7.5Chronologicznie to było mniej więcej tak:
Podesłana na facebooku propozycja lubienia strony
The Shipyard. Ci z
Nasiona znowu coś wymyślili. Mało im, że
Kiev Office,
Marla Cingler,
Trans-Syberia, przeróżne samplery, śpiewanie Miłosza... Kolorowo. Ok, przyjąłem fakt istnienia, polubiłem.
Przyswojona gdzieś w międzyczasie informacja, że tym razem
Michał „Goran” Miegoń stworzył zespół wraz z człowiekiem z
cold-wave'owego Made In Poland oraz kilkoma innymi muzykami grającymi w różnych kapelach. Mamy więc super-grupę.
„Downtown”. Nareszcie można ich posłuchać, sprawdzić o co tyle powstałego w międzyczasie szumu. Piosenka okazuje się miła, przyjemna, kojąca nerwy. Wydawać by się mogło, że jakieś karty odsłonięte. Nic bardziej mylnego. Przyszło mi napisać na pewnym forum następujące słowa: „
Błędem jest szufladkowanie ich po jednej piosence, bo to raczej taki zespół-kameleon, raz spokojny i ułożony, a za moment niszczący gitarowym, industrialnym napierdalaniem”.
„Music Is The Only Chance” wersja koncertowa. Dowód na to, że grupa wcale nie zamierza się opierdzielać grając grzeczne utwory. Singiel był dla radia i dla zmyły. Tymczasem jak można się spodziewać po ludziach z nieokiełznanych artystycznie projektów typu
Kiev Office,
Sound Of Pixies czy
Made In Poland czeka nas jednak coś o wiele bardziej nieoczywistego i bezkompromisowego. Gitarowe szaleństwo, wokalna histeria. Co raz ciekawiej.
„The Shipyard” i koncert na Offie. Kolejny udostępniony kawałek okazuje się prawdziwą kosą. Jego mocarny potencjał ujawniony zostaje jednak dopiero przy okazji koncertu. Polecam Youtube, posłuchajcie i zobaczcie jak oni to robią. Fajnie, że tam byłem.
Jest i płyta. Pan Jasiek listonosz wreszcie przyniósł coś co nie jest rachunkiem. W najgorszym możliwym dla mnie momencie, kiedy trzeba się uczyć na egzamin. Trudno, odpaliłem od razu.
The Shipyard robili za soundtrack do Słowackiego i opracowania Siwickiej.
Wszystkie puzzle ułożyły się finalnie w zrozumiałą całość. Gładkie oblicze reprezentowane przez „Downtown”, „Oyster Card”, „Under The Apple Tree” i „Fire Like Desire”. Każda z tych kompozycji mogła pozornie zawodzić z uwagi na pewne, nazwijmy to „ograne motywy” (słynny już refren ostatniego z wymienionych), ale ostatecznie wszystkie mają w sobie coś co pozwala ucieszyć ucho.
Pop w
nowo-falowym opakowaniu, przyciągające melodie, nimi ten krążek oddycha. Musi w końcu, bo z drugiej strony mamy przecież zapierające dech killery. Introdukcję w postaci „The Shipyard”, „Music Is The Only Chance” oraz znakomite „Free Fall”. Tutaj zimny niepokój sąsiaduje z ostrymi gitarowymi jazdami i szaleńczymi krzykami
Rafała Jurewicza. Tych słucha się doprawdy fantastycznie, a połączenie kilku estetyk wnoszonych jakby przez każdego z członków znajduje wspólny, ciekawie brzmiący kompromis. Przy trójce i czwórce na
„We Will Sea” można się nieźle wyżyć.
Pełny obraz albumu uzupełniają trzy ostatnie nagrania. „Między Kobietą, a Meżczyzną” jest jak wiersz z nutką śpiewności recytowany na tle niemal transowych,
trip-hopowych tekstur. Brudny, klaustrofobiczny „Cigaretto” przypomina nieco twórczość
Suicide. I w końcu rozkładające mnie na łopatki „Free Of Drugs”.
Kto przyjdzie, a kto wyjdzie, kto przyjdzie, a kto wyjdzie... Hipnoza, muzycznie i lirycznie.
Post-punkowa otchłań, przepiękny, refleksyjny mrok.
Nie muszę chyba dodawać, że jestem zadowolony. Momentami bardzo, innymi może trochę mniej, jak zwykle.
„We Will Sea” to rozdarta, niespójna, ale cholernie interesująca płyta.