Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joan Of Arc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joan Of Arc. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 marca 2019

Joan Of Arc - Testimonium Songs (2013)












6.5

O ile „Joan Of Arc” z 2012 roku był albumem wyjątkowo skromnym, bezpośrednim i najzwyczajniej w świecie prostym, tak wydany już rok później „Testimonium Songs” jawi się rzeczą konceptualnie wytrawniejszą, opartą o kilka nieszablonowych pomysłów i brzmiącą zdecydowanie bardziej osobliwie. Fakt, że płyta współtworzy większe, znacznie szerzej zakrojone artystyczne przedsięwzięcie, obejmujące również taniec, teatr czy poezję, nie stanowi przy tym problemu, by dało się jej słuchać oddzielnie i tak też ją rozpatrywać. 

Jednym ze specjalnych zabiegów wyróżniających kompozycje z tego krążka jest użycie jako tekstów nietypowej poezji Charlesa Reznikoffa, reprezentanta XX-wiecznej szkoły obiektywistycznej. Chodzi tu mniej więcej o przekład sądowych transkrypcji z zeznań świadków i ofiar do postaci wierszy. Ot, typowo awangardowy pomysł na coś niekonwencjonalnego. Druga odrębność wynika zaś z potrzeby wymyślania utworów nie tylko dla nich samych, ale i z myślą o szerszym performance, co naturalnie nie może pozostawać bez jakiegoś wpływu na ich ostateczny, specyficzny charakter. Nie, żeby nie dało się znaleźć wcześniej u Kinselli większych dziwactw w zakresie rozwiązań muzycznych, ale tutaj przynajmniej wiemy z czego to wynika.

Aby najłatwiej tę kwestię zrozumieć warto posłuchać kawałków takich jak „Stephen’s Song” i „Jury Duty”. Obydwa śpiewane a capella, pierwszy na jeden wokal, drugi wielogłosowy, mają w sobie coś teatralnego i brzmią dokładnie tak, jak moglibyśmy sobie wyobrazić kompozycje pisane pod projekt mający łączyć muzykę z inną dyscypliną sztuki. Całkiem ambitny efekt, za sprawą sposobu, w jaki soliści uruchomili melodyjność, udało się uzyskać zwłaszcza w tym ostatnim.

To jednak tylko pierwsza z kilku stron dość zróżnicowanego materiału, na który składa się „Testimonium Songs”. Jeden z chętniej dyskutowanych wierszy Reznikoffa, „Amelia”, w interpretacji Joan Of Arc staje się klasyczną, śpiewaną i graną na akustycznej gitarze niespełna trzyminutową piosenką. Dłuższe „I’d Expect Babies Should Fly, If Not at Least Float Away” i “Mosaic Of Bolts” są z kolei bliskie progresywnym indie rockowym wyczynom znanym z wielu wcześniejszych płyt formacji. Konstrukcyjnie potężne, rozbudowane i szczegółowe sprawiają wrażenie najzupełniej piorunujące. Ostatni rodzynek, czyli „The Bird’s Nest Wrapped Around The Security Camera” to jeszcze inna bajka. Improwizowany 13-minutowy nieład z okazjonalnymi wokalami Tima, trochę kompozycja, a trochę eksperyment.

Wniknięcie w kontekst i historię trzynastego albumu Joan Of Arc z pewnością pomaga w polubieniu się z „Testimonium Songs”. Bez tych czynności warstwa muzyczna również potrafi się mimo wszystko co najmniej nieźle obronić. Być może brak tu nieco równowagi i nie każdy dłuższy czy krótszy fragment niesie pełną satysfakcję, ale „Testimonium…” to nadal rzecz szalenie inteligentna i oryginalna, uzasadniona nie artystycznym snobizmem, a rzetelnie wypracowaną treścią.

sobota, 23 marca 2019

Joan Of Arc - Joan Of Arc (2012)












6

Analiza dyskografii Joan Of Arc dowodzi, że raz na kilka albumów trafia się chicagowskiej formacji moment uspokojenia i wyciszenia, czas nagrywania płyty z ładnymi piosenkami. Pierwszą z nich była „So Much Staying Alive And Lovelessness” z 2003 roku, za drugą możemy zaś uznać wydaną trzy lata później „Eventually All At Once”. Obydwie stanowiły jednak propozycje na swój sposób złożone, aranżacyjnie dopieszczone i przygotowane w ramach owocnej kolektywnej współpracy. „Joan Of Arc” z roku 2012 to z kolei dzieło znacznie skromniejsze, dużo bardziej minimalistyczne, będące właściwie indywidualnym wyskokiem Tima Kinselli, na którym poza okazjonalnymi partiami perkusji słuchamy już tylko wyłącznie wokalu i nylonowych strun gitary.

Nieszczególnie dziwi więc, że to właśnie ta płyta zasłużyła sobie na bycie pierwszym w 15-letniej historii projektu krążkiem „Self-Titled”, czyli w zasadzie albumem bez nazwy. Jeśli przypomnimy sobie wcześniejsze tytuły, takie jak „Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain” czy „In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust”, fantazyjną zawartość kryjącą się pod nimi oraz listę osób zaangażowanych w te artystyczne przedsięwzięcia, kontrast robi się bez wątpienia ogromny. Tymczasem „Joan Of Arc” to tylko Tim, a więc Joan Of Arc ogołocone do swej najpierwotniejszej postaci, jedynego wspólnego mianownika wszystkich poprzednich płyt, który po raz pierwszy pozostaje osamotniony.

Kinselli z pewnością udaje się na tym placu boju nie polec. Choć poza jednym wyjątkiem krążek oferuje wyłącznie klasycznie akustyczny singer songwriter/folk, to stworzone w takiej estetyce urokliwe miniaturki wypadają najzupełniej zadowalająco. „Bas Jan Ader Song”, nawiązujące do postaci holenderskiego konceptualnego artysty, z powodzeniem uderza w ton utworów z wymienionego wcześniej „Eventually…”. Nieprzekraczające nawet całych dwóch minut „Peace Corpse” szczerze rozczula melodiami gitary i wokalu. „King Song” to miła kinsellowska wariacja na temat „Can’t Help Fall In Love” Elvisa. „John Merrick Song” różni się zaś od wszystkich poprzedników jedynie tym, że ta sama koncepcja zostaje w nim rozszerzona do formy trzy razy dłuższej. Wspomniany już ewenement, 15-minutowe „Chaplinesque” jawi się przearanżowaną ścieżką dźwiękową autorstwa JOA do filmu Charliego Chaplina „Jego Nowe Zajęcie”. Da się tego również posłuchać, choć jeśli zdamy sobie sprawę, że czas trwania numeru równa się 40% całego albumu, to każdy zapyta zapewne sam siebie, „czy nie lepiej byłoby trochę krócej?”

„Joan Of Arc” jest więc rzeczą akceptowalną i w swej ascetycznej naturze całkiem przyjemną. Albumem, który chyba musiał w pewnym momencie powstać. Z jednej strony odległym od najbardziej imponujących dokonań Tima Kinselli, ale i na pewno nieroszczącym sobie pretensji do znalezienia się wśród nich.       

sobota, 7 lipca 2012

Joan Of Arc - Life Like (2011)












7

Znając dorobek i historię grupy artystów skupionej wokół projektu Joan Of Arc i wytwórni Polyvinyl, trudno dziś nie zauważyć, że nadeszły dla nich spokojne czasy. Dawniej Tim Kinsella kombinował na potęgę, zaspokajał ciekawość poprzez przesadzone zabawy z elektroniką i samplami oraz w większym stopniu zadziwiał tekstami. Było to zresztą w jego artystyczną naturę jak najbardziej wpisane i tej ekscentryczności Tim nie da się całkiem pozbawić zapewne nigdy. Nie zmienia to jednak faktu, że kilka ostatnich płyt JOA wydawało się już całkiem do strawienia nie tylko dla oddanych fanów "kinsella-core'u", ale i dla przeciętnych zjadaczy pitchforkowego indie rocka. 

Tak czy inaczej, przed sięgnięciem po "Life Like" trapić mogła myśl, czy nadal będzie tu tak w miarę normalnie, czy może chłopaki pokuszą się w końcu o jakiś gigantyczny przewrót? Oficjalna odpowiedź jest taka, że obeszło się bez niespodzianek. Nie strach nawet powiedzieć, że wszystko utrzymuje się tu bardzo w ich stylu (pomijając już fakt, że ten styl zmieniał się często). Przebili „Flowers” czy nadal przędą na tak samo średnim poziomie? Znów bramka numer 1. Tym razem spójność jest wręcz wzorowa, a ogólna jakość wyższa. Ostatni wniosek wiąże się zaś z tym, że poza znanymi, lubianymi rozwiązaniami pojawiają się i drobne akcenty, których wcześniej nie było (jak „Fogbow” i „The Garden Of Cartoon Exclamations” na „Kwiatach”). Co prawda nie spektakularne, ale dowodzące, że emerytura poczeka, a w kwestii ewolucji grania Joan Of Arc jeszcze nie wszystko zostało przesądzone.

Rozpoczynającej math-rockowej suity „I Saw Messed Binds Of My Generation”, w której brzmią, jakby mogli w ten sposób razem jammować do końca świata i o jeden dzień dłużej nie trzeba kochać, ale chyba wypada przez 10 minut zaakceptować. „Love Life”, czyli właściwie singiel, pokochałem dla odmiany z miejsca. Zainicjowany myląco wesołym intro, po czterdziestu sekundach zaskakuje pesymistycznym zwrotem akcji. Rozgoryczonemu wyznaniu Kinselli: It’s so hard to know what’s right wtórują po chwili klarowne bębny i równie wyrazista gitarą, a nagranie nabiera nieco cierpkiego, acz interesującego posmaku. Podobnie sytuacja wygląda w „Like Minded”. Najpierw zagmatwany instrumentalny wstęp, a następnie przejście do meritum, czyli pięknej, smutnawej melodii, poprawionej zaraz kolejnymi, mogącymi przypominać o dawnych inklinacjach z midwest emo. Jeszcze lepiej prezentuje się „Life Force”. Mam za ten numer ochotę Tima uściskać, jak i dać mu po gębie. Uderzające niczym promyki słońca Let’s cut each other strings to niewiele ponad minutowa poprawa humoru, magiczna dawka nadziei i optymizmu. Czemu tylko w porcji tak nieznośnie głodowej? Ponoć starszego z braci Kinsella nigdy zbyt długo nie interesowała muzyka, która nie jest w jakiś sposób straszna. 

Później robi się już dość klasycznie. Instrumentalna perfekcja, kilka ciekawych motywów i sporo minut dobrego, zajmującego słuchania. Nawet jeśli pod indeksami 5-8 nie odnajdziemy żadnego potencjalnego kinsellowskiego hitu. Taki trafia się za to pod kończącym „Life Like” numerem 9. „After Life”, piosenka chwytliwa, podpadająca niemal pod hymn śpiewany na kilka głosów,  przy której aż chce się klaskać w dłonie, zmniejsza żal po pollardowym "Life Force". 

W recenzji ostatniego albumu Monster Movie redaktor Pitchforka stwierdził, że choć płyta genialna nie jest, to zespól brzmi nareszcie tak, jakby cieszył się swoją muzyką. Joan Of Arc zawsze było do twarzy w udziwnionych kompozycjach i mrocznych impresjach. Dziś ich twórczość jest jak pomieszczenie, w którym ktoś delikatnie uchylił okno oraz odsłonił firanki. Okazuje się, że tak też może być dobrze i nie trzeba nawet wychodzić ze swojego świata (słychać tu w końcu patenty z wszystkich wydawnictw JOA), ale wpuścić do niego nieco powietrza także nie zaszkodzi. Tim jest chyba nareszcie szczęśliwym gościem, a przynajmniej teraz wypada w tym przekonująco.

czwartek, 5 lipca 2012

Joan Of Arc - Flowers (2009)












5.5

„Flowers” zaczyna się doskonale, wzbudzając nadzieje na coś równie dobrego, jak „Boo Human”. Mamy tu trochę nowości, sporo trafnych pomysłów i relatywną przystępność. "Fogbow", prawdziwy balsam dla ucha, elegancko wykorzystuje subtelną elektronikę, doskonale lepiącą się z głosem Tima Kinselli. „The Garden of Cartoon Exclamations” intryguje chóralnymi wokalami na początku i fenomenalnymi klawiszami. Instrumentalne nagranie tytułowe to prawie siedem zadziwiających minut, brzmiących niczym halucynogenne jam session zrobione gdzieś na łące lub w lesie. Ciepło można się odnieść jeszcze do przyjemnie piosenkowego „Explain Yourselves #2”, gdzie dźwięki wydają się uciekać z ciasnego pokoju i szukać przestrzeni.

Ale jest też druga strona monety. Dalej robi się stanowczo zbyt swobodnie i fragmentarycznie, wkracza wodolejstwo i ucieka konkret. Już piąte na liście „Tsunshine” demonstruje sposób przynudzania większej części drugiej połówki płyty. Wkurzać może brak regularnych kompozycji, którymi panowie zachęcili na początku. Tu dwie minuty żwawego „A Delicious Herbal Laxative”, tam moment dłuższego, ale za to niesatysfakcjonującego „Explain Yourselves” i znów dwa razy po dwie minuty „Table of the Laments” oraz „Fable of the Elements”. Pierwszy brzmi, jakby zrobili go totalnie na czuja i bez idei, drugi to dźwiękowa zabawa z dzwoneczkami. Może nie ma tragedii, ale niedosyt pozostaje. „Life Sentence”/” Twisted Ladder” to taki rock w świecie Kinselli. Ledwie się kończy a my już jesteśmy świadkami zamknięcia płyty znów bardzo skromnym „The Sun Rose”.

Ładne kwiatki można by rzec. Może i ładne, ale jak to kwiatki, na dłuższą metę mało użyteczne. „Flowers” na całej swej płaszczyźnie przypomina zbiór nie mających nic do siebie impresji. Niczym typowa płyta, którą genialny muzyk napisał na kolanie i nagrał w krótkim czasie, objawia część jego geniuszu, ale i zbyt często zawodzi.

środa, 4 lipca 2012

Joan Of Arc - Boo! Human (2008)












9

Względna normalność znów okazała się sojuszniczką Joan Of Arc. „Boo Human” podejmuje tematykę brzmieniowo dużo bardziej zróżnicowaną od „Eventually All At Once”, ale jednocześnie z przystępności "parasolkowego albumu" nie umyka tutaj wiele. Choć na swojej dziewiątej płycie panowie nie czarują już tak bardzo pod względem atmosfery, to z drugiej strony nie ma też na niej przesadnego powrotu do chorobliwych rejonów „In Raped Fantasy…” ani tym bardziej masywnych eksperymentów „The Gap”. 

Wyróżniłbym z tego krążka trzech zdecydowanych faworytów. Hipnotyczną folk-balladę „Shown And Told”, kameralne „A Tell-Tale Penis” i porażające motywem fortepianu „Vine On A Wire”. Kiedy w ostatnim z wymienionych Kinsella wypowiada słowa the only impossible thing has happened, jestem skłonny uwierzyć w realność tej niesamowitej rzeczy. Wyjątkowo ciekawie wypadają krótsze fragmenty przeplatające krążek. Apokaliptyczne „9/11 2” z złowrogą wiolonczelą i gorzkim artykułowaniem Tima, mistrzowsko schizofreniczne „Everywhere I Go”, beztroska ciekawostka „Insects Don’t Eat Bananas” oraz elektroniczne „Lying And Cheating Mind”. W końcówce dominują post-rockowe pejzaże: “The Surrender #1” , “If There Was a Time #2”, “The Surrender #2”. Raz całkiem ciekawe, innym razem wyraźnie przynudzające, przez co równość materiału zostaje zachwiana. Nie na tyle jednak by popsuć słuchaczowi obcowanie z nim. 

„Boo Human” to kolejny błyskotliwy album zgodny z duchem Joan Of Arc. Trochę naturalnie dziwny, jak wszystko czego dotknie się starszy z braci Kinsella, ale nie przesadnie udziwniony i w gruncie rzeczy stosunkowo dla odbiorcy przyjazny. Jak to powiedział Tim: I listen to a lot of weird music, but I listen to a lot of not-weird music, too. A jeśli słuchanie i tworzenie są u niego powiązane, to płyty takie ja ta oddają ową sytuację co do joty. 




once we spent our afternoons
dancing in our living rooms
now shes giving into her most unlit corners too soon

wtorek, 3 lipca 2012

Joan Of Arc - Eventually All At Once (2006)












10

To już nie ten sam Tim Kinsella, co na "In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust". Nie ten sam, któremu zdarzało się przypadkiem tworzyć ścieżki dźwiękowe do sennych koszmarów schizofrenika. Tym razem lider Joan Of Arc stara się jakby ukoić dusze romantyków, których nie do końca satysfakcjonuje słodka twórczość jego brata lub innych akustyczno-folkowych wykonawców. 

Klucz do zrozumienia magii "Eventually All At Once"? Włączcie pierwsze na liście nagranie tytułowe, popatrzcie na okładkę. Dźwięk i obrazek, jedno lepszym odzwierciedleniem drugiego. Chłopaki przygrywają beztrosko na gitarach, Tim śpiewa czystym głosem coś o zrozumieniu, niezrozumieniu, egzystencji. Melodie "I’m Calling Off..." są z kolei jak krople deszczu uderzające w przezroczyste parasole na zdjęciu. W tych szarpnięciach w struny i urokliwych kombinacjach idzie się człowiekowi rozpłynąć. Zadbany i zwiewny klimat, trochę jak u The Sea And Cake, przywoływanych już kiedyś przeze mnie w kontekście JOA, znów staje się stosownym odniesieniem. Wejście dzwoneczkowego "Miss Cat Piss And Peppermint" wprowadza odrobinę żwawsze tempo, acz nie zmienia gwałtownie dotychczasowego nastroju. W czwartym z kolei, misternie uszytym "You Can’t Change Your Mind" grupie również udaje się nie uronić z niego ani okruszka.

Po kilku wybornych piosenkach tak naprawdę dopiero dochodzimy do najlepszego autorskiego momentu albumu. Wyrafinowane "Living Out In The Sea Of Umbrellas" zabiera nas w enigmatyczny świat post-rockowych impresji. Indeks piąty z "parasolkowego krążka" jawi się wzorowym przykładem troski o klimat i zadbaną strukturę kompozycji, których w takim wydaniu nie słyszałem doprawdy nigdzie i u nikogo. 

W drugiej części warto przede wszystkim zwrócić uwagę na motyw "The Words Have Cast Their Spells" rodzący się gdzieś w środku (1:12) oraz jeszcze jedną akustyczną perełkę w postaci wydanego nawet na singlu "Many Times I've Mistaken". Najlepszy moment płyty (dyskusyjnie) to jednak rzecz nieautorska, a cover "Free Will And Testament" Roberta Wyatta. Genialna kompozycja z błyskotliwym tekstem napisana 10 lat wcześniej przez mistrza z Canterbury, dzięki łamiącemu się wokalowi Tima (końcówka!) nabiera tutaj nowego blasku.

"Eventually All At Once" ze względu na swoją lekkość i piosenkowość, dużo większą nawet niż "So Much Staying Alive And Lovelessness", to pozycja w katalogu Joan Of Arc dość wyjątkowa. Dziwnym trafem niekoniecznie przez Tima lubiana, chyba za mało dziwna i straszna, napisana i nagrana po śmierci ojca braci Kinsella, wśród fanów projektu znalazła jednak wielu zwolenników. Sam doskonale pamiętam zresztą jej pierwszy odsłuch. Druga klasa liceum, piątek po szkole, początki wiosny, wieczorna godzina i zachód słońca za oknem. Ta okładka i te dźwięki płynące z głośnika.

wtorek, 5 czerwca 2012

Joan Of Arc - Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain (2004)












10

Jeśli pierwsze cztery płyty Joan Of Arc można uznać za okres poszukiwań, a kolejne dwie są już dowodem znalezienia tego „czegoś”, to wraz z „Joan Of Arc, Dick Cheney Mark Twain” dochodzi u nich do osiągnięcia pewnego mistrzowskiego pułapu i doprowadzenia własnej charakterystycznej estetyki do poziomu bliskiego perfekcji. Ten album uznaję osobiście za opus magnum grupy oraz pierwszy z jej trzech w ogóle najlepszych krążków, wydawanych kolejno w latach 2004-2008. Są na świecie arcydzieła niedocenione, są też ponoć rzeczy, które nie śniły się filozofom. Jeśli chcecie dowodu na ich istnienie, posłuchajcie po prostu tej płyty.

"Dick Cheney..." to przestrzeń, w której dochodzi do bezbolesnego zatarcia granicy między popem a awangardą. Pierwsze objawia się w znakomitych kompozycjach i melodiach. Drugie niczym duch nawiedza i przenika całość, nadając jej niewiarygodny wymiar. Teksty Tima są jak skomplikowana poezja rażąca geniuszem w wyrafinowany sposób. I to od samego właściwie progu, bo takie: I’ve materialized, Into this worded world, A metaphysical sceptic, An insomniac narcoleptic, So I live alone with Ben Franklin’s ghost, He’s my freemason, And I’m his host niejednego liryka pozostawiłoby w stanie osłupienia. „Questioning Benjamin’s Franklin Ghost” z filozoficznym zacięciem oraz zgrabnym fortepianowym motywem zaczyna paradę świetnych pomysłów i dowodów artystycznej unikalności. Wtóruje mu akustycznie zagrane, wyśmienite „Apocalypse Politics” – nieformalna zapowiedź „Eventually All At Once”, a następnie smagające umysł elektronicznymi biczami „The Title Track Of This Album”, gdzie doświadczamy m. in. odgłosów świdrowania, klasztornego chóru i kilku mechanicznych głosów wymawiających tytuł. JOAN OF ARC, DICK CHENEY, MARK TWAIN. Witajcie w naszej bajce.

Jako próbę sił Joan Of Arc w barokowym popie lub mrocznym kabarecie możemy potraktować „Queasy Lynn”. Utwór kompleksowo zaaranżowany i misternie poprowadzony. Ze świecą szukać na wcześniejszych płytach formacji tak zwartej kompozycji. Jak dotąd wszystko wypada wręcz idealnie, ale nie jest to aż tak dziwne, biorąc pod uwagę, że za album odpowiada chicagowski dream-team. Wśród muzyków między innymi Nate Kinsella, Mike, Tim, Sam Zurick, Bobby Burg czy wypożyczony z Alohy Cale Parks i jego wibrafon. Jakby tego było mało miksuje legenda tamtejszej alternatywy John McEntire, a płyta zapisuje się jako pierwsza pozycja JOA w katalogu Polyvinyl Records. Dopiero cztery kawałki za nami? Serio? To ja biorę sobie przerwę, bo już 2:43, a na zajęcia trzeba jakoś wstać.

Ok, dzień kolejny, możemy kontynuować. Powtarzane mantrycznie You can not want to not want w “White And Wrong” utwierdza mnie w przekonaniu, że takie Joan Of Arc kocham najbardziej. Miazgą kolosalną jest jednak dopiero „Onomatopoepic Animal Faces”, w którym głęboka melodia fortepianu przeszywa na wskroś, a Tim kruchym głosem, z nieokreślonym smutkiem i zadumą artykułuje zwrotkę, aby następnie wznieść się wokalnie i  równie emocjonalnie wyśpiewać refren.

„A Half-Deaf Girl Named Echo" to jeszcze jeden efekt wyśmienitego zgrania, muzykalności i owocnego kombinowania. Krótka wyliczanka na temat „konspiracji” - „80’s Dance Parties Most Of All”, elektroniczny dziwoląg „Deep Rush” i The Sea And Cake'owe „Gripped By Lips” składają się na ciąg przeróżnych dźwięków i pomysłów, jakim przesłuchujemy się z jednakowym zainteresowaniem. Ważnym punktem jawi się „Fleshy Jeffrey”, quasi-ballada, najbliższa stylistycznie „Queasy Lynn”, bardziej rozgoryczona, choć równie udana. „Abigail, Cops And Animals” wyśpiewane/deklamowane jest złowrogim szeptem na tle bogatej aranżacji, klawiszy, basu i wiolonczeli. Hałaśliwa przeszkadzajka „Still From Miss Kate’s Texture Dictionary” zapowiada zaś brzmiące niemal jak ghost story „The Details Of The Bomb”. Wraz z tym utworem robi się naprawdę zagadkowo oraz metafizycznie, a kontynuowanie podobnego klimatu w „I Trust A Litter Of Kittens Still Keeps The Colosseum” okazuje się strzałem w dziesiątkę. Tu następuje jego rozwinięcie i maksymalizacja. Awangardowo-jazzowe trąbki wkradają się w utwór, burząc fortepianową posępność i tworząc być może najbardziej zapierający dech w piersiach fragment albumu.

Jest w „Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain” coś z ducha „NYC Ghosts & Flowers” Sonic Youth. Aura niesamowitości, jakiegoś muzycznego spirytyzmu i ponadzmysłowego oddziaływania. W „Telephone Have Begun Making Calls” nie pada już ani jedno słowo, ale można odnieść wrażenie, że za moment Lee Ranaldo albo Thurston Moore zaczną tutaj swój nastrojowy storytelling. Zamiast tego do głosu dochodzi parada zupełnie innych dźwięków. Jakby w pustym, ponurym domu przedmioty i instrumenty same z siebie zaczynały grać i to w dziwnej, nawiedzonej harmonii oraz kombinacji.„The Cash In And Price” to już napisy końcowe. Lista nazwisk ludzi przeróżnych, od Osamy Bin Laddena po Kathleen Hannę. 

Epicki i pomysłowy, nieogarnialnie kapitalny "Dick Cheney..." zapisuje kolejną mocną kartę w dziejach chicagowskiej sceny niezależnej. Kreatywność oraz oryginalność w czasie długich 57 minut ani przez chwilę nie robią sobie na tym albumie przerwy. Nieodłączne elementy, które Joan Of Arc zaadaptowali wcześniej do swojego krwiobiegu, nie zawsze jednak dające się gładko pogodzić, dopasowane są tu do siebie w przemyślanych proporcjach i odpowiednich miejscach bez najmniejszego zgrzytu. Wszystko komponuje się w intrygujący porządek, a efektu o dziwo nie psuje zupełnie nic. Dwa lata później Tim Kinsella kontynuować będzie świetną passę, ale tym razem już za sprawą dzieła o wiele lżejszego kalibru.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Joan Of Arc - In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust (2003)












7

Ta płyta przy kilkuletniej znajomości przysporzyła mi wielu mieszanych wrażeń. Od poczucia fantazyjnego zgwałcenia, kiedy okazało się, że Joan Of Arc nie zawsze brzmieli tak, jak na „Eventually All At Once”, przez częściową sympatię do niektórych fragmentów, po niemal całkowitą akceptację i zrozumienie czegoś, czego najlepiej nie rozumieć.

I started. he said so. are you from around here? Well if anyone invites you in, just politely say “no thank you.”

Kuriozalne poczucie estetyki daje o sobie znać już na początku, w specyficznej (jakżeby inaczej) opowieści o synu farmera. Samo „Sing The Scarecrow Song” wystarczy, aby uświadomić sobie, że choć są lepsi i więksi, to drugiego takiego jak Tim Kinsella nie ma na pewno. Następujące po nim lunatyczne „Happy 1984 and 2001” z wyliczanym jak mantra: sidewalk shadow, bird shadow, cowboy shadow, bicycle shadow, cigarette shadow, marijuana shadow, cocaine shadow, ecstasy shadow, Dick Cheney shadow, zapisuje się jako jeden z najbardziej pamiętnych momentów krążka. Przedziwny, choć znakomity zarazem.

Za sprawą sennie uwodzącego „Excitement Is Exciting” dowiadujemy się, jak może brzmieć odpowiedź Joan Of Arc na neo-psychodelię. Tuż po nim doznajemy zaś kompletnego absolutu w postaci „Barge”. Utworu prowadzonego tym razem przez obojętny głos Todda Mattei, do cna smutnego i dołującego, ale z której by strony nie spojrzeć doskonałego. Melodia fortepianu, późniejsze harmonie wokalne z Timem i odległe pogłosy przynoszą poczucie obcowania z czymś jedynym w swoim rodzaju. Klasę solidnie podtrzymuje także „Gang Language”, który domyka pierwszą część podróży, gdzieś na granicy irytującej bezsenności i kolejnych koszmarów.

Za sobą mamy więc już tę przyjemniejszą część płyty, przed sobą z kolei intensywny mind-fuck. Sny robią się coraz bardziej surrealistyczne, nieregularne i rozmazane. Muzycy Joan Of Arc rezygnują z opanowania i nie zamierzają dłużej trzymać fasonu. Zaczyna się faza rozbuchanego tripu oraz improwizacji. Chaotyczne „Moonlightning” z elementami jazzowymi brzmi, jakby im się zepsuła taśma, ale wciąż jest w tym coś inspirującego. Wyjątkowo łagodne pranie mózgu oddziela od siebie pierwszą, akustyczną oraz drugą, eksperymentalno-dubową część "Dinosaurs Constellations".

Reszty szczegółowo nie opiszę. Wspomnę jedynie, że usłyszymy tam między innymi ochrypłe fałszowanie do szklanki, modyfikujący mózg popis samplingu czy skrawki oderwane z poprzednich utworów i pozostawione w przypadkowych miejscach. Na koniec znów dostajemy nagranie tytułowe, podsumowujące całość za sprawą ośmiu minut upiornych zgrzytów i pisków, trochę w stylu awangardowej części twórczości Sonic Youth.

Nie ulega wątpliwości, że przy okazji tej płyty Joan Of Arc znów się zmieniło. Na „In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust” zespół daje się jednak ponieść eksperymentalnym formom z lepszym skutkiem niż na „The Gap”, serwując równocześnie szczyptę nieco trzeźwiejszego podejścia do twórczości z komponowaniem wspaniałych piosenek włącznie. W kolejnych latach przyjdzie im spłodzić rzeczy lepsze i ładniejsze. Nigdy już chyba jednak równie osobliwe i artystycznie nieokiełznane.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Ulubione utwory 2011 część 1 (miejsca 30-16)


30. Andrew Jackson Jihad – Hate, Rain On Me












Oda do pesymizmu, hejterstwa oraz ponuractwa i zarazem rzecz idealnie godząca indie rockowców z kibicami folk punku, z kultową linijką: I wish I had a bullet big enough to fucking kill the sun. 


29. Yellowcard – With You Around










W gimnazjum słuchałem „Ocean Avenue”, w liceum dałem się nabrać na „Paper Walls”, teraz jestem na studiach, a Yellowcard perfidnie gra na sentymentach, znowu śpiewając o kalifornijskim słońcu i wymiatając na skrzypcach. Mimo, że lata lecą, wciąż odbywa się to tak samo autentycznie i z podobną beztroską, jak w pierwszej połowie lat zerowych.


28. Bon Iver – Towers










Z zadania napisania folk-ballady o szczególnie ujmującej melodii Justin Vernon wywiązał się celująco. Oczywiście on zawsze tworzył praktycznie same ładne ballady, ale „Towers” wyróżnia się pewną pozytywną przystępnością, która niczego tu nie odbiera, a wręcz przeciwnie robi bardzo dobrze. Oh, the sermons are the first to rest, Smoke on Sundays when you're drunk and dressed. Ktoś jeszcze w tym roku rzucał takimi tekstami?


27. Future Islands – Before The Bridge










Dyskoteka dla ludzi z depresją. To co się tu wyprawia za cholerę nie powinno do siebie pasować. Jest bit, pulsacja, klawisze, a z drugiej strony przygnębienie, koleś o specyficznym wokalu i do you believe in love, do you believe in love? wymawiane w taki sposób, że ja chyba już w nic nie wierzę.


26. WhoMadeWho – Every Minute Alone










Jeśli kapela wymyśla z 15 zajebistych motywów i zamiast rozłożyć je regularnie na cały krążek wszystko upycha w jednym kawałku, to czy da się tego później nie umieścić na liście piosenek roku? Duńczycy z WhoMadeWho fachowo opakowali indie rockowy numer w mrocznawą, tanecznie-transującą elektronikę, czego rezultatem ten oto w wąskich kręgach uznawany przebój.


25. Iron & Wine – Tree By The River











Czarny koń na “Kiss Each Other Clean”. Dlaczego akurat tę piosenkę wybrałem spośród innych kapitalnych nagrań z ostatniego albumu Sama? W czym jest lepsza od „Walking Far From Home” – potężnego hitu indie-kręgów A.D 2011, „Rabbit Will Run” albo „Your Fake Name Is Good Enough For Me”? Nie wiem, nie powiem, czaruje mnie chyba sielskość tego klimatu, “drzewka przy rzece kiedy mieliśmy po 17 lat”. Cóż poradzić.


24. Joan Of Arc – Love Life










Niech ktoś mi powie, że oni nie są tu w świetnej formie. Z „Love Life” pomysłowością aż kipi. Najpierw wchodzi wesolutka gitara, melodyjne kombinacje i math-rockowe kształty. Po chwili kończy się matematyka, a zaczyna powaga, start emocyjnego natężenia i gorycz w głosie Tima oraz popis wszystkich instrumentalistów. Jakby to powiedziała jedna moja koleżanka, dla mnie jako fana CZAD, ale bynajmniej nie tylko fani mogą czuć się tu pod wrażeniem.


23. Braids – Lemonade










Nie wiem, czy kiedykolwiek zastanawiałem się, co by było, gdyby ktoś z duetu Avey Tare-Panda Bear urodził się kobietą i mniejsza zresztą o to. Odpowiedź do tego pewnie nigdy niezadanego pytania przyszła wraz z debiutem Braids, a szczególnie jego przeuroczym openerem „Lemonade”. Tekstury, melodie oraz rytmika wypadają tu wspaniale, ale i tak najbardziej skupia na sobie uwagę wokalistka. Operująca głosem w jakiś magicznie kojący sposób, już definitywnie czyniąca z tego kawałka małe, konstrukcyjne i klimatyczne arcydzieło.


22. Maritime – It’s Casual










Zaskakujące, jak na Maritime, shoegaze’owe inklinacje i uzależniająco rozwibrowana gitara wystarczają "It's Casual" do podbicia serca i zapewnienia sobie lokaty w trzeciej dziesiątce podsumowania.


21. Eastern Youth – 這Itsukubatsu can fly in the sky










Od dziecka lubiłem mangę, anime i nośne kawałki zawarte w openingach do tychże japońskich kreskówek. Stara miłość nie rdzewieje, zwłaszcza jeśli Eastern Youth muzycznie obraca się w kręgach jakże mi bliskich, a ich najnowsza płyta prezentuje wyborny poziom. „Itsukabatsu” ze swoją rozsadzającą energią, dynamiką i przebojowością z powodzeniem możnaby wykorzystać w czołówce do jakiegoś kipiącego akcją bitewnego lub sportowego shounena.


20. Late Nite Wars – New Regulars










Ściąganie z Hot Water Music i Lifetime to oczywiście normalka, kapel grających w tym stylu mamy obecnie prawdziwy wysyp. Late Nite Wars wykazali się jednak nie lada sprytem serwując to, co najlepsze u drugiej z wymienionych grup nie w formie melodyjnego, ultra-szybkiego wymiatacza, a akustycznej, niesamowicie wdzięcznej miniaturki. Jeżeli oni rozpadli się i zniknęli już tak na serio, to właśnie przez takie utwory będzie mi ich brakować.


19. John Maus – Quantum Leap










Główną rolę gra tu bez wątpienia porażający intensywnością, ryjący banię klawiszowy chwyt zaserwowany już na samym początku, a następnie z premedytacją trzymany na uwięzi prawie do samej końcówki, gdzie po dwóch minutach absencji eksploduje raz jeszcze. Choć zimny bas a la Peter Hook też jest tu zacny, a i kościelne niemal wokale można uznać za atut, to właśnie ten diabelnie chwytliwy motywik sprawiał, że „Quantum Leap” odtwarzałem w tym roku wiele, wiele razy.


18. Ringo DeathStarr – So High










W "So High" jest tak bardzo wiosennie, twee popowo, narkotycznie i piosenkowo. Mamy tu lekki shoegaze’owy odjazd, wesołą gitara oraz ładne damsko-męskie wokale. Poza tym to także retrospekcja ostatniego Offa, zielonej trawki i letniego popołudnia przy ich występie.


17. Bomb The Music Industry! – Hurricane Waves










Beachboysowska plażowa piosenka, wzięta na warsztat z właściwym dla Jeffa Rosenstocka urokiem, robiąca swoje przede wszystkim dzięki kapitalności zwrotek i refrenu. 


16. Owen – No Place Like Home










Odgłosy wibrafonu, ksylofonu czy innej marimby nadają już w rdzeniu całkiem niezłej kompozycji Owena przydatny element świeżości. Liczy się zresztą obcowanie z dobrze u niego znanym ciepłym nastrojem akustycznych melodii i tekstów afirmuących spokojne, rodzinne życie w czterech kątach. Nudy panie Kinsella i oby tak dalej.

sobota, 15 października 2011

Joan Of Arc – So Much Staying Alive And Lovelessness (2003)












7.5

Po niełatwym i budzącym mieszane odczucia „The Gap” członkowie Joan Of Arc ponownie obrali kierunek o sto osiemdziesiąt stopni odmienny. Ich pierwsze dwa albumy stanowiły wprowadzenie do historii, trzeci przyniósł nowe wątki, a czwarty małe trzęsienie ziemi. Następny rozdział jest zaś dla tej opowieści punktem kulminacyjnym. Na "So Much Staying Alive And Lovelessness" zaczyna się bowiem krystalizować z grubsza najbardziej rozpoznawalne oblicze grupy.

Piąta pozycja w dyskografii JOA jawi się jak na dotychczasowe standardy chicagowskiej formacji płytą niezwykle uporządkowaną. Panowie zrezygnowali z eksperymentalnych wybryków, stawiając na spójną, konsekwentnie trzymającą się klimatu całość. Zmiana była przy tym nie do końca podyktowana samymi chęciami czy zamiarami, a raczej wymuszona przez okoliczności. Tymczasowo kapelę opuścił Jeremy Boyle, osoba do tej pory w największym stopniu odpowiedzialna za elektronikę i syntezatory. Z respektu dla kolegi pozostali postanowili więc tym razem zwyczajnie odpuścić sobie wspomniany element.    

Esencjonalnie dla Joan Of Arc okresu 2003-2011 brzmi otwierające „On A Bedsheet In The Breeze On The Roof”, a w zasadzie już pierwsza sekwencja gitarowych akordów tej kompozycji. To właśnie snucie tego rodzaju gęstych, pokomplikowanych melodii (innym przykładem np. "Olivia Lost") stanie się w dłuższej perspektywie cechą charakterystyczną projektu Tima Kinselli oraz podstawą najbardziej udanych fragmentów dyskografii JOA. Może to stanowić punkt odniesienia zarówno dla płyty „Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain” z 2004 roku, "Boo Human" z 2008, wydanego dwa lata po nim singla „Meaningful Work”, jak i  krążka "Life Like" z roku 2011. 

O ile przy okazji każdego właściwie wcześniejszego albumu przynajmniej po jednym razie zarzucałem im bezcelowość długich kawałków, tak tu sześciominutowe utwory wypadają już bez najmniejszego zarzutu. To, że płyta wybrzmiewa praktycznie w jednej barwie, a kompozycje są do siebie podobne również nie okazuje się wadą. Takie „The Infinite Blessed Yes” chociażby, bardzo pasuje do wspomnianego „On A Bedsheet…”, choć jednocześnie lekko wyróżnia się za sprawą stukającego motywu i jazzowych wstawek. Duży plus to także poprawa wokalu Tima. Co prawda nie popisuje się on wybitnymi warunkami głosowymi ani ultra-melodyjnym śpiewem, ale opanował już sztukę taktownego, stonowanego artykułowania i na tle całości wypada całkiem miło.

Jeśli chodzi o kwestię piosenek, to jeszcze za wcześnie na przebojowe refreny, ale bazująca na zgrabnym fortepianie „Olivia Lost”  i chwytający klawiszową melodyjką ”Mr. Participation Billy” są w stanie po ludzku wpaść w ucho.  Świetnym nagraniem okazuje się także „Mean To March”, gdzie po odgłosach maszerowania wkraczają aż dwie melodie, po nich następuje fenomenalne wokalne wejście Todda Mattei, odrobina fortepianu, delikatne pogłosy i dołączenie wokalu Tima. Coś jak magiczne jam session, w którym zespół osiągnął wyższy poziom zrozumienia.

„So Much Staying Alive…” swoim zwartym, satysfakcjonującym kształtem i równością, jakiej im zawsze mocno brakowało, na wysokości 2003 roku rości sobie prawo do bycia najlepszym albumem Joan Of Arc. Na tej płycie coś zostaje jakby zdefiniowane i "przyklepane". To także długo oczekiwany krążek, na którym jest po prostu bez udziwnień elegancko i przyjemnie.