Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marriages. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marriages. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 grudnia 2012

Najlepsze utwory 2012 część I


50. John Talabot feat Pional - Destiny
















Na dzień dobry. Nie rozpiszę się specjalnie, bo Talabota skutecznie omijałem aż do grudnia, a tu niespodzianka, jak już posłuchałem to przynajmniej z tym kawałkiem ładnie nam zaiskrzyło. 


49. Happysad - Wpuść Mnie

To w sumie zawsze był sympatyczny zespół, nawet jeśli przez niektóre środowiska drastyczne zaszufladkowany i wrzucony do niewygodnego wora. Nowa płyta chłopaków ze Skarżyska być może zmieni nieco podejście znanych ze swej złośliwości "niektórych". Happysad zaczyna bowiem grać po amerykańsku i raczej nie na pokaz, a z całą odpowiedzialnością, z bardzo zadowalającym efektem. Na takie gitary i sekcję rytmiczną jak we "Wpuść Mnie" i takie wpływy niezależnego rocka lat 90. w, jakby nie było, wciąż mocno polskiej muzyce, ja zawsze piszę się chętnie.



48. Kindness – House


















Najcieplejszy, najspokojniejszy i chyba nawet najlepszy utwór na "World You Need A Change Of Mind". Elektronika z wielką duszą. 



47. Cursive - Eulogy For No Name


Finalny akt perypetii Cassiusa i Pollocka. Retrospekcja na łożu śmierci, wspomnienia złego bliźniaka, któremu nikt nie nadał imienia, więc nadał je sobie sam... Muzycznie, rozszalałe poczynania zespołu serwującego nam iście teatralne, epickie zakończenie. 



46. Gravenhurst - The Prize


















Nick Talbot trochę sknocił drugą część płyty, choć tym numerem i kilkoma innymi zaczął ją znakomicie. "The Prize" to pomimo długich sześciu i pół minut trwania nagranie zagospodarowane w wyjątkowo udany sposób, z każdą chwilą coraz ciekawsze i bardziej frapujące.




Pokochałem punkowe hymny z pierwszej płyty Joyce Manor, których na najnowszej EP'ce nieco zabrakło. „Bride Of Usher” to śliczna piosenka na pocieszenie o słodko-gorzkiej  morriseyowskiej melodii, dowodząca, że tę kapelę należy nadal obserwować bacznie.




















Ostatni raz w takim stopniu lubiłem Hot Chip bardzo dawno temu. Przy okazji ich najlepszej płyty z roku 2006 (poznawanej pewnie gdzieś w 2008). Potem mignęły kolejne albumy, single, nic nie przykuło uwagi na dłużej. I tak samo jak wtedy, pośród całej sterty muzyki grupa nie miała wystarczającej siły przebicia, tak teraz jej „How Do You Do” na tle dziesiątek innych produkcji wybija się swą zaskakującą świeżością. W teledysku kolorowo, zwrotki przyjemne, ale przede wszystkim REFREN jakże radujący zmęczone, głodne rozrywkowego pożywienia umysły. Make me wanna live again.





Eagulls wiedzą czym się charakteryzuje najlepszy indie rock, na wcześniejszych nagraniach umiejętnie naparzali punka („Fifteen”), a w tym numerze z niezłym skutkiem biorą się też za shoegaze. Jedno z cenniejszych znalezisk roku. 





















Utwór – samo dobro. Łagodnie zapodane dźwięki panów z Major Lazer w harmonii z uroczo dziewczęcym głosem wokalistki Dirty Projectors. Udał im się ten duet, niczym dziecko przystojnego, wysokiego bruneta z blondwłosą, niebieskooką pięknością.
  



Gitarowe indie nie umiera nigdy. Przynajmniej dopóki w Londynie wciąż powstają zespoły takie jak Exlovers. Oni nie pierwsi i nie ostatni nawiązują do brytyjskiej odmiany college-rockowego grania drugiej połowy lat 80., wierzą w miłość i piszą naiwnie rozmarzone ballady w rodzaju „Emily”. Ja wierzę zaś w taką muzykę i utwory zatytułowane dziewczęcymi imionami.






















Nie załapałem się jakoś na wczesną podjarkę Alt-J. Dzięki „Matildzie” i „Breeze Blocks” niektórzy widzieli w nich największe tegoroczne wydarzenie z wysp. Mi przeszkadzał wokal, nie emocjonowała reszta. Minęło kilka miesięcy, sprawdziłem płytę i usłyszałem „Something Good”. Na przełomie września i października głos Newmana nie przeszkadzał, prosta melodia odprężała, a refren get haaaaaaaj, Matadooooor, estocada, you’re my blood sport przypominał o czymś nie do końca określonym.



Punkowa prostota i bezpośredniość, przechodzenie do rzeczy z miejsca. Ile bym się tego grania w życiu nie nasłuchał, kawałki takie jak „Bag” będą mnie rozbrajać każdorazowo.






















Brzmieniowa i produkcyjna metafizyka. R&B Toma Krella pogrążone w mglistej, klimatycznej eteryczności. Na moje oko stały punkt przyszłych podsumowań dekady.



Chciałbym być wystarczająco wrażliwy i zdolny, aby komponować rzeczy takie jak “Body Of Shade”.  Wiedzieć o czym myślała Emma kiedy w jej głowie układała się ta boska melodia, a w kolejnym wcieleniu  samemu takie tworzyć. 




Mariaż Teenage Fanclub z The Clientele do niedawna brzmiałby jak niespełniony wytwór mojej wyobraźni. W roku 012 Gerard Love zebrał się jednak z innymi gwiazdami szkockiego indie, by owo marzenie urzeczywistnić. Swobodnie pląsające dźwięki „Sweetness In Her Spark” tworzą doskonałą ścieżkę dźwiękową do niedzielnego popołudnia, wiosennego, inspirującego spaceru i innych wspaniałych czynności dla niepoprawnych romantyków.



Naprawdę mało słuchałem w mijającym roku muzyki pop/skate punkowej w porównaniu z latami poprzednimi. Co nie znaczy, że całkiem o niej zapomniałem i nie jestem już w stanie znaleźć na tej półce czegoś interesującego. Slowcoaches bronią honoru wspomnianego grania nie zamykając się wyłącznie na potrzeby nastolatków w czapkach z daszkiem. Kawałki takie jak „54” można nazwać indie rockiem albo melodyjnym garażowym rock’n rollem. Pewne jest, że słychać tu żywy łomot perkusji,  zachęcające partie gitar i wokal dziewczyny z sąsiedztwa. Wszystko smacznie zgrane, bez cienia ambicji do zdobywania sławy. Żadne tam imprezy bogatej młodzieży z miasta. Deska, pizza w kanciapie i jakiś tani browar do tego. Zabawa najlepsza na świecie






















Zapuszczam się w miasto, leniwie wypływam w morze ludzi, lgnę w rozpuszczające słońce i spoglądam na mijane po drodze dziewczęta, które czasem odwzajemniają spojrzenie. Zdawać prawka nawet nie zamierzam. Słucham Work Drugs, wolę spacery.



33. Mount Eeerie – Lone Bell

Wyróżniający się moment „Clear Moon”, pod pewnymi względami padający niedaleko od wcześniejszego „Between Two Mysteries”. Wyobraziłem sobie czysty dzwon, rozbrzmiewający na wzgórzach, Za zasłoną deszczu, na wzgórzach za liceum, Otworzyłem drzwi i poszedłem tam, powoli w biały mur mgły, Cicha, ostrożniejsza świadomość budzi się, Głębiej, Ziemia pod moimi stopami opada... . Lunatyczny trip, wizja końca świata? Może po prostu przełożenie marzenia sennego (kogoś o ogromnej wyobraźni) na płaszczyznę muzyczną, noc po kolejnym seansie z Twin Peaks. Ta szkoła, niepokojący krajobraz, dissipating dream world I made, no i przytłaczające elverumowskie dźwięki. Tu akurat dęciaki przybierające monstrualną formę. Efekt piorunujący.



32. Tall Ships – T=0



















Najbardziej hiciarski math-rock jaki przydarzył nam się w roku niedoszłego końca świata. Młoda, brytyjska krew rozrzedzona euforią i energią. Skonstruowali jeden motyw, który wystarczy do totalnej, rockowej hipnozy. Nim właśnie rozkręcają akcję aby w końcu opamiętać się, przejść do równie dobrej części wokalnej i z impetem wrócić do magnetycznego początku.



Powrót do 2006 roku kiedy emo-popowe ballady miażdżyły niewinne serca. Naprawdę, Basement to jakiś totalnie niedzisiejszy zespół, ale tego numeru po prostu nie można nie docenić. Prościutki tekst (When I’m, With you, I Don’t wanna be with, Youuu) dla przeżywających miłosne uniesienia nastolatów, odziany w niszczące na strzępy gitarowe nawalanie do krwi (jest moment jak z Christie Front Drive). Ładna i bardzo udana wycieczka sentymentalna.

wtorek, 25 grudnia 2012

Najlepsze albumy 2012 część I



Częsć tekstów to tradycyjnie fragmenty z recenzji, które pisałem już wcześniej. Co prawda obijam się na studiach, ale nie jestem aż tak wolnym człowiekiem żeby pisać o poszczególnych płytach po dwa razy.



40. The Henry Clay People - Twenty-Five for the Rest of Our Lives 

39. The Raveonettes - Observator

38. The Gaslight Anthem - Handwritten

37. Zelienople - The World Is A House On Fire

36. The Saddest Landscape - After The Lights

35. Grizzly Bear - Shields

34. How To Dress Well - Total Loss

33. Lightships - Electric Cables     

32. Deerhoof - Breakup Song

31. Halls - Ark



30.  Egyptian Hip Hop - Good Don’t Sleep















7

Debiut Egyptian Hip Hop to produkt generalnie mocno nie łatwy. Długi, nie-singlowy, obrzydliwie spójny i wymuszający kilka głębszych przesłuchań. Zupełnie czego innego oczekiwałbym spoglądając na zdjęcia tych czterech, angielskich młodzieniaszków. Wyglądają nawet nie jak kapela hajpowana przez New Musical Express, a jakiś pseudo-emo band ze Stanów. Tymczasem zawartość „Good Don’t Sleep” zamyka nam usta dojrzałością i konsekwencją. Przez blisko godzinę raczymy się pustynną, post-punkową epickością. Słucham uważnie i sprawdzam, czy to aby na pewno nie kamuflaż i sprytne mydlenie oczu, czy przypadkiem nie daję się właśnie nabrać na efektowne lanie wody, ale odpowiedź brzmi nie. Oszczędne mimo wszystko środki, pejzaże konstruowane na bazie chłodno kalkulowanych dźwięków klawiszy, gitar, basu i perkusji w połączeniu z niesamowitą przestrzennością oraz pewną dozą gotyckości przynoszą satysfakcję niezależnie od tego, które nagranie wziąć pod lupę. Jakże wspaniale snuje sie „Iltoise” przypominające o najlepszych hipnotycznych wypadach The Cure. Miażdży „The White Falls”, urzeka muśnięte dyskotekowym czuciem „Alalon”. Jest coś zagadkowego w dźwiękach „Strange Vale”, „One Eyed King” czy „John Baker”. Przy sile tych kompozycji pewna staroświeckość krążka nie ma właściwie znaczenia, a kto wie czy nie działa wręcz na jego korzyść.



29.  Ava Luna – Ice Level















7

Aby uszyć coś z różnych materiałów uzyskując przy tym udany efekt, bez widocznych szwów po łączeniu, potrzebny jest przede wszystkim bardzo sprawny krawiec. Tej roli podjął się na „Ice Level” lider brooklyńskiego Ava Luna, Carlos Hernandez. Jego muzyczny kolektyw całkiem zręcznie i bezpretensjonalnie żongluje gatunkami oraz scala je w elegancko skrojony amalgamat. Siedmio-osobowa równie kolorowa co i muzykalna grupa serwuje nam brzmienie w rodzaju: TV On The Radio bierze na warsztat popularne r&b werbuje do współpracy członków Dirty Projectors, post-punkowego basistę oraz speca od połamanych rytmów. Już „No F”, swoiste zderzenie precyzji z szaleństwem, ciepłych głosów i chłodniejszej sekcji, z miejsca pokazuje jak dobrzy w te klocki są nowojorczycy. W utworze tytułowym Hernandez i dziewczyny rozpisują pomiędzy siebie zwrotki, co owocuje z jednej strony świetnymi harmoniami, z drugiej - niesamowitym groovem. Kapitalna jest tutaj całość, ale jeśli już wyróżniać tylko niektóre fragmenty, to nie da się nie wspomnieć także o „Sequential Holdings”, powiedzmy, że ich „Stillness Is The Move”. Innymi słowy „Ice Level” jest jedną z tych płyt, które bardzo ciężko nie lubić. Wątpliwości chowamy do kieszeni, pokonujemy lodowe podziały szufladkowych uprzedzeń, idziemy się bawić.

 

28.  Eternal Summers - Correct Behavior














7

Na pierwszy rzut oka, dwóch metali i Azjatka. Co z tego wynika muzycznie? Elegancko odkurzone twee, dream pop w nośnym, chwytliwym wydaniu i poważna konkurencja dla Asobi Seksu. Wokalnego podobieństwa między Nicole Yun, a Yuki Chikudate nie da się zlekceważyć, charakter kompozycji też nie jest wybitnie odległy choć Eternal Summers w swoich ciągotach do pewnego odłamu muzyki lat 80. posuwają się o wiele dalej, tu między innymi lekko zyskując. Za zespołem stoi ponadto jakość i pomysłowość. Utwory z „Correct Behavior” podobają mi się bardziej niż te z zeszłorocznego „Fluorescence” Nowojorczyków. Przy całej odtwórczości patentów shoegaze’u, twee-popu i C86 trio z Vancouver kilka razy wypada całkiem świeżo. Kłaniają nam się czysto wyeksponowane riffy (bardzo dobre „Wonder”), pełne i bogate brzmienia letnich piosenek („Millions”), rozmelodyzowane refreny („You Kill”) i przyjemnie zaaplikowane przejrzyste wpływy ( choćby podobieństwo do The Sundays w „Good As You” jak ktoś sprytnie dostrzegł). Jeśli nawet cała radość słuchania bazuje u nich na zręcznie przekalkowanych wzorcach to sama jej niezaprzeczalna obecność jest warta uznania. 



27.  Mount Eerie - Ocean Roar















7

“Ryk Oceanu” to album, na którym Phil Elverum realizuje tę bardziej chaotyczną i nieujarzmioną część muzycznych wizji. Pada tu niemal trzykrotnie mniej słów niż na „Czystym Księżycu”, a sam Mount Eerie wydaje się być skupiony na czymś zupełnie innym. Wtopiony w czysty, niszczycielski dźwięk  sprowadza momentami swe kompozycje do rozpoznawalnych noise’owo-post-rockowych okolic. Za sprawą grubych dziewięciu minut „Pale Lights”, apokaliptycznego „Waves”, chropowatego „Engel Der Luft” i kończącej ścieżki instrumentalnej możemy sobie wyobrazić jak świat pada pod falami wodnego żywiołu.  Nie brak także odpowiedniej dla Phila wrażliwości, liryczne fragmenty też mają swoje pięć minut. Brawa za „I Walked Home Beholding” naładowane elverumowskimi, plastycznymi opisami, króciutkie „Ancient Times” zgrabnie łączące fortepianowe dźwięki z field recording, jeszcze jeden, neo-klasyczny „Instrumental” i prawie piosenkowe „Ocean Roar”.



26.  Maki I Chłopaki – Dni Mrozów















7

„To stara gra, ale z zasadami / Łapię akordy, Ty kręcisz biodrami”. Trudno chyba o lepsze motto dla debiutanckiego albumu grupy Maki i Chłopaki. Mowa w końcu o nie wymagającym większego szufladkowania rock 'n' rollu, który ze względu na konkret i bezpośredniość nonsensownie byłoby określać alternatywnym. Jeśli myśleliście, że MKL prezentuje maksymalnie małomiasteczkowe nastroje, po osłuchaniu się z „Dniami Mrozów” przyjdzie Wam zweryfikować opinię. Oczywiście trio wpisuje się w podobne realia, ale liderujący grupie Makaron swoje własne poboczne historie jeszcze mocniej zakorzenia w „kopalniach”, „Parysewach”, „Witówkach”, „Olszowych” i „Leśnych”. To właśnie tu niezłe melodie i świetne teksty ilustrują prozaiczne perypetie chłopaków, którzy grając w kapeli ledwie wyrabiają na „frytki i Colę”, nie do końca rozumiani są przez lokalną społeczność, a z dziewczynami radzą sobie w kratkę. Z jednej strony nieco harcerskie klimaty, z drugiej - znajomość indie rockowych chwytów. Efekt? Taki jak w pogodnie otwierającej całość, zawadiackiej „Stronie B”, energetycznej i przebojowej „Ibizie”, ładnie zagranym, swobodnym „Złotym Lwie” czy praktycznie całej pozostałej, bezpretensjonalnej siódemce. Poza tym fajnie, że znalazła się i perełka w postaci singlowego „Casha”, niespodziewanie uderzającego rewelacyjnym refrenem. 



25.  Stagnant Pools - Temporary Room
















7

Brakowało w szeregach Polyvinyl Records kapeli stricte-shoegaze’owej, kogoś kto dopełniłby paletę barw tamtejszych artystów dorzucając ze swej strony nieco więcej szumów, rozmyć i przesterów. Tymczasowy Pokój jest raczej ciasny, nie ma w nim miejsca na dalekie wycieczki i muzyczną erudycję. Stagnant Pools – dwóch kolesi z gitarą i automatem perkusyjnym, zakochanych w Joy Division, post-punku, ścianach dźwięku i niewyraźnych wokalach zamiast kojącego rozmarzenia i zakamuflowanych popowych hooków serwuje nam dryfowanie po szorstkich, karkołomnych powierzchniach. „Illusions” pod każdym względem ma prawo skojarzyć się ze starym Deerhunterem. Nie zwalnia z tempa i dynamiki następujący po nim „Dead Sailor”. „Jumpsuit” jak przystało na nagranie spod „trójki” jawi się najbardziej przebojowym kawałkiem uderzającym w okolicach refrenu z hipnotyzującą mocą melodii i ulotnych słów. Niech nie zrażają się ci, którzy za Joy Division nie przepadają. Stagnant Pools to w żadnym wypadku nie wolne, dołującego granie a la Closer. Przeciwnie, płyta momentami wpada w kilkuminutowe, ożywcze transy tak, że nie poruszać przy niej spazmatycznie nogą nie da się. Bracia balansują między korzennym, zniewalającym shoegaze’em, a robocim, mechanicznym nawalaniem. Kto pamięta Bailter Space powinien wiedzieć co mam na myśli. Od niesamowicie tanecznego wręcz „Frozen” zaczyna się świetna końcówka albumu. Mocne, głębokie „Maze Of Graves”, „Alternate Ending” i „Waveland” zachwycą zapewne fanatyków gatunku. Pozostałych w najgorszym razie zadowolą.



24.  Matthew Dear – Beams















7

Off Festival 2011, Matthew Dear daje jeden z lepszych ponoć koncertów tej edycji. Mnie tam nie ma. Ciężko nawet sobie przypomnieć gdzie mogło człowieka ponieść, a na pewno nie był to występ Czesław Śpiewa. Znów wypada wszystko zwalić na piwo i rozmowy ze znajomymi, prawdopodobnie. Może zresztą wszystko jedno skoro płytowych wyczynów Amerykanina kompletnie wówczas nie znałem. Mogę pocieszać się, że i tak nie usłyszałbym tam rozbujanego tech-house'u „Up & Out”,  pulsująco imprezowego „Her Fantasy”, budowanego wokół post-punkowej linii basu „Earthforms” czy innych faworytów z świetnej tegorocznej płyty.  Do rangi największego urasta „Get The Rhyme Right”, w którym dzieje się tyle, że motywami i motywikami można obdzielić kilka dobrych kawałków, ale najważniejszy wcale nie jest fakt ich ilości, a raczej to jak zgrabnie i smacznie Dear posegregował je oraz rozłożył na całej szerokości utworu. Tak więc, nie widzieliśmy się 1,5 roku temu, ale nie ma straty. Kolejną okazję potraktuję już jako słodki obowiązek. 



23.  Twin Shadow – Confess















7

Mylił się strasznie ten kto kilka lat temu sądził, że powrót brzmień lat 80. to moda przejściowa. Trudno dziś wyobrazić sobie świat niezależnej, popowej muzyki bez albumów takich jak „Confess”. George Lewis Jr. jawi się zresztą czołowym interpretatorem stylistyki synth-pop/new romantic ostatnich dwunastu miesięcy. Swoich sił z niezłym skutkiem próbowali Wild Nothing, California Wives czy Work Drugs, ale tym, który na wspomnianym polu wylał swoje żale najdosadniej był bez wątpienia Twin Shadow. To jego syntezatory (wspierane siłą gustownych bitów) rozbrzmiały ostrym blaskiem soczystych, romantycznych melodii, wraz z tekstami przekonująco wpasowując się w konwencję. Łamiący serca miłosny zdobywca, alfonsiasty kochanek w skórzanej kurtce wyśpiewał kilka jawnie kiczowatych, ale wciąż doskonałych fraz dla tych tańczących ze łzami w oczach. 



22.  Birds In Row – You, Me & The Violence















7

Mój tegoroczny odpowiednik Touche Amore. Co prawda Birds In Row grają hardcore i screamo w czystszym, ostrzejszym wydaniu, ale emocjonalna intensywność przecinająca ich zażarte darcie mordy podobnie jak u Kalifornijczyków okazuje się ostatecznie kluczem do satysfakcjonującego rezultatu. „You, Me And Violence” to łomot bezceremonialny, dosadny i brutalny, ale przy tym finezyjnie dopracowany, zagrany z paradoksalnym uczuciem i dbałością. 



21.  Marriages – Kitsune EP















7

Choć grupa Marriages za sprawą „Kitsune” zadebiutowała niewiele ponad pół roku temu to w żadnym wypadku nie da się powiedzieć, że w jej skład wchodzą muzycy niedoświadczeni. Granie ich najnowszego projektu leży gdzieś na skrzyżowaniu ścieżek slowcore’u, post-rocka i dream popu. Wielu zachęci na pewno fakt, że jednoznacznie sklasyfikować się ich nie da. Dzięki temu znów możemy cieszyć się obiecującym, intrygująco prezentującym swą muzyczną tożsamość młodym zespołem. Emma poza tym, że odpowiada za śpiew, ciekawie sprawdza się też jako gitarzystka. W „Ride In My Place” instrument ten wyeksponowany na pierwszy plan przemawia jakby własnym językiem, snując monumentalną, tajemniczą opowieść, dla wokalu pozostawiając ledwie rolę dopowiedzenia. "Body Of Shade" jawi się istnym The Coral Sea. Melodia najpiękniejsza na całej płycie, głos, który chciałoby się słyszeć szepczący do snu. "Ten Tiny Fingers" to już sam rdzeń i centrum płyty, slowcore’owo-post-rockowy wysmakowany kolaż, w którym doskonale słyszalny jest udział każdego z muzyków. Naprawdę pod wrażenie talentu tria z Los Angeles możemy poczuć się w kończącym „Part The Dark Again” - uczuciowo-emocjonalnym rozkładaczu (na łopatki) opakowanym w klasyczną, trwającą siedem minut post-rockową formę. Kitsune jawi się EP’ką nie perfekcyjną, ale perfekcyjnie pobudzającą apetyt na dalsze dokonania zespołu. Jeśli oczekujecie muzyki głębokiej, niezbyt przebojowej, ale pochłaniającej bez reszty, wypatrujcie ich długogrającego debiutu.



20.  Alcest - Les Voyages De L ’Â me”















7

„Les Voyages De L’Âme” to album o dwa nieba spokojniejszy od swojego poprzednika. Paut a.k.a Neige a.k.a Alcest zrobił wszystko co mogłoby sprawić, że tym razem będzie mniej ciekawie, nużąco, powtarzalnie i nudno. Byłoby tak gdyby tylko muzyk okazał się mniej sprawnym kompozytorem i twórcą. Tak się jednak złożyło, iż rezygnacja ze screamowo-post-metalowych efektów wokalnych przy jeszcze wyraźniejszym pójściu w klimat i zadbaniu o idylliczność melodii wcale nie wyszła temu na gorsze. Przeciwnie, Neige świadomie czy nie postawił przed sobą pewne wyzwanie, z którego wybronił się znakomicie. Słucham tego sennego, rozmarzonego nucenia, smacznie zestawionego z gitarowo-perkusyjnym nawalaniem i mankamentów praktycznie nie zauważam. Nie nudzę się, nie czuję, że ktoś leje wodę i męczy bułę. Swój stary patent kolega stosuje jedynie w „Faiseurs De Mondes”, ale w sumie mógłby nie robić tego wcale. Takie „Summer’s Glory” dajmy na to z końcówki to dowód, że wciąż da się grać wciągająco melodyjne post-rockowe kawałki przez grube 8 minut. Kolejnym sprzymierzeńcem duetu (Neige’a wspomaga perkusista) okazuje się spójność. Taka prawdziwa, w klasycznym znaczeniu słowa. Nie chodzi o to, że utwory są identyczne albo niemal nieodróżnialne. Różnią się wystarczająco byśmy mogli uniknąć nieprzyjemnych odczuć, ale pasują do siebie tak by tworzyły wspólnie przyjemną, taktowną kompozycję. Jako fan starego Explosions In The Sky i shoegaze’u w stylu The Daysleepers nie potrafiłbym nie ulec urokowi „Autre Temps”, „Les Voyages De L’Âme” czy innych zawartych tutaj długich, uwodzących pieśni, z których zapamiętaniem tytułów będę miał pewien problem.



19.  Birthmark – Antibodies















7

Nate Kinsella to standardowy bohater drugiego planu, pozostający w cieniu kuzyn Tima i Mike’a, członek niemal wszystkich grup związanych z Joan Of Arc. Dawniej współtworzył znany dla grona wtajemniczonych Decembers Architects, jako Birthmark również nie zdobył do tej pory rozgłosu. I to wcale nie jest tak, że Nate na większą uwagę sobie nie zasłużył. Przeciwnie, mimo iż jego twórczość na tle wszystkiego co w muzyce niezależnej się dzieje, ani nie obezwładnia ani nie należy do szczególnie wyrazistych, z pewnością warta jest bliższego przysłuchania. Rzecz to nieprzeciętnie skromna, nieśmiała, jakby robiona w kącie bez intencji do dzielenia się nią z kimś. Owy fakt podkreśla głos Kinselli, wycofany, wyciszony, na tle równie gustownych dźwięków klawiszy, skrzypiec, wiolonczeli, wibrafonu, klarnetu. To on jest jakby tłem dla tkanki muzycznej, często kruchej i delikatnej choć misternie usnutej niczym pajęcza sieć. Birthmark nie jawi się smutnym folkowcem ani kolejnym facetem z akustyczną gitarą. Swoje wątpliwości i przemyślenia wyraża w sposób całkiem unikalny, inaczej choćby niż jego kuzyn Owen. Na „Antibodies” nie jeden raz wkrada nam się barokowy-pop co paradoksalnie świetnie godzi się z niemalże minimalizmem niektórych kompozycji (genialne „Shake Hands”). Trzecia płyta Nate’a jest dziełem wymagającym pewnego skupienia ze strony słuchacza. Przy zainwestowaniu odrobiny zaangażowania zwraca się naprawdę fajnymi wrażeniami, a już na pewno stanowi odświeżającą alternatywę dla smęto-folkowego odtwórstwa.


18. Fang Island – Major














7

„Major” to album, który w kategorii najlepsze college rockowe/power popowe granie wakacji nie miał w tym roku dużej konkurencji. Fang Island okroili swoją muzykę z math-rockowego elementu pozostawiając więcej miejsca dla fajnych, melodyjnych piosenek. Delikatna i słuszna w mym mniemaniu zmiana proporcji (w porównaniu do „Fang Island”) zaważyła o pozytywnej recepcji płyty i artystyczno-rozrywkowym zwycięstwie nowojorczyków.  O tym co z matematyczno-progresywnego stylu zostało nawet nie chce mi się pisać, bo są to momenty jakie wolę raczej skipować. Esencję zajebistości tego krążka reprezentują ścieżki spod indeksów 3-5. „Sisterly”, „Seek It Out” i „Make Me” czyli powiedzmy, że umowne single. Ułożone na zasadzie “co jeden to lepszy”, słoneczne, sympatyczne, z dobrymi refrenami. Indie-dzieciaki w USA mogą sobie przy tym chodzić na plażę, surfować i bóg wie co jeszcze. Mi też nieźle się słuchało przy piwie nad siedleckim zalewem. Tym samym Fang Island mocniej wpisali się w nurt uprawiany wcześniej przez między innymi Surfer Blood.


17.  The Shipyard – We Will Sea















7.5

Wszystkie puzzle ułożyły się finalnie w zrozumiałą całość. Gładkie oblicze reprezentowane przez „Downtown”, „Oyster Card”, „Under The Apple Tree” i „Fire Like Desire”. Każda z tych kompozycji mogła pozornie zawodzić z uwagi na pewne, nazwijmy to „ograne motywy” , ale ostatecznie wszystkie mają w sobie coś co pozwala ucieszyć ucho. Pop w nowo-falowym opakowaniu, przyciągające melodie, nimi ten krążek oddycha. Musi w końcu, bo z drugiej strony mamy przecież zapierające dech killery. Introdukcję w postaci „The Shipyard”, „Music Is The Only Chance” oraz znakomite „Free Fall”. Tutaj zimny niepokój sąsiaduje z ostrymi gitarowymi jazdami i szaleńczymi krzykami Rafała Jurewicza. Tych słucha się doprawdy fantastycznie, a połączenie kilku estetyk wnoszonych jakby przez każdego z członków znajduje wspólny, ciekawie brzmiący kompromis. Przy trójce i czwórce na „We Will Sea” można się nieźle wyżyć. Pełny obraz albumu uzupełniają trzy ostatnie nagrania. „Między Kobietą, a Meżczyzną” jest jak wiersz z nutką śpiewności recytowany na tle niemal transowych, trip-hopowych tekstur. Brudny, klaustrofobiczny „Cigaretto” przypomina nieco twórczość Suicide. I w końcu rozkładające mnie na łopatki „Free Of Drugs”. Kto przyjdzie, a kto wyjdzie, kto przyjdzie, a kto wyjdzie... Hipnoza, muzycznie i lirycznie. Post-punkowa otchłań, przepiękny, refleksyjny mrok. Momentami jestem z krążka bardzo zadowolony, innymi może trochę mniej, jak zwykle.  „We Will Sea” to w każdym razie rozdarta, niespójna, ale cholernie interesująca płyta.   



16.  The Megaphonic Thrift – The Megaphonic Thrift















7.5

Progres jaki w ciągu dwóch lat zanotowała grupa z Bergen jest jak najbardziej widoczny i wyraźny. Inspiracja Sonic Youth zanika na rzecz wpływów My Bloody Valentine, ale wpływy te dają o sobie znać w stopniu o wiele przyzwoitszym. Więcej melodii, luzu i świeżego powietrza. Za prawdę powiadam wam, że już od pierwszego numeru i tytułowego nastrojenia umysłów słucha się ich ze szczerą przyjemnością. Przy „Raising Flags” czuć, że zespół jest na fali i serio nie wiele mu potrzeba aby arcy-chwytliwy hałas wprowadzić w czyn. „Fire Walk With Everyone” udowadnia, że stać ich na ciekawą zagrywkę i gitarowy motyw. Perkusja wszędzie brzmi klarownie, dysonanse i efekty dźwiękowe sprawiają świetne wrażenie wpisując się w strukturę kawałków. „The Guillotine” to iście zautomatyzowana, rytmiczna kosa. W licznych, nakładających się na siebie pogłosach „Broken Glass, Yellow Fingers” można się utopić. Harmonie wokalne na płycie są być może najlepszymi jakie słyszałem w tym roku. Dobitnie słychać to zresztą w moim ulubionym z całego zestawu „Moonstruck”, który nie dość, że kołysze i wpada w ucho to ze skandynawską gracją zapewnia też powiew rozkosznego odświeżenia.