Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 czerwca 2016

The Clientele - Suburban Light (2000)











10

Biorąc pod uwagę spójność materiału, jakim dysponowali The Clientele do 2000 roku, decyzję o poskładaniu dotychczasowych utworów w kompilację, która mogłaby jednocześnie funkcjonować trochę jako regularny debiut, należało uznać za naturalną. Wszystkie małe światła porozpraszane wcześniej w różnych miejscach i chwilach udało się skupić wspólnie w dużym „Świetle Przedmieścia”. Blasku olśniewającym, choć zarazem spokojnym i kojącym.

Przedmieście to dla Alasdaira MacLeana miejsce wyjątkowe, łączące atmosferę wielkomiejskiej cywilizacji ze spokojnym urokiem wsi, w której możliwość zetknięcia się z przyrodą jest zazwyczaj na wyciągnięcie ręki. Kto na przedmieściach kiedykolwiek mieszkał, ten doskonale wie, o czym mowa. Wystarczy udać się na kilkukilometrowy spacer, by budynki i samochody przemieniły się w drzewa i pustą przestrzeń. Albo też odwrotnie – przemierzyć przez jakiś czas lasy i łąki, aby ujrzeć w końcu z oddali światła bijące od okien jednorodzinnych domów i oświetlających zurbanizowaną część miejscowości latarni. Czyż nie brzmi to niczym idealna inspiracja?

Co może się wydawać kompletnie prozaiczne i niezauważalne zwykłemu człowiekowi, dla poety bywa magiczne. MacLean wydobywa tę magię z niepozornych zjawisk, przyuważonych gdzieś krótkich scenek albo chwil przeżywanych z drugą osobą. Niedzielna przejażdżka samochodem przez drogę pełną zmoczonych deszczem liści. Reminiscencja jakiejś chwili z dzieciństwa. Zachwyt tym, co dostrzega się w czyichś oczach. Albo obserwacja momentu, w którym noc przemienia się w dzień. W piosenkach The Clientele na całym „Suburban Light” tego rodzaju romantyzm jest wszechogarniający.

Tyle, jeśli chodzi o charakter ogólny, całościowy. Jak wygląda natomiast zawartość w bardziej szczegółowym ujęciu? Dziesięć pozycji to utwory z wcześniejszych singli, EP’ki i jednej składanki, trzy pozostałe nagrano na użytek niniejszego albumu. Swoistą świętą trójcę wczesnego etapu grupy stanowią dla mnie „Reflections After Jane”, „(I Want You) More Than Ever” i „We Could Walk Together”. Dwa pierwsze to oczywista indie popowa klasyka. Trzeci, zaprezentowany jeszcze w 1997 roku na kompilacji wytwórni Fierce Panda, obezwładniający słodką melodią, przejmującą poniekąd rolę refrenu pod żadnym względem im nie ustępuje. Nie zabrakło miejsca dla lekko sugerującego retro-popową przebojowość „I Had To Say This”, rozkosznie neo-psychodelicznego „Lacewings” czy zatopionych w zawiesistej klimatyczności „Saturday” i „Monday’s Rain”. „Bicycles"” było zdecydowanie zbyt dobrą piosenką, żeby pozostawić ją jedynie na „A Fading Summer”. „An Hour Before The Light” wydane po raz trzeci również pasuje tu jak ulał. Zamiast debiutanckiego singla „What Goes Up”* zespół zdecydował się natomiast umieścić na płycie b-side z tegoż krążka, czyli w gruncie rzeczy niezłe „Five Day Morning”. 

Mogłoby to właściwie wystarczyć, ale choćby dla fanów dobrze orientujących się w poprzednich wydawnictwach zespół przygotował ponadto kompozycje takie, jak „Rain”, „Joseph Cornell” i „As Night Is Falling”. Spośród nich za najbardziej godną uwagi uznaję ostatnią. Hipnotyczne połączenie klawiszowej dostojności, onirycznej atmosfery i urodziwych linii wokalnych.

„Suburban Light” to, co tu dużo mówić, jeden ze znamienitszych albumów/kompilacji w młodych dziejach niezależnego popu.** Dokumentacja stylistycznej i kompozytorskiej oryginalności, zbiór nieziemsko wyrafinowanych melodii oraz pięknych, inspirujących tekstów. Pomimo tego, iż dopiero „Violet Hour” z 2003 roku traktowany jest jako pełnoprawny debiut The Clientele, to właśnie ten krążek zasłużenie cieszy się renomą ich pierwszego, i pomimo pomyślności dalszych poczynań zespołu, w całej dyskografii traktowanego z największą nabożnością.

*W wersji amerykańskiej wydanej rok później dla Merge „What Goes Up” uwzględniono zamiast „An Hour Before The Light”, a „Bicycles” zastąpiono wcześniej nieznanym utworem „From A Window”.

**Podobnym przypadkiem jest np. „Kaleidoscope World” The Chills. 

piątek, 17 czerwca 2016

Partia - Dziewczyny Kontra Chłopcy (1999)











10

Drugi krążek Partii zdradza pewne podobieństwo do albumów rodem z wczesnych lat 60., rzadziej będących zorganizowanymi całościami, a częściej zestawami maksymalnie przebojowych singli. Siedem spośród jedenastu utworów na „Dziewczyny Kontra Chłopcy” zamyka się w naturalnym dla popowych kawałków formacie dwóch minut i kilkudziesięciu sekund, trzy są niewiele dłuższe, jedna trwa trochę ponad minutę. Większość oparta jest na konstrukcjach zwrotkowo-refrenowo-mostkowych i nawet jeśli nie wszystkie z nich posiadają refreny, to każda odznacza się bardzo wyrazistym, z miejsca dającym o sobie znać hookiem.    

Słyszalna na wszystkich możliwych frontach optymalna chwytliwość rozpoczyna się już w samym zarodku każdego numeru, pierwszych partiach perkusji i wstępnych motywach. Może to być, na przykład: dęty temat nagrania tytułowego, nieskazitelny riff „Wyglądasz Jak Chłopak”, błyskawiczne akordy i uderzenia bębnów w „Kobietach” albo „Kim Jesteś?”. Każdą akcję poprzedza króciutka, absolutnie treściwa zapowiedź, z której bezpośrednio wyłania się dalsza wyśmienicie piosenkowa historia. 

Lesław w kilku wywiadach wspominał o tym, że kiedy zaczynali, nie istniało zbyt wiele polskich zespołów, które robiły na nim wrażenie. W muzyce rockowej modny był grunge i formacje pokroju Iry lub Wilków, podczas gdy lider Partii bardziej cenił sobie wrażliwość Bielizny lub kompletnie anonimowego dziś Marilyn Monroe, a spośród grup zagranicznych Suede, The Smiths czy wczesnego The Cure. To, czego być może tak bardzo brak gitarowemu graniu, znanemu z polskich radiowych rozgłośni ja zawsze znajdowałem z kolei w napisanym przez niego „Wyglądasz Jak Chłopak”. Drugi utwór na „Dziewczyny Kontra Chłopcy” uderza jednocześnie swą unikalnością, jak i... normalnością. Riffem cholernie dorodnym, choć wcale nie nadzwyczajnie wymyślnym i tekstem też nie arcyskomplikowanym, choć niewątpliwie ciekawym, intrygującym i sięgającym głębiej. Można by dojść do wniosku, że Partia wypełniła pustkę, o jakiej mówił Lesław, gdyby nie oczywiście fakt, iż te bezbłędne pop rockowe piosenki, pokroju „Wyglądasz Jak Chłopak”, nigdy na dobrą sprawę w dużych mediach nie zaistniały. 

Jeżeli kwestia najlepszego riffu na albumie jest dla mnie oczywista, to z wyłonieniem najdoskonalszego refrenu istnieje spory kłopot. Poważnym pretendentem do tego tytułu jawi się wpadające w ucho „Kim Jesteś?”, jeden z tych chorusów (Teraz czekam na kogoś nowego...), z którymi budzisz się rano w głowie, a potem chodzisz jeszcze przez kawałek dnia. Innym, szalone i oszałamiające, kuszące dodatkowo w zwrotkach wyliczanką kobiecych cech i prostymi rymami „Kobiety” (Jest tak wiele kobiet, że kręci mi się w głowie...). Nie mniej od dwóch poprzednich ponadto, beztroski, pachnący przygodą i młodzieżowymi serialami z lat 60. „Adam West” (kultowe Zadzwoń do mnie i uratuj mi życie...). Ten ostatni dzięki fragmentowi poczętemu od słów: teraz stoję pod twoim blokiem, na pewno już śpisz wszystkie światła są zgaszone, podkreślonemu świdrującą solówką bezkonkurencyjnie wygrywa zresztą osobny konkurs na najwspanialszy mostek.  

Kilka nagrań, być może równie istotnych i tak samo dobrych, wyłamuje się nieco z tej najczystszej „singlowej” reprezentacji. Zalicza się do niej jeszcze wpadający w ska, muzycznie pogodny (w czym duża zasługa trąbek) „Kieszonkowiec Darek”. Czym innym jest już natomiast brawurowy punk rock „Chciałbym Umrzeć Jak James Dean”, powalający zabójczo ekspresyjnym momentem: pusta autostrada, czerwony blask, niebo eksploduje milionem gwiazd!. Wyróżnia się „Prawdziwy Partner”, w którym grupa zamienia przez chwilę wesołe melodie na jazzujący feeling i przybrudzone dźwięki, a Lesław ponownie wykorzystuje swą umiejętność stymulowania czyjejś wyobraźni klimatycznością tekstów: dym papierosów, dźwięki tłuczonego szkła, duszący zapach perfum, jeszcze jedna taka noc.

W trochę innej bajce funkcjonuje też zamykające płytę „Wieczorem”, gdzie lider Partii urokliwie dzieli się z nami opisem pewnego okropnego dnia oraz jakby od niechcenia wymienia wszystkie miejscowe obiekty, które mija podczas powrotu do domu. Jest to najspokojniejsza kompozycja na krążku, muśnięta dźwiękami wibrafonu, doskonale oddająca nastrój miejsko-dzielnicowej rzeczywistości. Nie ma co się jednak łudzić, że te „jabłka” upadają od jabłoni szczególnie daleko. Mimo, iż ich charakter wypada odrobinę odmiennie, nie zmienia się fakt, że one także maksymalnie chwytają i przynoszą kolejne, stworzone do nucenia linijki pokroju: Tak mijają miesiące, Ty nie tracisz nadziei, powiedz jak ty to robisz? Całość dopełniają: króciutki surf rock/psychobillly „Vampire Beach” i śpiewany po angielsku „Speedway”, gdzie grupa brzmi niczym łagodniejsza wersja psycho-punkowców z The Reverend Horton Heat.

„Druga Partia” to album pozbawiony dłużyzn, pełen regularnie i konsekwentnie zastępujących się melodii, które nigdy nie okazują się chybione. Na „Dziewczyny Kontra Chłopcy” zachowany został styl pewnie określony już na debiucie, ale przy tym większy nacisk położono tu na pisanie nośnych, perfekcyjnych piosenek. Lesław, Waldek i Arkus w 1999 r. stworzyli prawdziwą „złotą jedenastkę” i jakkolwiek pompatycznie to nie zabrzmi, obok „Miłości w Czasach Popkultury” Myslovitz, być może ostatni klasyk wśród polskich gitarowych krążków dwudziestego wieku.

poniedziałek, 30 maja 2016

The Clientele – All The Dust And Glass (1999)










„All The Dust And Glass” to przede wszystkim „Reflections After Jane” – najlepszy lub jeden z kilku definitywnie najlepszych utworów w dorobku The Clientele. Kompozycja totalna pod względem upojności klimatu i poetyckości tekstu. Od słów zawartych w jednej z linijek wspomnianej piosenki pochodzi także tytuł całego singla.

Poranek, motyle z pozłacanymi skrzydełkami, czerwone słońce, robotnicy na moście, bezsenność, wzdychająca autostrada, jej włosy tak ciemne w deszczu, miasto szukające twojej samotności. Kompozycja wydana w 1999 r. z całą mocą ukazuje nam możliwości twórcze Alasdaira MacLeana, jego niezwykły zmysł i wrażliwość. Dzieje się tak zarówno dzięki sugestywności lirycznych obrazowań, jak i poprzez obecność doszczętnie zniewalających, sentymentalnych melodii. Na uwagę zasługują nie tylko partie gitary, ale też dobitna linia basu Jamesa Hornseya. Określenie adekwatne dla charakteru tego małego dzieła odnajdziemy już w samym jego tytule. „Refleksyjność” wydaje się tu bowiem tętnić i pulsować.    
„Przede wszystkim” nie oznacza jednak tego samego, co „wyłącznie”. Drugie nagranie, choć przyćmione blaskiem swojego poprzednika, nie jest bynajmniej pozycją zbędną. Również w nim obcujemy z wymownymi opisami doznań zewnętrznych i wewnętrznych. Dźwiękami mającymi za zadanie oddać nastrój ulotnego wieczora oraz tytułowej godziny przed nastaniem światła. Kiedy MacLean dociera do kluczowego pytania: Are you really into lonely evening light? „An Hour Before The Light” unaocznia nam całą swą skromną wykwintność. 

niedziela, 16 sierpnia 2015

The Chills - Heavenly Pop Hit (1990)











10

Gotów jestem uwierzyć, że pomiędzy 1987 a 1990 rokiem Martin Phillipps żywił się wyłącznie światłem słonecznym. Na wysokości ostatnim razem wydanego przez The Chills, miejscami dość mrocznego albumu „Brave Words” nic nie zapowiadało inwazyjnej eksplozji radości mającej nastąpić w kolejnym singlu zespołu. Tymczasem w nową dekadę Nowozelandczycy wparowali z kawałkiem szalenie optymistycznym, podwyższającym u słuchacza poziom hormonu szczęścia, mówiącym na temat popowej przebojowości wszystko, co ten chciałby kiedykolwiek wiedzieć.   

Nie da się ukryć, że tym utworem lider Chillsów wreszcie dopiął swego. Choć Phillippsowi przez całe lata osiemdziesiąte zdarzało się pisać bardzo dobre zwrotko-refrenowe numery, dopiero w „Heavenly Pop Hit” doszło do pełnego oswobodzenia jego kompozytorskiego talentu i spełnienia postulatu piosenki absolutnej. Hooki w singlu promującym drugi długogrający krążek grupy padają na każdym kroku. Wyskakują zarówno z dźwięków jak i z lekko acz finezyjnie napisanego tekstu, opartego na bardzo chwytliwych rymach.

Kawałek właściwie na równi prowadzą melodie wokalne Martina i organy Andrew Todda. Znakomitość konstrukcji i organizacji słychać już w trwającym pięć sekund wprowadzającym motywie. Po nim zdolny klawiszowiec przechodzi delikatnie w tło, by lider The Chills mógł brylować swoimi ekstatycznymi, afirmującymi życie linijkami: Each evening the sun sets in five billion places, Seen by ten billion eyes set in five billion faces... / So I stand as the sound goes straight through my body, I’m so bloated up, happy, and I throw things around me. Osiem lat po “Rolling Moon” jakimś cudem jest to nadal tak samo wiarygodne i co więcej, brzmi zaskakująco świeżo. Zwrotkę na dwie części dzieli fragmencik zaczęty słowami And it all seems, larger than life to me... , co wraz ze śpiewanym wraz z Toddem, Donną Savage (gościnnie tylny wokal) i Justinem Harwoodem (basistą) aaaaaa sprytnie przedłuża przyjemność wyczekiwania na prościutki refren: Dum de dum, Dum dum de dum dum, It’s a heavenly pop hit, if anyone wants it. W drugiej zwrotce dostajemy właściwie powtórkę, z tym, że w kilku momentach diabeł tkwi w zmianie akcentów. Mowa o boskiej chwili na wysokości 2:07, gdzie organy pozostają przez kilka sekund same i jest to szczegół na wagę złota oraz nieco większym niż wcześniej nacisku położonym na And It all seems...

Tym razem Nowa Zelandia nie była w stanie oprzeć się obezwładniającej sile utworu kapeli ze studenckiego miasteczka Dunedin. „Heavenly Pop Hit” dotarł do arycywysokiego, drugiego miejsca singlowej listy sprzedaży. The Chills po podpisaniu umowy na wydawanie płyt poza Antypodami ze Slash, oddziałem giganta Warner Bros nieznacznie przebili się nawet do świadomości słuchaczy zamieszkujących obydwa anglojęzyczne mocarstwa muzyczne. Ich adekwatnie zatytułowany „Niebiański Popowy Przebój” pokonał barierę pierwszej setki w Zjednoczonym Królestwie (#97 pozycja) oraz pierwszej dwudziestki amerykańskiego rankingu Modern Rock (#17). W jakimś sensie twórczość Martina Phillippsa i jego kompanów została wreszcie wynagrodzona. Także dziś, wyobrażenie o ludziach nucących sobie Yet their lives are elastic, They should be fantastic… z chętnie puszczanego w radiach hitu jangle popowej grupy wywołuje u mnie przebłysk skromnej satysfakcji. 

sobota, 18 lipca 2015

The Chills - Pink Frost (1984)



     








„Pink Frost” nagrano już w maju 1982 roku, ale niefortunne okoliczności związane z chorobą i ostatecznie śmiercią perkusisty The Chills, Martyna Bulla spowodowały, iż drugi singiel zespołu wydany został dopiero po przerwie, w czerwcu 1984. W porównaniu do „Rolling Moon” atmosfera w tym utworze uległa zmianie o 180 stopni. Kapela od entuzjastycznego psych popu zdryfowała w stronę frenetycznego post-punku.   

Jest coś niezwykle frapującego w metamorfozie, jaką kompozycja przechodzi w ciągu pierwszej minuty, zanim na dobre udaje jej się przyjąć swój właściwy kształt. Pierwsze dwadzieścia sekund upływa pod znakiem radośnie podrygującej melodii, jak gdyby chłopaki przeżywali jeszcze studencki błogostan, nieświadomi ponurej dorosłości czekającej tuż za rogiem. Progresja akordów (0:24-0:37) powoli przemienia jednak nastrój i samą strukturę piosenki, tak by od końcówki pierwszej minuty sielanka całkowicie zniknęła pod gęstą warstwą powagi, zadumy i mroku.
  
W rozmowie z „NZ Herald” Martin Phillipps opisywał wspomniany moment utworu (Once that song clicks from the intro section into the haunting first movement) jako chwilę, w której podczas koncertów publiczność przestaje rozmawiać i całkowicie skupia uwagę na tym, co dzieje się na scenie. Dziennikarz przeprowadzający z nim wywiad zauważył również, że dziwna, upiorna konsystencja kawałka sprawia, iż wydaje się on upływać w czasie znacznie dłużej niż niecałe cztery minuty, jakie w rzeczywistości trwa. Trafnie „Pink Frost” określił też użytkownik Rate Your Music podsumowując krótko, że jest w tym coś prawdziwie gotyckiego, bardziej niż wszystko, co kiedykolwiek napisał Robert Smith. Słowa te padły głównie w kontekście mrocznego, sugestywego tekstu.

Od pierwszych linijek nie wiadomo do końca o co chodzi. She's lying there dying, How can I live when you see what I've done? Brzmi zagadkowo i niepokojąco. Ton wokalu, szare klawisze i głęboki bas korespondują perfekcyjnie. Just the thought fills my heart with pink frost. Porównanie różowego szronu Phillippsa do Cure’owego (jej) imienia niczym lodu w sercu z jednej z piosenek na „Pornografii” wydaje się mocno sensowne. Zwłaszcza, że i w jednym i w drugim przypadku mamy dziewczynę oraz zatrważające widmo śmierci. Thought I was dreaming so I didn't hear you screaming. Tajemnica się wyjaśnia. I'm so scared, I'm so scared. Bohater pozostaje bezradny, a odbiorca urzeczony.

Niesamowity, post-punkowo hipnotyzujący i nastrojowy singiel The Chills to do dziś najbardziej ceniony fragment twórczości Nowozelandczyków. Pomimo przygnębiającego klimatu, utwór ikon dunedin soundu zdołał w 1984 roku przebić swojego słonecznego poprzednika wspinając się na #17 miejsce tamtejszej listy sprzedaży. Po ponad trzydziestu latach „Pink Frost” zestarzał się tak dobrze jak tylko mógł, pozostając wybitną (choć nieszczególnie powszechnie rozpoznawalną) sygnaturą ówczesnej muzycznej epoki, w której grobowa melancholia także bywała w cenie.

poniedziałek, 21 lipca 2014

The Field Mice - Missing The Moon (1991)











10

Logiczny acz zaskakujący, nietypowo opasły w brzmieniu, za sprawą wyróżnienia przez NME chyba najgłośniejszy utwór The Field Mice, który mógłby stać się przepustką do większego muzycznego świata, choć ostatecznie został ich singlową łabędzią pieśnią. Może to i zresztą dobrze, bo (prawie) kończyć w tak dobrym stylu powinien każdy. Słyszymy tu zespół w dobie post-modernistycznej przemiany, obudowujący swą twee-popową wrażliwość acid-house’owym tanecznym ładunkiem. Przepięknie wchodzą ze sobą w harmonię wokale Annemari i Roberta, najpierw jej eteryczna melancholia, następnie jego linia doszczętnie dokumentująca melodyczną popową błyskotliwość. Siedem zatrważających minut, w których znajdzie się miejsce dla wszystkich zarówno wcześniejszych jak i nowych elementów: chropowatej gitary, rozmytej gitary, automatycznie wycinanych uderzeń perkusji, soczystego syntezatora. Niby zapowiedź trzeciego albumu, ale całkowicie od niego autonomiczna. Fantastyczna wypowiedź oraz postawienie kropki nad i w temacie serii najlepszych singli ever. 

poniedziałek, 19 maja 2014

The Field Mice - I Can See Myself Alone Forever (1989)













Zgadza się, tytuł tego singla ukazuje nam Roberta Wrattena jako pesymistycznego,  zrezygnowanego, boleśnie nieszczęśliwego melancholika. I teraz pytanie, czy to co on nam tu wciska o umieraniu w samotności i niedoczekaniu znalezienia drugiej połówki jest w swej beznadziei komiczne, czy naprawdę przerażające? Zwrotka „I Can See Myself Alone Forever” to wręcz zupełna odwrotność tego co The Field Mice proponowali w „Emma’s House”. Tekstowe lamenty oraz wywnętrzenia Bobby’ego bezbłędnie przekazuje również muzyka, w szczególności zimny bas i rozmyta, cholernie głęboka gitara. Ryzykuję twierdzenie, że właśnie tutaj, głównie za jej sprawą, mamy do czynienia ze wczesną i iście doskonałą formą podgatunku muzyki alternatywnej zwanej dream popem.

Tym bardziej zaskakuje obecność „Everything About You” – chyba najbardziej optymistycznej i nośnej piosenki Londyńczyków jako strony B. O niej nieco więcej przy okazji pierwszej płyty długogrającej. 


niedziela, 11 maja 2014

The Field Mice - Sensitive (1989)








10

Od momentu wydania „Emmy” minęło kilka miesięcy, zaczął się nowy rok, choć nie dobiegła końca stara zima. Luty 1989, The Field Mice pokazują światu potwierdzenie tego, iż nie są tylko chwilowym aktem na rozległej a zarazem mało trwałej scenie niezależnej. Dowodem znakomite 5:05, w którym doprawdy żadna sekunda nie zostaje zmarnowana. „Sensitive” jawi się mocnym uderzeniem, kawałkiem motorycznie poprowadzonym przez melodie, puls basu, ale przede wszystkim brudne, pre-shoegaze’owe brzmienie gitary i wyrazisty rytm perkusji. Robert manifestuje tu wrażliwość i uczuciowość, bo choć tym razem piosence daleko do ckliwości i założeń kojarzonych z twee popem, to tekst jest niemalże krwawą obroną wartości, jakie panowie swoją twórczością niewątpliwie reprezentują.

My feelings are hurt so easily, That is the price that I pay, The Price that I do pay, To appreciate, The Beauty they're killing, The Beauty they're busy killing, Killing, Killing, Killing…

Z kolei uzupełniający singiel utwór “When Morning Comes To Town” to Field Mice klasyczne, konserwatywne i najzwyczajniej w świecie bardzo dobre. Emocje opadają, piosenka jest ładna, jej charakter niemal sielski, pomimo tego, że traktuje o kolejnej miłości, która musiała się skończyć. Bobby, wspomagany przez kobiecy głos jest jednak świadomy nieuchronności tego zdarzenia i nie wydaje się dołować. Rankiem idzie do przodu, wieczorem jest samotny i rozmyśla o niej. Standard.

„Sensitive” okazał się singlem umiarkowanie dostrzeżonym. Dotarł do top 20 UK Independent Chart a nawet znalazł się w prestiżowym Festive 50 kompilowanym co roku przez Johna Peela. 


wtorek, 6 maja 2014

The Field Mice - Emma's House (1988)









10

Kto dziś posiada jakąkolwiek wiedzę o wytwórni Sarah records, temu przychodzi zapewne na myśl przede wszystkim nazwa The Field Mice. Co prawda nie oni byli tu pierwsi, gdyż debiutancką siedmiocalówkę wydano im jako dwunastą z kolei pozycję w katalogu, a The Sea Urchins czy Another Sunny Day do zasobów twee i jangle-popu dorzucili od siebie coś ciekawego już chwilę wcześniej. To jednak Field Mice ze wszystkich kapel Sary okazał się zespołem bezapelacyjnie najbardziej prominentnym, rozpoznawalnym i posiadającym w ostatecznym rozrachunku najistotniejszy dorobek. Zaczynali zresztą kapitalnie, za sprawą znakomitości pod tytułem „Emma’s House”.

Kiedy Harvey Williams grał jeszcze wyłącznie we wspomnianym Another Sunny Day, panowie Bobby Wratten i Michael Hiscock radzili sobie zaledwie we dwójkę. Układ sił musiał być w każdym razie więcej niż wystarczający, skoro zaledwie wczesna faza działalności przyniosła duetowi kilka permanentnych majstersztyków. Pierwszym jest naturalnie tytułowe nagranie debiutanckiej EP’ki (albo jak kto woli singla). Utwór odsłaniający sporego rąbka muzycznej wrażliwości grupy, kamuflujący tęsknotę pod pozorem piosenki pogodnej i niebywale prostej. Składa się na niego modelowo dla wyspiarskiego indie-popu tamtego okresu brzmiąca gitara, obrazowo stawiane wersy przenoszące nas do portowego poranka, na godzinę za pięć szóstą, gdzie chłód przebija się przez jedwabną podkoszulkę bohatera oraz piękny w każdym calu refren - ujmująca ulotność uchwycona w kilku frazach. Wratten pyta gdzie ona jest? Śpiewa o opuszczonym domu ważnej dla siebie osoby i rozmyśla nad tym czemu wciąż nazywa go Jej domem? Emma, która dokądś odeszła, pozostawiając chłopaka w stanie sentymentalnej zadumy wpisuje się w jeden z najbardziej enigmatycznych dziewczęcych wizerunków niezależnego popu.

Na tym nie kończą się zalety pierwszej „siódemki” The Field Mice, choć zauważenie, że jej pierwsza połowa brzmi o niebo lepiej od drugiej będzie raczej nieuniknione. W totalny późno-80’sowy romantyzm z delikatną precyzją wprowadza „When You Sleep”. Bobby ponownie akcentuje wyjątkowość, ale i mglistość relacji miłosnej. Czule opisuje widok śpiącej ukochanej, a jednocześnie przeczuwa, że jego szczęście nie będzie trwać wiecznie. Co na papierze wydaje się rzeczą być może przesłodzoną w formie muzycznej zdaje egzamin na pięć. „Fabulous Friend” to nadal przyjemny, ale dość generyczny wytwór zespołu (Wratten posypuje głowę popiołem i akceptuje poczucie winy na jakie sobie zasłużył). „The Last Letter” z obecnym pianinem jawi się raczej letnią i błahą pioseneczką o przeciętnym tekście. 

Z dwiema kompozycjami bliskimi ideału, jedną dobra i jedną słabszą Londyńczycy notują debiut nierówny, ale i tak zapamiętany głównie przez wzgląd na klasę tytułowego utworu.



Ocena na górze to ocena tytułowej piosenki singla, b-side'y zostawiam w spokoju


piątek, 21 września 2012

The Gaslight Anthem - The '59 Sound (2008)












10

Aby przekonać się jaką słabość mam do tej płyty wystarczy mi włączyć pierwsze dźwięki „Great Expectations”. Trudno pojąć dziwną więź łączącą słuchacza i ten album, ale tu właśnie spoczywa jego siła. Stara, gramofonowa melodia przerwana przez gitarowe uderzenie i naładowaną tekstowymi znaczeniami wokalną linię Briana. Mary, this station is playing every sad song, I remember like we were alive. Parafrazując wybitnego polskiego romantyka: “Odpowiednie słowu (pisanemu) dać czucie (muzyczne)”. To jest coś w czym Gaslight Anthem nie mają sobie równych. Her hair was rabid and her heart was like a tomb. My heart's like a wound…

Poza tym super, że można grać w tak wybitnie „czujący”, emocjonalny sposób nie zniżając się przy tym ani trochę do płaczliwości i egzaltacji. Young boys, young girls, ain't supposed to die on a Saturday night… . Jeśli istnieje jakiś album, przy którym nie powinienem sobie żałować nawalania cytatami to jest to właśnie “The 59’ Sound”. One wprost same włażą pomiędzy zdania. Tak jak ten z piosenki o starym, białym Lincolnie. You and your high top sneakers and your sailor tattoos. Your old '55 that you drove through the roof… . I żeby tylko jeszcze ten jeden, mnie coś w środku ciśnie już przy zwrotkach. Straight in my arms… Tak być powinno. 

Z refrenami jest tak, że każdy wymyślony, wyważony precyzyjnie. Nie wiem czy znajduje się tu choćby jeden, którego nie mógłbym z pamięci zaśpiewać. „And maaaaariaaa comes from Nashville with a suitcase in her hand…”, “I've never felt so strange, Standing in the Jersey rain, Thinking about what an old man said, Maybe I should call me an ambulance”, “And Sally said, Sally said. I can't taaaake no more regret.”. Nikt nie dostarczył mi tylu wyśmienitych, wyrazistych chorusów w ostatnich latach. Porównania do Springsteena są zrozumiałe, ale do pewnego stopnia. Oczywiście jego wpływów u Gaslightów pojawia się co nie miara jednakże gadanie o tym, że ten zespół to kopia Bossa pachnie mi nieznajomością tematu i lekkim upośledzeniem. W obliczu tutaj wymienionych fragmentów tym bardziej.

Na koniec wypada mi po prostu powiedzieć jak niezmiernie się cieszę, że kapela zwąca się Gaslight Anthem stanęła na mojej drodze. Dla mnie „The ’59 Sound” jawi się kwintesencją autentyczności we współczesnej muzyce rockowej. Jeżeli szukać gdzieś w dźwiękach radości, nostalgii, pocieszenia, pokrzepienia, odwagi i otuchy – raz jeszcze polecam drugi krążek załogi z New Jersey.