Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 listopada 2018

10 polskich (odcinek 5)




















Starania Rafała Konopki o to, by słuchacze rodzimej sceny alternatywnej nie zapomnieli o jego Ocean of Noise od kilku lat przybierają różne muzyczne kształty. W „Zwidzie” koncepcja ambitnego popu realizuje się już wyraźnie inaczej niż na przykład w singlowym „Want To Dance” sprzed dwóch lat, tak pomysłowym pod względem pojawiających się hooków. Tu odmienna jest zarówno struktura utworu, jak i cały jego nastrój. O ile w zapowiedzi „Still In a Dream” Konopka i Magdalena Noweta swobodnie bawili się wieloma melodiami, tak „Zwid” zbudowany jest głównie wokół stabilnej, choć całkiem barwnej klawiszowej linii. Muzycznie kawałek wpada w rejony „poważnego” synthpopu, do którego mglisty charakter tekstu śpiewanego przez Petera J. Bircha pasuje jak ulał. „Zwid” pozostaje przy tym stosunkowo gładki i radiowy. Podążając inną drogą Ocean of Noise dociera do tego samego, co wcześniej celu - eleganckiej i kunsztownej, acz nietrudnej dla ucha kilkuminutowej piosenki.            


„Drift” oraz udostępnione wraz z nim „Mermaids” zastają grupę Free Games For May w zupełnie innym miejscu niż jeszcze na debiutanckim singlu „Eight And A Half Woman”. Po ewidentnych sygnałach sympatii względem twee i jangle popu nie ma tym razem ani śladu, na całej linii słyszalna jest natomiast fascynacja czystym dream popem. I choć urok oraz lekkość pierwszej piosenki gdańszczan mogły przysporzyć takiemu kie-runkowi pewne grono zwolenników, to szybka przemiana, jakiej owocem są dwie kompozycje z czerwca wydaje się równie przekonująca. Nie sposób odmówić „Drift” głębi czy sugestywności. Pod nimi kryje się zresztą zwyczajnie ujmująco zaśpiewana i skonstruowana z ładnych melodii pięciominutowa ballada. Niezależnie od tego, co lubimy i jak szufladkujemy, tego rodzaju pokłady wrażliwości zawsze pozostają w cenie.



Pierwsza część „Fool” zapewnia nam około dwie minuty kapitalnych gitarowych melodii, nie-upadających daleko od tych, jakimi posługiwały się w drugiej połowie lat 90. zespoły grające indie emo, post-rock spod znaku The Sea And Cake lub indie rocka a la Built To Spill. Po upłynięciu drugiej minuty wszystko zaczyna się jednak powoli rozjeżdżać. Wokal „strzela focha”, z butami wkracza sekcja rytmiczna, a na dokładkę wpraszają się jeszcze rozchwiane dęciaki. Choć trzon utworu nie ulega zmianie, z każdą chwilą podlega on małej dekonstrukcji. Drugi singiel z „Night-Night” traci wówczas na intymnej romantyczności, ale zyskuje na swojego rodzaju nonszalancji. Staje się być może mniej ładny, acz kosztem tego nieco ciekawszy.     



Jak wiadomo najlepszy house to głęboki house, a SoundQ to artysta, który na tym podgatunku połamał zęby. „Submersed” niemalże tradycyjnie wymierza sprawiedliwość klarownością bitu i intensywnością brzmienia, które czynią z niego materiał na dość zgrabny deep house’owy singiel. Dzieje się tak tym bardziej, że utworu nie można posądzić o jednostajność, a jego dynamiczna struktura (instrumentalny synthpop?) przyjmuje kształt tego, co w bezwokalnej muzyce elektro-nicznej najbliższe jest pojęciu przebojowości.  



„Wyspa Niemożliwości” to dla ostatniej płyty 3moonboys prawdziwa wisienka na torcie. Utwór krótki, na swój sposób niepozorny, odstający od reszty, ale zdecydowanie najbardziej intrygujący. Czasem nie trzeba wiele - dwie i pół minuty, kobiecy wokal, skromna melodia i automatyczny rytm perkusyjny. Tym, co w „Wyspie…” bierze znienacka jest jednak rodzące się na styku wszystkich tych składników poczucie ulotności, może tęsknoty? Trochę wynikające z walorów muzycznych, trochę z tekstowych, ale bez wątpienia wprawiające słuchającego w jakąś autentyczną zadumę, czyniące z tej kompozycji dużo więcej niż tylko kolejny albumowy closer.     



Nienajgorsza piosenka, fajne synthy i anglo-języczny wokal, niewyróżniający się niestety zbytnio na tle wielu innych zespołów z polskiego podziemia bandcampowego. Tak w jednym zdaniu można właściwie streścić „Sometimes”, utwór numer 3 z EP’ki „Tracks” wrocławskiej grupy Violet Train. Kompozycję, która przynosi odczucia raczej pozytywne, zwłaszcza tam, gdzie pojawiają się klawiszowe i gitarowe mostki, ale co do której trudno nie odnieść wrażenia, że czegoś jeszcze brakuje.



Obecność szkockiego singer-songwritera w cyklu zatytułowanym “10 polskich” może się teo-retycznie wydawać nieco zagadkowa. Jeśli jednak kojarzymy działalność Neila Miltona i wytwórni Too Many Fireworks z ostatnich kilku lat, wątpliwości co do ulokowania tego artysty na naszej krajowej scenie nie powinny mieć miejsca. „Singing As You Leave” rozpoczynające tak samo zatytułowaną EP’kę to całkiem przebojowy college rockowy kawałek (traktujący o Brexicie), jakby skrojony pod poranną radiową playlistę. Piosenka z jednej strony lekka, śpiewana delikatnie, z drugiej zaś energetycznie gitarowa, brzmiąca niczym skrzyżowanie wczesnego Snow Patrol z Dinosaur Jr.     



Tytułowe, trwające ponad 9 minut, nagranie z albumu Bartosza Kruczyńskiego podpisanego tym razem jako Pejzaż to słuchowisko barwne i zajmujące. „Ostatni Dzień Lata” imponuje pod względem bogactwa wątków, tekstur, trafnie dobranych i dopasowanych części układanki. Słyszymy tu wszystko, co tak zatytułowana kompozycja powinna w sobie mieć. Melancholię związaną ze zbliżającym się końcem najcie-plejszej pory roku, będącym zresztą popularnym symbolem rozstania, ale też okraszoną śpiewem ptaków radość, świadczącą o tym, że dopóki się ten wyjątkowy moment nie skończył, to przecież wciąż wypada się nim cieszyć. Taki stan rzeczy potwierdzają również jakby zupełnie kontrastujące wokalne sample: Fala zalewa ląd głuchy i niemy, Barwy wietrzeją, a wszystko dlatego, Że się rozstajemy… z „Jednego Rozstania” Liliany Urbańskiej oraz Halo, dzień dobry, to ja. Co zrobimy z tak pięknie rozpoczętą miłością? z „Paru Pytań” Andrzeja Dąbrowskiego. Krańcowość miesza się tu z trwaniem, pogodna romantyczność z niepewnością, a klasyka polskiej piosenki ze szkołą samplingu The Avalanches. Trudno szukać w tym roku pośród rodzimej muzyki równie zjawiskowej konstrukcji. 



„Arfineq-Aaappaat” to przejmująca niepokojem muzyczna bryła lodu. Utwór, w którym partia fortepianu rozgrywana jest na tle narastającego drone’owego trzeszczenia. Wiedząc, że za projekt Nanook Of The North obok Piotra Kalińskiego (Hatti Vatti) odpowiada również Stefan Wesołowski, takich dźwięków właściwie mogliśmy się spodziewać. Nie po raz pierwszy bowiem twórca „Rite Of The End” udowadnia, że w oddawaniu poczucia ogromu, chłodu i grozy posiada umiejętności nieprzeciętne.



Nie było chyba jak dotąd piosenki The Spouds, której refren tak mocno chodziłby po głowie. Choć dla wielu za taki numer uchodził zapewne „Night” z poprzedniej płyty, to w moim przypadku dopiero kapitalnemu I just need to see you here… ta sztuka udała się w wyższym stopniu. Poza tym „Świętokrzyska” to porządnie emocjonalny łamacz serca. Wciągający i angażujący na tej płaszczyźnie od pierwszej linijki i melodii, a szczytujący właśnie przy newralgicznym refrenie. Uczuciowe rozterki w indie rockowej estetyce, przy gitarach zawodzących niczym Modest Mouse czy SDRE, dawno nie brzmiały tak dobrze. 

10 polskich odc 4
10 polskich odc 3 
10 polskich odc 2 
10 polskich odc 1

czwartek, 2 sierpnia 2018

The Clientele - Lost Weekend EP (2002)











7

Marzec 2002 roku przyniósł pierwszą od pewnego czasu większą dawkę premierowej muzyki od The Clientele. Choć „większa” oznaczała w tym przypadku jedynie 20 minut, to jak na kapelę wydająca głównie single, mającą na koncie jedną EP’kę oraz kompilację, i tak był to już nieco pewniejszy krok. Pięć nagrań zawartych na „Lost Weekend” EP wydano w hiszpańskiej Acuarela Records i zarazem za sprawą brytyjskiego Eearworm.

Obsesyjne inspiracje Alasdaira MacLeana powracają w tych kilku utworach niczym starzy dobrzy znajomi. Tak długo, jak wokalista grupy wydaje się autentycznie urzeczony wrażeniami z kolejnego spaceru czy samochodowej przejażdżki, piątkowej nocy albo niedzielnego poranka, ma to przełożenie również na artystyczny skutek. Lider The Clientele na każdym kroku zawzięcie przypomina, że wyjątkowość nie jest cechą rzeczy samych w sobie, a raczej wynikiem tego, jak na nie patrzymy. 

Na „Lost Weekend” MacLean szczególnie upodobał sobie ideę odrealnienia. W pięknym, pełnym elegancji rozpoczęciu „North School Drive” objawia się ona podczas spoglądania przez szybę na oddalające się miejsca, gdzie reflektory aut na drodze są tylko mirażem, a pola rozciągają się w nieskończenie pustą noc. Ta kompozycja jawi się najkrótszym (2:24) piosenkowym fragmentem na płycie, ale jednocześnie najbliższym ideału. Fantastycznie wypada tu oparcie utworu na dźwiękach fortepianu oraz wokalne melodie tych zaledwie ośmiu jakże satysfakcjonujących linijek, spośród których zwłaszcza ostatnia, Deliver me to bars and crowds and lights, sprawia, że robi się na sercu miło. W praktycznie definiującym styl The Clientele „Emptily Through Holloway” kluczowe słowo unreal pada kilkukrotnie, a i doznania artykułowane przez Alasdaira wskazują na poczucie odczuwanej nieralności tego, co się dzieje: Friday night to Sunday morning I go on, I don’t know if I am really here at all. Następujące po nim „Kelvin Parade” jawi się jeszcze jednym urokliwie melodyjnym nagraniem, które pod żadnym względem nie odstawałoby od piosenek z „Suburban Light” oraz jej kilku następców.

Pozostałą dwójkę należałoby natomiast podsumować oddzielnie. „Boring Postcard” to krótki przerywnik pomiędzy pierwszymi dwoma opisanymi przeze mnie kompozycjami, zrealizowany na zasadzie field recording, w którym zarejestrowano prawdopodobnie dźwięki przejeżdżającego pociągu oraz urywkowych, niewyraźnych rozmów. Kończący EP’kę „Last Orders” jest zaś najdłuższym na niej (6:35), całkowicie instrumentalnym utworem, w którym główną rolę odgrywa słyszany już w „North School Drive” fortepian.

Wydane pierwszego dnia wiosny „Lost Weekend” stanowi jeszcze jedną udaną wycieczkę do świata klimatycznych, poetyckich obrazków i subtelnych, niezobowiązujących dźwięków. To wycieczka, co prawda krótka, ale gęsta oraz dość sycąca pod względem treści. Jeżeli płytę długogrającą możemy porównać do całego tygodnia, EP’ka ta będzie odpowiednikiem fajnego, lekko abstrakcyjnego, acz doznaniowego weekendu.  

piątek, 20 kwietnia 2018

The Relict / The Clientele - Held In Glass/ (I Can't Seem) To Make You Mine (2001)













7


Mając już na koncie pierwszą większą płytę, czyli kompilację „Suburban Light”, The Clientele w kolejnych miesiącach ponownie ograniczyli się wyłącznie do udziału w kilku bardziej kameralnych wydawnictwach. Tym razem przyszedł czas na splity, a więc single współdzielone z zespołami pokrewnymi stylistycznie. W latach 2001-2002 ukazały się kolejno: „Held in Glass / (I Can't Seem) To Make You Mine” z The Relict, “Grace/Porcelain” z grupą The Saturday People oraz “Six Foot Drop / We Could Walk Together”, gdzie obok zespołu Alasdaira MacLeana podpisała się kapela Clock Strikes Thirteen.

Fakt, iż muzyka pierwszej z wymienionych formacji pasowała do twórczości londyńskiego tria, jak ulał, nie mógł dziwić. Za projekt The Relict odpowiadał stary kompan Alasdaira, Innes Phillips, który podobnie jak i perkusista, Dan Evans, był członkiem The Clientele w pierwszych latach istnienia zespołu. Udzielały się w nim znane na niezależnej scenie postacie: Lupe Núñez-Fernández (Pipas), Pam Berry (Black Tambourine) czy Gavin Baker (Glider). Co jednak najważniejsze, swoje trzy grosze wtrącali tam także MacLean, Keen oraz Hornsey we własnej osobie.

Choć liderami obydwu projektów byli Phillips i MacLean, w każdym z utworów zawartych na wspólnym splicie pierwsze wokalne skrzypce grają kobiety. Najpierw w czarownym „Held In Glass” Abigail Marvell na tle bardzo Clientele’owskich melodii, ale i basu przypominającego nieco o The Field Mice, zaprasza na ulotny spacer pustymi ulicami. Następnie Pam Berry przy równie subtelnym i arcyromantycznym aranżu „(I Can’t Seem To) Make You Mine” śpiewa o niemożności uczynienia kogoś tym swoim. W obydwu przypadkach panowie w pewnym momencie podłączają się do koleżanek. Innes, człowiek o głosie niemal bliźniaczym do MacLeana, miękko artykułuje dwie linijki krótkiej drugiej zwrotki piosenki The Relict. Alasdair natomiast, ujawnia się wokalnie wraz ze startem refrenu, tworząc z solistką Black Tambourine damsko-męski duet. Ta wersja, choć chronologicznie pierwsza, jest aktualnie dużo mniej znana od wykonania zawartego na albumie „Strange Geommetry” z 2005 r., gdzie utwór wykonuje już sam Alasdair MacClean. W obydwu nie zmienia się jedna rzecz. Tak samo ważne i sugestywne pozostają ostatnie, oddające ogrom odpowiedniej dla The Clientele muzycznej wrażliwości linijki: So I lingered with the people, In the silent August glade, But the rain has brought the night, And the night has brought the rain.

środa, 30 września 2015

Martin Phillipps & The Chills - Surrounded (1996)











7

Wokalnie jest tu właściwie tylko jedna melodia, a Martin śpiewa ją przez kilka minut, zmieniając wyłącznie słowa. Surrounded..., forgotten... , abandoned..., diserted... Hook okazuje się jednakże niemal całkowicie wystarczający, by wraz z pomniejszymi, przygrywanymi przez muzyka na gitarze melodyjkami szczerze przekonywać do trzeciego singla z „Sunburnt”. Znamienne dla piosenek Phillippsa subtelność, mieszanka słodyczy z goryczą i popowa harmonijność punktują raz jeszcze.


środa, 23 września 2015

Hoszpital - Weszoło (2015)











7

Najistotniejszą cechą utworów na „Weszoło” jest ich potencjał do implikowania w słuchaczu poczucia więzi. Dzięki temu debiut zespołu Hoszpital nie musi być do bólu równy ani też najoryginalniejszy. Wystarczy, by poszczególne fragmenty ciepło uzależniały i domagały się kolejnych spotkań.

Wartość pierwszej płyty Poznaniaków budują nie tylko wybrane kawałki, ale także ich pojedyncze momenty. Nie bezpodstawnie pisze się o podobieństwach muzyki reprezentantów Thin Man Records do twórczości pochodzących z tego samego miasta Much, słyszalnych na przykład za sprawą wokalu Michała Bielawskiego czy też bliskiej Michałowi Wiraszce wrażliwości lirycznej lidera kapeli. Jest jednak coś jeszcze. Hoszpital wykazują porównywalną umiejętność wyczarowywania w kompozycjach „magicznych miejsc”. Nawet jeśli „Zapach Wrzątku” z „Terroromansu” był numerem w całości doskonałym, to czekało się w nim głównie na wparowującą z nienacka, ujmującą melodię, zasiloną po chwili słowami: Zatańczymy jak owady, w zakurzonej żarówce, Najlepiej na obcasach, i po dużej wódce. W otwierającym „Weszoło” „Abcdf” na wysokości 00:59 mamy natomiast separujący się od wcześniejszych dźwięków, rozkoszny melodycznie temat, poparty kojącym zapewnieniem: Już mi dobrze, już mi lepiej, nie martw się, nie ma co.

We wszystkich piosenkach grupa waży nam w różnych proporcjach smutek, melancholię, ciepło i poetycką ckliwość. Pomimo chętnie eksponowanych, nowofalowych inklinacji nie posunąłbym się do nazwania tego materiału chłodnym. Całkiem krzepiąco prezentuje się lekko introwertyczny, wsparty fortepianem Joanny Bielawskiej „Głód”. Grzeją na swój sposób utkane intrygującymi melodiami  „Anuluj” oraz jesienno-oniryczne „Biegnę”. Z kolei w takich „Owadach” naznaczonych nawracającymi co kilkanaście sekund, elektryzującymi partiami gitar mamy sekcje niepokojąco dramatyczne, akcentowane głosem wokalisty: Spróbuj trawy jest taka gorzka, gdy za ręce się nie trzymamy, to znaczy za odnóża, ale i wstawki obłędnie romantycznie: Zarezerwuję słońce, zarezerwuję deszcz... Cała historia nosi w sobie pewną tajemniczość i frapującą niejasność. Nie do końca wiadomo, czy podmiot liryczny wspomina czasy minione, czy jednak opisuje coś nadal aktualnego? Raz używany czas przeszły (Smutkiem całowałem okrutnie, dygotałaś gdy trzymałem cię w ramionach), a raz przyszły (Będziemy deltoidem niebiesko fruwać) nie pomagają. I bardzo dobrze.

Nie ulega wątpliwości, że „Weszoło” jawi się dobrą płytą, nagraną przez zdolnych, wrażliwych ludzi. Całkiem mi pasuje słuchanie tego sympatycznego debiutu w okresie wczesnej jesieni. Parafrazując ostatni utwór z albumu, wrzesień i październik to dobry moment na Hoszpital. 

*

The most important attribute of the songs on "Weszoło" is their potential to implicate a sense of bonding in a listener. Thanks to this, Hoszpital’s debut doesn’t have to be totally balanced or the most original. It’s enough, if some of its parts are warmly addicting and demanding for further meetings.

sobota, 29 sierpnia 2015

The Chills - Double Summer (1992)












7

Po serii mniej przyjemnych tematów podjętych na „Submarine Bells” Martin Phillipps pierwszym singlem do kolejnej płyty The Chills uczynił piosenkę niezwykle lekką, traktującą o czerpaniu radości z lata. Tytuł „Double Summer” oznacza tu dzielenie się nim z drugą osobą, a więc nie lato samotne – pojedyńcze, lecz właśnie podwójne. To by było chyba na tyle jeśli chodzi o liryczne triki, ponieważ w warstwie tekstowej kawałek promujący krążek „Soft Bomb” uderza czysto bezpośrednią adoracją ciepłych dni i spełnionej miłosnej relacji: Live never tires of great surprises, Love may have touched us here, And summers in the air, Everywhere. Muzycznie to zaś ni mniej, ni więcej, kolejny pełen kwitnących melodii utwór uzupełniający ich kolekcję rajskich popowych hitów. 

środa, 26 sierpnia 2015

The Chills - Part Past Part Fiction (1990)











7

Martin Phillipps w recepcie na wszechogarniającą samotność przepisuje sobie po części nostalgiczne spoglądanie w przeszłość, a częściowo zanurzenie w fikcji. „Part Past Part Fiction” dokumentuje zderzenie człowieka z przymusem zbyt długiego przebywania daleko od rodzinnych stron i najbliższej osoby. Bezsilny żal w głosie lidera The Chills słychać zwłaszcza podczas wypowiadania pierwszych linijek drugiej zwrotki: I really didn’t choose to leave you, To tear myself away so long. Mimo wszystko, drugi singiel z „Submarine Bells” pozostaje jednym z tych nieoczywistych popowych utworów, w których opowiadanie o poważnych sprawach w tekście nie musi przekładać  się drastycznie na nastrój samej muzyki. Jest tu zarówno refleksyjnie jak i rozrywkowo. Phillipps z zespołem nie zapominają o opakowaniu swojego dzieła w płynny piosenkowy rytm kompozycji, ciekawą progresję akordów (początek), wpadający w ucho refren i klasyczny solówkowy mostek. 

wtorek, 31 marca 2015

Trupa Trupa - Headache (2015)












7

Muzyka oczyszcza. Da się to poczuć naprawdę wyraźnie w momencie, kiedy choć na jakiś czas człowiek pozwoli się opanować przez destrukcyjne dziedziny życia. Czego byśmy nie słuchali, nawet jeśli miałyby to być niezwykle mroczne gatunki – depresyjny post-punk, destrukcyjny metal, albo pesymistyczna odmiana psychodelii, wszystkie one potrafią okazać się paradoksalnie pozytywnymi siłami, „dobrem” mającym na psychikę zbawienny wpływ. Nawet „zła” muzyka jest w gruncie rzeczy sztuką przynoszącą ukojenie. Sięgając po „One Hundred Years”, „Nice & Blue” czy „I Hate” nigdy nie miałem potrzeby zrobienia sobie krzywdy. Wyrzucenie negatywnych emocji często staje się dla muzyka elementem terapii, dla słuchacza zaś równie dobrą metodą na wyżycie się. 

Dekadencja to słowo, którego w stosunku do twórczości zespołu Trupa Trupa użyłem wcześniej już co najmniej raz, przychodzące na myśl ilekroć zdarza mi się słuchać utworów tej grupy. Co ciekawe, dekadencja to podobno odmiana hedonizmu. I faktycznie, tu wydaje mi się takie stwierdzenie posiadać ogromny sens. Od samego początku w ocierającym się o wokalny fałsz zawodzeniu Grzegorza Kwiatkowskiego i towarzyszącej mu teatralnej intensywności kawałka „Snow” czuję przyjemny dreszczyk. To uczucie, że za chwilę wszystko runie, zostanie zdruzgotane i zniszczone. Nie fakt, że tak się stanie, ale samo pięknie uchwycone tu napięcie związane z oczekiwaniem. „Let it snow, oh I will disappear, I’ve got nothing to hide”. Czyż słowa te nie wyrażają silnej chęci wspomnianego na wstępie oczyszczenia? Nawet jeśli miałoby ono nastąpić w białej jak śnieg nicości.   

Powtórzę się teraz z bezczelną premedytacją, ale kapeli z trójmiasta znów udało się nagrać kawałki pełne niesamowitej, zbawiennej dekadencji. Objawia się ona pod postacią różnych nastrojów. Mnóstwo w kompozycjach z „Headache” nieskrępowanej żywiołowości, ale i spokoju połączonego z... niepokojem. Takie jest przecież „Halleyesonme”, piosenka beznamiętna, opanowana, a mimo to w jakiś sposób straszna. „The Sky Is Falling” to rzecz najczytelniej tekstowo oddająca ducha płyty. Uczucie słuchania refrenu najlepiej wyraża natomiast sam tytuł albumu. Wydzieranie się prowadzące do bólu głowy, ale w tym wydzieraniu się jest metoda i znów stanowi to drogę do emocjonalnego wyzwolenia. Wreszcie, po ochłonięciu, przy „Sacrifice” możemy zauważyć i docenić ciekawsze brzmienie, oraz subtelność melodii. Na chwilę oczywiście, bo trzecia płyta Trupy to co rusz zjeżdżający w dół i szybujący w górę rollercoaster. Po iście upiornym „Getting Older” następuje kołysanka na miarę starego Spiritualized czyli „Give’em All”. Choćby cienia optymizmu nadal na próżno wypatrywać, ale niczego innego nie powinniśmy się spodziewać. 

Ciekawie szuka się na „Headache” następcy zabójczego „I Hate” z poprzedniego krążka. Ciekawie, bo nie można tu raczej dokonać jednoznacznego wyboru. Killerów jest w zasadzie kilka. Możemy za takowy uznać „Snow” albo „The Sky Is Falling”, jak również ukryty pod siódemką hipnotyzująco-oszołamiający „Wasteland”. Powtarzane w kółko „running running running” z zapętlonym motywem klawiszowym i nawracającymi sprzężeniami plus wzbudzające ciarki zdanie: „lepers in square 155” tworzą efekt wirującego cyklonu, w którego środku znajduje się naturalnie słuchacz. Jest w końcu i chaotyczne nagranie tytułowe, agonia rozdzierania na strzępy, harmonia niepohamowanych wrzasków, wypuszczenie najdzikszej bestii. Nieźle wypada także końcowe „Picture Yourself” wędrujące od poukładanej melodyjności do rejonów twórczego noise-rockowego hałasu. Grzegorz Kwiatkowski brzmi tutaj wokalnie trochę jak Japończyk. Może stąd ten tajemniczo chwalebny odbiór płyty w blogosferze kraju kwitnącej wiśni?

Słychać „nowe odczytanie brzmieniowe” jak również pewien progres odnośnie kompozycji i produkcji, zadowolenie członków zespołu wyrażane w wywiadach można więc łatwo zrozumieć. „Headache” to album podobny do „++”, trochę inny, ale jakościowo porównywalny. Wybór pomiędzy jednym a drugim będzie raczej kwestią gustu, w zależności od tego czy zwycięży przyzwyczajenie i sentyment czy efekt nowości. Szalę przeważyć mogą też poszczególni faworyci umiejscowieni tu, czy tam. Po sesji z trzecią płytą Trupy Trupa czuję się syty, wyżyty, mam dość, ale czuję też zadowolenie. Czołowa nazwa młodej polskiej alternatywy potwierdziła swą pierwszoligowość.