Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2005. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2005. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 sierpnia 2018

Silver Screen - The Greatest Story Never Told (2005)












Z jednej strony jest w muzyce Silver Screen programowa nieśmiałość, łącząca projekt Crisa Millera z klasyką katalogu Sarah Records. Z drugiej, „The Greatest Story Never Told” to dźwięki stosunkowo pogodne, choć jakby nie za chętnie wychylające nos z pokoju. Pop dla introwertyków, zdolny poprawić nastrój w momencie, gdy ludzkość zawodzi i pozostaje już tylko zadowolić się swoim własnym towarzystwem. Nie album na dobitkę czy dołowanie się, a coś przy czym będziesz się na SWÓJ sposób dobrze bawić. Throwing all my cares aside, Leaving all of the world behind, jak śpiewa Miller, człowiek orkiestra, odpowiedzialny tutaj absolutnie za wszystko, w zapewne najbardziej przebojowej na płycie piosence “Girl Like You”.

Pierwsze dwa utwory to melodyczna perfekcja, wzorowe wejście w bezpretensjonalnie indie popową estetykę. Trochę ckliwości i ładnych chórków w otwierającym „Ahh Ahh” oraz konkretniejsze piosenkowe kształty „Won’t You Ever Know”. We właściwym momencie wkracza „Hello Friends” z leniwymi, acz nieco bardziej zapamiętywalnymi melodiami wokalu. Po nim zaś „Like A Winter Day” – ewidentnie zapatrzone w Slowdive, najczytelniej dream popowe nagranie w zestawie. Gdyby tak kilkoma kawałkami zaprezentować przekrój dorobku wytwórni Clairecords, w której płyta została wydana, ten byłby świetnym kandydatem.

Można tak wyliczać dalej, ale wystarczy chyba powiedzieć, że krążek pławi się w swoim delikatnym i marzycielskim nastroju, pozostając materiałem mocno spójnym. Nie każdy fragment z osobna jest doskonały, ale jako harmonijna, swobodnie płynąca całość debiut Silver Screen nie ma wielu wad. Wyróżnia się intrygujące „She Counts The Rain”, gdzie Miller uzewnętrznia fascynację Cocteau Twins, wspomniany już malowany indie-singiel „Girl Like You” oraz nieprzekraczające dwóch minut, przeurocze „Tiny Shards”, w którym Cris rozpamiętuje miłe chwile z byłą dziewczyną (Drinking past midnight, listening to Field Mice).

Poza tym „The Greatest Story Never Told”, jak wiele propozycji z pogranicza indie, twee albo jangle popu, to album o zwiewnie wiosennej czy też letnio-wakacyjnej atmosferze. Nie doczekamy się tu ani jednego gwałtownego momentu, żadnych zgrzytów, riffów ani przesterów. Zamiast tego bezbronna popowa subtelność, romantyczna wrażliwość i sporo słońca. Nie takiego, które ostro grzeje, raczej tego popołudniowego, jakim nie sposób jest się opalić.

sobota, 11 maja 2013

The Cribs - The New Fellas (2005)










7

Bardzo szybko uwinęli się The Cribs z następcą swojego zwykłego, niepozornego i całkiem przyjemnego debiutu. Rok i trzy miesiące wystarczył aby rodzeństwo z Wakefield powróciło wyposażone w płytę równie niepowalającą brzmieniowo, nie strzelającą od kompozycyjnych fajerwerków, a jakimś cudem znowu udaną. Zaopatrzoną dodatkowo w dość sukcesywne single.

Pierwszy album miał  swoje „You Were Always The One” i „What About Me”. Dwie świetne piosenki, po których próżno było niestety oczekiwać zawojowania list przebojów. Gitarowa balladka i kolejny indie-garażowy przeboik. Nieco za mało jak na publikę wciąż zapatrzoną w mocarne hity Strołksów, Łajt Srajpsów i Libsów, a od niedawna także pewnych rewelacyjnych Szkotów. Nie wspominając już o całej armii Hajwsów, Vajnsów i innych The Coś z popularnościowego drugiego sortu. Numery promujące „The New Fellas” posiadały już jednak potencjał umożliwiający zbliżenie do powyższej stawki. Podobny nieco do twórczości wspomnianych The Hives, młodzieżowy wymiatacz „Hey Scenesters”, zbierający laury na kilku listach NME oraz równie zaczepny, a przy tym bardziej melodyjny „Mirror Kissers”. Obydwa krytykowały hipsterstwo w swej wczesnej i czystej zapewne fazie, mogły się podobać dzieciakom czy nawet wpaść w ucho i ciut starszym. Jeden i drugi posiadały pazur jakiego brakowało kawałkom promującym „The Cribs”. Zarówno „Hey Scenesters” jak i „Mirror Kissers” dotarły do #27 miejsca na liście sprzedaży w U.K. Ostatek sławy zebrał jeszcze „Martell” oparty na jakże banalnych „whoawhoach” i „lalalalach”.

No, ale nie z samych singli krążek mógł się przecież składać. Więcej hymnów żywcem przypominających ścieżki nr 1 i 4 na trackliście „The New Fellas” właściwie zabrakło. Słuchając tej beztroskiej płyty dziś, odnoszę wrażenie, że wcale nie były niezbędne. Praktycznie całe wydawnictwo składa się z przeznaczonych do śpiewania/wrzeszczenia skandowanych refrenów, o prościutkim, skocznym aranżu i wręcz proszącym do zakrapianego imprezowania feelingu (zwłaszcza kończące „Things Aren’t Gonna Change”). Mnóstwo radości ze słuchania odnajduję w obezwładniająco chwytliwym „It’s Allright Me” i melodyjniutkim jak cholera „We Can No Longer Cheat On You”. Piosenka tytułowa w zwrotkach jedzie na tym samym niemalże patencie co „What About Me”, ale prawdopodobnie wygrywa z nim kapitalną partią chorusową. Ujdą „The Wrong Way To Be” oraz „Hello? Oh...”. Niepotrzebne natomiast wydają mi się „It Was Only Love” i „Haunted”.

Jeszcze jeden album Cribsów z cyklu małe a cieszy. Bardziej nawet niż jego poprzednik, ale nie aż tak bardzo jak następca. Kolejnym razem widzimy się z nimi częściowo pod skrzydłami dużej wytwórni. Aż strach pomyśleć co z tego wyniknie. 



niedziela, 10 lutego 2013

Bomb The Music Industry! - Album Minus Band (2005)












7

Szalony Jeff Rosenstock z kolegami na swoim debiutanckim, najbardziej nieokiełznanym albumie. Ska-punk odnotowuje tu zadziwiającą mutację, ginie jego klasyczne oblicze, niewiele pozostaje też z third-wave. Chłopaki zamiast trąbek mają klawisze, nieskończone pokłady energii i najpewniej wrodzone, pozytywne dziwactwo. Wszystko dosłownie atakuje słuchacza, zazwyczaj w tempie galopującego punk rocka, czasem tylko chłodzonego akustycznymi fragmentami („Sweet Home Cananada”, „Future 86”). Doprawdy trudno na szybko ogarnąć ten krążek. Rosenstock jest jak Robert Pollard pierdolniętego ska („I’m a Panic Bomb Baby!!!” = neo-Guided By Voices). Chorujący w dodatku na zaawansowane ADHD. Brak mu studyjnych luksusów, nadrabia więc pomysłowością. Tworzy co się da, z tego co ma, pozostając gorącym orędownikiem estetyk DIY i lo-fi. Całe „Album Minus Band” brzmi jakby zostało nagrane za jednym zamachem, niemalże na jednym oddechu. Jest kilka płyt Bomb The Music Industry!, których słucha mi się lepiej, jednakże pod względem bezkompromisowości ta stanowi zdecydowany numer 1.


Top 3:

1. "FRRRREEEEE BIIIIIIIRRRRD!!!!!! FRRRRREEEEEEEEE BIIIIIIIRRRRRRRRDDDDD!!!!!!!"



I'll just stay on the State Streets complaining that it's all the saaaaaame!!! Far too lazy to change anything.

Całe wyborne, ale refren!


2.“Pike St. – Park Slope”

Maybe we could run away and start a little repertory moviehouse or something?

Cover indie rockowej grupy Harvey Danger z lat 90. Piątka za odkopanie wartej uwagi kapeli, a przynajmniej tego kapitalnego utworu (hołdu dla brooklyńskich miejsc). Wersja BtMI też niezła.


3. “It Ceases to Be ‘Whining’ If You’re Still ‘Shitting Blood’”

So write some songs with lots of hooks, Remember why you wrote songs in the first place

Prosta, wesoła nawalanka o pisaniu piosenek i graniu w zespole.

środa, 27 kwietnia 2011

The City On Film - In Formal Introduction (2005)












8

Bob Nanna. Czołowa postać indie-emo środkowo-późnych lat 90’tych. Wokalista Braid, później Hey Mercedes aż w końcu The City On Film. Jego solowy projekt znacznie odbiega od poprzednich. Zawiera muzykę lżejszą, wolniejszą, spokojniejszą. To prawda obiektywna. Subiektywna jest natomiast taka, iż dla mnie również najlepszą pod jaką się podpisał. Nanna to typowy przykład jednostki przekierowanej muzycznie na zupełnie inne tory po wykitowaniu emo. "In Formal Introduction" może być albumem doskonałym na jesienne albo zimowe wieczory. Na wiosenne i letnie zresztą też. Te łagodne nagrania mają w sobie coś pogodnie czarującego, w trochę inny deseń niż jego kumpla Mike’a Kinselli, ale sprawdzające się na podobnej zasadzie. Słyszymy tu Boba grającego i śpiewającego akustyczne piosenki. Magiczne "Trials", "Lost My Lights", "Portland Maine And The Pouring Rain". Też akustyczne, ale już szybciej szarpane "How Helicopter Sounds". A także nie-akustyczne "For Holly", które mogłoby znaleźć się na płycie Hey Mercedes. Zwyczajnie niezwyczajna, bo wyjątkowa płyta.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Spoon - singlografia

Znudziło mi się już trochę suche opisywanie kolejnych płyt, dawanie oceny i linka do YT pod spodem. W ramach odmiany robię dziś świąteczny przegląd małych płyt wydanych przez od lat niezawodną, pochodzącą z Teksasu grupę Spoon. Zespół moim zdaniem szczególnie ciekawy pod względem singlowym i poszczególno-piosenkowym, bardziej nawet niż całościowo-albumowym. (LOL)


All the Negatives Have Been Destroyed / Irrigation Man / If You Say So (1996) 8/10












Próbka stylu Spoon z czasów dwóch pierwszych płyt. Punkowy, energetyczny indie-rock sprawnie zamknięty w głodowych siedmiu minutach. Nonszalanckie “I had a feeling from the start of it you could say so, motherfucker, You could say so, motherfucker” i przyjemnie brzmiące gitarowe przejścia w “All The Negatives…”. Przyzwoity numer środkowy oraz będące jakby kontynuacją indeksu pierwszego “If You Say So” raz jeszcze stawiające na dziki rock’n roll.

LINK


Not Turning Off / Party Up (1996) 6/10












Drugi singiel z wydanego dla Matadora debiutu „Telephono”. Tym razem coś bardziej na kształt Chavezowego grania, pozbawione chwytliwości „All The Negatives…” czy gracji mojego faworyta z pierwszej płyty „Dismember”. Nadal z jajami, ale chyba nie warto się na dłużej zatrzymywać.

LINK


Car Radio (1998) 7/10

Dwie wersje (1:30 i 2:04) krótkiego przeboju z “Series Of Sneaks” + 47 sekundowe „Audio Bio”. Całkiem spoko kawałek, nie zdążysz nawet zauważyć, że się zaczął, a już dobija do końca. Niestety nie daje przy tym takiego kopa jak potrójny singiel debiutancki. Lepiej sprawdza się jako część składowa płyty niż samodzielny byt.

LINK


Anticipation / Headz (1998)














The Agony of Laffitte (1999) 8.5/10












Dwa kawałki wydane na singlu dla Saddle Creek chwilę po wyrzuceniu z majorsowego Elektra Records. Tytułowy to Spoon w smutno balladowym, deszczowym nastroju. Świetna piosenka, którą w ramach lo-fi’owych klasyków można postawić tuż przy „Advance Cassette”. „Laffitte Don’t Fail Me Now” zaś, logicznie wychodzi z punktu zakończenia poprzednika, jawiąc się utworem już nie tak szaro-burym, nieco żwawszym, ale nadal nie za wesołym. Co ciekawe w warstwie tekstowej mamy do czynienia z dissem na Rona Laffitte’a, człowieka od A&R’u z Elektry, do którego kapela Britta Daniela miała szczególny żal (now all that I want to know, are you honest with anyone?).

LINK


Anything You Want (2001) 7.5/10












Czasy złego labelu i grania hałaśliwego post-punku już za nimi. Wraz z „Girls Can Tell” zaczyna się złota dekada Spoon pod banderą Merge. Na pierwszy ogień idzie „Anything You Want” – elegancki, melodyjny kawałek, zupełnie daleki od łomotów sprzed kilku lat. Kompozycyjnie bez szaleństw, ale z głową, dawkowanie motywów, wszystko na swoim miejscu. Tak się teraz będzie pisać indie-popowe numery.

LINK


Everything Hits at Once (2001) 8/10












Klasyczny opener płyty z zieloną okładką. Pełna dojrzałość, gustowny klimat, ktoś napisał, że „The best song Elvis Costello never wrote.”. Na tym albumie przebija go już tylko genialnie zamykające “Chicago At Night” (ewentualnie „Me And The Bean”).

LINK


Car Radio / Advance Cassette (2001)












Powtórka z rozrywki. “Advance Cassette” znakomicie udające Pavement powinno być wydane jako główny singiel z “The Series Of Sneaks”, ale to szczegół.

LINK


Someone Something (2002) 6/10












Świetnie przyjęte “Girls Can Tell” bardzo szybko doczekało się follow-upu w postaci jeszcze lepiej przyjętego “Kill The Moonlight”. „Someone Something” wybrane na pierwsze promo czwartego krążka „Łyżki” oparto niemalże w całości na monotonnym klawiszowym motywie, którego nieznaczne zmiany nie przynoszą wiele ciekawego, podobnie zresztą jak hand-clapy w końcówce. Nie tym razem Sztućcu.

LINK


Jonathon Fisk / Stay Don't Go (2002) 6.5/10











(w wolnym tłumaczeniu)

Pitchfork: Na czym bazuje “Jonathon Fisk”? Wygląda na to, że kryje się tam jakieś uraz.

Britt: To tylko koleś, który bił mnie kiedyś w szkole średniej. No wiesz, typ gościa, który męczy cię, śmieje się z ciebie w stołówce, a potem próbuje jeszcze nękać po lekcjach, w drodze do domu.

Jonathan Fisk always a risk, tells me he counts my teeth every night
I wanna get all back now, I wanna get em Allright


Aktualnie Jonathon Fisk podobno pojawia się nawet czasem na koncertach Spoon.

LINK


The Way We Get By (2003) 6/10












Chyba jeden z bardziej znanych numerów, ale czy najlepszych to na bank bym polemizował. Nie jestem wielkim fanem ani tego kawałka ani całego „Kill The Moonlight”, choć „All The Pretty Girls Go To The City” oczywiście zajebiste jest.

LINK


I Turn My Camera On (2005) 7/10











Od kwadratowego nawalania po coraz wyraźniejszą muzykalność (sprawdźcie sobie na ilu instrumentach Britt Daniel zagrał na „Gimme Fiction"), wpływy soulu i popową zajebistość. „I Turn My Camera On” śpiewane przez Britta w manierze Prince’owej plus pociągająca rytmika równa się najbardziej przystępny dla radia singiel zespołu.

LINK


My First Time Volume 3 (2005) 8/10












Rzecz poza-płytowa. Nie trudno jednak zauważyć, że pochodząca z epoki piątego krążka. Funkowe, zbudowane na fantastycznej wręcz, bogatej melodii „My First Time” to mało znany fragment ich twórczości, choć zdecydowanie warty umieszczenia wśród tych najlepszych. Poza tym pierwsza kolaboracja Daniela z obecnym klawiszowcem Ericiem Harvey’em.

LINK


Sister Jack (2005) 7.5/10












Ostatnie ogniwo promowania „Gimme Fiction” i powrót do singli brzmiących typowo gitarowo. Rozkoszna jak zwykle sekcja rytmiczna, poza tym wrażenie delikatnie Beatlesowskiego podejścia do kompozycji. Nie taki wypas jak „I Summon You”, ale i tak kawał ładnej roboty.

LINK


Don't You Evah (2007) 5/10












Saga “GaGaGaGaGa” rozpoczęta. Szczerze mówiąc nie bardzo rozumiem o co właściwie chodzi w tej piosence, ale o to wypadałoby już zapytać kapelę The Natural History odpowiedzialną za oryginał („Don’t You Ever”). Bardzo średni wycinek albumu, z którego można było wykroić niejeden fajniejszy indie-popowy hit.

LINK


The Underdog / It Took a Rumor to Make Me Wonder, Now I'm Convinced I'm Going Under (2007) 8.5/10












Czego do tej pory jeszcze nie było w kawałkach Spoon? A na przykład sekcji dętej. Błąd ten jednak bardzo łatwo da się naprawić, nagrywając przy okazji najbardziej pozytywny i sympatyczny singiel jaki im się przytrafił. W wyobraźni wizualizuje mi się występ u Lettermana z szczerzącym swoje zębiska Brittem i przygrywającymi na dęciakach Meksykanami.

LINK


You Got Yr. Cherry Bomb (2008) 9/10












Prawdopodobnie mój ulubiony singiel ekipy z Austin, choć w kategorii ogólnej to nie-singlowe „Advance Cassette” , „Summon You” i „Chicago At Night” byłyby górą. „You Got Yr. Cherry Bomb” brzmi jak piosenka napisana przez człowieka szczęśliwie zakochanego i już przez sam ten fakt nie da się jej nie polubić. „Wiśniowa” melodia być może najbardziej słodka i urokliwa w Spoon’owym repertuarze. Sam Britt Daniel w jednym z wywiadów określił ją jednak jako smutną.

LINK


Got Nuffin (2009) 7/10












Najpierw na EP’ce o tym samym tytule, następnie na długogrającym „Transference”. „Got Nuffin” to numer na tyle dobry, że nikogo nie powinno dziwić, iż zespół umieścił go na dwóch wydawnictwach. Czterominutowa jazda na post-punkowym motywie, niektórym przywodząca na myśl Dinosaur Jr. Całkiem wciągająca.

LINK


Written in Reverse (2009) 6.5/10












Na pierwszym planie wyraziste pianino, charyzma wokalna Britta, tuż za nimi gitarowe zagrywki, a wszystko to składające się na obrazek muzyki brzmiącej bardzo amerykańsko (pstrykanie palcami wskazane). „Solid” jest słowem jakie pasuje mi w tym miejscu najbardziej. Kolejny udany kawałek od zespołu, który zupełnie nie opanował umiejętności rozczarowywania swoich słuchaczy.

LINK

niedziela, 19 września 2010

4x post-hc

Kilka opisów płyt popełnionych "kiedyśtam".


Alexis On Fire - Alexis On Fire (2002)












8

W dyskografii Alexis On Fire nie ma jak dotąd pozycji słabo ocenionej. Pod względem równości uznanej przez fanów i krytykę, kanadyjskim post-hardcore’owcom trudno byłoby postawić jakieś zarzuty. Zwłaszcza, że ich model grania okazał się przez lata jednym z bardziej wpływowych. Dobitnym świadectwem pozostaje debiutanckie Alexis On Fire. Ten styl starali się skopiować choćby ich ziomkowie z Silverstein. Zupełnie bezskutecznie. Dallas Green i George Pettit wypracowali specyficzną, opartą na kontrastach harmonię wokalną. Śpiew pierwszego nieco chłopięcy, emocjonalny, nieźle wtapiający się w introspektywne momenty. Artykułowanie drugiego to wrzaski, intensywne screamowanie, któremu towarzyszy szybsze tempo, punk rockowe i hardcore’owe fragmenty. Zdumiewające jak dojrzale i okrzeple brzmi to już na ich pierwszym albumie. Klasyku nagranym niemal z miejsca, rok po uformowaniu się składu.


The Blood Brothers - Burn, Piano Island, Burn (2003)












8

Chyba najbardziej pokręcona ekipa wśród post-hardcore’owców. Zdaje sobie sprawę, że nie wszyscy muszą ich lubić albo kochać. Sam miałem z początku problem z akceptacją tego pojebanego, raz dziecinnego raz rozwrzeszczanego kolażu dźwiękowego. Ale jeśli tylko odważymy się dać Blood Brothers jeszcze jedną chociaż szansę to może być jedna z lepszych decyzji podjętych odnośnie muzyki. Krwawi bracia opracowali ciekawy, oryginalny styl ociekający szaleństwem, dziwactwem i chorą emocją. Kawałki budują chaotycznie, ale rozmyślnie. Trochę jak HORSE The Band nie mają oporów z żonglowaniem tempami, zagrywkami, nastrojami. Z jednych do drugich przechodzą jednak dużo płynniej stale nie wyczerpując pomysłów na wyrzucane co chwilę, nowe motywy. "Ambulance Vs Ambulance" stanowczo wymyka się stereotypowi zwykłego singla, a przecież to i tak ich najbardziej przyjazne nagranie. "USA Nails" brzmi jak hymn drużyny sportowej wykonany przez stado żądnych krwi bestii. Kierunek w jakim podąża "Cecilia and the Silhouette Saloon" (where is love now? la la la la la) zwala z nóg. A najbardziej podobają mi się i tak pierwsze dwa (nie licząc intra). Niby nieprzystępne, a jak cholera chwytliwe "Fucking Greatest Hits" i bezkompromisowe, wyjebane w kosmos "Burn Piano Island, Burn". Lubcie sobie ich albo nie, ale zaprzeczanie o wybitności tych szaleńców na post-hardcore’owym polu to jak stwierdzenie, że ziemia jest płaska.




Sparta - Wiretap Scars (2002)












8

Podejrzewam, że partia perkusji wybębniona w intrze do "Cut Your Ribbon" jest tą, która wyryła mi się w pamięci najmocniej ze wszystkich jakie słyszałem. W każdych okolicznościach, miejscu i czasie mógłbym ją bezproblemowo odtworzyć wybijając rytm palcami. Właśnie od niej i tego mega wyrazistego kawałka zaczyna się "Wiretap Scars. Debiut ekipy Jima Warda ocalałej po At The Drive-In, wzbogaconej kilkoma nowymi nabytkami. To płyta z silnym wykopem, zakorzeniona jeszcze w post-hardcore’owej tradycji, ale i bliska lżejszemu brzmieniu rocka alternatywnego. Po wspomnianym otwieraczu serwują piosenkę zatytułowaną "Air". Zwrotka brzmi spokojnie, balsamicznie dla ucha, ale już refren tnie ryczanym przez Warda : we're drinking on jet streams, the row, tow, ideas are numbered. Podobnie zbudowano "Collapse". Ten utwór ma jednak za zadanie olśniewać ładną melodią, a decybele podkręcone w okolicach chorusowych wprowadzać świetny, zapętlony motyw. W drugiej połowie krążka bryluje oparte na brudnym riffie i chwytliwych wokalach "Red Alibi". Nie są to może nagrania zasługujące na miano naprawdę wielkich, ale "Wiretap Scars" to płyta co najmniej zajebista, całkiem nieźle zapełniająca lukę po At The Drive-In.




Bear Vs Shark - Terrorhawk (2005)












8

Jedni z lepszych obrońców praktycznie wymarłego emo-core/post-hardcore’u. W ich muzyce mamy wszystko co miłośnikowi takiego grania do bycia szczęśliwym niezbędne. Szorstkie, krzykliwe, ale emocjonalne wokale, zakorzenione wyraźnie w Hot Water Music, choć nie czerpiące z tej inspiracji nachalnie. Gitarowe, poszarpane, nerwowe uderzenia dzięki którym brzmią chwilami niczym mocniejsza wersja Cursive. Silna również tendencja do czerpania z dokonań At The Drive-In. Słuchanie tego „Detroit indie-quartet” to rozkosz i balsam dla ucha każdego kto ukochał sobie 3 wymienione wyżej przeze mnie kapele. Wspaniała propozycja dla tych, którzy hardcore, indie, punk i emo uwielbiają w równym stopniu. Tutaj podane w równych ilościach, przyzwoicie wymieszane i aranżacyjnie mistrzowsko przyrządzone. Danie z rodzaju tych ostrych.

środa, 28 lipca 2010

The Daysleepers - dyskografia


Hide Your Eyes EP (2005)











7.5


Woda, kolory, zmysły, zamknięte oczy, melodie, uczucia, sny, dezintegracja, melancholia, tajemnica, harmonia, syneztezja

W tym umownie zamknijmy skojarzenia dotyczące muzyki The Daysleepers. Zespołu z Buffalo, NY, twórczo czerpiącego z dorobku Slowdive, Cocteau Twins i jednej szczególnie płyty The Cure. Urzekającego słuchaczy pięknym, dream popowo przymglonym, ale paradoksalnie bardzo wyrazistym brzmieniem, w którym odpowiednio zadbano o każdy element. Dochodzą do tego odrealnione, rozmarzone teksty pełne metafor. W ten sposób dają o sobie znać na debiutanckiej EP’ce. Rozkosznej i obiecującej. Tu do odnotowania szczególnie utwór pierwszy „Threnody”, ale i drugi „Mesmerize”, a także epicki „Stars On Fire”. Swoje uznanie dla tego krótkiego krążka wyrazili między innymi Rachel Goswell, Neil Halstead (btw. jakże kolosalny cover „She Calls” mają Daysleepers na swoim koncie!) czy Robin Guthrie. Schowajcie swe oczy bardzo głęboko. To dopiero początek.




  The Soft Attack EP (2006)

 









7.5 

Jeff Kandefer odpowiada za warstwę liryczną, śpiewa, jest też gitarzystą. To wizjom tego człowieka, i jego nieskrępowanej wyobraźni zawdzięczamy taki, a nie inny wizerunek kompozycji grupy. Taki, czyli głęboki, mistyczny, wypełniony niesamowitą aurą. To muzyka w której się jest, w jakiej łatwo się „utopić” i pogrążyć.  Motyw wody pełni niezmiernie ważną rolę i występuje często (także jako ocean, fala) zarówno jako coś kojącego, jak i destrukcyjnego. Weźmy na przykład „The Soft Attack” jeden z ich najlepszych kawałków, opener drugiej EP’ki, tym razem dłuższej od skromnego „Hide Your Eyes”. Spójrzmy jak Kandefer posługuje się tekstem, by wzbudzić w odbiorcy sugestię: I Remember the sea, I Remember the water at my feet, I was watching the waves roll in …to drag me down, I Remember the Coastline, I remember the breeze was cool, and it drags me down… To w połączeniu z przejmującą, odpowiednio dopasowaną „kolorystycznie” muzyką udaje mu się znakomicie. EP’ka nr 2 choć w dalszym ciągu trochę nierówna, spokojnie powinna zaspokoić oczekiwania postawione wobec zespołu po pierwszym wydawnictwie. Pół godziny zajmującego, eterycznego shoegaze’u. Jeśli spodobały się komuś gitarowe odniesienia do „Disintegration” niech sięga po indeks nr 3, poprowadzone na cudnej linii „Cloudless”. Gustujący w pieśniach wielominutowych dostaną długaśne „Mother Ocean” oraz ustępujące mu ledwie trzydzieści sekund, oparte na urokliwych wokalach „Lightforms”.

 


Drowned In The Sea Of Sound (2008)











7.5

Nareszcie, w 2008 pod banderą Clairecords ukazał się debiut długogrający grupy. Po raz kolejny z doskonale obrazującą zawartość okładką. Żeby tradycji stało się zadość, na samym wstępie umieszczono nagranie-miazgę „Release The Kraken”. Rozmyte gitary, bezbłędnie zharmonizowane głosy Jeffa i Elizabeth, okryte mgiełką tajemnicy melodie i ten dreszcz przy did you know love, my heart is a monster… Bez cienia wątpliwości, kawałek nieprzeciętny. Szkoda tylko, że w swej wybitności tutaj raczej osamotniony. Nie, żeby „Drowned In The Sea Of Sound” było płytą złą, bo tak nie jest w żadnym wypadku. Utrzymano poziom EP’ek, serwując kawałek świetnego grania w stylu do jakiego zdążyli nas przyzwyczaić. Znów te same „Smithowe” sześć strun, ładnie pobrzmiewająca echem perkusja, romantyczne teksty. Tym razem nieco większa rola w wokalnym udzielaniu się Elizabeth, której słodki głos był wcześniej marginalnym dodatkiem do poczynań Kandefera. Problem w tym, że potencjał takiego „Krakena” każe wołać o zdecydowane więcej. Albumowi przydałoby się kilka wyrazistszych piosenek, które dałyby radę funkcjonować także oddzielnie, zapaść w pamięć refrenem czy istotniejszym tematem. Jak na pierwszą płytę, tak czy inaczej, nieźle.

 

MySpace oficjalna strona