Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matador. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matador. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 grudnia 2013

Podsumowanie 2013: piosenki 36-33














Kto widział moje poprzednie podsumowanie, ten wie, że Savages uplasowały się wówczas wśród najlepszych za sprawą kapitalnego kawałka „Husbands”. Od tamtej pory popularność post-punkowych panien urosła w stopniu wręcz niewiarygodnym. Najpierw mieliśmy przyjemność widzieć je na Off Festivalu, ledwie rok później zagrzewały już publikę Openera. Mnie te sympatyczne niewątpliwie koleżanki całym albumem jednak nie kupiły. Tym razem doceniam przede wszystkim wybornie klimatyczny closer.




















Bunt, młodość, muzyka, narkotyki. Duńczycy z Iceage o wszystkim tym byliby nam zapewne w stanie coś prawdziwego opowiedzieć. Elias Bender Rønnenfelt wydaje się w „Ecstasy” styrany każdym wypowiadanym zdaniem, a jednocześnie nadal nakręcony całą tą punkową napierdalanką. To za sprawą takich ekip wciąż zdarza nam się myśleć, że granie w gitarowym zespole jawi się najbardziej ekscytującą rzeczą pod słońcem.




















Żywotność bitu, klawiszy, doskonałe prowadzenie melodii, wokal wypowiadający sugestywne słowa no i czysta fantastyczność refrenu. Przy takich singlach należy uwierzyć, że naprawdę nie jesteśmy już żadnym zadupiem, a nasza rzecz w ramach przebojowego synth-popu na luzach może sobie sąsiadować z odkryciami zachodnich serwisów. 




















Najpierw pierwsze takty perkusji, boska melodia linii gitarowej natychmiastowo zdradzająca odpowiedzialność za nią jednego z panów z Teenage Fanclub no i wejście Katriny Mitchell. Głos tej pani czarujący, dziewczęcy, wiecznie młody. Check my heart, check your heart, down, down, tumbling down. Słuchać jej podśpiewywania można bez końca, zwłaszcza kiedy zaczyna się harmonijne przeplatanie wokalne. Doskonała piosenka w deseń słynnego (gdzieniegdzie) „Noise” autorstwa Beat Happening. Nowe The Pastels należy polecić fanom najszlachetniejszych z szlachetnych odmian starego indie popu. Tym co zasłuchują się w Belle And Sebastian, The Soup Dragons, Camera Obscura czy Orange Juice. Fajnie, że wrócili, że się przypomnieli, że nie odcinają kuponów i wciąż w swojej niszy grają po mistrzowsku.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Spoon - singlografia

Znudziło mi się już trochę suche opisywanie kolejnych płyt, dawanie oceny i linka do YT pod spodem. W ramach odmiany robię dziś świąteczny przegląd małych płyt wydanych przez od lat niezawodną, pochodzącą z Teksasu grupę Spoon. Zespół moim zdaniem szczególnie ciekawy pod względem singlowym i poszczególno-piosenkowym, bardziej nawet niż całościowo-albumowym. (LOL)


All the Negatives Have Been Destroyed / Irrigation Man / If You Say So (1996) 8/10












Próbka stylu Spoon z czasów dwóch pierwszych płyt. Punkowy, energetyczny indie-rock sprawnie zamknięty w głodowych siedmiu minutach. Nonszalanckie “I had a feeling from the start of it you could say so, motherfucker, You could say so, motherfucker” i przyjemnie brzmiące gitarowe przejścia w “All The Negatives…”. Przyzwoity numer środkowy oraz będące jakby kontynuacją indeksu pierwszego “If You Say So” raz jeszcze stawiające na dziki rock’n roll.

LINK


Not Turning Off / Party Up (1996) 6/10












Drugi singiel z wydanego dla Matadora debiutu „Telephono”. Tym razem coś bardziej na kształt Chavezowego grania, pozbawione chwytliwości „All The Negatives…” czy gracji mojego faworyta z pierwszej płyty „Dismember”. Nadal z jajami, ale chyba nie warto się na dłużej zatrzymywać.

LINK


Car Radio (1998) 7/10

Dwie wersje (1:30 i 2:04) krótkiego przeboju z “Series Of Sneaks” + 47 sekundowe „Audio Bio”. Całkiem spoko kawałek, nie zdążysz nawet zauważyć, że się zaczął, a już dobija do końca. Niestety nie daje przy tym takiego kopa jak potrójny singiel debiutancki. Lepiej sprawdza się jako część składowa płyty niż samodzielny byt.

LINK


Anticipation / Headz (1998)














The Agony of Laffitte (1999) 8.5/10












Dwa kawałki wydane na singlu dla Saddle Creek chwilę po wyrzuceniu z majorsowego Elektra Records. Tytułowy to Spoon w smutno balladowym, deszczowym nastroju. Świetna piosenka, którą w ramach lo-fi’owych klasyków można postawić tuż przy „Advance Cassette”. „Laffitte Don’t Fail Me Now” zaś, logicznie wychodzi z punktu zakończenia poprzednika, jawiąc się utworem już nie tak szaro-burym, nieco żwawszym, ale nadal nie za wesołym. Co ciekawe w warstwie tekstowej mamy do czynienia z dissem na Rona Laffitte’a, człowieka od A&R’u z Elektry, do którego kapela Britta Daniela miała szczególny żal (now all that I want to know, are you honest with anyone?).

LINK


Anything You Want (2001) 7.5/10












Czasy złego labelu i grania hałaśliwego post-punku już za nimi. Wraz z „Girls Can Tell” zaczyna się złota dekada Spoon pod banderą Merge. Na pierwszy ogień idzie „Anything You Want” – elegancki, melodyjny kawałek, zupełnie daleki od łomotów sprzed kilku lat. Kompozycyjnie bez szaleństw, ale z głową, dawkowanie motywów, wszystko na swoim miejscu. Tak się teraz będzie pisać indie-popowe numery.

LINK


Everything Hits at Once (2001) 8/10












Klasyczny opener płyty z zieloną okładką. Pełna dojrzałość, gustowny klimat, ktoś napisał, że „The best song Elvis Costello never wrote.”. Na tym albumie przebija go już tylko genialnie zamykające “Chicago At Night” (ewentualnie „Me And The Bean”).

LINK


Car Radio / Advance Cassette (2001)












Powtórka z rozrywki. “Advance Cassette” znakomicie udające Pavement powinno być wydane jako główny singiel z “The Series Of Sneaks”, ale to szczegół.

LINK


Someone Something (2002) 6/10












Świetnie przyjęte “Girls Can Tell” bardzo szybko doczekało się follow-upu w postaci jeszcze lepiej przyjętego “Kill The Moonlight”. „Someone Something” wybrane na pierwsze promo czwartego krążka „Łyżki” oparto niemalże w całości na monotonnym klawiszowym motywie, którego nieznaczne zmiany nie przynoszą wiele ciekawego, podobnie zresztą jak hand-clapy w końcówce. Nie tym razem Sztućcu.

LINK


Jonathon Fisk / Stay Don't Go (2002) 6.5/10











(w wolnym tłumaczeniu)

Pitchfork: Na czym bazuje “Jonathon Fisk”? Wygląda na to, że kryje się tam jakieś uraz.

Britt: To tylko koleś, który bił mnie kiedyś w szkole średniej. No wiesz, typ gościa, który męczy cię, śmieje się z ciebie w stołówce, a potem próbuje jeszcze nękać po lekcjach, w drodze do domu.

Jonathan Fisk always a risk, tells me he counts my teeth every night
I wanna get all back now, I wanna get em Allright


Aktualnie Jonathon Fisk podobno pojawia się nawet czasem na koncertach Spoon.

LINK


The Way We Get By (2003) 6/10












Chyba jeden z bardziej znanych numerów, ale czy najlepszych to na bank bym polemizował. Nie jestem wielkim fanem ani tego kawałka ani całego „Kill The Moonlight”, choć „All The Pretty Girls Go To The City” oczywiście zajebiste jest.

LINK


I Turn My Camera On (2005) 7/10











Od kwadratowego nawalania po coraz wyraźniejszą muzykalność (sprawdźcie sobie na ilu instrumentach Britt Daniel zagrał na „Gimme Fiction"), wpływy soulu i popową zajebistość. „I Turn My Camera On” śpiewane przez Britta w manierze Prince’owej plus pociągająca rytmika równa się najbardziej przystępny dla radia singiel zespołu.

LINK


My First Time Volume 3 (2005) 8/10












Rzecz poza-płytowa. Nie trudno jednak zauważyć, że pochodząca z epoki piątego krążka. Funkowe, zbudowane na fantastycznej wręcz, bogatej melodii „My First Time” to mało znany fragment ich twórczości, choć zdecydowanie warty umieszczenia wśród tych najlepszych. Poza tym pierwsza kolaboracja Daniela z obecnym klawiszowcem Ericiem Harvey’em.

LINK


Sister Jack (2005) 7.5/10












Ostatnie ogniwo promowania „Gimme Fiction” i powrót do singli brzmiących typowo gitarowo. Rozkoszna jak zwykle sekcja rytmiczna, poza tym wrażenie delikatnie Beatlesowskiego podejścia do kompozycji. Nie taki wypas jak „I Summon You”, ale i tak kawał ładnej roboty.

LINK


Don't You Evah (2007) 5/10












Saga “GaGaGaGaGa” rozpoczęta. Szczerze mówiąc nie bardzo rozumiem o co właściwie chodzi w tej piosence, ale o to wypadałoby już zapytać kapelę The Natural History odpowiedzialną za oryginał („Don’t You Ever”). Bardzo średni wycinek albumu, z którego można było wykroić niejeden fajniejszy indie-popowy hit.

LINK


The Underdog / It Took a Rumor to Make Me Wonder, Now I'm Convinced I'm Going Under (2007) 8.5/10












Czego do tej pory jeszcze nie było w kawałkach Spoon? A na przykład sekcji dętej. Błąd ten jednak bardzo łatwo da się naprawić, nagrywając przy okazji najbardziej pozytywny i sympatyczny singiel jaki im się przytrafił. W wyobraźni wizualizuje mi się występ u Lettermana z szczerzącym swoje zębiska Brittem i przygrywającymi na dęciakach Meksykanami.

LINK


You Got Yr. Cherry Bomb (2008) 9/10












Prawdopodobnie mój ulubiony singiel ekipy z Austin, choć w kategorii ogólnej to nie-singlowe „Advance Cassette” , „Summon You” i „Chicago At Night” byłyby górą. „You Got Yr. Cherry Bomb” brzmi jak piosenka napisana przez człowieka szczęśliwie zakochanego i już przez sam ten fakt nie da się jej nie polubić. „Wiśniowa” melodia być może najbardziej słodka i urokliwa w Spoon’owym repertuarze. Sam Britt Daniel w jednym z wywiadów określił ją jednak jako smutną.

LINK


Got Nuffin (2009) 7/10












Najpierw na EP’ce o tym samym tytule, następnie na długogrającym „Transference”. „Got Nuffin” to numer na tyle dobry, że nikogo nie powinno dziwić, iż zespół umieścił go na dwóch wydawnictwach. Czterominutowa jazda na post-punkowym motywie, niektórym przywodząca na myśl Dinosaur Jr. Całkiem wciągająca.

LINK


Written in Reverse (2009) 6.5/10












Na pierwszym planie wyraziste pianino, charyzma wokalna Britta, tuż za nimi gitarowe zagrywki, a wszystko to składające się na obrazek muzyki brzmiącej bardzo amerykańsko (pstrykanie palcami wskazane). „Solid” jest słowem jakie pasuje mi w tym miejscu najbardziej. Kolejny udany kawałek od zespołu, który zupełnie nie opanował umiejętności rozczarowywania swoich słuchaczy.

LINK

sobota, 4 września 2010

Czego słuchałem ostatnio

Na podstawie Last. FM i odsłuchów ostatniego tygodnia.

1. Archers Of Loaf

Icky Mettle (1993)












8.5

Dumnie prężące się na szczycie najczęściej słuchanych piosenek „Wrong” i „Web In Front”. Krótkie, melodyjne mistrzostwo i energetyczny wulkan czyli highlighty klasycznego debiutu „Łuczników”. Nie jest to bynajmniej moja ulubiona płyta Bachmana i ekipy, ale jednak to tutaj, a nie na „Vee Vee” przyszło im zaprezentować to świeże, spontaniczne podejście do niezależno-rockowego rzemiosła. Teskty takie jak „she’s an indie-rocker and nothing’s gonna stop her”, “I’ve got a magnet in my head, a magnet in my head…” i “All I ever wanted was to be your spine” przewijają się później przez myśli niczym niekończąca się taśma.




Vs The Greatest Of All Time EP (1994)












8

Energetyczny potencjał utrzymany. Można tu wręcz mówić o jego wzroście jeśli zasugerujemy się petardami w stylu słynnego „Audiowhore”. Trzy kolejne piosenki utrzymują poziom środka „Icky Mettle”, ale już kończące „All Hail The Black Market” zwraca uwagę zupełnie innymi walorami. Smutnawą linią gitary, intrygująco zagrywanymi melodiami, swoistą głębią i dojrzałością, wypadającą zresztą bardzo przekonująco jak na ten, do tego momentu przede wszystkim głośno napieprzający zespół.


Vee Vee (1995)












9

No i moja faworytka. Pokochana za sprawą takich numerów jak “Fabricoh”, „Harnessed In Slums” (kolejny rozpierdol-singiel) albo zaginionego na wysokości EP’ki „Greatest Of All Times” z lekko pijackim urokiem przenoszącego styl Archers na płaszczyznę piosenek Pavement. Pociesznych, dających w kość riffów jest tu więcej niż na dwóch poprzednich wydawnictwach razem wziętych, a pod jedenastką objawia się jeszcze morderca z twarzą dziecka czyli wspaniałe „Death In The Park” ( "death in the park, death in the dark. I'm calling the cops. Cops, calling all cars".). I nawet jeśli nie ma tu już tego elementu zaskoczenia to kompozycyjna sprawność (jak i równość krążka) wypełnia lukę z nawiązką. Wiecie jak to jest. „There’s Nothing Wrong With Love” było doskonałe, ale czy „Keep It Like A Secret” gorsze?


All The Nations Airports (1996)












5.5

Za „Lotniskami” z kolei nie przepadam, bo zawartość kłóci się jakoś z tym co utożsamiam z marką Archers Of Loaf. Płyta spokojna żeby nie powiedzieć nudna i sprawiająca wrażenie zbyt długiej.Ślimacze tempa, wlokące się kolejne kompozycje, jakieś pianina czy inne fortepiany („Chumming The Ocean” – 5 minut – zieeew). Nie ma spontanu, hałasu, jeśli nawet zdarzy się dynamiczniejszy numer to gdzie mu tam do tych z trzech poprzednich wydawnictw. Rzecz przyzwoita, ale totalnie nie porywająca.


2. Superchunk

Superchunk (1990)












6

Pozostajemy w Chapel Hill. Kilkudziesięciotysięcznym miasteczku, w którym na początku lat 90’tych bujnie rozkwitła indie-rockowa scena z zespołami takimi jak Polvo, Archers Of Loaf i Superchunk na czele. Debiut kapeli Maca McCoughana w żadnym stopniu nie był tak dobry jak „Icky Mettle”. Był za to punk rockowy, gówniarski i hałaśliwy. Prosty, nie-pomysłowy, fajny pomimo rażącej czasem łopatologii. Dziełem w swojej lidze okazało się dopiero późniejsze „No Pocky For Kitty”, ale i tu widać już zalążki czegoś więcej jak tylko przeciętnego, gitarowego łomotu. Otwierające „Sick To Move” brzmiące jak naspeedowane Sonic Youth albo wyciągnięcie środkowego palca w bezkompromisowym „Slack Motherfucker” to niewątpliwe perełki pozwalajace na zawyżenie oceny dla raczej średniego albumu.




3. Portrait Painters

Before The Begining EP (2010)












8.5

Kolejny Szwed zwracający na siebie uwagę szczyptą charyzmy, deficytowej w dzisiejszych czasach, zwłaszcza wśród mas singer-songwritterów. Alexander Gustafsson to młody chłopak około dwudziestki, plasujący się gdzieś pomiędzy Kristianem Matssonem, a Jensem Lekmanem. Trochę łobuziak, trochę romantyk. Odnajduje się zarówno w klasycznym szarpaniu strun („In My Mind” – Fleet Foxes, „Satilla” – Gustafsson w autobusie) jak i bardziej barokowych aranżacjach („Love Scar”). Co ważne sprawia wrażenie gościa, który ma na siebie pomysł, bo nosa do melodii to na pewno (raz jeszcze piękne „Satilla”). Dochodzi do tego jakaś swoista, fajna szczerość, a po góra dwóch usłyszeniach singli „A Future Crime” i nieobecnego na EP’ce „Forgive Forget” przychodzi człowiekowi ochota do radosnego śpiewania wraz z nim. Więc sorry, sorry, sorry, I’ve lost my mind, my mind, my mind… Nadzieja białych!

niedziela, 25 lipca 2010

Chavez - Gone Glimmering (1995)












8

We're waiting in the basement, rolling all our hopes in little balls… zaśpiewał swojego czasu Matt Sweeney w kawałku “Laugh Track”. Słowa te mówią coś o tym jaki zespół stanowił nowojorski Chavez na wysokości „Gone Glimmering”. Herosi undergroundu, obrońcy ideałów niezależnego "sierpnia", grupka facetów, którzy zamiast na muzyce robić kasę, wolą szlachetnie sobie w garażu ponapierdalać, tak tylko jak im przyjdzie na to ochota.

Powyżej to naturalnie spore uproszczenie. Gdyby byli wyłącznie taką sobie gitarową kapelką, jakich wiele, nie znaleźliby się na pewno w zacnym gronie ekip z Matador Records, i to w środku lat 90. Pavement, wczesna Liz Phair, Bardo Pond, Bailter Space. Te nazwy o czymś na pewno świadczą, a więc coś z tym ich łojeniem jednak musiało być na rzeczy. Ostra, surowa, na swój sposób powiedzmy sobie finezyjna, indie rockowa zadyma Chavez jawiła się  zadymą pierwszego sortu. Korzeniami oscylowali gdzieś w lo-fi Guided By Voices, ale grali tak intensywnie, jak tamtym nawet nie przyszłoby do głowy (popisowe „The Ghost By The Sea”). Opierali się na ekspresji bliskiej grunge’owcom, choć jednocześnie daleko im było do nich. Brzmieli w końcu całkiem podobnie do takich Les Savy Fav, ale nośny groove zespołu Harringtona wydaje się w ich kontekście zupełnie obcy.

Zdarzało się Chavez wpuścić gdzieniegdzie trochę powietrza, by zrobić miejsce dla kolejnego spektakularnego uderzenia (tylko takie potrafili). Raz wymyślili nawet w miarę wpadającą w ucho piosenkę („Break Up Your Band”). Poza tym ich inspiracje sięgały także do math-rocka i post-rocka (oczywiste „Wakeman’s Air” przypominające Slint). Dobrze wiemy jednak, że najwspanialsze były u nich potężne, siarczyste riffy, perkusja doskonale mocarna i energia uwalniana z utworów w ogromnych dawkach. Żaden z ich krążków nigdy nie miał okazji zagościć w Bilboard’owym rankingu. This artist hasn't charted yet, but keep checking Billboard for the latest updates, hehe.

Rok po debiutanckim „Gone Glimmering”, na podstawie którego ich tu przedstawiam, nagrali też dobrze przyjęty album „Ride The Fader”, prędko zamykający dokonania grupy. Pomimo, że działalność Chaveza w zasadzie się zakończyła (nigdy nie rozpadli się oficjalnie, choć do tej pory nie wydali nic poza kompilacją „Better Days Will Haunt You”), jego członkowie w następnych latach artystycznie nie próżnowali. Sweeney współpracował z wieloma znanymi i poważanymi muzykami. Skumał się z Willem Oldhamem, nagrywając firmowany obydwoma nazwiskami „Superwolf”. Z m. in. Billym Corganem przez krótki okres czasu współtworzył supergrupę Zwan. Z kolei gitarzysta Clay Tarver, co ciekawe, do spółki z J.J Abramsem napisał na przykład scenariusz do hollywoodzkiego thrillera „Prześladowca”.