Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aloha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aloha. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lutego 2017

Podsumowanie 2016: albumy 10-1


“Goodness” to już coś więcej niż zwykła płyta z piosenkami. „Album z prawdziwego zdarzenia”, czyli starannie zaplanowana, organiczna całość, zawierająca kilka spajających materiał tematów i motywów. Następca „Home Like No Place Is There” jawi się wydawnictwem nieporówny-walnie bardziej przemyślanym od swojego poprzednika, co zresztą da się zauważyć na więcej niż jednej płaszczyźnie, zarówno odnośnie albumu, jak i poszczególnych kawałków. Weźmy na przykład strukturę „Goodness, Pt. 2”, pierwszej pełnoprawnej kompozycji na krążku. Mózg The Hotelier, Christian Holden, nie wydaje się zainteresowany podaniem nam jej w sposób zwyczajny, na zasadzie „prawie wszystko na raz”. Zamiast tego układana jest ona stopniowo, równomiernie, niemalże od linijki, element po elemencie. Stanowi wynik pewnego konceptu i brzmi ciekawiej. Albo te kluczowe dla „Goodness” krótkie wstawki I see the moon, the moon sees me pomiędzy utworami. Odczytywane jako wiersz, docierające jako piosenka śpiewana przy ognisku do prostej melodii akustyka lub ledwie słyszalne, nucone przez Holdena gdzieś w oddali, zawsze wnoszące jakieś niewysłowione ciepło i, tak jak mamy w tytule - „dobro”. Druga płyta pod szyldem The Hotelier nieco oddala się poza tym od emo, bo niby wiele rzeczy nie ulega zmianie, ale trudno zaprzeczyć, że wszystko staje się stylistycznie jakby bardziej uniwersalne. Mimo to, kiedy słyszymy lidera grupy krzyczącego w „Piano Player” sustaaaaain, w „Soft Animal” rzucającego rozpaczliwe MAKE ME FEEL ALIVE lub zdzierającego gardło w końcówce „Sun”, wiemy, że kapela ponownie dojrzała i poszła do przodu, ale słuchając jej wciąż jesteśmy w tym domu, w którym jest nam najlepiej.  



Historia muzyki popularnej i alter-natywnej nie raz dowodziła, że na-grywanie płyty z kilkunastoma wa-riantami tej samej piosenki nie musi się wcale równać klęsce. Przeciwnie, nierzadko w ten sposób powstawały rzeczy znakomite i jak się pewnie można już domyślić, podobnie jest w przypadku „The Midnight Sun”. C Duncan nie popada może w totalną powtarzalność i coś tam jednak urozmaica, co nie zmienia faktu, że jego kompozycje w przeważającej mierze wywodzą się z jednego pnia i nigdy nie upadają od siebie daleko. Rzecz w tym, że Szkot opanował sztukę tworzenia tych natchnionych dream popowych cudów, opartych o dostojne klawiszowe pulsacje i eteryczne harmonie wokalne po mistrzowsku. Jeśli coś jest dobre, to przecież zawsze chcemy tego więcej. A tu wystarczą bardzo delikatne modyfikacje wciąż tego samego patentu, by dać się ową formułą nacieszyć i jednocześnie nigdy nie wywołać poczucia znużenia. Po upłynięciu 43 minut najchętniej posłuchałoby się więcej. 



Od świetnej poprzedniej płyty Tears Run Rings do “In Surges” minęło całe, obfitujące w shoegaze’owe albumy 6 lat. Powrót grupy Laury Watling i Matthew Bice’a prowadzi mnie jednak do wniosku, że pomiędzy tymi dwoma punktami na zamglonej, niewyraźnej mapie nie działo się niestety tak wiele, jak życzyliby sobie tego entuzjaści gatunku. Amerykanie powracają tymczasem z całą swą mo-numentalnością, przenikającym chłodem i wszechogarniającą atmosferą. Nowe dzieło kapeli brzmi jak bryła lodu, w której kilka uwięzionych osób śpiewa i snuje wypełnione czułymi emocjami melodie. Kapitalnie wypadają ich statyczne, jakby w nieskończoność rozpoczynające się fragmenty. Spójne otwarcie i zamknięcie krążka w postaci „Happiness 6” i „Happiness 7” albo czarujące harmoniami „Things Have Changed”. Przebija je jednak 8 minut z każdą chwilą coraz bardziej imponującego „Green Lakes”, a na dokładkę dochodzą jeszcze niezłe, motoryczne kawałki pokroju „Belly Up”. Ujęcie standardowej shoegaze’owo-dream popowej estetyki w możliwie najlepszym, jak na mój gust stylu, warte pierwszej dziesiątki roku.


Ubiegły rok Leon Vynehall zaczął od umilenia nam życia singlem „Midnight On Rainbow Road”, który trzy miesiące później poprawił znakomitym albumem długogrającym.  Przebogatym w atrakcy-jne elektroniczno-taneczne rozwiązania krążkiem zatytułowanym „Rojus (De-signed To Dance)” Brytyjczyk zaspokaja potrzeby nawet najbardziej wygłodniałych sympatyków balearycznych bitów i głębokich house’ów. Osiem zebranych tu, nieprzekraczających w sumie pięć-dziesięciu minut utworów to materiał gęsty i intensywny, niedający najmniejszego pretekstu do pomijania poszczególnych etapów. Druga płyta Vynehalla jawi się całkowitą ugodą przystępności i kreatywności, a co za tym idzie propozycją ekstremalnie trudną do zamęczenia.



Jeśli Tom DeLonge był wiecznym dzieckiem zamkniętym w ciele dorosłego, to Jordan Chmielowski jawi się przedziwną mieszanką dziecka, dojrzałego songwritera i fana Toma DeLonge’a, który chciałby być jego następcą, ale nie może, bo wygląda gorzej i ma więcej talentu. Lider Posture & The Grizzly nie posiada umiejętności wokalnych, ale jest wokalistą na swój sposób charyzmatycznym, którego głos potrafi oddać zadziwiająco wiele różnych stanów. Na „I Am Satan” Chmielowskiemu zdarza się brzmieć smutno i wesoło, gówniarsko i refleksyjnie, wściekle i rozczulająco. Przy wsparciu magicznej garści świetnych melodii przynosi to efekt jednej z kilku najlepszych emo/pop punkowych płyt roku. P&TG potrafią urzec ładnymi, akustycznymi kawałkami („I Am Not A Real Doctor”), rozruszać szybszym tempem („Elliott”), pokazać się z nieco ostrzejszej strony („Acid Bomb”), a nawet ukołysać długą balladą-rozklejaczem („Delete Me”). Najbardziej zapadają stąd jednak w pamięć hooki bazujące na jakimś jednym, odpowiednio wyśpiewanym przez Jordana fragmencie. Kill me, I’m trying to slow, Use me, Just fuck me over z “Kill Me”,  trust me a little z “I Am A Real Doctor” czy I’m always high, And your always looooow z “Balloons As Hands” to te momenty, na które czeka się w utworze i dla których chce się do niego wracać. Pisząc o atutach płyty wypada mi jeszcze wspomnieć na koniec o “Mandy”, czyli najsłodszej piosence z dziewczęcym imieniem w tytule, jaka obok „Susan” The Goon Sax ukazała się w 2016.



Hamilton Leithauser to wokalista o głosie człowieka stworzonego w celu nagrywania klasycznych albumów. Muzyka Rostama Batmanglija na „I Had A Dream That You Were Mine” sprawia zaś wrażenie szczęśliwie odnalezionego, brakującego ogniwa, niezbędnego do realizacji owego przeznaczenia. Poza tym, że kompozycje na płycie duetu odznaczają się wystarczająco wysoką jakością do zapewnienia sobie miejsc na listach roku, a w dalszej perspektywie może i dekady, warto zauważyć, że te piosenki mają klasyczność naturalnie w siebie wpisaną. Pomaga im w tym oczywiście fakt, że z już istniejącej klasyki silnie czerpią, ale w jaki sposób się to dzieje, to już przecież majstersztyk. Doo-woop, The Pogues, tradycyjny pop, folk, country i blues. “Imbirowe” zaśpiewy Leithausera i aksamitne melodie Rostama w „A 1000 Times”, „The Bride’s Dad”, “When The Truth Is” mówiące same za siebie. Kompozycyjne mistrzostwo “You Ain’t That Young Kid”, “Rough Going (I Won’t Let Up)” albo “1959”. Wszystko to czyste złoto, klasyka (tak) w wersji instant, ale i masa czystej radości ze słuchania muzyki, która ma szansę podobać się nam, naszym rodzicom, jak i naszym dzieciom.   



„Mangy Love” to najlepsza zeszłoroczna płyta indie rockowa, na której nie znajdziemy śladu rockowego wymiatania i najlepszy indie popowy album, na którym brak typowo piosenkowych hooków. Sytuacja znamienna dla kompozytorów zbyt osobliwych, by proste klasyfikacje wchodziły im w paradę. Nawet jeśli styl śpiewania Cassa McCombsa może momentami poważnie przypominać Elliotta Smitha (zwłaszcza „Bum Bum Bum” i „Opposite House”), a niektóre utwory jasno przywoływać niezal-klasykę początku lat 90. („It”, „I’m A Shoe”), to wszystkie te rzeczy w ogólnym rozrachunku i tak znajdują się raczej gdzieś na marginesie. Na pierwszym planie pozostaje seria utworów naturalnie wypełnionych Cassem jako człowiekiem i muzykiem. Kompozycje łagodne i dojrzałe pokroju „Laughter Is The Best Medicine”, enigmatycznie intrygujące w rodzaju „In A Chinese Alley” czy niespokojne oraz stanowiące wyraz politycznych spostrzeżeń autora jak „Run, Sister Run”. 


Członkowie Alohy, kilka tygodni przed oficjalnym wydaniem i udostępnieniem “Little Windows Cut Right Through” sprezentowali wnikliwym fanom in-teresujący bonus w postaci playlisty na Spotify, zatytułowanej „Peripherals #1: Deep Eighties”, zawierającej 13 kawałków, które inspirowały grupę przy tworzeniu albumu. Na jej podstawie da się zauważyć, że pod względem klawiszowych i rytmicznych rozwiązań kwartet istotnie przeszczepił do swoich kompozycji co nieco z twórczości Iron Curtain czy Thomasa Dolby’ego, choć sięgając po „Little Windows...” żaden z sympatyków grupy Tony’ego Cavallario nie powinien obawiać się ich dominacji nad dotychczasowym stylem Alohy. Po nowym krążku trudno zgadnąć, że od ostatniego spotkania z ambitnymi indie popowcami minęło całe 6 lat. Uroczo smutnawe utwory w rodzaju „Ocean Street”, „Marigold” i „Don’t Wanna Win” są tak bardzo ICH, jak tylko można to sobie wymarzyć, tak pod względem stylu, co i jakości. Ale świetnie wypadają również te pogodniejsze, czyli na przykład olśniewające refrenem „One Hundred Million”, skryte, ale również otwierające się w chorusie „Moon Man” i swą bezpośredniością bijące na głowę całą resztę „I Heard You Laughing”. Absolutnie satysfakcjonujący powrót.  
  


„Biały Album” Weezera nie jest może tak mocnym uderzeniem, jakim dwa lata wcześniej jawił się „Everything Will Be All Right In The End”, ale to nadal krążek utrzymujący zbliżony, niewątpliwie wysoki poziom. Co cieszy tutaj przede wszystkim to równość, jakiej brakowało zawsze obiecującym, ale nigdy ostatecznie nie zadowalającym w całości płytom pokroju „Czerwonego Albumu”, „Raditude” czy „Hurley”. Od kiedy Rivers przypomniał sobie, że „disco ssie” skupia się już wyłącznie na tym, co wychodzi mu najlepiej, czyli pisaniu gitarowych piosenek wypełnionych pozytywnym nastrojem. I tak też sobie ten album płynie, od raz jeszcze zapewniającego, że BĘDZIE W PORZĄDKU „California Kids”, przez sielankowo wakacyjne „Wind In Our Sail", „Girl We Got A (Good Thing)” i „Summer Elaine And Drunk Dori”, po melodyjnie rozkoszne „Endless Bummer” na koniec. W międzyczasie zahaczając jeszcze o kilka poważniejszych, bardziej „Pinkertonowych” duchem numerów pokroju „Do You Wanna Get High” i „Thank God For Girls”, które też w żadnym razie nie odstają. Riversie Cuomo i zespole Weezer, idźcie tą drogą.      



Joyce Manor śpiewają na trzeciej płycie o problemach zagubionych 18-latków, 26-latkach wciąż mieszkających z rodzicami i osobach, które z jakiegoś powodu nie chcą poczuć się lepiej. Mamy tu historie poważniejszych relacji, znajomości trwa-jących przez chwilę oraz takich, które skończyły się zanim zdążyły się zacząć. Barry Johnson wspomina o dzie-wczynach, alkoholu i narkotykach (went to grab another beer, plastic cup of vodka, high on lsd, probably gonna smoke some weed), o fanach, zmarłych przyjaciołach i delikatnych obsesjach. Tematy na „Cody” wydają się czymś najzupełniej wiarygodnym i naturalnym, poważnym i niepoważnym. Wziętym najpewniej wprost z losów grających w zespole późnych dwudziestolatków, którzy wciąż żyją beztrosko i liczą na przygody, choć na niektóre sprawy nie są w stanie patrzeć już w ten sam sposób, co kilka lat wcześniej. I tak też mniej więcej wygląda to muzycznie. Poważnie i niepoważnie, naturalnie i wiarygodnie, z grubsza po staremu, ale nie w stu procentach. Na ubiegłorocznym krążku kalifornijskiej kapeli nie usłyszymy już zdzierania gardła a la „Leather Jacket” ani nawet kawałków tak pękających w szwach od tęsknoty jak „Beach Community”, ale silne emocjonalne przejęcie, pop punkowa zadziorność i kompozycyjna sprawność po raz kolejny mają się tu znakomicie. Jeżeli kupujemy taką estetykę, podzielamy tego rodzaju wrażliwość i czujemy głęboką wewnętrzną potrzebę śpiewania dokładnie takich refrenów, nie istnieje powód, aby przy dźwiękach „Cody” nie poczuć się co najmniej dobrze.  


wtorek, 31 stycznia 2017

Podsumowanie 2016: piosenki 10-1
















10. Aloha - Ocean Street
















O nastroju obejmującym w swe władanie całe „Ocean Street” decyduje nurtujący motyw nucony najpierw we wstępie utworu, a następnie regularnie aż do jego końca powracający już w postaci repetycyjnej zagrywki. Wraz z liniami wokalu Cavallario, basem Genglera i perkusjonaliami Parksa tworzy on kolejny klimatyczny, jakby żywcem wycięty ze ślicznego obrazka moment w kolekcji indie popowych konstruktorów z Ohio. 


9. Thao & The Get Down Stay Down – The Evening
















Thao Nguyen używa w “The Evening” triku teoretycznie średnio robiącego wrażenie, ale za to iście zabójczego w praktyce. Utwór składa się z trzech niemal identycznych części, w których ten sam kluczowy fragment zostaje za każdym razem coraz efektywniej zaakcentowany. Pierwsze I brought my baby to bed, pojawia się na wysokości 0:36 i zaśpiewane jest dość spokojnie, w sposób zupełnie nie budzący podejrzeń. Drugie, wchodzi prawie dokładnie minutę później, niosąc ze sobą już nieco większą żywiołowość. Trzecie, poprzedzone przez euforyczny motyw klawiszowy okazuje się natomiast totalną, rozsadzającą od środka eksplozją muzycznej radości. Oczywiście nie tylko ten fantastyczny hook jawi się w kompozycji Thao & The Get Down Stay Down momentem wartym uwagi. Pod względem melodyjności i rytmiki jest tu bowiem ultrakolorowo od pierwszej do ostatniej sekundy.


8. Weezer – L.A Girlz

„L.A Girlz” to jak na weezerowe standardy kawałek wysokiej klasy, cieszący ucho na całej linii. Miłe są w nim zwrotki i równie przyjemny refren. Przechodząc do sedna warto byłoby jednak podkreślić, że tym, co udało się Riversowi i spółce w czwartym singlu z białego „Weezera” przede wszystkim jest umiejętne zagranie ckliwością w spektakularnym mostku. Does anybody love anybody as much as I love you, baby? razy cztery, wypowiadane najpierw cicho i niepewnie, następnie głośno i emocjonalnie i po chwili znów bardzo subtelnie, mnie osobiście za każdym razem wprawia w mały dreszcz.


7. Eggstone – Like So

„Like So” autorstwa powracających po kilkunastu latach weteranów szwedzkiego indie popu to piosenka przedziwna. Stylistycznie i kompozycyjnie nie ma w niej co prawda niczego ekscentrycznego, ale fakt, że tak brzmiący kawałek ukazał się w 2016 roku może wprawiać w zdumienie. Uwierzyłbym zarówno w połowę lat 90. – boom na brit-pop i gitarową muzykę, jak i późne lata 80., kiedy to bardzo dobrze trzymał się wydawany w niezależnych wytwórniach jangle pop inspirowany The Smiths, a nawet początek „oughties”, gdy swój moment mieli jeszcze zwiewni The Lucksmiths. Tymczasem tutaj ktoś próbuje nam wmówić, że słuchamy kompozycji współczesnej, a nawet tegorocznej. Abstrahując już od zaskoczeń i niedowierzań, czas w końcu z siebie wydusić, że nowy singiel Eggstone to utwór zdumiewająco udany, każdą melodią i linijką tekstu wyrażający apetyt na życie i ogrom romantycznej beztroski. Trudno powiedzieć, co tu rozbraja najbardziej? Czy jest to genialny w swej prostocie refren: This summer is awesomer than all summers before, wszystkie te bezsłowne ooooo i aaaaaa melizmaty, zaskakujące przełamanie na wysokości 2:21, czy może cała wszechogarniająca inspirującym nastrojem pierwsza zwrotka? Nieważne. Liczy się przede wszystkim nieskazitelna uroda tych dwustu dziesięciu iście magicznych sekund, po raz kolejny przekreślających teorię o tym, że fenomen muzyki opartej z grubsza o śpiewanie i granie na gitarze może się kiedykolwiek skończyć.


6. Angel Olsen – Shut Up Kiss Me
















“Intern” i “Shut Up Kiss Me” – dwa pierwsze single z “My Woman” miały zwiastować spektakularną metamorfozę stylu muzycznego Angel Olsen. Spodziewano się, że wokalistka i kompozytorka odłoży na bok estetykę indie folk/rock, country/americana czy singer/songwriter na rzecz trochę bardziej otwartego popu, co oprócz samej piosenki sugerował także nakręcony do niej efektowny teledysk. Do rewolucji ostatecznie nie doszło i choć coś tam się oczywiście pozmieniało, to znając dziś zawartość całego albumu sytuację można chyba podsumować klasycznym „z dużej chmury mały deszcz”.

Co więcej, ten stan rzeczy powinniśmy właściwie przewidzieć już w momencie ukazania się „Shut Up Kiss Me”. Zarówno w samym utworze, jak i w klipie 29-latka z Chicago dwoi się i troi, rzuca wybornymi hookami, przybiera miny, skupia na sobie uwagę, przyciąga muzycznie i wizualnie, pokazuje coś, czego jeszcze u niej nie widzieliśmy i nie słyszeliśmy. ALE. Czy choć przez chwilę brzmi to lub wygląda na pełną, definitywną przemianę? Coś na poważnie i na zawsze? Olsen co prawda sympatycznie symuluje, trochę się bawi i zmienia skórę, ale wszystko ma pod kontrolą, nie stara się nikogo na serio nabrać i podobnie jak w teledysku widzimy u niej jedynie srebrną perukę, tak muzycznie gdzieś tam pod spodem słyszymy przecież i ślady country’owej maniery i pozostałości indie rockowego brzmienia.

Nie zmienia to faktu, że przez te trzy i pół minuty Angel Olsen pozostaje olśniewająca. Stylistycznie świeższa, kompozycyjnie mocna, muzycznie jak nigdy efektywna. Mniej staroświecka, bardziej dzisiejsza, na kilka chwil z folkowego kopciuszka stająca się popową gwiazdą udowadnia, czy raczej przypomina, że artystka może posiadać nie tylko jedną prawdziwą twarz.    


5. The Goon Sax – Sweaty Hands
















Najistotniejsze walory swojej muzyki The Goon Sax wydają się jak dotąd wyciskać w niektórych piosenkach jakby mimochodem, gdzieś tam na boku przy okazji. „Sweaty Hands” brzmi na przykład w dużej mierze jak kawałek do bólu statyczny, drewniany, zblazowany i w ogóle nie do życia. Syn Roberta Forstera nawet nie stara się bardzo udawać, że coś konkretnego w nim gra i śpiewa, jego pucułowaty kolega pyrga sobie na basie jakieś akordy, a ich koleżanka ze szkoły bez szału wybija rytm. Tekstowo też nieszczególnie, właściwie dukanie historyjki wymyślonej na kolanie. A jednak te melodie w pewnym momencie, zaraz po thinking bout your eyes zaczynają powoli ożywiać utwór i sprawiać, że widzę go już, słyszę i czuję inaczej. Po niepozostawiającym wątpliwości refrenie linia basu jawi się już jako doskonała, deklamacja Louisa taka jak trzeba, a linijki kompletnie zrozumiałe, dość dobrze wyrażające to, co mają wyrazić. Warto jeszcze zatrzymać się przy tym na krótko wspomnianym refrenie, lakonicznym, jednozdaniowym, ale właściwym i wystarczającym, po swojemu perfekcyjnym. Może nie jest to póki co The Go-Betweens, ale w ramach gitarowego grania dla smutnych introwertyków próżno mi było szukać w ubiegłym roku czegoś celniejszego.  


4. PUP – DVP

W tej pozornie błahej piosence o niemożności dogadania się z siostrą dziewczyny, piciu za dużo i jeżdżeniu za szybko PUP w znakomity sposób wyrazili kilka uniwersalnych ludzkich bolączek. Uczucie, gdy jest tak źle, że niby nie chcesz umrzeć, ale jednocześnie nie chce ci się żyć. Uciekanie z problemami w rozwiązania kończące się jeszcze większą autodestrukcją, czy też po prostu odczuwanie kompletnego walenia się wszystkiego na głowę. Jeśli Johnny Rotten z jakiegoś powodu utożsamiał się kiedyś z hasłem no future, to Stefan Babcock, być może z nieco innego, stwierdza, że dla niego future’s looking bleak. Nie ulega więc dla mnie wątpliwości, że całą tą I don’t give a shit postawą, szalonym tempem, sfrustrowanym wrzeszczeniem i maniakalną energią, byciem fucked up over you oraz so messed up Kanadyjczycy ustalili najbardziej emocjonującą formę punkowego wymiatacza roku 2016.


3. Parquet Courts – Berlin Got Blurry
















„Berlin Got Blurry” satysfakcjonuje na dwóch często niedających się pogodzić frontach, intelektualnie i emocjonalnie, pod względem rozumienia i czucia. Zachwyca lirycznym mistrzostwem monologu Andrew Savage’a, ale też niesie naturalną muzyczną radość, którą instynktownie oddychamy poprzez ten kawałek pełną piersią. Linijki prostego refrenu (zamiennie): Well Berlin got blurry, And my heart started hurting for you/When my eyes starting telling it to/ As my thoughts all hurried to you, mieszcząc maksimum znaczenia w niewielkiej treści, ukazują na czym naprawdę polega esencja poetyckości. Europejska stolica rozmywa się, gdy w oczach myślącego o obiekcie swoich uczuć Savage’a pojawiają się łzy. Nieważne jest, że on widzi miasto w ten sposób, a to, (słowo klucz - perspektywa) że ono staje się takie, bo on je takim w tej chwili widzi. Wewnętrzne oddaje przez pryzmat zewnętrznego, w swoim doświadczeniu łączy wielkomiejską przestrzeń ze stanem emocjonalnym. A refren to przecież tylko wierzchołek góry lodowej całego tekstu. Jeśli zaś chodzi o wrażenia słuchowe, to mamy tutaj ten charyzmatyczny riff, którego można słuchać do obłędu, rozkoszny luz śpiewanych/mówionych przez wokalistę Parquet Courts zwrotek i ogólna przebojowość jakże niewymuszona, lekka, udzielająca się. Najlepsza trzyipółminutowa wycieczka po Berlinie bez wychodzenia z domu.


2. Modern Baseball – Apple Cider, I Don’t Mind
















Cydrowy toast za uczenie się na błędach i wyciąganie wniosków nawet z najboleśniejszych sytuacji. Dźwiękowo, Modern Baseball idzie w Joyce Manor, czyli równe dwie minuty pełne nowo-punkowej treści i konsystencji, przejęcia i refleksji. Wiosną niczego innego nie słuchałem bardziej.     


1. Joyce Manor – Last You Heard Of Me
















Czar „Last You Heard Of Me” polega w sporym stopniu na zagraniach sprytnie zapewniających słuchaczowi poczucie motoryczności kawałka. Wrażeniu, że muzyka idzie do przodu równolegle z opowiadaną historią. Przebieg nie jest wcale skomplikowany. Kilka inicjujących uderzeń, chwytliwa gitarowa zagrywka i wokal, miejsce akcji: klub karaoke, Barry zamawia piosenkę oraz kolejne piwo. Kiedy wychodzi na zewnątrz, wkracza perkusja. Następnie refren z przebojowym przełamaniem plus opis otoczenia, no i pojawia się Ona. Stąd już tylko czysty sytuacjonizm, dziewczyna sięga po zapałki i na sekundę ich oczy spotykają się. Nasycenie emocjami jednego banalnego momentu, kończące się dreszczem przy for the second our eyes meet. W tym właśnie jednym MOMENCIE on widzi wszystko i wszystko podlega intensyfikacji wyciszonej ostatecznie zawiedzionym wypowiedzeniem tytułowych słów numeru. Opowieść dobiega końca zanim ma okazję się zacząć, tak boleśnie i tak prawdziwie. Ta krótka chwila urasta jednak u Joyce Manor do rangi wyjątkowego zdarzenia, a samo „Last You Heard Of Me” do miana najlepszego utworu w moim podsumowaniu.