Dziewczęcy post-punkowy
zespół zafascynowany Siouxie And The
Banshees, generujący hałas a la "Apologies To Insect Life"? To po prostu musi brzmieć
genialnie. I woke up and I saw, The Face
of a guy, I don't know who he was, He had no eeeeeyeeees!!! ###$$#@!#!##!!#
No Age + Jimmy Eat World = garażowe indie
z piosenkowym zacięciem. Fantastycznie udał się Japandro ten singiel, zasłużona przepustka do wypłynięcia na
szerokie wody. Dobrze wiedzieć, że mamy dziś jeszcze jakichś Hüsker Dü, Wipers czy Archers Of Loaf.
Bracia Jarman odnaleźli się w tym utworze w
sam raz między nuceniem piosenki z chórkami, a rockowym, czaderskim uderzeniem. If I went back to
school would I feel cool?Próba nakreślenia hymnu przemęczonej,
przedwcześnie starzejącej się młodzieży, zauważona i doceniona.
Kalifornijskim retro-klimatem i 70'sowym old-schoolem Ariel potwiedza, że artystycznym kombinatorem jest nieprzeciętnym. "Only In My Dreams" to poza tym kompozycja mocna, piosenkowo doskonała, która nawet bez wyrafinowanej produkcji broni się lekką ręką. Kawałek satyfakcjonujący słuchacza wnikliwego oraz tego zadowolonego z łatwo wpadającej w ucho melodii. Coś dla hipsterskiego wnuczka jak i hipisowskiej babci.
Zabawne, że kawalek, który na nowej płycie Gaslight Anthem na luzie znalazłby się
w mocnym top 3 potraktowano zaledwie jako ścieżkę dla wydania deluxe. Jeszcze
zabawniejsze jest to, iż nawet kiedy Gaslight
Anthem co raz bardziej wpadają w pułapkę popularności to naiwna szczerość
ich muzyki nadal powala wielu najbardziej undergroundowych niezali. Dopóki Brian ma w głosie to coś co słychać
przy wymawianiu słów Where'd you get them
scars? How blue is your heart? Is it
sad enough to break? She said, "it's sad enough to break nie straszne mi sięgać po cokolwiek pod czym się
podpisze.
Klimatyczne dźwięki z
krainy fiordów, czym byłyby bez nich moje podsumowania? Norwegowie, Fini,
Duńczycy i Szwedzi to niewątpliwe unikaty. Mają coś czego za cholerę nie
odnajdziemy w muzyce z innych krajów. Nawet jeśli MegaphonicThrift eksplorują
dobrze znane terytoria odpowiednie My Bloody
Valentine i Sonic Youth to chcąc
nie chcąc i tak nadają temu indywidualny posmak, melodie zmieniają w
odświeżające zefiry, a harmoniami zniewalają dusze utęsknione.
Pierwsza melodia, która mnie w tym roku tak niesamowicie zniewoliła. Głęboka woda, w której utopić się nawet nie żal. Kept you here beneath my breath, Smooth the sheets upon the bed. Denise Nouvion, przyjdź i zanuć mi to
do ucha.
W pół drogi pomiędzy “A Day In The Life” i “All I Want For Christmas Is
You”. Panowie z Green Day zebrali się w końcu by
dostarczyć nam choć jeden, naprawdę fajny singiel. Piosenkę prostą, ale
nieprzejednanie wdzięczną, celującą w czas Mikołaja za kierownicą ciężarówki
coca-coli i przedświątecznych przechadzek pomiędzy sklepami.
Nie ma nic
fajniejszego od piosenek z pogwizdywaniem i loserskimi tekstami, z którymi
można się jakoś utożsamić. You started a job, that you
hate when your sober, and hate even more when you're not./You found a guy, Who is clearly the opposite me, With his black-motored
bike.„Forest Whitaker” to przy okazji hołd dla
amerykańskiego, czarnoskórego aktora, szczególnie w wersji z upamiętniającym
jego role wideoklipem.
Art-popowa
doskonałość, elegancja i dystyngowane „misiowe” brzmienie od wczesnych sekund.
Nie wygrywa może z „Two Weeks”, ale nie przegrywa właściwie też. Istnieje
obawa, że bardziej przystępnego kawałka od lead-singla z „Veckatimest” już pewnie nie nagrają. Na moje oko, nie ma w tym
żadnej straty.
Łapię za szkło i pytam na wejście, dlaczego mam cię
tylko na fejsie… pozostaje w moim przekonaniu najcelniejszą
polską linijką roku. Boję się wręcz jak prawdziwe jest wszystko co słyszę w
„Cashu” i widzę w teledysku do tej piosenki. Dziewczyny, które cię nie widzą,
pociągi z Warszawy na jakie czekasz do piątej rano, chwile, które kochasz i
przeklinasz jednocześnie. Wiosną Maki i
Chłopaki świetnym singlem zapowiadali swój długo wyczekiwany debiut, zaśnajbliższym w naszych rejonach kinem
był miński „Światowid”. Dziś wiemy, że „Dni
Mrozów” osiągnęły mały aczkolwiek zasłużony sukces, a od przedwczoraj Marcin Biernat może wychodzić już z tego kina także w swojej
rodzinnej miejscowości.
Koński zastrzyk życia w przybrudzonych
gitarach, żwawej rytmice i pozytywnie nastrajającym wokalu. Precyzyjne
trafienie w gust podpisującego się poniżej. Shoegaze, punk,
twee-pop,
power
pop...Tak naprawdę to zapach
wiosny, chodzenie po mieście z podejrzanym uśmiechem na twarzy i patrzenie
komuś w oczy.Kiedy opisujesz piosenkę
wrażeniami, wiedz, że coś się dzieje.
Trzyletnie wyczekiwanie na nowy utwór Cursive zwieńczyło pojawienie się “The
Sun And The Moon”, kawałka pozornie prostego, nie powalającego brzmieniem ani
wymyślnymi rozwiązaniami. Wątpienie w Kashera
i ekipę z Nebraski okazało się jednak przedwczesne. Nie jeden raz jakaś
piosenka rozczarowuje by niedługo później stać się growerem, a to właśnie
growery zostają zawsze największymi zażeraczami. W przypadku „The Sun And The
Moon” urastanie w siłę z każdym przesłuchaniem było jak przemiana niepozornego
kamyczka w niszczycielską lawinę
Małe cuda objawiają się także w postaci
kilkuminutowych utworów muzycznych. Austriaczka, Anja Plashg uraczyła nas w tym roku jednym z nich. „Wonder” rozkleja do granic łzawej przyzwoitości, fortepian, śpiew i
chórki w refrenie Don’t-For-get-To-Pray-To
keep it away, Away from every day, Where you wooonder… pokonują
najtwardszych. Pisanie na ten temat nie należy do najprzyjemniejszych. Dorosłym
facetom nie wypada tak się wzruszać.
Od początku moimi ulubieńcami z “Bloom” były “The Hours” i “Wishes”. Dopiero
przy okazji tej listy wyklarowało mi się jednak, który cenię bardziej. Wiadomo,
pierwszy to słodycz nie z tej ziemi, wokalna linia Victorii rozpuszczająca serce. Ale kurczę, „Wishes”. Jednakowo
piękne, z jakiegoś powodu docierające do mnie jeszcze głębiej, nie
pozostawiające suchej nitki w temacie „prawdziwej miłości”.
I znów nie wygląda to do końca tak jakbym chciał. Kilka ważnych albumów pominiętych, parę opisów nawet mi się nie podoba, ale skoro już zacząłem i skończyłem w takiej, a nie innej postaci to niech tak pozostanie. Obszerniejsza lista płyt na pewno pojawi się wkrótce na moim RYM'ie.
26. Alcest – Ecailles De Lune
Neige – człowiek o aparycji stosunkowo młodego wyznawcy Belzebuba, osobnik muzycznie wyrosły na black-metalowym gruncie od kilku lat z pełnym powodzeniem realizuje się w tworzeniu pasjonującego, unikającego nudzenia shoegaze’u. Francuz na drugim pod szyldem Alcest albumie „Ecailles De Lune” zawarł swe autentycznie brzmiące, romantyczne pasje, łącząc je z gitarową nawalanką i sporadycznymi post-metalowymi wrzaskami. Mamy więc i Daysleepers i Jesu funkcjonujących razem w obrębie pojedynczych, sążnistych kompozycji. Coś dla miłośników kontrastów, dla wielbicieli snutych, eterycznych melodii i rozrywających przestrzeń ryknięć wpasowujących się w klimatyczne tekstury. Poza tym nie od dziś wiemy, że język „żabojadów” do dream-popu pasuje niczym „drzwi do framugi” czego najlepszym dowodem finałowe „Sur L’Ocean Couleru De Fer”. Pieśń iście anielska, pozostawiająca pewien niedosyt nawet po bitych ponad ośmiu minutach trwania.
Napawa optymizmem, że za „Criminal Art. Lovers” odpowiedzialni są kolesie tak silnie zafascynowani pewnym odłamem brytyjskiej klasyki połowy lat 80’tych, a którzy z UK mają tyle wspólnego co każdy Kowalski. Zbiór Morriseyowskich, C86’sowych zgrabnych kompozycji, blask bijący od najlepszego z nich „What Happens Next” i zdziwienie, że w Danii potrafią robić tak dobry, old-schoolowy twee-pop.
Bywają takie dni, że słuchać chce się wyłącznie The Clientele. Powód jest prosty. Nie ma drugiego takiego zespołu, który mógłby zastąpić mi to co ekipa Allasdaira McCleana ma do zaoferowania. Tym samym magiczni, bajkowi i mityczni wręcz Londyńczycy rezerwują sobie monopol na ten rodzaj muzykowania i choćby wydawali wciąż identyczne, lub nieistotnie różniące się od siebie krążki to i tak znużyć mnie sobą będzie im ciężko. Ich dźwięki kojarzę z optymistycznym krajobrazem po-deszczowym. Z kroplami zastygłymi gdzieś na liściach, swobodnie opadającymi i lśniącymi już w nieśmiałym słońcu. Włączając „Gerry” zwijamy i chowamy parasolki. Przy pięknych repetycjach melodii „As The World Rises And Falls” zauważamy tęczę na horyzoncie. W okolicach „Paul Verlaine” przeskakujemy po dwie kałuże na raz (wszystko oczywiście metaforycznie :)). „Strange Town” to już wąchanie magnolii i księżycowy cień na boisku piłkarskim. Nie dajcie się zwiesć tytułowi i okładce „Minotaura”. Oni nadal są pogodni jak cholera, a jeśli starają się poniekąd dodać coś nietypowego to są to właściwie szczególiki nijak nie mącące tak fantastycznie wypracowanego przez dekadę stylu.
Sześć lat minęło od ostatniej płyty Autolux, bardzo dobrze nie bez powodu przyjętego „Future Perfect”. Kupa czasu jakby nie patrzeć, ale na muzyce tworzonej przez zespół nie odcisnęło się to bynajmniej nazbyt drastycznie. Zdania są niby podzielone, ale dla mnie „Transit Transit” jawi się fascynującym miejscami albumem nie ustępującym poprzedniczce. Intrygujący alt-rock a la późne Sonic Youth, hipnotyzująca psychodelia, nieco elektroniki i dream-popu. Klimat jak z zamroczonego, nocnego miasta. Późnej jazdy na tylnim siedzeniu kiedy jesteś „drunk and sad”, a za oknem jedynie światła lamp przeskakują rozmazując się na twoich półprzytomnych oczach. Ale nie tylko, bo klimat się przecież zmienia. Jakże fenomenalnym zagraniem okazuje się użycie fortepianiu w „Spots”. Smutny, zmęczony i melancholijny wokal Goreshtera przypominający w tym momencie Coxa, motyw na wysokości 1:25 dryfujący w kosmos niczym jakieś „Sail To The Moon” i poczucie, że jednak można jeszcze dzisiaj obcować z rzeczami ocierającymi się o wielkość. Pięknie wypada „The Bouncing Wall”, którego słuchanie jest właśnie niczym odbijanie się od mięciutkiej, przyjemnej ściany. "I am free, the wall is bouncing…" Ten żeński wokal mhmhmhm. “High Chair” i “Supertoys” to też coś z gatunku precyzyjnie przemyślanych i nagranych cudeniek, jakie chce się chłonąć w ciszy, dźwięk po dźwięku, nie roniąc ani jednego trzasku czy skrawka melodii. „Transit Transit” brzmi jak płyta, która powinna być wydana w jednym z momentów poprzedniej dekady i wtedy też zostać należycie doceniona. Co prawda Autolux bohaterami lat zerowych już na pewno nie zostaną, ale na pocieszenie można ich chociaż wysoko ulokować w podsumowaniu rocznym za 2010.
Świetna płyta o beznadziejnej okładce. Ewolucja Minus The Bear nadal postępuje, choć bez gwałtownych skoków, raczej naturalnie i logicznie. W sumie to nie znam zespołu, który obecnie nagrywa w takim stylu jak Jake Snider z kolegami. Z kim rywalizują MTB i z kim by tu ich porównywać? A no właśnie… Grają sobie jakąś dziwną hybrydę indie-rocka z popowym prog-rockiem (posłuchajcie co dzieje się w genialnym „Secret Country”). Nie wyrzekają się melodii, śmiało malują syntezatorowe obrazki, mieszając je czasem z godziwymi, gitarowymi jazdami. Wpasowuje się w to wszystko głos kompletnie nie adekwatny do dzisiejszych „modnych” indie-wokali, ale na tle kolejnych Aveyów, Bridwellów i Koenigów niewątpliwie mający coś ciekawego do zaoferowania. Właściwie to słuchając „OMNI” nie da się oprzeć wrażeniu, że w przeciwieństwie do dwóch poprzednich krążków tu panowie bardziej nastawiają się na rozrywkę. Może specyficznie, ale jednak. „Into The Mirror”, „My Time” czy „The Thief” brzmią prawie jak piosenki klasycznie pop-rockowe, ale poprzez swoistą progresję i kombinatorykę owe „prawie” zaczyna robić istotną różnicę. O ile na większej części albumu dominuje brzmienie artystyczno-rekreacyjne i pomiędzy przebojowością, a złożonością struktur możemy postawić znak równości tak kończąca siedmiominutówka „Fooled By The Night” klimatem całościowo (technicznie mega-skomplikowana nie jest) wpada już w rejony 70’sowej art.rockowej ballady. Następca „Planet Of Ice” to kolejne, więcej niż solidne wydawnictwo od ekipy z Seattle, która dobre płyty nagrywa od zawsze, a której zawsze czegoś brakuje by przebić się na większą skalę. To nie stanie się i tym razem, następnym pewnie też nie. Nie szkodzi, dla mnie mogą być tacy „siódemkowi” na zawsze.
Na tyle na ile orientuję się w ambiencie, elektronice, neo-poważce, minimalu i innych tego typu cudach (a orientuję się ledwo) to Andrew Thomas nie jest jednostką wybitnie znaną czy też zaliczaną do elity kompozytorów w swoim fachu. Na szczęście tej orientacji starcza mi bym mógł rozpoznać w muzyce Andrew jakieś przebłyski większego talentu i kreatywności, a już na pewno przemawiania tym do mojego gustu. Richter, Hecker, Murcof – ich zawsze ceniłem. Thomas kontynuuje tradycje wyżej wymienionych, tworząc pejzaże za pomocą fortepianu, loopów, trzasków, dźwiękowych przestrzeni. Świat „Between Buildings And Trees” zalicza się do niewąpliwie klimatycznych i to w tym tkwi jego największy walor. Kompozycje Andrew harmonijnie sączą się do umysłu, subtelnie łechtając wyobraźnię, poddając ją sugestii, wprawiając w stan duchowego komfortu.
Nie sięgnąłem do tej pory po nic z teki Kevina Devine’a, nie ruszyła mnie też zupełnie Manchester Orchestra ze swoim gdzieniegdzie hajpowanym zeszłorocznym albumem. Songwritterski duet Devine-Hull to jednak strzał w dziesiątkę. Po pierwsze fantastyczne ballady, po drugie kilka naprawdę hiciarskich momentów – oto ich recepta na 10 piosenek tworzących debiutanckie „Bad Books”. Po śniadaniowych „How This All Ends” i „The Easy Mark & Old Maid” nadchodzi clue programu. Wyśpiewane Lytle’owo-Linkousową manierą “Baby Shoes” czyli lekko podana historia o córce wskrzeszonej przez szatana… Jeszcze o tym sympatycznym utworze nie zapomnimy kiedy panowie wprowadzą ponownie akustyczną gitarę i zagrają nam wrażliwe, piękne „You’re A Mirror I Can’t Avoid”. Jeżeli sięganie do emocji słuchacza jest największą siłą muzyki to Bad Books są jednymi z tych, którzy ową siłę posiedli. Następnie średnie tempem, przyjemnie Pornographersowe „Holding Down The Laughter” i kolejny punkt dla brodatych. Dwie bomby w postaci „You Wouldn’t Have To Ask” oraz „Please Move” trzymane w zanadrzu kawałek dalej. Pierwszy jest sprawnie zrealizowaną w zaledwie 1:52 power-popową kompozycją. Drugi jawi się ładunkiem wybuchowym z lontem podpalonym dyskretnie, a eksplozją ni stąd ni zowąd totalnie epicką („yeeeeeeaaaaaahhh” wiele ciekawsze od takiego „Post-Acid”). I cóż, że kończą zżynając z niejakiego Tallest Man’a, skoro to też jest fajne? Złe Książki nie takie wcale złe. Do słuchania, nie do czytania.
You’ll be there calling my name, Jamie, Jamie… Jak widać Jamie McDermott na brak pewności siebie nie narzeka, no i w sumie co mu się dziwić. Nie jest łatwą sztuką (słowo kluczowe) nagrać coś co sprawdzi się jednocześnie jako ciekawy spektakl i nie nużący, nie rażący patetycznością album z piosenkami. I tu nasz chwalipięta góruje. Co do pierwszej kwestii żadnej pewności niby nie mam, ale za drugą ręczę jak mogę. Choć Irrepressibles chętnie porównuje się do Anthony’ego to ci, którzy względem pana Hegarty’ego odczucia mają mieszane na wyczyny trupy McDermotta powinni spojrzeć przychylniejszym okiem. Maniera naturalnie podobna, ale przecież nawet w jednej dziesiątej nie tak przesycona smutkiem i traumą. Dziwaczność obecna, choć nie znowu taka straszna o ile nie podziwiamy ich wizualnie. Nieuchronnie teatralny charakter zaś… no cóż, jest i albo się go lubi albo tej płyty wcale nie słucha. I nie są to wcale jaja, że ta muzyka posiada w sobie także sporą przebojowość żeby nie powiedzieć singlowy power. Kto ma jeszcze czasem włączony odbiornik TV nie raz mógł słyszeć fragmenty dostojnie przyciągającego „In This Shirt”, pełniącego tutaj rolę wyśmienitego closera. Opisywane w utworach „Nuclear Skies” to klasa sama w sobie, epickie uderzenie oparte na przyjaznych uchu chwytach. Również falsecik w „In Your Eyes” prowadzony jest zręcznie do ładnego refrenu. Nie róbmy jednak z „Mirror Mirror” playlisty radia Zet. Introwertyzm, melancholia, mrok, rozbuchane aranże i zmienne nastroje mają tu zagospodarowane całkiem niezłe przestrzenie. Ogółem otrzymujemy krążek poważny, ale i jakby kpiący, nadęty, jaskrawy, kiczowaty, chociaż też bardzo elegancki, wkurzający, aczkolwiek przyjemny… Jakby nie było nie byle jaki.
Był kiedyś “King Of The Bongo”, teraz mamy “King Of The Beach”. Album, na którym łobuz Nathan Williams chyba trochę pokornieje. To znaczy nadal nagrywa krążek przede wszystkim „gówniarski” jak to się ładnie przywykło mówić, ale już dużo ciekawszy niż noise-lo-fi’owe wynalazki sprzed roku i dwóch lat. Kompozycyjnie jest lepszy, a spotanu wciąż mu nie brakuje. Punkowemu urokowi tej płyty trudno się oprzeć. Jest skocznie, hałaśliwie, melodyjnie, w większości kawałków przygrywają przyjemnie rzężące gitary, a energią aż kipi. Doszukiwano się tu jakichś analogii z muzyką jaką nastolatkowie jarali się w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Hmmm, ta Nirvana to raczej przegięcie tych, którzy by chcieli żeby tak było, ale nie będzie. Swoje dorastanie na Blink 182 miałem pół dekady temu i Wavves jakoś specjalnie nostalgii we mnie nie budzi. Jest za to świetnie zorientowanym na dzisiejszego wyznawcę sceny indie, porywającym albumem. Wyposażonym w cięte, wypasione riffy, surfowe „uuuu” i nienajgorzej naśladującym kolegów po fachu (Wavves więcej niż raz zabawia się tu choćby w Panda Beara). Tak więc, jeśli jeszcze nie założyłeś rodziny, jesteś licealistą lub studentem, masz mniej niż 25 lat (fizycznie albo mentalnie) i lubisz jak muzyka „urywa dupę” to „King Of The Beach” powinno być dla ciebie.
Hymny słodkiego nieróbstwa, nocnego szwędania się po mieście, i rozpatrywania kolejnych miłości w tle gwieździstego nieba. Rozrywkowo pożywny, chwytliwy krążek, nagrany w old-schoolowym stylu. Nieco hippisowski, mocno przywołujący Pavementowe 90’sowe lo-fi i przebojowego Weezerowegocollege-rocka (a ponadto glamowe granie a la Thin Lizzy). Ociekające kalifornijskim luzem, łatwo wpadające w ucho kawałki nie trącą tanią przebojowością, choć indie-wrażliwość też to do końca nie jest. Pierwsza połowa zapewnia równiutką,bezpretensjonalną rozrywkę sklejoną z żwawych blue-albumowych gitar i ewidentnie Malkmusowego wokalu. Rozmarzone „Dream City”, uzależniający „Bang Pop” czy wymiatające melodyjną solówką „Bad Stuff” to małe easy-listeningowe majstersztyki. Druga piątka (ciut gorsza) zaś zawiera romantyczny “Dark Trance”, gdzie słowa „do you love her? do you wonder why the starship shines above? do you love her? do you want her? will you ever have enough?”, mimo że jawnie banalne wypadają przede wszystkim szczerze i urokliwie. Za motto tych chłopaków możemy zresztą uznać prościutki refren otwierającego „Free Energy”. "This is all we've got tonight, we are young and still alive , and now the time is on our side…"
Zawartość „I Speak Because I Can” pozostawia bez cienia wątpliwości. To muzyczna wypowiedź świadoma, niezwykle pewna siebie. Nie ma już naiwnej, kruchej nastolatki. Jest dojrzała pani, pisząca świetne kompozycje i doskonałe teksty. Jeśli The Gaslight Anthem są obecnie „duszą rock’n rolla” to analogicznie do miana „duszy folku 2010” może pretendować Laura Marling. Jej album obok „Wild Hunt” najskuteczniej oddaje odpowiednią dla gatunku atmosferę. Ona sama odnajduje się w niej jak ryba w wodzie, sprawnie dryfując pośród staroświeckich klimatów, urokliwych brzmień akustycznej gitary i dających do myślenia, życiowych treści.Początek drogi wiedzie poprzez tajemnicze, bluesowe ścieżki “The Devil’s Spoke”, podsycane hipnotycznym "All of this can be broken, All of this can be broken, Hold your devil by his spoke and spin him to the ground…" . Prędko zbaczamy z nich by przenieść się na spokojne, stonowane łąki “Made By Maid”. Z tego samego założenia wychodzi „Rambling Man”, które rozkwita jednak by stać się wspaniałą power-balladą. „Blackberry Belle” najlepiej sprawdziłoby się przy ognisku. Wcale nie mniej zresztą cygańskie „Alpha Shallows” o głęboko przejmującej melodii. Na zakończenie dodam tylko, że szczerze pozostaje pod wrażeniem umiejętności koleżanki z New Hampshire. Talentu, który wykiełkował by dać naprawdę satysfakcjonujące plony. Miłośnicy czarno-białych-filmów, melancholijnych opowieści i śpiewających kobiet nie będą mieć pewnie doskonalszej w tym roku okazji by posłuchać czegoś co lepiej wpasuje się w ich gusta.
W swojej kategorii „Ghosts” należy do ciekawszych rzeczy wydanych w bieżącym roku. Na trzecim krążku udało się One For The Team zmieścić garść dobrych melodii, porcję finezyjnego przyłożenia oraz kilka nośnych refrenów. Nie ma tu specjalnego dopieszczania kompozycji, ani powalającej głębokości przekazu. Jest prostolinijna „niezal-rockowość”, poczucie, że zrobiono to dla przyjemności, ale z głową, bez potrzeby wbijania się w komercyjne gusta. Wszelkie wady i niedociągnięcia paradoksalnie kształtują jego szlachetny obraz. Ten album mogli nagrać nasi znajomi z sąsiedniego garażu albo trochę bardziej muzykalni koledzy ze szkoły. Mogliby gdybyśmy tylko mieszkali w USA i tam mieli takich znajomych oczywiście.
Islandczycy z Sebear na drugiej płycie wyśmienicie zadbali o przytulne, przyjaźnie dogrzewające dźwięki zawarte w urodziwych folkowych formach. Do tego sami się zresztą zadeklarowali za sprawą takiego, a nie innego tytułu. Wspierany tym razem przez znacznie szersze grono muzyków Sindri Már Sigfússon urasta na „We Built A Fire” do miana skandynawskiego Sufjana Stevensa, swoje kompozycje realizując bez przesadnej epickości, ale z wrażliwością godną płyt takich jak „Michigan” czy „Seven Swans”. Mamy więc chórki, śliczne klawisze, natchniony wokal i akustyczne pykanie w struny. Nie towarzyszy temu wszędobylski klimat czerstwego coraz bardziej amerykańskiego indie-folku. Tutaj islandzki wiatr przynosi świeżość, a wyobrażenie o tym jak mógłby brzmieć Jonsi w tejże stylistyce znajduje zastosowanie („We Fell Of The Roof”). Obok przywołującego zapach palonego w ognisku drewna, wywołującego zarazem ochotę na przykrycie się kołdrą i mentalne znalezienie gdzieś indziej „Cold Summer”, na największą uwagę zasługuje „In Winter Eyes”. Trochę jak Seabear w pigułce, przekrojowa czterominutówka, w której zmieszczono smyki, harmonie, pierwszorzędna ckliwość, a także delikatny przeskok tempa. To jednak ledwie zajawka tego pełnego wdzięku grania jakim mamy okazję upajać się na szczęście przez minut czterdzieści parę.
Kawałek będący następcą kilku niemal identycznych tworów wyprodukowanych przez grupę Buddy’ego Nielsena dotychczas. Po „Buried A Lie”, „Calling All Cars”, „Can’t Be Saved” i „Family Tradition” przychodzi „The Fire”. Stuprocentowy Senses Fail, zespół który umiejętności zmiany czegokolwiek po czterech płytach nadal niezbyt się nauczył. Ale chwila, It’s OK. to feel lost. Powrót do czegoś znajomego, ogranego, ale czegoś na czym się nie zawiedziemy. Nostalgia optymistycznego refrenu, neo-post-hardcore’owych wrzasków i nadal się nabieram.
Szkoda, że dogadaliśmy się z Sufjanem zaledwie na przestrzeni jednego utworu z „The Age Of Adz”. „Epicki, grubaśny początek, nawet intrygujący. Rozwinięcie też dobre, tu jeszcze ten chór mi się podoba, bogactwo wszystkiego jak z Flaming Lips, tylko wokal tak jakby miał za moment zajodłować. „Illinoise” olśniewało rozmachem i wtedy wszystko wyszło perfekcyjnie. W tym kawałku chyba najbliżej do uchwycenia „tego czegos” z tamtego albumu. – 8.5”. Teraz nie wadzi mi już nawet wspomniany łamiący się głos, bo słabość to rzecz ludzka i szczera, a tu słychać małego, kruchego człowieka tracącego siły do walki, postawionego przy widowiskowej, przytłaczającej paradzie dźwięków. Egzystencjalna walka bez jasno przedstawionego rezultatu? It's only that I Still love you deeply It's all the love I got… (?) Znów zmotywował do rozmyślań.
Noc, ognisko, facet siedzi z gitarą. Członkowie plemienia odprawiają radosny rytuał, wszyscy tańczą i śpiewają. Linia wokalna wykonana w sposób chóralny, do tego klaskanie, inne instrumenty, więcej instrumentów, dziko-folkowy klimat gęstnieje. Jeden muzyk zagłusza drugiego, a drugi trzeciego. Do wszystkiego trzeba się dokopać, a jednak wszystko ze sobą zadziwiająco współgra. Czuć natchnienie, moc i zbudzonego ducha.
Kiedy słyszymy początek piosenki pierwszej z brzegu melodic-punkowej kapeli, z miejsca możemy sobie wyobrazić jej rozwinięcie i zakończenie. Konstrukcje z „Rebellion” to nieco inna para kaloszy. Przebieg ciekawszy przy jednoczesnym, pełnym pozostawaniu w swojej stylistyce. „The Oregon Trail” to świetne szczytowanie tej formuły i współczesny punk rockw najbardziej powalajacym wydaniu. Szczególnie jego druga część, szlachetne wyciszenie rozpoczęte słowami crossing the room here feels like crossing rivers, In a video game I played when I was ten… i kapitalne gitarowo-perkusyjne łojenie owy numer podsumowujące.
Wyliczanki rozpoczętej na „It’s Great To Be Alive” ciąg dalszy. O ile „1234” było ledwie wstępem tak „5678” to już jeden z ważniejszych punktów trzeciej płyty Fake Problems. Nie tak rozskakany, nie aż tak chwytliwy jak „You’re A Serpent, You’re A She-Snake” albo „Diamond Rings”, ale kilkoma sprytnymi zagraniami zdobywający zaufanie. Chris Farren wokalnie i tekstowo rozpoznawalny, zwrotki prowadzi falsetem, w zaraźliwym refrenie ekspresyjnie daje się wykazać swojej barwie przy funkujących zagrywkach i całkiem fajnych hand-clapach. Don't let them in, They are holy ghosts, And they're not gonna be happy, til everybody's clapping along czyli jakby napisał krytyk Gazety Telewizyjnej “Ku przestrodze!”.
Kawałek z dziecinną niewinnością wkrada się w łaski, długo chodzi po głowie i wymusza kolejne odtworzenia. Nagromadzenie rymów i chwytliwych linijek atakuje na każdym kroku, Andy Hull śpiewający w manierze Marka Linkousa również wydaje się wiedzieć jak słuchacza sukcesywnie przyciągnąć. Do tego przeszkadzające tu i ówdzie gitarowe przerywniki pomiędzy kolejnymi składowymi zwrotek.
Bronze, jeden z wielu młodych indie-popowych zespołów łączących słodkie, modne wokale z gitarą, elektroniką, klawiszami i tanecznością. Debiutancka EP’ka żadnych Kolumbów z nich nie czyni, ale wykazuje niewątpliwy potencjał do godnej rywalizacji z takimi powiedzmy MGMT, *gdzieś*kiedyś*przy okazji dużego albumu*. Mi do gustu wyjątkowo przypadło Pull my body in the deep freeeeeeeeee-ze, eeeeeze, eeeeeeze. W porze letniej chłodzący super-orzeźwiacz.
Niebagatelna kwestia Spencera Kruga, solidnie dowartościowująca trzeci, wywołujący mieszane uczucia krążek kanadyjskiej super-watahy. Kawałek Sunset Rubdown’owego tworzywa, który na „Dragonslayerze” nie odstawałby wcale od reszty stawki. Wszechmocna perkusja i majestatyczne „la la la la la la la la” to najpewniejsze punkty całościowo znakomitej kompozycji.
“Struck Dumb” to warszawskie juwenalia, słoneczny majowy wieczór na zielonej trawce SGGW, psycho-fanki piszczące w sposób odkrywczo wręcz irytujący, ludzie serdecznie i bez oporu pogujący w spoconej masie i ci, którzy kręcili nosem z tyłu, bo na Futureheads przyszli sobie kulturalnie postać jak słupy.
Najładniejsza piosenka Mattsona? Może, choć na debiucie jest przynajmniej kilka godnych do rywalizacji. W takim razie najbardziej urodziwa na „The Wild Hunt”? No tym razem bez dwóch zdań. Pogoda ducha w „Burden Of Tomorrow” jest niezaprzeczalna i wszechobecna. Dźwięki szarpanych strun i ślicznie poprowadzony wokal w rejonach refrenowych (Oh once I held a pony by its flying mane,) czarują.
“…The Monitor jak już wcześniej rzekłem, otwiera siedem minut mocarnego, energetycznie niespożytego, opartego na solidnym riffie „A More Perfect Union”. Kawałek z kości, krwi, mięsa i potu. Klasyczna pasja drzemiąca w muzyce rockowej. „Baby we were born to dieeeeeee!!!” na początku i pocieszne glory glory alleluja!!! pod koniec.”
Tak, proste to boleśnie. Klawiszowa melodyjka, Pornographersowa wymiana wokali, falsety, podbicie wzmagające poczucie nośności. Czysty indie-pop, który mógłby stać się całkiem popularny gdyby jakieś inne zespoły grające w tym stylu nie święciły akurat triumfu albo byłoby na scenie więcej miejsca. Ale chwila, przecież są tu jeszcze te wparowujące z prawdziwym impetem, kolosalne gitary, które prostą pioseneczkę rozrywają na pół. „Every Little Thing” to postawienie obok siebie dwóch skrajnych elementów - lekkości i pierdolnięcia, współgrających ze sobą z gracją.
Nie kręciła mnie ta grupa (singlowe oczywiste wyjątki) aż do, no zgadnijcie… ukazania się „Congratulations”. „Flash Delirium” przyjmuje już z otwartymi ramionami „jako swoje”. Stopień pokręcenia tego kawałka, te drobne dziwactwa, flecik wytrzaśnięty niewiadomo skąd, seria oderwanych od kontekstu (jakiego kontekstu?) motywów, a w szczególności ten ostatni po zagrzaniu temperatury, podsumowujący bałagan kilkunastosekundowy, punkowy zryw rodzący u mnie szelmowską minę. Im dalej temu do „Time To Pretend”, a bliżej do Of Montrealow’skiego modelu układania piosenek z różniących się do siebie hooków tym ciekawiej. No i koniec końców jak przebojowo im to w sumie wyszło.
If I seeem ooooooooooooooooooooouuuuuut of it!!! Circles cloooooooooooooooooosuuuuuuse up but circles are wide!!! Za każdym razem powala jak McCoughan wstrzykuje w ten kawałek falę energii, wokalnym zabiegiem banalnie prostym, a jednocześnie tak zaskakująco zajebistym, że wymiękają nawet te melodicowe akordy odmładzające sam zespół o jakieś 25 lat.