Pokazywanie postów oznaczonych etykietą melodic hardcore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą melodic hardcore. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 listopada 2016

1989 w piosenkach - miejsca 40-31

















Oblicze nocnego, wielkomiejskiego krajobrazu nakreślone przez obrazy i dźwięki „The Downtown Lights” pochłania słuchacza swą ogromną elegancją i przenikliwą nastrojowością. Puste ulice są tu dosłownie miejscem, po którym ktoś się w samotności przechadza, ale i prostą miłosną metaforą: In love we're all the same, We're walking down an empty street, And with nobody, call your name. Wytworność spływa na nas od samego początku dzięki iluminacyjnym klawiszom. Całkowitą dojrzałość potwierdza wokal Paula Buchanana oraz kolejne naprzemiennie pojawiające się i zanikające partie keyboardów i syntezatorów. Obecne są: sophisti-popowa wykwintność, wieczorna melancholia i przejmująca sugestywność, proponowane jednak bez ciężarnej patetyczności. W pierwszym utworze promującym „Hats” The Blue Nile osiągają, mówiąc najkrócej, efekt romantyzmu totalnego.



Nawet przy pełnym uznaniu dla Bad Religion trudno się nie zgodzić, że zespół Grega Graffina i Bretta Gurewitza to kapela od trzydziestu lat grająca tę samą piosenkę.* I choć jeszcze mnóstwo czasu po „No Control” ci dziadkowie amerykańskiego punk rocka nadal potrafili przekonująco konstruować bliźniaczo podobne gniewnie rozpędzone i ultra-melodyjne utwory, to „You” pozostaje jednym z najdoskonalszych wariantów wspomnianego stylu. Nie owijając w bawełnę – „You” właściwie równa się Bad Religion. Ścieżki wokalne Grega takie jak tu, nieposkromione partie gitar, galop perkusji i sceptyczny tekst nawiązujący do jakiegoś aspektu wiary chrześcijańskiej składają się na modelowy kształt ich kawałka. W tym przypadku owa formuła jest zresztą wykorzystana przy optymalnej pasji i zacięciu. 

*Piszę to oczywiście w sporym uproszczeniu, mając raczej na myśli większość piosenek, a nie totalny całokształt tego, co zespół nagrał. Przykładem nieco innej kompozycji jest choćby „American Jesus”.



„Veronica” to obok „Everyday I Write The Book” jedyny singiel Elvisa Costello, który zaistniał na listach sprzedaży we wszystkich anglojęzycznych krajach od Irlandii i państw Zjednoczonego Królestwa przez USA i Kanadę po Australię oraz Nową Zelandię. Choć angielski kompozytor miał w swej dyskografii naprawdę wiele nośnych utworów, to jakimś zrządzeniem losu właśnie kompozycji ze „Spike”, napisanej do spółki z Paulem McCartneyem, poszczęściło się najbardziej. Przebojowości kawałka właściwie nie trzeba wyjaśniać. Nie bazuje ona na żadnych skomplikowanych niuansach, a zwyczajnie wypływa z wesołych zwrotek, po czym eksploduje w pełnoprawnie błyskotliwym refrenie: Do you suppose, that waiting hands on eyes, Veronica has gone to hide? Interesujące jest przy tym, że pogodnej muzyce towarzyszy tekst wcale nie należący do najradośniejszych, poświęcony cierpiącej na Alzheimera babci artysty. 



Syntezatorowy hook otwierający „Round And Round” działa niczym nagły wstrząs. Uderzający z nienacka, bez najmniejszego ostrzeżenia, ale wiążący się z pozytywnym doznaniem. Po gwałtownie przebojowym wejściu Bernard Sumner i spółka uspokajają utwór melancholijnymi liniami melodycznymi, ale zarazem kładą silny nacisk na nadanie mu tanecznego oblicza. Dominacja dyskotekowej elektroniki nie przeszkadza, by czysto kompozycyjne walory new orderowskiej piosenki pozostały w pełni dostrzegalne. Popowe zwrotki i refren gładko wtapiają się w intensywny techno-house, owocując wspólnie potencjałem sprawiania przyjemności o wielkiej sile. 



Zespoły nagrywające dla Sarah Records od początku zaciągały u The Wake pewien dług wdzięczności. W czasie, gdy wytwórnia przedstawiała światu swoje pierwsze wydawnictwa Szkoci mieli już na koncie kilka mniejszych i większych płyt ogłoszonych w Factory, których zawartość bezdyskusyjnie wywarła wpływ na grupy pokroju The Field Mice. Dwa lata po tym jak Gerard McInulty i spółka nieświadomie pomogli ukonstytuować styl jednej z najbardziej kultowych niezależnych oficyn muzycznych, sami także stali się jej częścią. „Crush The Flowers” pieczętowało klasę Sary jako „firmy” prezentującej olśniewający gitarowy pop o dość spójnym obliczu. Lekkość, słodycz i niewinność klawiszowej melodii oraz wspólnych wokali Ceasara i Carolyn Allen pasowały tam jak pszczoła do ula. Programowo wręcz urzekająca piosenka stała się kolejną cegiełką dołożoną do historii młodego jeszcze indie z Wysp.


Pomimo, iż w 1989 r. nakładem Sarah Records na singlach ukazały się utwory dla wytwórni tak istotne, jak „Sensitive” The Field Mice, „Crush The Flowers” The Wake czy „You Should All Be Murdered” Another Sunny Day, piosenka mniej znanego dziś zespołu St. Christopher nie wydaje się w tym towarzystwie szczególnie odstawać. „All Of The Tremble” przejawia podobny rodzaj popowej perfekcji, pod delikatną strukturą skrywa młodzieńczą energię, pod aurą niewinności i rozmarzenia autentyczną pasję. Zaledwie dwie i pół minuty wystarczą, aby pomieścić kilka olśniewających momentów. Jednym z nim jest artykułowanie przez Glenna Melię tytułowych słów refrenu: You got me aaaaall of the treeeeemble. Innym, powracające niczym echo: I must try, To catch her, catch her, catch her..., podsumowane dynamiczną salwą. Jeszcze innym, ta chwila, gdy w drugiej zwrotce po If I should fail... kolejne słowa zastępuje krótka, przeurocza zagrywka.  



Słuchanie „Vanity Fair” przy choć odrobinie skupienia prowadzi do wniosku, iż zespół The Ocean Blue wykonał tu kawał szlachetnie popowej roboty. Świadczy o tym ujmująca dbałość o melodie oraz wzorowa harmonia panująca pomiędzy dźwiękami. Jangle’ująca gitara, miękki bas, trącący nostalgią wokal, chórki, klawisze i partie perkusji mają w piosence równy, jak najbardziej sprawiedliwy udział. W singlu z debiutu brytyjsko brzmiących Amerykanów słyszalne jest wszystko z osobna, ale przy tym i wszystko razem składa się na ostateczny, wspólny smak.


Formuła klasycznej piosenki w „Sowing The Seeds Of Love” wyczerpuje się około końca drugiej minuty. Po dwóch politycznie zorientowanych, śpiewanych z niezachwianą pewnością przez Rolanda Orzabala zwrotkach, wynoszącym w niebiosa refrenie Curta Smitha i czymś w rodzaju pierwszego mostku „Nasiona Miłości” zaczynają kiełkować. Do głównych motywów utworu udaje się muzykom powrócić w pełni dopiero po dłuższej chwili, ale to, co dzieje się w międzyczasie nie tylko nie jest zapychaniem dziury, ale ma też definitywny wpływ na klasę całej kompozycji. Główny singiel z trzeciej płyty Tears For Fears jawi się kawałem ambitnego, bogato zaaranżowanego i bezbłędnie zrealizowanego popu. Nie ma sensu opisywać wszystkiego, co dzieje się w nim pomiędzy 2:00 a 4:00, choć warto przynajmniej wspomnieć, że cała ta parada kończy się krótkim highlightem w postaci ociekającej psychodelią partii wokalnej Smitha: Time to eat all your words, Swallow your pride, Open your eyes... . Brytyjski duet dosięga tu niemal ideału w którym progresywność nie zabija przystępności, a wyrafinowanie nie utrudnia trafiania do szerokiej publiki.


Główną atrakcją „Cast A Shadow” jest gitarowy hook na tyle przylepny, by chciało się go chętnie słuchać w formie niezmienionej przez cały czas trwania utworu. Sprzężony jakby w jedność z rytmem perkusji i skonfrontowany następnie z liniami wokalu markotno-romantycznego Calvina Johnsona, śpiewającego swoje specyficzne, acz wyraźnie pachnące twee popową wrażliwością słowa tekstu. W wyniku spotkania tych kilku maksymalnie prostych składowych dostajemy pierwszorzędny indie lo-fi’owy smakołyk, lekki jak puch, lecz wyposażony w wartości odżywcze niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania każdego pochłaniacza zdrowych, melodyjnych piosenek.



Niektórzy twierdzą, że „Head On” to piosenka o wrażeniach po narkotykach. Możliwe jednak, że jest to po prostu utwór o elektryzującym zakochaniu. Wysoce prawdopodobne wydają się zresztą obie te opcje jednocześnie. Jakkolwiek by nie było, sposób wyrażenia euforycznego stanu przez zespół braci Reid z jakiegoś powodu wypada tu mocno przekonująco. Kiedy Jim przy asyście charakternych riffów Williama śpiewa: And the way I feel tonight, I could die and I wouldn't mind albo: I can't stand up I can't cool down, I can't get my head off the ground, to nie tylko sprawia, że wierzymy w prawdziwość tych emocji, ale i z całą siłą oddziałuje na naszą chęć doznania ich. „Coś co sprawia, że chcesz CZUĆ, że chcesz się starać i zdmuchiwać pieprzone gwiazdki z nieba.” Tak tu właśnie jest. 

miejsca 50-41

piątek, 29 kwietnia 2016

2010-2014: punk & emo (piosenki) - miejsca 40-31

















Kawałek o wakacjach, surfowaniu i odkładaniu obowiązków na potem. Na tle parady słonecznych melodii Bomb The Music Industry! usprawiedliwiają skłonność do prokrastynacji w kontekście ostatnich dni lata. „Hurricane Waves” to także jedna z najbardziej popowych piosenek Jeffa Rosenstocka i zarazem jedna z jego najdoskonalszych piosenek w ogóle. Wyciskanie ostatnich soków z formuły zwrotka-refren-mostek. 

Bomb The Music Industry - Why, Oh Why, Oh Why (Oh Oh Oh Oh)  
Jeff Rosenstock - Little Blue Pills



Przy rozłożeniu akcentów i przearanżowaniu kompozycji dałoby się z „Already Gone” wycisnąć „cięższe brzmienie” lub uzyskać efekt klasycznego melodic hc. Atuty tego gitarowego fajerwerku uwypuklone zostały jednak na gruncie stanowiącym połączenie obydwu wspomnianych żywiołów. Są nimi wokalne hooki Anthony’ego Raneriego oraz zgrabnie wycinane riffy, wśród których prym wiedzie oczywiście ten główny, jakże ekstatycznie odpalany we wstępie piosenki. Sednem słuchalności kawałka Bayside jest zatem jego prozaiczna, aczkolwiek doprawdy potężna chwytliwość. Rzecz w piosenkowym biznesie, niezależnie od gatunku, nigdy nie tracąca na wartości. 

Bayside - Sick Sick Sick 
Punchline - 21 Forever



Joyce Manor sprawiają wrażenie pewnego rodzaju utylitarystów. Zespół, który ze swoich piosenek odrzuca wszystko, co zbędne, pozostawiając jedynie to, co najbłyskotliwsze. Niczym dawniej Guided By Voices, kapela z Torrance wydaje się kończyć utwory tam, gdzie istnieje ryzyko, iż mogłaby już wprowadzić coś niedoskonałego. Nieważne, że ich numery nie przekraczają przez to standardowych trzech minut. Kalifornijczycy wychodzą najwyraźniej z założenia, że jeśli pomysły są wystarczająco dobre, to nawet kawałek trwający półtorej minuty będzie w efekcie pełnowartościowy. Hook zagrany dwa razy w „Schley” potwierdza tę ich postawę odrzucania ilości i forsowania jakości w zamian. Niepozorna melodia na 1:07 i 1:39 może uchodzić za jeden z wyborniejszych, stanowiących jakość samą w sobie fragmentów 2014 roku i to nie tylko na scenie punkowej. Jest to bez wątpienia punkt centralny kawałka i jego główna atrakcja, choć przy tym wcale nie jedyny element błyszczący w nim blaskiem najjaśniejszym z jasnych. 

Joyce Manor - Bride Of Usher 
Glocca Morra - Ya'll Boots Hats



Średnio raz na rok trafia się w gitarowym popie piosenka autorstwa zespołu niepozornego i stosunkowo nieznanego na tyle wyśmienita, że chce nam się ją później nucić do obrzydzenia. Przykładami takich hitów były choćby „The Compromise”, „Think  I Wanna Die” czy „Fortune”. W 2012 roku podobnego „sztosa” zafundowali zasłuchani w Superchunku garażowi pop punkowcy ze Swearin. „Here To Hear” posiada wszelkie predyspozycje do stania w jednej linii z kawałkami The Format, Someone Still Loves You Boris Yeltsin i The Marked Men. Ciągłość zarzucanych jeden po drugim gitarowych i wokalnych hooków, dzięki której utwór ani na chwilę nie pauzuje pod względem chwytliwości. Interakcję pomiędzy nimi, czyli coś, dzięki czemu nakładające się na siebie riffy i nośnie śpiewane linijki tekstu brzmią jeszcze lepiej. Po trzecie - brak refrenu wynagrodzony kapitalnym mostkiem: I’ll be there all summeeeer, dealing with everything I’m handed. Jak to często z podobnymi objawieniami bywa, na kolejnej płycie drugi taki już im się nie przytrafił.

Swearin - Movie Star 
Lemuria - Wise People



“Stay Lucky” może być zarówno piosenką o kompozytorskiej blokadzie, jak i o pierwszym spostrzeżeniu, że okres tej najbardziej wyidealizowanej młodości bezpowrotnie minął. Wiele wskazywałoby na opcję drugą i jeśli tak istotnie jest, to trzeba Brianowi przyznać, iż wiele z wniosków wypada rozbrajająco trafnie, a mostek przynosi najprawdziwszy, pokrzepiający morał. Muzycznie, utwór The Gaslight Anthem pozostaje najsympatyczniejszym, najbardziej „braterskim” fragmentem „The American Slang”. Zwłaszcza za sprawą dobrodusznego refrenu, jakże nieodległym od niezrównanych klasyków z „The ’59 Sound”. 

The Gaslight Anthem - The American Slang 
Hot Water Music - Drag My Body



W porażającym openerze „No Devolucion” Thursday brzmią jakby z granych przez każdego członka zespołu partii instrumentalnych wynikało porozumienie niemal instynktowne. Każdy robi swoje, ale pomiędzy efektami pracy muzyków panuje unikalna chemia. Wokal Geoffa rozmywa się, rozpływa i ugina między przesterowanymi gitarami oraz połamaną perkusją, podczas gdy napięcie niebezpiecznie rośnie. Niczym w sławnym „Understanding (In A Car Crash)” zewsząd słychać dążenie do maksymalnej kraksy. 

Thursday - Stay True 
Glassjaw - All Good Junkies Go To Heaven



W żyłach The Flatliners na wysokości 2010 roku płynęła krew niewątpliwie wrząca. Gdyby tak członkom zespołu podczas nagrywania „Bleed” przeprowadzić badania rentgenowskie mogłoby się okazać, że czynnikiem napędzającym kawałek z „Cavalcade” był buzujący pod skórą żywioł. W ponad trzech minutach rozgrzanego do czerwoności wymiatacza ogień wydaje się nie przygasać ani na pół chwili. 

The Flatliners - He Was A Jazzman 
Dead To Me - Undertow



Utwór Eastern Youth to emanacja post-hardcore’owej witalności, parada szorstkich i szybkich, unicestwiających wszystko na swej drodze zagrań. Bezkompromisowość nie oznacza przy tym rezygnacji z pokładów pozytywnej energii i nieprzeciętnego entuzjazmu, jakby żywcem wyciągniętego z czołówek do seriali anime. Gitarowa technika tria z Hokkaido może co prawda przypominać o paru rzeczach, ale w istocie styl Japończyków raczej wyróżnia się na tle konkurentów niż wpasowuje w ich estetykę. Przechodząc do szybkiej konkluzji: „這いつくばったり 空を飛んだり”autorstwa azjatyckich punkowych weteranów jawi się jedną z najwartościowszych alternatyw dla stanowiących większość na tej liście wyczynów anglojęzycznych kolegów po fachu. 

Eastern Youth - 呼んでいるのは誰なんだ?
Lisabo - Oroimenik Gabeko Filma



Jeżeli już odchodzić z tego świata, to koniecznie z klasą. Buńczuczny utwór Bostończyków z Dropkick Murphys dorównuje energią klasycznym wycinkom ich poprzednich krążków - „I’m Shipping Up To Boston” czy „The State Of Massachusettes”. „Going Out In Style” to pieśń przepełniona dumą, wyrażona jednak bez zbędnego patosu. Wyskandowany donośnie przez grupę wielkich facetów don’t give a shit hymn spod znaku dużych ilości whisky i wiecznie zielonej koniczyny. 

Dropkick Murphys - Hang 'Em High 
The Real McKenzies - The Tempest



Jeżeli w kategorii miłosno-młodzieżowych piosenek na wysokości 2011 roku dało się jeszcze dopowiedzieć coś sensownego, to bez wątpienia dokonali tego The Swellers przy pomocy szalenie wdzięcznego „Warming Up”. W utworze zamykającym album „Good For Me” w dziesiątkę trafiają przeogromnie zniewalające uuuu chórki. Nie mniej kuszą melodie, gitarowa energia i cały ten romantycznie rozczulający nastrój. Jako bonus możemy potraktować jeszcze zgrabne rymy w rodzaju: It's good to think while you're warming up, I'll still be here when you're warm enough. Tak mógłby brzmieć Weezer gdyby zamiast klasowego nerda zespołowi liderował kapitan szkolnej drużyny footballowej. 

The Swellers - Inside My Head 
Living With Lions - Maple Drive Is Still Alive 

miejsca 30-21