywiołowo wkraczające dopiero na wysokości: 1:41 partie wokalu. Kiedy pochmurny, a zarazem ostro rytmiczny post-punk miesza się w instrumentalnej introdukcji z hipnotycznym noise-rockiem trudno przewidzieć, co z tego wszystkiego może wyniknąć. Dość niespodziewanie ze zgiełku wyskakuje roztańczony riff, którym podeprze się po chwili wspomniany wcześniej wokal. Ten zdecydowanie nie zamierza ustępować pola wcześniejszym atrakcjom. So ugly, To the point of hatred, My skin crawling yeah I feel so alive. Niedbały, nonszalancki, ale jednocześnie jakby narastający w coraz większej ekscytacji śpiew Cathala Cully’ego na dobre wyrywa z apatii i doprowadza kawałek do wrzenia. A trwa znów ledwie kilkadziesiąt sekund, bo w ramach niemal symetrycznej budowy kompozycji muzycy na koniec znów pogrążają się w graniu balansującym na progu jakiejś niebotycznej eksplozji. Summa summarum każda sekunda pozostaje podporządkowana zasadzie „all killer no filler”, a chwili wytchnienia nie jesteśmy tu w stanie zaznać. 
















Kiedy określamy muzykę przymiotnikiem „wielka”, to może nam chodzić zarówno o jej wybitną jakość albo nowatorstwo, jak i po prostu gabaryty czy np. stadionowy charakter. Zgodność jednego z drugim nie zdarza się dziś chyba szczególnie często. „Wielkość” w pierwszym rozumieniu prędzej odnajdziemy zapewne w utworach stosunkowo skromnych. Wzbudzanie dreszczy poprzez odsłuchy epicko zrealizowanych dziesięciominutówek będzie z kolei nieco trudniejsze.

W tym miejscu pojawia się Susanne Sundfør upychając na swej singlowej płycie opasłego, art-popowego potwora. Blasting, Blazing, Stars exploding, A cosmic war raging in the sky. “Memorial” brzmi jak muzyka „wielka” zarówno z zewnątrz jak i w środku. Nie jest to bynajmniej wydmuszka, rozmach i monstrualna ambicja nie napotykają na swej drodze lodowej góry. Muzyczne wykształcenie Susanne oraz arcyważne w tej materii wyczucie pozwalają oszczędzić słuchaczowi poczucia zażenowania nieznośną patetycznością. Jeśli podniosłość w „Memorial” wzrasta, a wokalistka unosi swój głos ponad planety i galaktyki, to jest to dozwolone, pożądane i wprost proporcjonalne do wrażeń estetycznych.  Tak, jak w tekście utworu kosmiczna wojna oraz eksplozje gwiazd są jedynie tłem dla przeżywanego rozstania, tak w warstwie muzycznej cała ta pompatyczność zdaje się być zasadna jedynie wobec jeżących włosy na głowie emocji i świetnej kompozycji.















Gdyby miłośnikom zgrabnie napisanych gitarowych piosenek polecić wyłącznie jedną tegoroczną pozycję, najtrafniejszym wyborem byłby „Waste The Alphabet” Australijczyków z Dick Diver. W zaraźliwych stu czterdziestu sekundach znalazło się miejsce dla każdego podstawowego elementu klasycznego popowego kawałka. Mamy więc wspartą jangle’ującymi melodiami, wspinającą się „po schodkach” linię basu, wokalno-liryczne hooki we zwrotkach, obowiązkowo bijący wszystko na głowę przebojowy refren (Oh natalie, we party...) oraz mistrzowski mostek. Kapela nie marnuje ani chwili czasu, niczego nie zapycha ani nie wydłuża. Dokłada wszelkich starań, aby na końcu równania znajdował się słuchacz niepotrafiący pozbyć się tych melodii, niezdatny do odrzucenia chęci śpiewania tych linijek. Jeżeli w tak wyjątkowo klarownej sytuacji pozostaje jakaś niewiadoma, to wyrażać ją może jedynie pytanie zadane przez jednego z użytkowników serwisu YouTube: This is a great song but who is Natalie?















I don’t have much time, like a butterfly, Only one night to try and change my life. Ten fragment drugiej zwrotki wyraża więcej niż tysiąc słów o piosence, jak i właściwie samym zespole. Określa ulotny nastrój panujący w melodyjnych zwrotkach oraz wybijającym się refrenie, stworzonych jakby specjalnie do słuchania wiosną lub latem podczas przemierzania miejskich ulic. W „Different Angle” pop-rockową wrażliwość jak zwykle u Cribsów podkreśla punkowy pazur, podczas gdy tekst oddaje stan pomiędzy radością i wzajemnym zrozumieniem a szczyptą uczuciowej niepewności. Słowa klucze: młodość, przygoda i noce, które zmieniają życie.  

Piosenki 50-41

Piosenki 40-31

Piosenki 30-21