Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moss Icon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moss Icon. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 listopada 2016

1989 w piosenkach - miejsca 20-11


Najcenniejszą cechą De La Soul, słyszalną w znanej mi części twórczości tria jest pogodny luz, nienachalna pozytywność, giętkość i dobitna kreatywność w tworzeniu muzyki dającej dużo pożywnej rozrywki. Wypada przymknąć oko na fakt, iż „The Magic Number” to właściwie cover „Three Is A Magic Number” Boba Dorougha po interpolacji i drobnych modyfikacjach oraz dołożeniu sampli z „The Lesson 3” duetu Double Dee & Steinski. Ważniejsze jest chyba, że podkładając tam swoje nawijki i sprytnie układając wszystkie puzzle chłopaki stworzyli chwytliwą, taneczną i melodyjną rzecz, przy której usiedzenie w miejscu jest sztuką. Three forms the soul to a positive sum, Dance to this fix and flex every muscle. Dokładnie tak.



Ludzie, którzy nie lubią chociaż jednej piosenki Belindy Carlisle nie powinni iść do Nieba. Być może, gdyby komercyjnoradiowa muzyka popularna częściej prezentowała tak soczyste refreny i arcyprzyjemne zwrotki, jak w „Leave A Light On”, moje zapotrzebowanie na wszelkiej maści alternatywny pop byłoby ogółem mniejsze. Jeżeli prześledzimy historię notowań amerykańskich i brytyjskich list przebojów z roku 1989 oraz porównamy to, co trafiało tam zazwyczaj na pierwsze miejsca* z totalnie uczciwym pop rockowym singlem ex-wokalistki The Go-Go’s, zapewne docenimy tę piosenkę jeszcze bardziej. Pierwszy utwór promujący „Runaway Horses” to cztery minuty upływające pod znakiem wpompowanego w muzykę kobiecego uroku i niczym nie skalanej przebojowości. Prostej, ale potężnej, usiłującej trafić chyba do każdego, ze skutkiem może nie idealnym, ale i tak godnym uznania. 

* ”To”, czyli np. mnóstwo mdłych propozycji z gatunku adult contemporary, Milli Vanilli, Jason Donovan czy New Kids On The Block.


Obok wielu wrzaskliwych, rozsadzanych dziką energią kawałków na “Doolittle” znalazło się miejsce także dla tej łagodnej, chwytliwej piosenki, zwartego i gotowego na podbój rockowych list przebojów singla. Utwór napisany przez nastoletniego Franka Blacka po kilku latach leżakowania doczekał w końcu swojego momentu, pomagając zespołowi (wraz z „Monkey Gone To Heaven”) dotrzeć do większej rzeszy odbiorców. „Here Comes Your Man” wpada w ucho za sprawą nieskomplikowanego riffu Joeya Santiago, wabi melodyjnymi zwrotkami, śpiewanymi wyjątkowo cierpliwie przez Francisa i zdobywa ostatecznie jednozdaniowym refrenem, w którym wokalista Pixies wchodzi w standardową harmonię z Kim Deal. Niby niewiele, ale satysfakcja pełna. Niby nic, a jednak niczego nie trzeba więcej. 


Trzeba przyznać, że już rozpoczynanie potencjalnego popowego hitu słowami: Life is a mystery, everyone must stand alone to zagranie dość przewrotne. Madonna, wchodząc w czwartą dekadę swojego życia, miała jednak ambicje, by przy okazji pisania kolejnego materiału na szczyty list przebojów nie tylko dać słuchaczowi rozrywkę, ale też w jakiś sposób go sprowokować. O pierwszych linijkach można na dobrą sprawę zapomnieć po usłyszeniu (nie)sławnego refrenu, w którym zawiera się ewidentna dwuznaczność, możliwość odczytania religijnego, jak i seksualnego. Konstrukcja utworu jest z kolei tak przemyślana, aby tym refrenem uderzyć bardzo szybko, mocno i skutecznie. Najlepiej kilka ładnych razy. Wstęp, oparty wyłącznie na krótkiej organowej melodii, docierającego z oddali chóru i głosu wokalistki nie przetrzymuje nas w niecierpliwości, dla głównego hooku piosenki bedąc czymś w rodzaju efektywnie wystrzeliwującej go trampoliny. Chorus powraca następnie po każdej ze zwrotek, przy trzecim wejściu atakując dodatkowo wraz z gospelowymi śpiewami. Na tym atuty wcale się nie kończą. Tam, gdzie każdy inny popowy numer mógłby już prawie finiszować, tu wkracza jeszcze zgrabny niby-mostek, poczęty słowami: Just like a prayer, Your voice can take me there..., a cała zabawa zostaje przedłużona o pełne dwie minuty.



“Strange” to piosenka posiadająca jeden z bardziej emocjonujących, pęczniejących od napięcia wstępów w indie graniu końcówki lat 80. Z kilku gitarowych mrugnięć i stąpnięć perkusji wydobywa się dorodny kawał melodii, wspaniale uprzedzający wybuch bardzo złych w sensie technicznym, ale i tak przejmująco pierwszorzędnych partii wokalnych Deana Warehama. Why's everybody actin funny? Why's everybody look so strange? Jest w pytającym głosie lidera Galaxie 500 jakaś desperacja, wywodząca się z rozpaczliwej próby zrozumienia. Niewiele znam zespołów tak naturalnie i przekonująco outsiderskich, jak trio z Cambridge. A „czwórka” z „On Fire”, podobnie jak np. słynny „Tugboat” jest tego ich indywidualizmu prawdziwą emanacją, wyrażającą się w każdym aspekcie utworu.  



Jak słusznie zauważył recenzent Pitchforka, całkiem poważne poetyckie skłonności Jonathana Vance’a („bardziej Rimbaud niż Rollins”) odgrywały w utworach Moss Icon niebagatelną rolę. Warstwa liryczna „Kick The Can” to właściwie przygnębiający w wydźwięku mini-poemat, stanowiący podatny grunt dla efektownej emo-core’owej kompozycji. It’s lonely and there’s nowhere to go except down. Ta jedna, powtórzona kilkukrotnie, fatalistyczna linijka znakomicie oddaje ducha zarówno tekstu, jak i wszystkich zebranych w kawałku dźwięków. Półmówiona narracja Vance’a jest tu przez większość czasu do bólu obojętna i monotonna, partie gitar szare i smętne, acz urozmaicane melodyjnymi zagrywkami, w ogólnym rozrachunku fascynujące. Pojawiają się i zmiany tempa czy gniewne wokalne porywy, choć lata świetlne dzielą tę piosenkę od definitywnej emocjonalnej destrukcji a la „I’m Back Sleeping Or Fucking Or Something”. Szorstko wyrafinowane, dotykające duszy do głębi „Kick The Can” kunsztu kapeli z Annapolis dowodzi jednakże na całego.      



Komponując “Made Of Stone” Ian Brown i John Squire nie mogli nie odczuć potencjału wiekopomności, jaki musiał spoczywać w tym utworze od pierwszych chwil jego kształtowania się. Tajemnicę czegoś niezwykłego kryje już melodia wprowadzająca do piosenki. Przejmują to następnie równie mistyczne, sprawiające wrażenie zmawianej mantry zwrotki. Refren z kolei, choć lekki, częstuje taką dawką hymnicznej nieśmiertelności, że emocji związanych ze słuchaniem gitarowej muzyki powinno wystarczyć po nim na cały dzień. W rozmarzonym: Sometimes I fantasize... jest jakaś niewyobrażalna zachęta, jakaś wolność i młodość, coś nieprzemijalnego i klasycznego. A do tego jeszcze te wszystkie zagrywki dookoła i oszałamiająco brzmiąca solówka. W 1989 roku Stone Roses rozbijali bank.



Nie znam wielu mroczniejszych, bardziej frapujących i paraliżujących zmysł estetyczny utworów od „Into The Night”. Nawet jeśli podobnych przymiotników używałem już nie raz do opisania różnych kompozycji, tym razem chodzi mi o najściślejszą czołówkę. Miłość, tęsknota i grube opary ciemności, a chwilami wręcz gotyckość. So dark…. To, jak Julee, Badalamenti i Lynch uchwycili tutaj nastrój wywołuje we mnie dreszcze. Od tego, co następuje na wysokości 3:28 można z kolei dostać zawału. 



W “Lovesong” z miejsca dają o sobie znać dwie rzeczy. Pierwszą jest bezpośredniość przesłania, słowa Roberta Smitha, które wyrażają całkowite miłosne uwielbienie zadziwiająco wprost. Druga to uniemożliwiające jakąkolwiek próbę zanegowania piękno utworu. Wszystko odbywa się po cichu i skromnie, ale doszczętnie precyzyjnie. Melodie nieśmiało pomykają w tle, towarzysząc smutno odśpiewującemu swe deklaracje Robertowi, ckliwy refren wzrusza, a dzieło wieńczy charakterystyczny klawiszowy motyw. Ścisk serca gwarantowany.     


Sześciominutowy closer płyty „Snowball” to nagranie druzgocąco smutne, zatrważająco ponure i pod względem eksplorowania oraz eksponowania podobnych uczuć właściwie niezrównane. Blisko tu klimatycznie do niektórych kompozycji z wydanej w tym samym roku „Disintegration” The Cure. Obezwładnia mętny, melancholijny pejzaż, zapadający w pamięć klawiszowy motyw, przenikliwa gitara i tekst z cyklu tych, których pisania powinno się zabronić: Deep down I know we'll never be, Living, laughing, loving in perfect harmony, The thought of you with someone else just kills me…, zdolny do konkurowania o miano najmocniej depresyjnego w katalogu zespołu z wydanym chwilę wcześniej „I Can See Myself Alone Forever”. 

miejsca 30-21

piątek, 29 kwietnia 2016

2010-2014: punk & emo (piosenki) - wstęp



















Dlaczego punk & emo i co to właściwie znaczy? Obszar gatunkowy, którego dotyczy niniejsze podsumowanie wyznaczyłem sobie w dużej mierze instynktownie w oparciu o pewną część amerykańskiej sceny muzycznej, obejmującą niekiedy stylistyki mocno odmienne, choć nieprzypadkowo ze sobą powiązane. „Amerykański punk” kojarzy się dziś z kapelami grającymi muzykę o różnej skali agresywności. Przywodzi na myśl głównie odmiany takie, jak melodic hardcore, hardcore punk czy pop punk, ale też wiele innych hybryd bardzo często przechodzących w post-hardcore lub też właśnie wspomniane w tytule emo. 

Zarówno emo, jak i post-hardcore wywodzą się z czystego amerykańskiego punk rocka i pomimo przeróżnych ewolucji, modyfikacji oraz kolejnych „fal”, nierzadko zmieniających oblicza tych stylistyk zupełnie nie do poznania, cały czas krążą wokół jego rdzenia. Głęboko zakorzenione w hc punku były pierwotne, podziemne emo i emocore [1] ze środka oraz drugiej połowy lat 80. (Rites Of Spring, Moss Icon). Na początku kolejnej dekady u zespołów emo, nawet tych stosunkowo agresywnych, coraz silniej dało się zauważyć, zainicjowaną chwilę wcześniej przez Moss Icon, skłonność ku zniewalającym melodiom (Still Life, Hoover, Split Lip), aż w końcu stylistyka została na dobre przejęta przez nastrojowego indie rocka (Sunny Day Real Estate, Mineral, Christie Front Drive), a nawet dokonała ożenku z pop rockiem (The Get Up Kids, Jimmy Eat World). W ciągu tych dwóch dekad kombinacje bywały jednak przeróżne. Nie istniała konieczność ścisłego uprawiania gatunku o takich czy innych cechach, stąd naliczyć dało się mnóstwo grup „emo punkowych”, punk rockowych z elementami emo, emo/post-hardcore’owych albo grających coś nieokreślonego między emo, emocore’em, indie rockiem, post-hc i punkiem. Za przykład niech posłużą choćby takie nazwy jak: Samiam, Dag Nasty, Jawbreaker, Fugazi, Cap’n Jazz, Texas Is The Reason, At The Drive-In czy Lifetime. W przypadku sceny, gdzie wpływy wszystkich tych stylistyk nawzajem się przenikały, na której kapele punk rockowe i pop punkowe koncertowały wraz z zespołami emo oraz wydawały płyty w tych samych wytwórniach, związek pomiędzy punkiem a emo wydawał się nierozerwalny.

















Po kiepskiej dla emo dekadzie 2000-2009, kiedy można było odnieść wrażenie, że ostatecznie zanikła jakakolwiek nić łącząca ten gatunek z jego wstępną, a nawet tą nieco późniejszą wersją, niespodziewanie nastąpiło odrodzenie, w jakimś stopniu przywracające na mapę kolorową sytuację z lat 90. Dziś możemy mówić o licznych reprezentantach nastrojowego midwest emo (Empire! Empire! I Was a Lonely Estate, Joie De Vivre), grupach zakochanych w emo old-schoolowym (Human Hands), tabunach ekip trudniących się rozpaczliwym screamo (Raein), indie rockowych i pop rockowych mieszańcach (The Hotelier, Modern Baseball), emo-math rockowcach (The Brave Little Abacus, This Town Needs Guns) czy też ambitnych kapelach usiłujących wyprowadzić stylistykę na nowe tory (The World Is a Beautiful Place And I Am No Longer Afraid To Die, Foxing). Podobnie jak dawniej, koneksje z graniem punkowym i sceną „nowego punka” są w ich przypadku ogromne. Jeżeli wśród zespołów obracających się w wyżej wypisanych podszufladkach wymienilibyśmy przykładowo również Joyce Manor, Polar Bear Club, The Menzingers lub Title Fight, nikt nie zauważyłby w tym niczego niestosownego. Znamienny wydaje się chociażby fakt, że w wytwórni Epitaph Records, która zasłynęła swojego czasu jako kultowa oficyna wydająca artystów z kręgu punk rocka i melodic punku obok klasycznych reprezentantów w rodzaju Bad Religion, Rancida, Millencolin, Descendents i The Lawrence Arms, znajdzie się aktualnie miejsce także dla nowego emo The World Is A Beautiful Place... czy mniej lub bardziej poruszających się wokół tej „orbity” The Sidekicks i Pianos Become The Teeth.

Wiadomo już więc dlaczego w tytule mojego rankingu widnieje napis punk & emo. Określenie „nowe emo” odnosi się oczywiście do odrodzenia gatunku po roku 2010. W tym miejscu wypadałoby jednak jeszcze nadmienić co mam na myśli pisząc, „nowy punk”?











Tutaj znów można mówić o sporej umowności. Amerykański „nowy punk” rozpoczyna się dla mnie w okolicach lat 2006-2007, czyli już krótką chwilę przed okresem, jaki obejmuje podsumowanie. Jego narodziny to moment wydania EP’ki „The Redder, The Better” Polar Bear Club (2006) lub albumu „Sink Or Swim” The Gaslight Anthem (2007). Teorię, że coś się “święci” mogli ponadto potwierdzać inni debiutanci tacy, jak: Off With Their Heads, O Pioneers!!!, The Loved Ones i The Riot Before oraz  młode zespoły prezentujące w tym okresie swoje kolejne albumy: Bomb The Music Industry!, The Flatliners, Andrew Jackson Jihad czy Defiance, Ohio. Kluczowymi jawią się w tym przypadku pytania, na czym polegała ich nowość, czym się te kapele różniły od grup punk rockowych z poprzednich lat i jaki był ich wspólny mianownik?     

Wszystkie te kwestie można w zasadzie ująć za jednym zamachem. U wielu z wymienionych przeze mnie wyżej grup słyszalne były wpływy tych samych zespołów i stylistyk muzycznych, niewykorzystywane wcześniej na tak dużą skalę. Najbardziej inspirującą punk rockową kapelą całej dekady stali się bez wątpienia Hot Water Music, a zaraz za nimi Lifetime, The Lawrence Arms, Latterman oraz Against Me!. Zespoły te w sporym stopniu pomogły skonstruować cechy i styl nowopunkowych grup, których utwory często odznaczały się zarówno wyrazistą melodyjnością, jak i zauważalnie szorstkim charakterem. Wokalami krzykliwymi lub głośnymi i entuzjastycznymi.



Klasycznej szkole specyficznego „wyciskania” melodyjności i kreowania intrygujących dysonansów HWM przypatrywano się co prawda pod względem instrumentalnym, ale elementem z jakiego zaczęto korzystać wręcz garściami były przede wszystkim wokale duetu Chuck Ragan/ Chris Wollard. Przykładowo Jimmy Stadt z Polar Bear Club zręcznie manewrował pomiędzy zaczerpniętymi od nich typowymi „rykami” a znacznie delikatniejszym śpiewem. [2] Zespół O Pioneers!!! w swych poczynaniach wokalnych HWM praktycznie kopiował. Wpływy te były błyskawicznie rozpoznawalne także u wrzaskliwych The Flatliners, a kilka lat później choćby u Title Fight. Castevet inkorporowali zaś tego rodzaju wokale do konstrukcji post-rockowych. Krzykliwy szorstko-melodyjny punk rock i pop punk określano czasem także jako orgcore. [3] Jeżeli ochrypłe głosy jakimś cudem nie przypominały wokalistów grupy z Florydy, to z pewnością musiały się kojarzyć z Brendanem Kelly, czyli liderem The Lawrence Arms. [4]    

Część zespołów w tamtym okresie chętnie sięgała po wpływy folku, bluesa, heartland rocka i country. Folk punkowi i punk bluesowi w bardzo różny od siebie sposób byli O Pioneers!!! [5], Andrew Jackson Jihad i Defiance, Ohio. The Riot Before i The Gaslight Anthem w największym stopniu upodobali sobie przy tym muzyczne “południe”. Nie jest tajemnicą, że w przypadku drugiej z tych kapel od zawsze mówiło się o naśladowaniu Bruce’a Springsteena. „Gazlajci” jak przystało na czołowego przedstawiciela „ruchu” nie byli jednak wyłącznie prostą wypadkową chropowatego punk rocka Hot Water Music czy Against Me! [6] i punkowo-country’owego Social Distortion [7] z romantycznym oddechem „Bossa”, a kapelą o własnej, wyjątkowej tożsamości i inteligencji, pozostawiającą większość kolegów daleko w tyle.














Za najbardziej charyzmatyczną cechę wielu punkowych kapel z lat 2006-2010, a nawet i dalej: 2006-2014 należy natomiast uznać skłonność do potężnych, zbiorowych gang-wokali, wykrzykiwanych wspólnie „braterskich deklaracji”, do jakich słabość mieli zarówno reprezentanci melodyjnego punk rocka/orgcore’u, jak również folk punku, emo, post-hc i ska punka. Przykłady z lat ostatnich mógłbym mnożyć, ale te najważniejsze zawarłem już w samych opisach piosenek. Za jedną, szczególną egzemplifikację niech posłuży końcówka utworu „We’re Getting A Divorce, You Keep The Dinner” z 2007 r. wielokrotnie wspominanego już The Gaslight Anthem.  

Jak już wspomniałem, tendencja utrzymywała się także w kolejnych latach. Ważne albumy w kategorii ostrzejszego pop/melodic punku nagrali w 2010 r. The Menzingers i w 2011 Joyce Manor. Dużym echem, nie tylko na scenie punk rockowej, obił się „The Monitor” autorstwa Titus Andronicus (2010). Kolejne istotne pozycje wydawali Bomb The Music Industry! i The Wonder Years. Obydwie kapele poza warstwą muzyczną zwracały uwagę również za sprawą dojrzałych tekstów piosenek. Jeff Rosenstock i Dan „Soupy” Campbell doskonale wpisywali się w wizerunek nowego punkowego tekściarza, auto-refleksyjnego, wyjątkowo świadomego niedoskonałości swoich poczynań, skupionego na sferze emocjonalnej, ale nie tylko na problemach natury uczuciowej. Dla nowopunkowego kompozytora/wokalisty ciekawsze od walki z systemem i komentowania spraw społeczno-politycznych stało się śpiewanie o życiowych zawodach i różnego rodzaju porażkach. Nawet jeżeli gdzieniegdzie pojawiało się jeszcze hasło „No Future”, to dotyczyło ono już czegoś zupełnie innego niż dawniej.  













Podsumowując, selekcja utworów w zestawieniu opiera się o przynależność do zataczającej szerokie kręgi amerykańskiej sceny okołopunkowej.  Nie oznacza to jednak, że wziąłem pod uwagę wyłącznie zespoły pochodzące z USA. W rankingu znalazło się miejsce także dla kanadyjskich, brytyjskich, szwedzkich, norweskich, japońskich, austriackich i polskich kapel grających emo/punk/post-hc. Bardziej bowiem niż o podział geograficzny chodzi tu o ujęcie pewnych stylistyk kojarzonych ze Stanami Zjednoczonymi, ale z powodzeniem uprawianych także w innych miejscach świata.

„Przesiew” w dalszej kolejności opierał się naturalnie o nic innego, jak tylko mój osobisty gust. Wyłącznie na własne sympatie i subiektywne poczucie „ważności” da się zrzucić dobór piosenek oraz przyznanie im wyższych lub niższych pozycji. Także o tym, że w podsumowaniu znalazło się, być może, więcej propozycji stosunkowo lekkich i melodyjnych niż ostrych i ekstremalnych zadecydowały własne preferencje i hierarchie wartości. Jeżeli więc ktoś stwierdzi, iż zabrakło tu czegoś ważnego, albo że proporcje między podgatunkami są zachwiane, to w kontekście „obiektywności” rankingu zapewne będzie miał rację. Z góry zaznaczam jednak, iż żadne silenie się na obiektywność nie było w tym przypadku moim celem. 

miejsca 101-91  




[1] Do dziś nie można mówić o jednoznaczym rozstrzygnięciu czy słowa emo i emocore oznaczają w istocie coś innego, czy są to jednak pojęcia synonimiczne, a emo to po prostu skrót od emocore’a? Osobiście przychylam się jednak do rozróżnienia obydwu określeń i przyjęcia dość przekonującej wersji Andy’ego Radina  z Funeral Diner, który pisał o tym na swojej stronie Fourfa.com: http://www.fourfa.com/styles/index.htm. Tekst został również przetłumaczony na język polski i umieszczony na witrynie Lemon Tree:  http://www.lemon-tree.host.sk/emoforma.htm. Na tej podstawie możemy mówić o emo jako pojęciu szerszym, skupiającym kilka podgatunków, jak i węższym, będącym w zasadzie jednym z nich. A więc emo  w sensie szerszym zawierałoby zarówno emo, emocore, midwest emo i hardcore emo, a emo w sensie węższym byłoby konkretną podstylistyką reprezentowaną przez grupy takie, jak Navio Forge, Julia, Hoover, Still Life oraz częściowo Moss Icon. Kapele grające emo różniłyby się od zespołów uprawiających emocore dynamiką, tempem grania i sposobami wyrazu. Emo jest w takim przypadku wolniejsze, mniej punk rockowe, zwykle agresywniejsze wokalnie, ale też skłonniejsze do ładnych melodii. Emocore to zaś w zasadzie „naładowany emocjonalnie punk rock”.

[2] https://web.archive.org/web/20071215124513/http://luchadorrecords.bigcartel.com:80/product/the-redder-the-better EP’kę „The Redder, The Better” określano na stronie Luchador Records jako “melodyjny, emocjonalny punk rock mający zapełnić lukę po rozpadzie Hot Water Music i Small Brown Bike”.


[4]
Inny, często pojawiający się w twórczości nowych zespołów, typ śpiewania stanowił wokal a la Ari Katz z Lifetime. Ten w przeciwieństwie do duetu Ragan/ Wollard całkowicie pozbawiony był jednak agresywnego „żwiru”, charakteryzował się stuprocentową melodyjnością i dość rozpoznawalną manierą.  Ślady tejże inspiracji, zwłaszcza po 2010 r. słychać było na przykład u Grown Ups, Late Nite Wars czy You Blew It!.

[5] Na ich album „Black Mambas” z 2006 r. składały się utwory oparte o folk punkowe aranżacje i wokale żywcem wyjęte z piosenek Hot Water Music. 

[6] Przykładowo recenzent Punknews.org wskazywał na bardzo czytelne podobieństwo „Boomboxes And Dictionaries” - kawałka rozpoczynającego płytę „Sink Or Swim” do utworu „Sink, Florida, Sink” grupy Toma Gabela. https://www.punknews.org/review/6355/the-gaslight-anthem-sink-or-swim

[7] Tom Breihan z Pitchforka w recenzji ich kolejnej płyty, „The ’59 Sound”,  zwrócił uwagę na przynależność TGA do grupy punkowych kapel starego typu takich, jak wspomniani Social Distortion, The Bouncing Souls i Alkaline Trio. Opisywał je zaś następująco:  These are the bands who sing in full-throated groan-man bellows, who unironically cover old country songs, who heroically keep the hair-grease industry afloat. http://pitchfork.com/reviews/albums/12454-the-59-sound/