Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stefan Wesołowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stefan Wesołowski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 marca 2018

10 polskich (odcinek 4)





















Kto kiedykolwiek zetknął się z muzyką The Freuders, musi odpalać „Rhino” z przekonaniem, że kilka najbliższych minut w jakimś stopniu spędzi na pewno słuchając dźwięków mrocznych. Kto natomiast liczy pod tym względem na niespodziankę, nie zazna jej. Nowy numer Warszawiaków wprowadza niepokój już na starcie, osaczając ponurym nastrojem przez pierwsze 1,5 minuty. Wtedy to utwór, który mógłby w ten sposób sączyć się jeszcze spory kawałek czasu, zmienia jednak swoją trajektorię. Mroczny, nieco otępiający rock przemienia się w mroczny rock o dobrej dynamice i ciekawych zagrywkach. Rozpędzona gitara i witalna sekcja rytmiczna przejmują dowodzenie, wokal słusznie podąża ich śladem. Zespół jakby wydostaje się ze swojej czarnej dziury, ale jednocześnie wciąż trochę w niej tkwi. Być może tak mu najwygodniej. 



Jest coś w tej totalnej produkcyjnej prostocie, nadrabianej dużym urokiem kompozycji i wykonania, co kieruje moje myśli w stronę utworów wydawanych przed dekadą na pierwszych składankach bloga We Are From Poland. „Eight And A Half Woman” każe podejrzewać autorów o fascynację twee i klasycznym indie popem, a zestaw skojarzeń, którego motywem przewodnim będą repre-zentujące owe stylistyki kapele z wokalistkami, może mieć w tym przypadku całe mnóstwo wariantów. Pierwszy singiel Free Games For May to propozycja arcymelodyjna, piosenkowa, więcej niż pod jednym względem przywołująca beztroską aurę wiosennych miesięcy. W końcu jeśli, jak śpiewa Hanna Went: everyday is a Fool’s Day, to każdy dzień może być dniem kwietniowym, a zatem i wiosennym.       



“Obręby Rewiry” to, jak mawiają anglojęzyczni, Kiev Office “at it’s finest”. Zawartość jest tu właściwie znajoma, w tekście delikatna abstrakcyjność i penetrowanie przestrzeni (parterowe domy, i mijam też baraki), w warstwie muzycznej nienaganne gitary oraz refren, którego nie da się wypędzić z pamięci. Wszystko oczywiście gdzieś na skrzyżowaniu melodyjności, szorstkości i lekkiego szaleństwa.  



Czy utwór w stylistyce sypialnianego lo-fi-popu można nazwać bardziej adekwatnie? Zielona Sandra prezentuje się w „Bed” trochę niczym polska odpowiedź na kapele, takie jak Youth Lagoon czy Fog Lake. Kompozycja wypada najlepiej tam, gdzie niewyraźny wokal harmonijnie komponuje się z klawiszowymi melodiami, a odrobinę mniej fajnie w momentach przecinania owej harmonii za sprawą głośnej gitary. Jakkolwiek sam pomysł i motyw do złych nie należą, to słysząc choćby jak kapitalnie wybrzmiewa druga zwrotka piosenki, zastanawiam się, czy nie dałoby się tak trochę dłużej? Chłonąc klimatyczny, wieczorowo-deszczowy fragment od 1:17 do 2:32 nie trudno mi sobie wyobrazić, że takie dźwięki mógł swojego czasu wydać np. Polyvinyl. Mówiąc krótko – potencjał i projekt, którego dalsze kroki powinny budzić ciekawość. 



Indeks trzeci na „Mutual Dreaming” wita słuchacza wgniatającą w ziemię ścianą dźwięku. Choć kilka razy znak życia dają tutaj usiłujące się przebić melodyjne zagrywki, kolejne fale chropowatych warstw sprawiają, że ich obecność pozostaje jedynie symboliczna. „Balloon” to mocna dawka smoliście gęstego post-hardcore’u, w którym zarówno instrumentalnie, jak i wokalnie, negatywna emocja eksplorowana jest w sposób jeżący włos na głowie. Tak mógłby brzmieć doppelgänger zespołu Trupa Trupa.     



U Mateusza Franczaka zapadła noc. „All About” z intrygująco zatytułowanej płyty „Night-Night” jawi się utworem z natury zupełnie innym od opisywanego niegdyś przeze mnie „Lazing”. O ile opener „Long Story Short” leniwie i przyjemnie rozlewał swój pogodny nastrój, tak siedmio-minutowy singiel zapowiadający nowy album nie niesie już za sobą podobnie błogiej atmosfery. Od pierwszych chwil można wyczuć, że coś tu wisi w powietrzu, wyraźnie się nawarstwia i chyba w pewnym momencie wybuchnie. Gorycz? Żal? Smutna refleksja? Dwoma w zasadzie kluczowymi elementami: elektryzująco prowadzącą narrację gitarą i wyrażającym prosty, acz nurtujący tekst wokalem muzyk zręcznie trzyma w napięciu, a wręcz chwyta za gardło.



Do każdego, kto wie, jak to jest być dwudziestoparolatkiem z małej miejscowości, a może i nie tylko, tekst „Chłopaka z Futerałem” musi przemówić, w co najmniej kilku momentach. Zwrotka pierwsza i druga, zestawione ze sobą, to jakby konfrontacja tego, co dawniej, z tym, co obecnie. Wspomnienie beztroski kontra świa-domość aspektów dorosłego życia. Trochę smutno, bo czegoś już nie ma, ale pojawia się i pogodny akcent, bo też coś, co dobre pozostało bez zmian: Próba nie jest już jak święta msza, lecz się dalej na nią gna! Te odczucia się mieszają, a muzyka nie tylko im towarzyszy, ale też sumiennie je oddaje, emulując słodko-gorzkie znaczenia tekstu. Choć wokal z początku może brzmieć nieco topornie, jego melodie tam gdzie trzeba dają o sobie znać, a są i big-beatowe melodie gitar i nieodłączne już podśpiewywanie Oli Bilińskiej.   



W wywiadzie dla Noisey Stefan Wesołowski powiedział, iż: „ma nadzieję, że każdy utwór (z ostatniego albumu) może też funkcjonować samodzielnie i jako ten wycinek z całości nieść swoją część historii i swój kolor”. „Hoarfrost II” to może tylko kompozycja, która na „Rites Of The End” spodobała mi się najbardziej, ale może także najznakomitsze spełnienie nadziei, jaką wyraził w tamtym momencie autor.

Skąd w tytule rzymskie „II”? Oczywiście wynika to z tego, że był też kiedyś „Hoarfrost I”. Węsząc nieco w internecie możemy dowiedzieć się, że został on wydany już 6 lat temu i stanowił w zasadzie tę samą kompozycję, ale mniej rozbudowaną, krótszą prawie o połowę. Nazwa składanki na której się ukazał, „Scary Playgrounds”, jest zaś zdecydowanie nieprzypadkowa, albowiem o charakterze nagrania mówi bardzo wiele.  

W wersji nowszej, albumowej, Stefan prowadzi utwór dużo wolniej, co wychodzi mu zdecydowanie na korzyść. „Hoarfrost II” łatwo wyobrazić sobie jako kapitalny soundtrack do podniosłych filmowych scen. Dźwięki mogą kojarzyć się z oglądaniem zakamarków średniowiecznego zamku, może kościoła, a może pola bitwy? Jest w tym jakaś groza, coś na specyficzny sposób mrożącego krew. O ile w pierwszym „Hoarfroście” kluczowy dla utworu motyw skrzypcowy wybrzmiewa niemal natychmiast, tutaj zostaje w pełni ukazany dopiero po dłuższym wprowadzeniu. Ta różnica jest tu diametralna. To ten moment, kiedy perspektywa się zmienia, staje się pełniejsza, kiedy słyszymy/widzimy coraz większą część sceny/pejzażu, dostrzegamy kolejne pojedyncze elementy, ale i wszystko razem ze sobą.  Skrzypce i drone’owe zakłócenia tworzą dysonans. Nachodzące na siebie dwa plany równolegle docierają do swojego apogeum i wspólnie gasną. Coś przeradza się w zgliszcza, znika jakiś świat.  



Można zaryzykować stwierdzenie, że „Jeziorny” ma swój awers i rewers. Tym pierwszym jest hipnotyczny wstęp, wprowadzające w trans jednostajne, ale sprawiające, że chce się w to WEJŚĆ pierwsze prawie-pół utworu. Druga strona monety to zaś część jeszcze bardziej rozkoszna, poczęta od świetnego momentu, w którym wyłania się wokal. Gdyby wydali to gdzieś w USA około 2003 roku, pasowaliby zapewne do szufladki freak-folk i może dostali naklejkę z podpisem BNM. Nie powinno nawet przeszkadzać, że „Jeziorny” zakorzeniony jest w rodzimej muzycznej tradycji oraz bazuje na melodiach i liryce żywcem inspirowanych folklorem polskiej wsi, które WCIAS magicznie uczynili tu całkowicie atrakcyjnymi także dla przeciętnego słuchacza alternatywy i popu.



W ambitnym, prawie ośmiominutowym “More” słychać wyraźny progres zespołu z Bielska-Białej w porównaniu z piosenkami, które znalazły się na ich debiutanckiej EP’ce z 2014 roku. Singiel Radiovidmo brzmi epicko, głęboko i mocno, a momentami nawet ciężkawo, choć przy tym cały czas wrażliwie i emocjonalnie. Przez osiem minut kawałek wędruje poprzez różne stany oraz nastroje, solidnie zahacza o smutek albo nabiera na intensywności. Do końca nie opuszcza go jednak mglista i misterna aura, nadal plasująca tę kompozycję najbliżej rejonów dream popowych. 

10 polskich odc 3 
10 polskich odc 2 
10 polskich odc 1

poniedziałek, 27 października 2014

10 polskich


O muzyce Stefana Wesołowskiego ze względu na jej szlachetność, która maluczkiego blogowego recenzenta przytłacza, pisać jest ciężko. Oddawanie słowami esencji „współczesnej klasyki” okazuje się bowiem trudniejsze niż pisanie o graniu konstruowanym za sprawą piosenkowych elementów. Bardzo dobrze, że przez ostatnie lata serwisy zajmujące się muzyką alternatywną oswoiły nas – rockowych i popowych parweniuszy z Heckerem, Richterem, Basinskim czy Jóhannssonem, innymi słowy  z muzyką ciut bardziej wyrafinowaną, pochodzącą z nieco innej krainy wrażliwości. „What The Thunder Said” urzeka wyważoną podniosłością, pięknem nieskazitelnym, posępnym i listopadowym. Wesołowski nie przegina ani jednym dźwiękiem, nie zapuszcza się w nużące repetycje i zachowuje wyrazisty nastrój. Jestem w stanie zachwycić się tą kompozycją zapewne z racji emocji, jakie ją wypełniają. Odpuszczę już określanie i nazywanie ich po imieniu. To się słyszy i czuje, tego się słucha w sposób naturalny.


Scream Maker – In The Nest Of Serpents 4/10

Nie trzeba być wybitnym, ani nawet jak w moim przypadku – jakimkolwiek znawcą metalu, aby domyślić się, że polscy Scream Maker bardzo zasłuchali się w brytyjskim Iron Maiden.  „In The Nest Of Serpents” oceniam z jednej strony w kontekście muzyki ogólnie, według tego, czy sprawia mi przyjemność i bez konfrontowania z kontekstem. Z drugiej zaś muszę trochę porównać z tą garstką ciężkiego grania, które zdarzyło mi się poznać. Słyszę zwrotko-refrenową piosenkę w ciermiężnie old-schoolowym heavy-metalowym opakowaniu. Nie ma tu absolutnie skrawka miejsca na coś własnego, oryginalność pozostaje tematem tabu. Jest post-Scorpionsowy obskur, niestrawne solówy i przewidywalność totalna. Jeżeli nie siedząc w gatunku mogę z czystym sumieniem dojść do takich wniosków, to wiadomo, że fakt ten nie świadczy o kawałku dobrze. Propozycji Scream Maker nie przekreślam do samego końca chyba tylko przez sporadycznie zjadliwą pretensjonalność, która w refrenie chociażby, ujawnia się w ilościach śladowo pozytywnych przebłysków. 


3moonboys – Kroki 7.5/10

„Kroki” w pierwszej kolejności wskazują na zamiłowanie do kombinatoryki, w drugiej zdradzają także swą ładno-piosenkową stronę. Obydwa elementy gryzą się następnie przez cały utwór na przemian wychodząc na prowadzenie i wzbudzając zainteresowanie który wygra? Nie dziwi mnie wcale, że 3moonboys to zespół całkowicie już doświadczony (pierwsza płyta z 2004 roku), nawet jeśli do tej pory nie był mi znany. W tym kawałku słychać kunszt, smakowitość zastosowanych rozwiązań i przeszkadzajek dekonstruujących utwór. Podoba mi się melodyjna „walka” wokalu, niezły jest tekst. Zwycięża i tak gęsto oraz pomysłowo zagospodarowana tkanka dźwiękowa. Bas, syntezator, absolutnie dobrze rozumiany nieład kompozycyjny. W „Krokach” jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, naprawdę jest czego słuchać.


Feldgrau - 평양 7대 불가사의 5.5/10

Jeżeli mieszkacie w tak spokojnej okolicy, że nawet podczas późno-nocnego spaceru nic nie jest w stanie wywołać u was przyjemnego poniekąd uczucia lekkiego niepokoju, istnieje szansa, że Feldgrau w słuchawkach zrobi swoje. Muzyczne szmery, szumy, szelesty i trzaski, jeden bardzo gwałtowny moment. Można się na chwilę zapomnieć, a następnie wystraszyć. Tak mogłoby brzmieć pranie mózgu, sesja z kosmitami wdzierającymi się do umysłu albo ścieżka dźwiękowa do oryginalnego horroru dziejącego się gdzieś w złowrogiej klinice.  


RitaHolm – Od A do Z 7.5/10

Romantyczny alternatywny pop po polsku. Z ładnym nastrojem, jeszcze ładniejszymi melodiami i kilkoma fajnymi linijkami tekstu. Bez tchu i umiaru, Od A i do Z, Bez wspólnych wymiarów, ty S, ja XL. Piosenka RitaHolm wpisując się w delikatą estetykę pokrewną chociażby Ocean Of Noise rości pretensję do bycia najlepszą rodzimą balladą jesieni. Wszystko staje się zresztą logiczne, kiedy dowiadujemy się, że ½ duetu stanowi Wojciech Żurek, niegdyś wraz z Magdaleną Nowetą człowiek odpowiedzialny za urokliwą EP’kę pod szyldem Oh Ohio. Podobnie jak rok temu głos Magdy świetnie zagrał z muzyką Rafała Konopki („I Want You” Ocean Of Noise), tak teraz do aranżu Wojtka doskonale przylgnął wokal Romana Szczepanka. Ciekawa sprawa, że już od trzech lat za najcieplejsze polskie utwory odpowiadają właściwie ci sami ludzie. Nie obrażę się zresztą jeśli tak już zostanie.



Szkot, Irlandczyk i Polacy spotkali się by grać post-rocka. Szkopuł w tym, że znużenie owym gatunkiem, nie tylko chyba u mnie, osiągnęło poziom krytyczny. Przynajmniej jeśli chodzi o jego przyjęty od kilku dobrych lat post-Mogwai’owski, odtwórczy model. The Frozen North starają się zrobić wiele by formułę odświeżyć, ale efekt satysfakcjonuje jakby częściowo. To, że ludzie odpowiedzialni za „Origin” jawią się znakomitymi muzykami jest faktem oczywistym, wystarczy posłuchać chociaż części kawałka żeby się o tym przekonać. Skrzypce, misterne melodie, narastające w jakimś kierunku napięcie, wpływy folku – niby wszystko OK, a jednak uczucie bycia kupionym miesza się z uczuciem bycia znużonym. Może za długo, może pomimo wysiłków nadal brzmi zbyt podobnie do wielu innych kapel? Życzę powodzenia, choć na razie pozostaję z uczuciami mieszanymi.


Happysad – Smutni Ludzie 7.5/10

Na ostatniej płycie Happysad jasno i dosadnie zakomunikowali chęć zmian. Przed ukazaniem się zwiastunów z nowego albumu można więc było zastanawiać się już jedynie nad tym CO tej zmianie ulegnie. Pierwszy singiel podobnie jak dwa lata temu „Wpuść Mnie” mile zaskakuje pod względem konstrukcyjnym. Brzmienie wieje chłodem, kontrastując z majowymi opisami i „beztroską hormonadą”, ale za to doskonale pasując do tytułowych „Smutnych Ludzi”. Akuratna elektronika i punktująca perkusja niepokojąco zwiastują burzę, czytaj kapitalny riff, który niczym piorun dzieli utwór na dwie części. I właśnie dla tej drugiej, porywająco rozeźlonej, naładowanej frustracją oraz „wkurwem” najbardziej warto się ze „Smutnymi Ludźmi” poznać.


Czy można chcieć czegoś więcej, gdy nuda i bezsens trzymają nas za ręce? „Narkotyki” to piękne muzyczne lenistwo, rozleniwienie iście wyrafinowane, jazzowe, wylewające się lekko melancholijnie, ale przy tym jakże rozkosznie. Parne lato czy jednak zadumana jesień? Nie wiem sam. Saksofon nęci, absorbuje, Piotra Nabrdalika można oskarżyć o wokalną charyzmę. Jeśli chcieć czegoś więcej, to tylko kawałka „Czerwiec” z tej samej płyty.  


Olandra – Asmodeus 6.5/10

Głos Oli Woźniak nie ma słabych punktów, skala idzie w parze w barwą, technika z emocjami. Przyjemność czerpana z wysokich dźwięków i subtelnie akompaniującego pianina pozwala przymknąć oko na klasyczną konwencję. Wygrywa dla mnie końcówka, kilkudziesięcio-sekundowa lekcja jak wokalnie zaczarować w ogóle nie używając słów.




Curly Heads – Reconcile 5.5/10

Czy to jeszcze spóźnienie na new rock revolution godne polskich kolei, czy może już revival gitarowego revivalu? Choć wydaje się jakby to było wczoraj, „Reconcile” uderza w brzmienia sprzed dekady, a nawet kilkunastu lat. Z kawałka Curly Heads w mniejszym lub większym stopniu wyskakują Kings Of Leon, Editors, Arctic Monkeys i reszta ferajny. Pomimo upływu roczników za tym się jeszcze nie da tęsknić, a jakiekolwiek odrodzenie czegoś, co nawet dobrze nie umarło nie znajduje racji bytu. Można też powiedzieć, że Dawid Podsiadło z kolegami nagrali zwyczajny indie-garażowo-rockowy kawałek, który zły w żadnym wypadku nie jest, ale rewelacją może stać sie chyba tylko w polskim, niewydolnym mainstreamie.