Kto trzy lata temu czuł się nieco zawiedziony albumem „Mama I’m Swollen” oraz zmianą stylu Cursive na spokojniejszy i bardziej zachowawczy, przy okazji „I Am Gemini” powinien odetchnąć z ulgą. Nowa płyta kwartetu z Nebraski swoją nie najgorszą, choć budzącą pewien niepokój poprzedniczkę przypomina w stopniu naprawdę niewielkim. Pod względem energii i kreatywności zdecydowanie bliżej jej do wcześniejszych, sztandarowych dzieł zespołu takich jak „The Ugly Organ” czy „Happy Hollow”. Tym razem Tim Kasher ideę koncept-albumu wykorzystuje w pełni, od początku do końca, tworząc spójną, logiczną historię Cassiusa i jego tajemniczego, mrocznego bliźniaka imieniem Pollock. Brzmienie panowie podporządkowują czemuś co z grubsza nadal nazwiemy „indie rockiem”, wyjątkowo dynamicznym, równie często połamanym, jak i melodyjnym, trochę progresywnym i trochę oczywiście popowym. „The Sun And The Moon” pozornie płaskie oraz nieefektowne po kilku przesłuchaniach okazuje się jeszcze bardziej przebojowe i uzależniające niż promujące poprzedni krążek „From The Hips”. Wspaniale skonstruowane, misterne „The Cat And Mouse” chwyta od początku, zmuszając do równie wielokrotnego zapętlania. Kapitalnie wypada sekcja rytmiczna „Warmer Warmer”, „Twin Dragon/Hello Skeleton” to progrockowa ciekawostka, a finalne „Eulogy For No Name” wprost niszczy końcową gitarową apokalipsą. Obóz Cursive w Omaha, Nebraska solidnym murem stoi. Opinie o przeciętności płyty, kryzysie w Saddle Creek czy końcu świata po wyborze czarnego papieża radzę włożyć między bajki.
O „Mama I’m Swollen” zdarzyło mi się pisać dwa razy. Najpierw w długiej recenzji dla pewnego nieistniejącego już serwisu (7/10), następnie w podsumowaniu roku 2009 również dla niego. Opinie zmieniały się, a ta pierwsza na dzień dzisiejszy jest najmniej aktualna. Mimo to po drobnym retuszu wciąż utożsamiam się z ¾ pierwszego tekstu i całością drugiego.
1
„In The Now” to jakby post-scriptum po punkujących kawałkach lat poprzednich. Szybkie tempo, intrygująca przebojowość i klimat potęgowany przez zgrzyty gitary. W tekście mamy zaledwie cztery powtarzane w kółko linijki, ale wynagradza to przeznakomity fragment pod koniec z nagłym zahamowaniem prędkości słowami „repeat, repeat repeat!”.
„From The Hips” udostępniono w internecie na długo przed premierą płyty. Najpewniej pierwszy singiel. Spokojny, przyjemny równie przylepny jak poprzednik. W połowie drugiej minuty za sprawą perkusji robi się nieco żywiej, ale ładniutka melodia nie daje za wygraną. Naprawdę fajna piosenka. „I Couldn’t Love You” brzmi poprawnie. Nie ma zbytnio o czym mówić. Nadal mamy do czynienia z ułożonym albumem. Na nic słabszego Kasher i spółka nie mogli sobie pozwolić. Z niego rodzi się klimatyczny „Donkeys”. Zabójcza jest ta pozytywka nadająca dziecięco-klaustrofobicznego nastroju. Ta pieśń jako jedyna prawie sięga urokiem ballad rodem z „The Ugly Organ”.
W „Caveman” świetną melodię budują za pomocą specyficznie brzmiących klawiszy. Te dwa kawałki umiejętnie wkręcają w klimat. „We’re Going To Hell” jest już w nim umoczony po uszy. Tu też daje o sobie znać „organiczna” atmosfera. W „Let Me Up” da się słyszeć kościelne organy, Tim powtarza tytuł utworu, jest trochę gitary i trąbki. Utwór powoli dochodzi do wrzenia zakończonego wybuchem wokalnym i instrumentalnym. Kolejne „let me up” brzmią już jak płaczliwa prośba a chwilę później tytułowe słowa zostają potężnie wypowiedziane wraz z podniosłością orkiestrowego aranżu. Tym razem bardziej jak groźba…
Najdłuższa w zestawie „What Have I Done” kończąca szósty album Cursive jest na szczęście tworem całkiem konkretnym. Opowieścią o mężczyźnie, który zaszyty w motelu w El Paso wyżala się oraz wspomina dotychczasowe jałowe życie („I spent the best years of my life/Waiting on the best years of my life”). Dźwięk nieźle łączy się z tekstem. Strukturalnie przypomina „Bad Sects” z „Happy Hollow” oraz „Staying Alive” kończące „Ugly Organ”. Rozpaczliwe „What Have I Done? What Have I Done?” przy ostatnich mocnych dźwiękach (ten sam zabieg co dwie piosenki wcześniej) pozostawiają bohatera dramatu gdy sztuka dobiega końca.
Album za nami. Wnioski? Nie ma ani wiolonczeli ani dużego udziału ledwie słyszalnych dęciaków. Jest klimat, ale niesamowita dynamika gdzieś się ulotniła. Nie ulega wątpliwości, że legendarna kreatywność Kashera nieco oklapła. Teksty nie wypadają tak zacnie jak dawniej bo choć znajdzie się takie "The world was built on ego, It was built on slaves/The world was built on a tickle, Between our legs" a i banały Tim potrafi wyśpiewać przekonująco ("don’t tell me what you want cause I don’t wanna know") przebłysków talentu w tej kwestii doznajemy zbyt rzadko. Nie ma jednak mowy o ogromnym rozczarowaniu. Początkowe przesłuchania mogły wprawdzie budzić poważny niepokój, ale „Mama I’m Swollen” prędko ukazało swoich kilka wcale nie oczywistych walorów. Nie wiem czy się cieszyć, że jest dobrze czy żałować, że jest tylko dobrze. Najpewniej wybiorę i jedno i drugie. Płytę przyjmuje choć nie zadowala mnie ona w pełni. Odliczanie do następnej już rozpoczęte.
*
5. Cursive – Mama I’m Swollen (z podsumowania 2009)
Najbardziej niedoceniony z recenzowanych przeze mnie albumów i dowód na to jak łatwo można pomylić się względem muzyki. Nie żebym opisywał go kilka miesięcy wcześniej bez zastanowienia i po łebku, ale nawet jeśli wtedy poświęciłem „Mamie” naprawdę sporą ilość odsłuchów to i tak było za mało. Czas okazał się decydujący. Fakt, że to płyta po jaką sięgałem w 2009 zdecydowanie najczęściej, świadczy sam za siebie. To wciąż Kasher w pełni artystycznych sił, skierowany jedynie w zupełnie inne rejony niż na "Happy Hollow". Ostatecznie stwierdzam, iż nie ma tu ani jednej piosenki rozczarowującej. Każda daje coś od siebie w zupełnie inny sposób. Wymiatające „In The Now”, nieprzyzwoita przylepność „From The Hips” czy prosta przyjemność ze słuchania „I Couldn’t Love You”. Można tak wymieniać jedną po drugiej. „Donkeys” wprowadza w głęboki, nieco koszmarny klimat. „Caveman” ucieka od niego żwawszym, porywającym tempem. Z kolei „We’re Going To Hell” na dobre wciąga w nastrojowe bagno. Nie pierwszy już raz muszę oddać pokłon tekściarstwu Tima. Ono jest silnikiem dla dziesiątkowego „Mama I’m Satan”. Poprowadzonego mrocznymi linijkami prosto do burzliwego, chaotycznego zakończenia. Rozszalałe trąbki, dęciaki i żarliwie skandowane „I cast you out! I cast you out! I drag you out!” wyrzucają mnie z butów. Sam finał w postaci „What Have I Done” zasługuje na miano najbardziej elektryzującego closera roku. Od zdołowanego początku do wyładowującego frustracje, przeogromnie dramatycznego zakończenia. Czyżby muzyczna auto-terapia kompozytora? Skoro tak to Kasherowi trzeba życzyć aby swoje smuty nadal przelewał na albumy tak głębokie, doskonałe i paradoksalnie bardzo chwytliwe.
Zapraszamy do "Happy Hollow". Niczym nie wyróżniającego się amerykańskiego miasteczka. Zamieszkują w nim zwykli, uczciwi ludzie wiodący swe przyziemne żywoty tak jak im Pan przykazał. Pod zasłoną zwyczajności i bogobojności odnajdujemy jednak całą zgraję grzeszników. W każdym domu znajdziesz winę. Za sprawą Tima Kashera i Cursive przyjrzymy im się teraz nieco bliżej. Wraz z otwierającym hymnem odsłuchamy 14 współczesnych pieśni dla pogan. Biją dzwony kościelne, włącza się przester. Dorotka po czterdziestce jest nazbyt oderwana od rzeczywistości. Żyje w krainie snów, marzy o złotych ulicach, kolorowych tęczach i rubinowych miastach. Nigdy nie zrozumie, że marzenia się nie spełniają. „Marzyciele nigdy nie żyją, tylko o tym marzą, amerykańskie sny zanieczyszczają nasze miasta”. Przy kolejnej okazji dajemy się wciągnąć w dyskusje i rozterki egzystencjalne. Przy pikantnym, wybuchowym akompaniamencie „Big Bang” dowiadujemy się, że życie przyniósł człowiekowi wielki wybuch. Ale zaraz. Co w takim razie z Adamem i Ewą? Co z wężem i jabłkiem? „Ciekawe co by ten wąż powiedział gdyby tylko mógł nas dziś zobaczyć, ha ha ha!”. Tymczasem miejscowy ksiądz i przybyły niedawno młody kleryk czują do siebie coś dziwnego i ewidentnie zakazanego… („Bad Sects”). „Oni wiedzą, że to jest złe, bo powiedziano im, że to jest złe”. Gdzie indziej pewien chłopak przez całe życie postępuje tak jak należy. Wedle wskazań ojca, rodziny, ukochanej i jej rodziny. („Flag And Family”) Teraz rodzina patriotów i fanatyków wysyła go do boju za kraj. „Ale Czy kiedy klękał na kolana modlił się o świętą wojnę? Czy kiedy klękał na kolana modlił się o ropną wojnę?”. Jeszcze w innym miejscu („Dorothy Dreams Of Tornadoes”) dwoje ludzi od lat planuje ucieczkę z miasta. Z każdym rokiem to samo, ale nigdy się nie udaje. „To miasto, to miasto niszczy nas”. Przydałoby się jakieś tornado. W uwodzącej melodią, niezwykłej balladzie „Into The Fold” poznajemy historię pasterza i owieczki. Wyglądałoby to nawet na uroczą piosenkę o początkach miłości gdyby pasterz nie miał w torbie książki Dostojewskiego. Gdyby naprawdę był zagubionym studentem, a nie polującym na naiwne owieczki zbrodniarzem. Resztę hymnów poznajcie sami. Dla zachęty dodam, że przyprawione są pokaźną dawką energetycznego rocka. Niesamowicie brzmiącymi gitarami, rozszalałymi instrumentami dętymi oraz znakomitym wokalem. Bywa mocno, szybko, ponad wszystko porywająco. „Happy Hollow” to idealnie zrealizowany koncept album o tematyce anty-dewocyjnej. Nawiązujący do biblijnych przypowieści, ciut kontrowersyjny, choć w swej wymowie nie przekraczający granic dobrego smaku. Cięty, ironiczny, ale słuszny i w każdym calu doskonały.
(INTRO) Najpierw słyszymy dźwięki radosnej orkiestry, wesołe miasteczko, WTF? A potem ORGANY. Złowieszcza melodyjka. Jakiś psychopata wrzeszczy coś o perwersji, lamencie, spowiedzi i chorej obsesji. Ta atmosfera i obłąkańczy okrzyk. Dr. Frankenstein stworzył swojego potwora.
Chwilę później te same słowa docierają do nas już w postaci pierwszego utworu na „The Ugly Organ”. „Some Red Handed Sleight Of Hand” wchodzi tak pewnie i bezkompromisowo, że jedyne z czym może się kojarzyć to… szubienica. Perkusja, wiolonczela oraz gitary, w które uderzają chyba kijami tworzą morderczy, piosenkowy mechanizm. Ciach, ciach. W górę i w dół. W naszych uszach wybrzmiewa historia brzydkiego organisty. „Nie ma potrzeby utrzymywać sekretów, wszystko co ukryłem kończy się w tekstach, więc przeczytaj i mnie oskarż, jeśli to co napisałem wprowadzi cię w błąd”. Z tego co zdążyliśmy się dowiedzieć, organista nie posiada zbyt czystego sumienia. Jego tytułowym brzydkim organem jest w rzeczywistości pełna od grzechów dusza.
Nr 3 „Art Is Hard”. Teraz ten szatański instrument zwany wiolonczelą gotuje istne piekło. Brzmienie jak z soundtrack do sądu ostatecznego. „Więc jesteśmy znów w tym miejscu, sztuka udawanej słabości, zakochiwanie się dla porażki, dla podniesienia cen płyt. Więc płyty się sprzedają, och co za hit! Musisz to powtórzyć, musisz utonąć żeby popłynąć!”. Wygląda jak prosta do odczytania przestroga przed sprzedawaniem życia prywatnego, emocji i uczuć celem komercyjnego sukcesu oraz popularności. „Możesz oszukać, oszukać, oszukać ból, możesz uczynić, uczynić, uczynić z niego broń, możesz złamać, złamać, złamać nogę, kiedy jesteś na scenie i oni krzyczą twe imięęęęęęę. Wszyscy wiemy, że sztuka jest trudna. Kiedy nie wiemy już kim jesteśmy.”
Jedziemy dalej. „The Recluse”. Czas na odpoczynek od trudnego, szarpiącego nerwy nastroju. Ta cudowna kołysanka koi sfatygowany umysł. Jest słodko choć smutnawo. Jednakże sam tekst nie wnosi wielkiej poprawy do losów organisty. Niby pojawi się kobieta, dom, wygodne łóżko. Ale towarzyszą temu niepokój, obawy, niepewność. „Mogę wynieść się z jej łóżka ze strachu, że nigdy więcej nie będę już w nim leżał , Jak mam to skończyć aby rozpocząć? nie wiem, Czemu mam zaczynać coś czego nie mogę skończyć? Och proszę nie męcz mnie pytaniami do tych wszystkich brudnych odpowiedzi, moje ego jest jak mój brzuch, wydala wszystko czym je żywię… Może nie chcę już niczego kończyć, nigdy więcej, może mogę zaczekać w jej łóżku aż wróci, i wyszepcze: „Jesteś teraz w mojej sieci, zwiążę cię ciasno, dopóki mam czas by ukąsić.”
„Herald! Frakenstein” to krótkie, przerażające intro do dalszej części. Zaledwie jedno zdanie „Nie mogę powstrzymać bestii, którą stworzyłem…” zapowiada fascynujący ciąg dalszy wydarzeń.
I tak „Butcher The Song” przywraca posępność i grozę pierwszych utworów. Maksymalizuje ją wręcz do prawdziwego, dźwiękowego widowiska grozy. Budują je cztery złowróżbnie przemykające dźwięki. „Piszę piosenki dla rozrywki. Ale ci ludzie chcą wyłącznie bólu. Chcą zobaczyć moje najgłębsze grzechy. Piosenki z mojego brzydkiego organu… I to co wychodzi to koszmarny bałagan, piosenki, których nie mogę zapomnieć/ Wyrzuć rzeźnicki nóż, krzyczałem przez lata, ale zaprowadziło mnie to do nikąd, po prostu wyrzuć rzeźnicki nóż, WYRZUĆ RZEŹNICKI NÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓŻŻŻŻŻ. „Jaki piękny mamy dzień” – powiedział rzeźnik zanim uniósł swe ramię…”
„Driftwood: A Fairy Tale”. Kolejna po „The Recluse” niezwykła ballada sprowadzona do postaci bajki o Pinokiu i wróżce. Nasz rzeźnik-organista próbuje kochać, ale jego miłość okazuje się pusta.
Ale o miłości mamy także następny „Gentleman Caller”. Właściwie to o zdradzie. Ona podejrzewa o zdradę jego („Twój dżentelmen woła, och, on woła kogoś innego”). Dlatego sama naiwnie się jej dopuszcza („Ty zła dziewczynko, czy czujesz się dobrze będąc złą? i coraz gorszą?”). Dla odmiany ostrzejsza kompozycja z porządnie idącymi w ruch strunami. Pierwsza część nieszczęśliwie rozgoryczona, podsycona alkoholem. Druga spokojna, naznaczona już bólem głowy (dosłownym oraz moralnym). „Ale wczesnym rankiem, skacowanym zmierzchem niedzieli, nie jesteś pewna co zrobiłaś, kto ci powiedział, że miłość ucieka? czasem mężczyźni wprowadzają w błąd, po to by dostać czego od ciebie chcą."
„Harold Weathervein”. Muzycznie następny majstersztyk. Odgłosy ulicy, śpiewających ptaków, mrocznie stawianych kroków. „W jego głowie jest jak w pogodzie, w jego głowie jest jak w pogodzie”. Genialny motyw w okolicach refrenu i organiczna uczta trwa dalej.
„Bloody Murder”. Ten tytuł tu pasuje. Aranżacja i atmosfera wstrząsające. Pod czyimś łóżkiem jest duch. Ma najwyraźniej pretensję do swojego oprawcy. Kapitalnej prostoty słów „let go let go please let me be, look at the ghost you made of me” nie podejmę się tłumaczyć. „Krwawy morderco, pozwól mi spoczywać w pokoju, kiedy byłam twoja, ty zbiegłeś ze sceny, teraz nie wymyjesz swych rąk ze mnie”. To z kolei może wyjaśniać czemu w pierwszej piosence mieliśmy „Some Red Handed Sleight Of Hand”.
W „Sierra” niespodziewanie pojawia się motyw ojcostwa. „Na pustyni, gdzie miasta wykonane są ze złota, jest dziewczynka grająca w klasy, z warkoczami splątanymi różową wstążką, chciałbym wiedzieć kto jest jej ojcem, i czemu mówią na nią Sierra.”
No i finał. „Staying Alive”. Trwa co prawda całe 10 minut, ale najważniejszą konkluzją są słowa tytułowe. Dokładnie: „tonight I’ve decide, I’m staying alive/ zdecydowałem tej nocy, pozostaje przy życiu” . Chór odśpiewuje ostatnie „do do do do do do do do the worst is over…/ najgorsze się skończyło…”
Aktorzy kłaniają się, kurtyna opada, koniec spektaklu, koniec mistrzostw.
Powtórka z rozrywki względem ostatniej EP’ki. Serio, możnaby z nagrań na „Burst And Bloom” i splitu z Eastern Youth ułożyć jeden, dość krótki (9 kawałków), ale za to bardzo mocny jakościowo i spójny album. Na „8 Teeth To Eat You” w dalszym ciągu kłębią się pomysły rozwinięte chwilę później na opus magnum Cursive. Masakryczne wiolonczelinowo-gitarowe odjazdy z połamaną perkusją i rozemocjonowanym wokalem, szczególnie w "Excerpts From Various Notes…”, ale i wymiatającym „Am I Not Yours?” niewiele mniej. Także zastanawiające odgłosy na końcu „Escape Artist” (jakaś kobieta i dziecko śpiewają, w tle ktoś gra na fortepianie) czyli zabieg wykorzystany choćby w późniejszych „Driftwood” i „Harold Weathervein”. Przez całe kilkanaście minut jest barwnie, ciekawie i intensywnie.
Eastern Youth są tu na etapie pomiędzy albumami „Kanjusei Oto Seyo” , a „What Can You See From Your Place”. Ta druga pozycja, wydana w 2003 to prawdopodobnie ich najlepiej znane dzieło, na co zresztą nagranie splitu z względnie popularnym zespołem ze Stanów mogło mieć spory wpływ. Japończycy jak zwykle dają radę, choć moim zdaniem im bardziej żywiołowo grają tym lepsze robią wrażenie, a tu jednak ukazują dość spokojne oblicze. Hisashi Yoshino oczywiście wydziera się tak jak na niego przystało, ale same melodie i tempa, za przeproszeniem dupy nie urywają, zwłaszcza w porównaniu do produkujących się obok kolegów.
they've got a good fan base they've got integrity they've got a DC sound Shudder to Think, Fugazi and Chapel Hill Around The Early 90's this is the latest from Saddle Creek
Przypomnijcie sobie jeden bardzo ważny dla was album, być może najlepszy albo jeden z najlepszych jakie słyszeliście. Znacie go od deski do deski, każdą melodię, każde przejście i fragment tekstu. Gotowe? Ok, to teraz wyobraźcie sobie, że album ten posiada coś w rodzaju krótkiego wstępu-trailera, którego do tej pory z jakiegoś powodu nie odkryliście. Niemożliwe? Też mogłem tak myśleć przed zapoznaniem się z „Burst And Bloom”.
EP’ka ta jest dla „The Ugly Organ” swoistym „Fire Walk With Me”. Z tą różnicą, że o ile nakręcony później prequel serii Lyncha wywoływał mieszane odczucia tak mini-album Cursive z 2001 roku to pozycja niepodważalnie udana. Sporo się w międzyczasie zmieniło w składzie zespołu co ewidentnie odcisnęło piętno na brzmieniu. Po rozpadzie w 1998 i „pośmiertnym” wydaniu „Storms Of Early Summer” grupa rok później powróciła bez Steve’a Pedersena na gitarze, a z nową siłą nabytą z zacnego zespołu Lullaby For The Working Class, Tedem Stevensem. Prawdziwą rewolucję i stylistycznego kopa zapewniło jednak dopiero dołączenie do składu wiolonczelistki Gretty Cohn. Jej pierwszy „feature” słyszymy właśnie na „Burst And Bloom”. Za sprawą znakomitego „Sink To The Beat” (liryczny starszy brat „Art. Is Hard”) otwiera się nowy rozdział w historii Cursive. Coś zdecydowanie rusza, znikają ostatnie ślady toporności, wszystko finezyjniej zgrane, lepsze, wytrawniejsze. Już wcześniej Kasher dał się poznać jako kompozytor stroniący od rzeczy oczywistych. Tutaj mamy utwór o tworzeniu utworu, tekst, którego fenomenu nie da się do końca wytłumaczyć, ale przy bliższym zapoznaniu zadziwia unikalnością. „Clint steps in to establish the beat, 4/4 hip hop and you don't stop, this unique approach to start an EP, intended to shock, create a mystique”. Tim wyraźnie odczuwa jakiś ból związany z procesem pisania (wspominałem o tym w recenzji “Storms”) co nie zmienia faktu, że akt ten wychodzi mu więcej niż fantastycznie. Muzyka natomiast w żaden sposób nie odstaje, powalając kunsztem. Także w tej kwestii Kasher postarał się o odpowiedni opis już w samej piosence: „Some melodies are like disease, they can inflame your misery, they will infect your memory, they haunt me” i cóż tu więcej dodać? Niepokój wkradający się po drugiej minucie prowadzi do dramatycznego wywrzeszczenia tytulowych słow kawałka jak i albumu.
Elementem nadającym kompozycjom z „Burst And Bloom” wyjątkowości jest zresztą głodowe dawkowanie tych dynamiczniejszych, post-hardcore’owych fragmentów. Pojawia się ich zaledwie kilka, ale wejście każdego zwyczajnie rozsadza dany numer od środka. Najlepszym przykładem „The Great Decay” nad jakim warto się rozwodzić przez co najmniej kolejny akapit, pierwszy utwór w stu procentach oddający estetykę i klimat „The Ugly Organ”. Szczególnie dowodzi tego klaustrofobiczna końcówka i zauważalny wpływ instrumentu Gretty, dzięki któremu Cursive nie będzie się już dało pomylić z żadną inną kapelą. Sam sposób prowadzenia piosenki wypada zabójczo sprawnie. Niczym szybkie auto co chwila zbaczające w inną, nieznaną ścieżkę, bliskie kolizji, ale zawsze wyjeżdżające na prostą. Masa pomysłowych rozwiązań, smaczków, no i energii…„Falling into the great decay, GIVE IN! GIVE IN! GIVE UP!!!”.
Kawałkiem o nieco innym charakterze jawi się „Tall Tales, Tell Tales”, monumentalna ballada śpiewana przez Teda Stevensa, jakżeby inaczej – w pełni zanurzona w nastroju odpowiednim dla nadchodzącej płyty długogrającej. „Mothership, Mothership, Do You Read Me?” i „Fairytales Tell Tales” ponownie oczarowują inteligentnie-porywającą konstrukcją. Tyle szczerej chęci do nieprawdopodobnego wymiatania i wyczuwalnej radości z robienia tego (2:48 w „Mothership…) znajdziemy u nich później chyba tylko na „Happy Hollow”.
„Burst And Bloom” to moment, w którym dobry zespół staje się czymś o wiele więcej. Gitarowe eskapady, połamane rytmy, wokalna charyzma, do tego jeszcze upiornie doskonała wiolonczela. Pomyślcie o każdej z tych części składowych oddzielnie, a następnie skonfrontujcie je ze sobą. Efekt porównywalny z niektórymi wyczynami cytowanych tutaj Fugazi. Post-hardcore’owe dziedzictwo trafiło w najlepsze ręce.
*
Small Brown Bike/Cursive split (2001)
6
A na dokładkę takie oto jeszcze niepozorne wydawnictwo, które ukazało się tego samego roku co powyższy zawodnik pod szyldem bliżej nikomu nieznanego Makoto Recordings. Small Brown Bike, całkiem zasłużony zespół post-hc przełomu lat 90’tych i zerowych ma tu swoje 4 minuty przyzwoitego grania a la Hot Water Music czy Bear Vs Shark. Cursive z krótszym o 56 sekund nerwowo poprowadzonym kawałkiem „Nostalgia” (bez głównych wokaliz Kashera) także nie dają ciała. Do szybkiego przełknięcia w poczekaniu na split z japońskimi herosami indie-rocka.
“Domestica” jawi się w dyskografii Cursive bardzo ważnym przystankiem czy może nawet pierwszą stacją nowego startu. Dwie początkowe płyty nagrali w stylistyce typowego, choć pierwszoligowego indie-emo po czym wydawać by się mogło, że idąc śladem innych ekip tego grania odejdą w niepamięć i zakończą swój żywot. Szczęśliwym trafem zespół Tima Kashera przegrupował siły wracając w nieco odmienionym stylu, z dobrą płytą, od której już tylko jeden odcinek dzielił do fenomenalnego „The Ugly Organ”. Skupmy się jednak teraz na samej „Domestice”, bo krążek to nie byle jaki. Kasher pierwszy raz próbuje pisać coś na kształt koncept-albumu, rozwija swój song-writting, zespół zaś lekko przeobraża brzmienie. Od strony dźwięków mamy do czynienia z hermetycznym, solidnym indie-rockiem łamanym na lekkie post-hc. Emocja cały czas odciska się mocnym piętnem, riffy brzmią porządnie, Tim śpiewa, krzyczy, broni się jako wokalista wyrazisty. Najbardziej zażerają pierwsze cztery kawałki : „The Casualty” ,„The Martyr” (Kasher wymawiający tytułowe słowa na końcu!), intensywne, najbardziej zakorzenione w stylistyce, z jakiej wyrośli „Shallows Means Deep Ends” oraz piękne „Making Friends And Acquaintances”, nad którym rozwodziłem się już tutaj (link). Lirycznie dostajemy opowieść o niełatwych relacjach pomiędzy mężczyzną i kobietą w związku („sweetie” i „pretty baby”). Podobno w pewnym stopniu oddającą przeżycia Tima związane z jego własnym małżeństwem oraz rozwodem. Linijki w rodzaju “I don’t want to be seen as a pretty thing ‘Cause it’s the pretty things that we’re always breaking” z “The Lament Of Pretty Baby” czy “Sweetie, the moon has raped me, It has left its seeds like a tomb inside me, So I must learn to abort these feelings, This Romance is bleeding” z "The Casualty" to już typowa dla lidera Cursive poetyka gorzkich doskonałych tekstów. “Domestica” to mały-wielki album, skromny, dopracowany, stanowiący przedsionek złotych czasów. Według niektórych właśnie tu grupa osiąga swe artystyczne spełnienie. Mi jednak daleko do podobnych wniosków. Najlepsze miało przyjść za 3 lata.
Na „The Other Palm Springs” z 1997 roku Silver Scooter byli jeszcze debiutującą kapelką z Teksasu, której muzyka plasowała się gdzieś pomiędzy indie-emo, a romantycznym pop-rockiem dla ogarniętych nastolatków. W środowiskach „emowców” za swoisty hit można uznać ich kawałek „Pumpkin Eyes” z kultowej składanki „Don’t Forget To Breathe”. Na splicie z Cursive zaś, chłopaki zebrali cztery typowo indie-rockowe numery, nieodległe z jednej strony temu co na debiucie, z drugiej jakby ciekawsze, lepiej zagrane, inspirowane Superchunkiem („Bob’s BBQ”) czy Built To Spill („Holding The Flare”). W rezultacie ich strona EP’ki niespodziewanie okazuje się być tą bardziej interesującą, a już na pewno przyjemniejszą. 14 zgrabnych minut, dwa utwory przebojowe, dwa spokojne i nastrojowe. Wokalnie i instrumentalnie wszystko trzyma się kupy. A przecież byli wówczas tylko jedną z setek podobnych grup obijających się po Stanach.
Tymczasem po stronie Cursive tym razem czegoś mi brakuje. „Returns And Exchanges” to próbka ich starego stylu, coś co na debiucie byłoby solidnym punktem programu. „Pulse” też niby brzmi nieźle, ale czemu mam przy tym wrażenie, że zespół powtarza się grając piosenkę, która już kiedyś była? „Tides Rush In” tradycyjnie spoko, bez emocjonowania się.
Siódemka dla Scootera, tylko piątka dla Tima i spółki. Panom z Omaha, Nebraska daleko na splicie do wybitności jak i tragedii. Ot po po prostu trzy numery dla fanów, których wszyscy inni przerabiać nie muszą. W sumie za całość, ze średniej arytmetycznej – szóstka.
Nie ma co ukrywać, że muzyka na lato kojarzy się głównie z prostymi, melodyjnymi i wpadającymi w ucho piosenkami. Paradoksalnie zawartość „The Storms Of Early Summer” pomimo praktycznie zerowego posiadania tych cech mi wybitnie kojarzy się z okresem letnim. Wypada jednak ostrzec, że lato widziane przez pryzmat utworów Cursive jawi się jednym z tych wyjątkowo pochmurnych i deszczowych, a burze też nie należą tu do rzadkości.
U mnie właśnie za oknem pada, grzmi, szaro i jakoś tak za przeproszeniem chujowo. Krople ściekają po oknie, a mamy dopiero 1/3 wakacji. To jest ten czas żeby włączyć sobie „When Summer’s Over Will We Dream Of Spring”. Kawałek teoretycznie na ostatni dzień września (ewentualnie sierpnia), ale co za różnica kiedy na dworzu co najmniej październik. Do tej pory najwybitniejsze rzeczy na małych i dużych krążkach Cursive znajdowały się na samym początku. „A Disruption In The Normal Swing Of Things”, „After The Movies”, „Icebreakers”. Na ich drugiej płycie sprawa jest nieco bardziej dyskusyjna. Otwierający “Rhyme Scheme” do genialnych bez watpięnia się zalicza, więcej, to nawet moje ulubione nagranie z “Semantics Of Song”. Wspomniany utwór spod indeksu dziewiątego najdobitniej oddaje jednak ducha całości. Podszyte złością emocje zawarte zarówno w wokalnych ekspresjach Tima jak i znakomicie brzmiących gitarach i sekcji rytmicznej. Ostro cięte fragmenty melodii w głodowych dawkach przynoszące posmak końca lata albo końca relacji między dwiema osobami. Narastająca intensywność nie pozwala usiedzieć w miejscu, nieoczywisty tekst zaspokaja poetyckie wymogi. Co tu więcej pisać, „heart and soul” tego albumu.
Jeśli o liryki chodzi to Kasher daje się przyłapać na rozmyślaniu nad pewną istotną także dla recenzentów muzycznych kwestią. Już w „Rhyme Scheme” pojawia się zwątpienie w moc słów i wyrażanie znaczeń za pomocą pisania czy też samego mówienia… „Words have no feeling without loaded meanings, Words take too long to come across, Meanings are meant for defining defintions”, “Words... just... won't... work..., Words... are... slowly demeaning their meanings, Words... make... things... worse, Words... are... always repeating, Losing their meaning”. Relacja między emocjonalną dynamiką brzmienia, a zaangażowaniem tekstowym sprawia, że „Rhyme Scheme” w rezultacie wypada tak rewelacyjnie. Cała pierwsza piątka prezentuje się zresztą bez zarzutu. Przyjemne „A Career In Transcendence” zwieńczone całkiem ciekawym wokalnym kanonem dowodzi, że grupa jest w najlepszej formie i pomysłów na kompozycyjne rozwiązania w żadnym wypadku jej nie brak. Motyw słowa także nie idzie w las („Well, some words are like bricks, And so we build our fortresses”, “But your words weigh you down You've built your nest of bricks”). Choć później na kilka chwil znika ustępując miejsca historiom z czarnymi chmurami i deszczem w tle to powróci jeszcze w całej okazałości przy okazji „Semantics Of Sermon”, a szczególnie jego końcówki („Don't tell me that's all we're writing for, Picture postcards, Three minute essays, We can never fit in what we want to say”).
“The Road To Financial Stabillity” ujawnia zdecydowanie mroczniejsze, złowrogie, ale nie mniej frapujące oblicze. Trwające dokładnie tyle samo „Tempest” jest niczym jego druga część. Apogeum pesymizmu osiąga „Break In The New Year”. W przeciwieństwie do “Such Blinding Eyes” następca wręcz zachwyca równością. Świetne „Northern Winds” z wyrazistymi partiami bębnów Clinta Shnase’a i rasowa indie-emo ballada „Abscense Makes The Day Go Longer” (porównajcie melodię z późniejszym „One” Sunny Day Real Estate) zapewniają klasyczny koniec.
„The Storms Of Early Summers: Semantics Of Songs” jest już w pełni dojrzałym albumem zespołu, któremu udało się rozwinąć skrzydła i nagrać master-piece swoich wczesnych dokonań. Tim Kasher udowadnia tu, że pisanie tekstów nie musi ograniczać się do stereotypowych miłosnych tematów, a nawet jeśli to zapodanych w totalnie świeży sposób. Jeśli nie każdy gustuje w stylistyce „The Ugly Organ” albo „Happy Hollow”, "The Storms" może być jego ulubionym krążkiem Cursive. Następnym razem słyszymy się z tymi piosenkami za jakieś dwa miesiące. Będzie okazja przekonać się czy „When summer's over will we face autumn?”.
Kontaktowy punkt pomiędzy pierwszą, a drugą długogrającą pozycją w katalogu Cursive. Od „Such Blinding Stars…” mija parę miesięcy, wydawca zmienia się z Crank! na Saddle Creek. Trzy utwory z EP’ki tworzą intrygującą zapowiedź dalszych poczynań, zdradzając również progres względem wcześniejszych wydawnictw.
Co raz lepiej wychodzi im tu budowanie misternego klimatu, w czym bezbłędność osiągną za pięć lat. Póki co serwują pierwszorzędną mieszankę indie-rocka, emo i post-hardcore’u. Gitary Kashera i Pedersena w „Icebreakers” urzekają melodyjną doskonałością. Motyw na wysokości 1:37 przy gorzko łkanym “They’ve left us cold and crippled…” zwala z nóg. I na tym nie koniec, bo cały utwór jawi się stuprocentowym majstersztykiem. Na każdej płycie Cursive chociaż jeden taki musi być.
Trzeba jednak przyznać, że w „Pivotal” niewiele spuścili z tonu. Świetnie wypada zbalansowanie programowej ostrości kawałka, wejściami drugiego głosu i żywe operowanie rytmiką. Tim z kolei zalicza jedne z bardziej przekonujących wokalnych kwestii jakie mu się przydarzyły. Warsztatowo jest już ciut wyrobiony, a obfitujące w kipiącą energię wrzaski i ochrypłe skandowania można bez wahania nazwać zajebistymi. „Polar” nurkuje w „Ugly Organowym”, klaustrofobiczno-paranoicznym nastroju. Swoje pół minuty ma w nim basista Matt Maginn, później raczej zdominowany przez agresywnie zdzierającego gardło Kashera.
„The Icebreaker” to jeden z tych krótkich materiałów, które bardziej niż inne nadają sens umieszczania muzyki w EP’kowym formacie. Skromny wyczyn zaostrzający apetyt na dalsze poczynania kwartetu z Nebraski.
Rozpoczynając przegląd dyskografii Cursive wspomniałem wczoraj o spektakularnym wejściu pierwszego utworu na EP’ce „The Disruption”. Podobnie rzecz ma się z „Such Blinding Stars For Starving Eyes”. Inicjujące album „After The Movies” to zanurzona w smutnym klimacie miłosna historia, implodująca do rozmiarów totalnie rozemocjonowanego melodramatu. Zaczyna się dość niepozornie, obrazkiem pary wpatrzonej w siebie na parkingu, tuż po filmie. Ona pocałowała jego, on pocałował ją, jedna noc niczym wieczność… Wpadliście już w romantyczny nastrój? Prawidłowo, bo „After The Movies” to esencja poetyki złamanego serca. Obrazowy, niemal namacalny sposób w jaki Kasher wynosi doznania tej jednej chwili na wyżyny: "In the movies Well, they never had it so good One moment, So infinite ,On soft wet lips..." Zapewniam, że mało kto tak potrafi. Tym bardziej bolesna wydaje się druga część utworu, w której mamy już tylko rozpacz, poczucie straty i rozpamiętywanie tego co piękne było kiedyś. Wiem, wiem – płaczliwe emo w czystej postaci, ale w tym przypadku odwołujące się do prawdziwych korzeni gatunku.
Szkoda, że takiego natężenia wrażeń nijak nie podjęli się dalej. Kolejnymi piosenkami najpierw stopniowo obniżają loty, a potem już suną równo na mniej więcej podobnej wysokości. Lepiej niż zadowalająco brzmi jeszcze „Downhill Racers” – konstrukcja rzężących gitar, ładnych melodii, wpadania w stany uniesienia i opadania w nastrój. Zapada w pamięć charczane przez Tima “Running down, Losing speed, Time escapes us, Timing's everything” i boczny wokal jakby w stylu Archers Of Loaf co powtórzy się chwilę dalej w prawie równie dobrym „Ceiling Cracks”.
Próbka stylu zademonstrowana na wcześniejszym singlu i EP’ce na „Such Blinding Stars” odnajduje swe rozwinięcie. Cieszą takie kawałki jak „Vermont”, „Eight Light Minutes”, „Dedication To Desertion”, “Warped Wood Floors”. Ciarki przejdą jednak po plecach bardziej wyczulonych znawców dźwięków przy niektórych gwałtownych wrzaskach jakie nasz Timothy ochoczo z siebie wydaje choćby w “Dirt Of The Vineyard” czy „Retirement”. Podsumowując - na perfekcyjne, finezyjne krążki przyjdzie dla nich czas. Cursive datowane na 1997 to obiecujący, młody band, z wyraźnie zarysowanym potencjałem, całkiem urokliwymi utworami, ale i garścią wad, które ja osobiście jestem w stanie dość łatwo przełknąć.
Historia „The Disruption” sięga zamierzchłych czasów kiedy to jeszcze Saddle Creek nie nazywało się Saddle Creek, a Lumberjack Records Corporation. Kultowe, wczesne lata jednego z najbardziej zasłużonych dziś indie-labelów w USA przyniosły pierwsze nagrania Conora Obersta, Slowdown Virginia czy wreszcie wykrystalizowanego na gruncie niezliczonych miejscowych kapel Cursive.
Jak przystało na zespół genialny, sam początek debiutanckiej EP’ki to przysłowiowe trzęsienie ziemi. Choć „A Disruption In The Normal Swing Of Things” z jednej strony ukazuje całe to młodzieńcze nieopierzenie i emo-przedramatyzowanie, z drugiej jawi się wyrazem niczym nieograniczonej, czysto energetycznej ekspresyjności. Jak tu nie kochać tego numeru, narastającego napięcia i zdzierającego gardło Tima Kashera przy "I don’t need thiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiis sympathy"?
O ile drugiej równie nieokiełznanej pieśni w całej dyskografii Cursive ze świecą szukać, tak dalsze pozycje z EP’ki o żółtej okładce z czarnym paskiem wzorowo antycypują co dziać się będzie na ich najbliższych płytach. Dość nastrojowe „There’s A Coldest Day In Every Year” pasuje do już ciekawego stylu jaki wypracowali w drugiej połowie lat 90’tych. „The Knowledgeable Hasbeens” brzmi trochę jak prototyp „Ceiling Cracks” z pierwszego LP. „A Disruption in Our Lines of Influence” nawiązując do indeksu pierwszego (po frazie "this is the part where the ambulance comes…" pojawia się swoista zmiana punktu widzenia z "there’s a dead man on the street" na "I'll play the dead man") spójnie domyka treściwe 10 minut.
Sucker And Dry (singiel) (1997)
6
Singiel w końcu czy EP’ka to w sumie bez różnicy. Ledwie dwie piosenki wchodzą w skład wydawnictwa, ale im również wypada się przez chwilę przyjrzeć. Nagranie tytułowe nie ustępuje poziomem wszystkiemu co poznaliśmy na „The Disruption”, śmiało można powiedzieć, że stoi już na nieco wyższym (oczywiście wyjątkowe „A Disruption In The Normal Swing Of Things” not included) stanowiąc coś co fan grupy przeoczyć w żadnym wypadku nie może. B-side’owe „And the Bit Just Chokes Them” to już trochę bardziej toporne, typowe indie-emo. Dla strony A warto.
Albumów w zestawieniu miało być dwa razy tyle i przyznaję, że top nie wygląda dokładnie tak jakbym chciał, ale niestety czasu na napisanie o wszystkim zwyczajnie zabrakło. Wspomnieć warto jeszcze choćby o:
The Arteries - Dead Sea (bardzo solidny następca zeszłorocznego "Blood, Sweat And Beers")
The Saint Catherines - Fire Works (kanadyjski kozak Hugo Mudie w znakomitej formie)
Candy Hearts - Ripped Up Jeans & Silly Dreams (niezły pop punk z dziewczęcym wokalem, który tej liście zrobiłby dobrze)
Iron Chic – Not Like This (spoko granie od jednego gościa z Latterman)
Chiodos – Illuminaudio (zaskakująco udany produkt zespołu, o którym rzadko kiedy się pamięta)
Leatherface – The Stormy Petrel (jeszcze jedni weterani nie dający sobie w kaszę dmuchać)
Defiance, Ohio – Midwestern Minutes (bo folk-punk to nie tylko Against Me! i co tam, że najlepszy kawałek zżyna riff z "About A Girl")
Allister - Countdown To Nowhere (bohaterowie młodości...)
Paul Baribeau - Unbearable (bardzo ciekawy koleś, w stylu Andrew Jackson Jihad serwujący akustyczny punk)
Fake Problems – Real Ghosts Caught On A Tape (bo ostatecznie znów nagrali kilka fajnych kawałków nawet jeśli prawie całkiem stracili charyzmę)
Bad Religion – The Dissent Of Man (już nie tak zajebiści jak na "New Maps Of Hell", ale mimo to za cholerę nie potrafią wydać czegoś słabego)
End Of A Year – You Are Beneath Me (miło, że komuś zachciało się jeszcze grać w stylu Rites Of Spring)
The Menzingers – Chamberlain Waits & Off With Their Heads – In Desolation (dwa duże hajpy punkowych serwisów, dla mnie ani jedni ani drudzy nie AŻ TAK genialni, ale warci uwagi)
The Audition – Great Danger (bo tak)
A teraz już to co udało się skleić:
15. The Dreadnoughts – Polka’s Not Dead
Po imponującej trasie koncertowej (a może nawet gdzieś w jej trakcie) za sprawą której podbili między innymi słowiańskie dusze (kilka polskich miast, Przystanek Woodstock), piraci z Vancouver zdążyli zahaczyć o studio nagraniowe w celu przygotowania kolejnej serii folk-punkowych rarytasów. Nie jest to pewnie aż taki konkret i treściwość co na mistrzowskim „Victory Square”, ale jeśli oni są w stanie trzaskać tak nie-genialne, a po prostu bardzo dobre płyty rok w rok to niech nikt się nie waży narzekać. Wzbogaceni miesiącami podróży, doświadczeniami kulturowymi, hektolitrami wypitych trunków rozwijają model swojego grania w stronę jaka fanów poprzednich dokonań może nieznacznie podzielić. Pokręcą głową ci, którzy oczekują przede wszystkim rozsadzającej punk rockowej zawartości, bo tej jest jakby trochę mniej mimo, że „Paulina” czy „Cider Road” to rasowi przedstawiciele owej półki. Krzykną oni pewnie „Za dużo Polki! Ile można się w ten sposób masturbować?!”. Ale Dreadnoughts polkę kochają i umrzeć jej nie pozwolą co wiemy przecież nie od dziś. Rytmy wypełniające szczególnie drugą część krążka to materiał doskonale wręcz biesiadno-imprezowy (w ten klimat wpasowuje się też świetne „Polka Never Dies” z samego początku). Mi po jakimś czasie przestało to właściwie przeszkadzać. Zabieg wydaje się zasadny i przekonujący. Poza tym słysząc te wszystkie „Polska-Ukraina”, „Śliwowica” czy „zajebiście! kurwa!” gęba sama się raduje. Czy mamy do czynienia z rozwojem, regresem czy może pozostaniem na chwilę w miejscu to kwestia na przyszłość. Coś mi jednak mówi, że opcja środkowa odpada w przedbiegach i ze spokojem można oczekiwać od nich w najbliższym czasie kolejnych udanych rzeczy podobnie zresztą jak następnych wizyt w kraju nad Wisłą. Emo, screamo, polka never dies!
Kiedy jakiś czas temu przesłuchiwałem album "Destroy To Create" tych czterech panów z Ontario, mówiąc szczerze niezbyt rozumiałem zachwyty ich ska-core’owym, dość przeciętnym jak na moje oko graniem. O co tu biega? Pozostawało wzruszyć ramionami i wrócić do znakomitego kawałka "Eulogy" z drugiej płyty. Ten numer był z kolei tak dobry, że odkurzono go nawet przy okazji kompilacji Warped Tour z 2009, gdzie zdecydowanie wyrózniał się na tle towarzystwa. No, a teraz wydają swoje trzecie dziecko zatytułowane "Cavalcade". Co się okazuje? Całkiem zrezygnowali ze ska, poszli we współczesny punk, w org-core, w krwiste gitarowe nawalanie z ochrypłym wokalem. Flatliners w ramach czysto punkowego, melodyjnego napierniczania zrobili tym razem wszystko co w ich mocy. Na tej płycie nie ma się naprawdę do czego przyczepić, a kawałki wchodzą z ogromną łatwością. „Epicki, dźwiękowy testament do życia jakie wybrali”.
Przejście do Epitaphu i wypuszczenie żwawego, pełnego energii singla pod koniec wakacji dawało zwolennikom Weezera pewne nadzieję na najlepszy krążek kalifornijskiej ekipy od… wpiszcie tu sobie co uznacie za stosowne. Wiadomo, teraz nie jesteśmy pod zgubnym wpływem wielkiej wytwórni nastawionej na zbijanie kokosów, nikt nie będzie nam niczego sugerował, możemy poczuć luz. Tylko co to oznacza w praktyce? Jakieś powroty do estetyki „Blue Albumu” albo „Pinkertonu”? W końcu „memories, make me want to go back there”. No nie, chyba jednak nie, bo na „Hurleyu” upływ lat tych czterech czterdziestolatków z Los Angeles widoczny jest bardziej niż kiedykolwiek. „Hurley” tak gówniarski jak „Radidude” już nie jest. Osobiście nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nareszcie stoją za nim ludzie w średnim wieku, a nie ludzie w średnim wieku o mentalności w najlepszym wypadku dwudziestolatków. Jednakże skoro nadal jest to Weezer to nieopieranie części materiału na wesołym, melodyjnym łojeniu byłoby nietaktowne. Reprezentantami tego oblicza są wspomniane „Memories”, nieco nerdowskie, przebojowe w najbezczelniejszy sposób „Smart Girls” i brzmiące bardzo w ich stylu, porywające „Ruling Me”. Nie powinno nikogo zdziwić ironiczne „Where’s My Sex” zlepiające kilka znanych z ich wcześniejszych utworów motywów . Pięć lat temu na tle głośnych gitar Rivers wykrzykiwał proste „Hold On”, tutaj wraz z niejakim Michaelem Cerą serwują sympatyczne „Hang On”. Przekonująco wypada sentymentalne „Run Away”. Ciekawy efekt posiada „Time Flies”. No i na koniec „Unspoken”. Poderzajnie wciągający, doprawdy nieźle rozegrany kawałek, z delikatnie śpiewanymi zwrotkami i refrenem wybuchającym w końcówce natężeniem chóralnych głosów zespołu. Powrót „bohaterów młodości” cieszy z miejsca, a każdy udany dźwięk raduje podwójnie. Na dzień dzisiejszy to jedynie przyzwoity pop-rockowy album, ale bez wahania zarekomenduję go tym, którzy dla Cuomo i ekipy pomimo ostatnich, chudych lat zachowali jakieś tam pokłady sympatii.
Post-rock dla fanów screamo i h-c. Kolejna świetna płyta Envy posłużyć by mogła z przymrużeniem oka jako ścieżka dźwiękowa do japońskiego remake’u Friday Night Lights. Co prawda „Clear Eyes, Full Hearts, Can’t Lose!” należałoby zastąpić „Slit Eyes…”, ale zostawmy detale. Envy w kumulowaniu wspaniałych, introwertycznych melodii i rozdzieraniu ich przepięknym hałasem przypominają klasyków gatunku Explosions In The Sky. To jednak zaledwie podstawa, prosty punkt wyjścia. W odmianie szufladki reprezentowanej przez Japończyków arcyważnym środkiem przekazu jest głos. Szepty i wrzaski za każdym razem w przewidywalny, ale niezrównany sposób towarzyszące kompozycjom. „Recitation” brzmi w stu procentach jak płyta zespołu doświadczonego. Grupy, która w przeciwieństwie do wspominanych EITS najlepsze dni ciągle przeżywa, czyniąc swą sztukę coraz lepszą i doskonalszą. Mamy do czynienia z kawałem muzyki głębokiej jak ocean, ociekającej emocjami, mistrzowskiej w osiąganiu stanów wyciszenia i wstrząsu. Moce jakie posiadają ci panowie w swoich rękach i jaką z instrumentów potrafią wydobyć wzbudzają we mnie respekt. Perkusyjne uderzenia kruszące skały, gitary wywołujące sztormy, krzyki niszczące wszystko na swej drodze… Najbardziej interesujący post-rock chwilowo opuszcza granice krajów anglojęzycznych. Francuski shoegaze-metalAlcesta i post-hardcore’owe odjazdy tych tutaj mają dla mnie w tym roku pierwszeństwo.
Chris Higdon ciągle żywy. Lider kultowych emo-core’owych ekip Falling Forward i Elliott po 15 latach od „Hand Me Down” oraz dziesięciu od „False Cathedrals” to wciąż jednostka twórcza, pełna sił i energii do nagrywania kolejnych udanych płyt. Na dzień dzisiejszy alternatywno-rockowe Frontier (s) stawać może w szranki z kapelami pokroju AFI (podobna miejscami maniera Chrisa i Dave’a Havoka). Oczywiście Higdon w przeciwieństwie do mainstreamowych wyżej wymienionych jest kolesiem twardo stąpającym po niezalowym gruncie, wyrosłym na DIY’owskich zasadach i mniej lub bardziej nadal im podległym. Gatunkowo nie ma się specjalnie nad czym rozwodzić. Trudno szukać tu wyszukanych szufladek. Piosenki nowego zespołu ex-lidera Elliott skupione są na porządnych, zadbanych gitarowych partiach, emocjonalnym jak zwykle podejściu, dynamice i ekspresji. O tym ostatnim wspominam szczególnie przez wzgląd na brzmienie ostatniego krążka Elliotta właśnie. „Song In The Air” raziło mnie swoją mdłością i rozlazłością. “There Will Be No Miracles” operuje konkretem, numery brzmią podobnie, ale tu wypadałoby to nazwać najlepszą w swoim rodzaju spójnością. Naprawdę miło usłyszeć tego pana w takiej formie datowanej na 2010.
The Measure SA do tej pory znani byli chyba przede wszystkim dzięki licznym singlom i splitom oraz chwilowej obecności Mikeya Erga w składzie (który jak podają niektóre źródła znowu z nimi grywa). Była tam jeszcze płyta „Historical Fiction”, no a teraz po czterech latach od niej ukazuje się „Notes”. Wreszcie jakieś poważnych rozmiarów wydawnictwo od jednej z nadziei Jersey (Lifetime i te sprawy). W obecnym stylu grania kwartetu (?) nacisk położony jest na… brak nacisku. W rozumieniu lightowość, piosenkowość, tak zwany „pop punk z wpływami indie”, w którym damsko-męskie harmonie niczyich zmysłów słuchu nie poharatają. Nie ma tu temp ultra-szybkich, gitar niszczycielskich, a głosów do bólu zachrypniętych. Coś jednak to wszystko rekompensuje i stratni z tego powodu nie czujemy się raczej ani trochę. "This is how we are" śpiewają w „Checklist” i dokładnie za to ich lubmy, albo nie.
Porównań do wspaniałej poprzedniczki nie sposób uniknąć. Chłopcy z New Brunswick nie odważyli się na zmianę stylu, nie odcieli się specjalnie od tego co z taką pasją zrobili dwa lata wcześniej. Kto powiedział, że formuła "59" skończyła się w 2008? Zdecydowanie warto było wycisnąć z niej jeszcze trochę. Tak by starczyło na przynajmniej połowę kolejnego wydawnictwa. Tym sposobem tytułowe "American Slang" wita doskonale znanym motywem wspaniałego, łamiącego serce hymnu z przebojowym refrenem i tą jakże niezbędną dla nich nutką nostalgii. Bo przecież "And they cut me to ribbons and taught me to drive.I got your name tattooed inside of my arm..." to kolejny fragment Fallona z jakim nie sposób się nie zżyć. "Bring It On" to przede wszytkim refren, refren i refren raz jeszcze. "The Diamond Church Street Choir" jest zaś jak siedzenie sobie w amerykańskim pubie, takim z piwem i muzyką na żywo, gdzie gra się tylko rocka, country i bluesa. Na scenie facet z gitarą, przygrywa chwytliwą melodię, coś tam podśpiewuje głosem starego rutyniarza, a publiczność pstryka palcami do rytmu sącząc przy okazji coś dobrego. Oczywiście aż do momentu kiedy wypowiedziane zostanie kultowe "everybody singing". „Slangowi” nie da się odmówić uroku, kompozycyjnej sprawności no i klasy po prostu. Ten materiał zachowuje sporą część fajności starszej siostry, tak jak i jej część naturalnie traci. Nic tu nie zażera tak jak "Great Expectations", "The Backseat" albo "Meet Me By The River’s Edge". Linijki tekstu nie są tak genialne. Nie ma też tego energetycznego i przebojowego potencjału. Mimo to trudno tak naprawdę mieć o cokolwiek pretensje. To, że są zdolni do wielkich rzeczy wiedzieliśmy od dawna. Teraz mimo, że zagrali trochę słabiej, zdania nie zmienimy.
Podróż wielką łajbą pod wodzą tajemniczego, mrocznego kapitana z czarną opaską na oku. Morskie, szantowe klimaty jakich sam Dave King by się nie wyparł. Znakomicie zagrany punk rock z nie zanikającymi wpływami szkockich, irlandzkich tradycyjnych przyśpiewek. Flatfoot 56 górują nad większością konkurentów sumiennym, dokładniejszym doprowadzeniem materiału do niemal perfekcji. Radzą sobie z melodyjnymi fragmentami czego dowodem "Courage" oraz kopią zady ostrzejszymi, zagranymi z niesamowitą energią i precyzją hymnami co słychać w wystrzale celtic-punkowej artylerii "Smoke Blower". A jak kapitalnie potrafią zaprezentować jeszcze do tego balladę! Mowa o "Shiny Eyes" jawiącej się perełką godną songwritingu Shane’a McGowana.
Żeby nie było, że w tym roku dominował tylko punk-rocko-org-core przy tych wszystkich Flatlinersach, Riot Beforach i Świętych Katarzynach wypadałoby postawić jakiegoś reprezentanta prawdziwiego, krwistego niczym stek pop punku (choć ci tutaj w sumie też się wpisują w org…). Takiego choćby w stylu Dillinger Four jaki zaprezentowali The Hollowpoints. Godnie zastępując poprzez „Old Haunts On The Horizon” nieobecne chwilowo ekipy D4, Dear Landlord czy też The Lawrence Arms. Można na siłę się przyczepić, że Hollowpointsi są wtórni i cwanie czerpią z wszystkiego co undergroundowa pop punkowa scena oferowała w ostatnich latach. Prawda jest jednak taka, że „Old Haunts” to wynalazek o porządnej wartości, udanie substytuujący muzykę kilku naszych ulubionych grup. „Falling Up Stairs” dla przykładu brzmi niczym wstrzyknięcie do krwiobiegu treściwej mieszanki punk’rock’n rollowych gitar, chóralnych okrzyków szczypty popowości a la Broadway Calls i of course ochrypłego wokalu kolesia za mikrofonem. Dokonuje się tu zmiana pop punkowej warty. The Ergs! spotykają czasem Brendana Kelly, ale częściej chyba chadzają na piwo z Patrickiem Costello i Erikiem Funkiem. Jakby nie było, brak wyrazistości kompozycyjnej całkiem sympatycznie maskują temperamentem i skutecznością dawania po garach. Zdarzy im się zresztą wpaść na jakiś ciekawszy pop punkowy motyw wokalny ablo melodię w rodzaju „No Name” (gdzie dokopują przy okazji wszelkiej maści pozerom i hipsterom), „Shea Politika” , „Keep The Bubble In The Middle” czy praktycznie całej, znakomicie rozkręconej końcówki.
“Street Dogs” nieustannie kojarzy mi się z “Let’s Go” Rancida. Szanse na to by album z perspektywy czasu stał się podobnie kultowy są wprawdzie nikłe, ale jednak ten wyśmienity poziom na dzień dzisiejszy dostarcza zajebistej satysfakcji. Krążek to już ich piąty, a kto wie czy nie najlepszy. „Czystość” punkowej, melodyjnej naparzanki, serdeczność Armstrongowo-Frederiksonowych riffów, szczypta celtyckości i powiew klasyki w całych 18 wypasionych numerach. Wypadałoby napisać co mi się podoba najbardziej, co urywa dupę i robi największe wrażenie, ale tak właściwie to co niby miałoby tego nie robić? Street Dogs po dekadzie nagrywania dobrych płyt nareszcie mają coś naprawdę dużego. Płytę najzupełniej równą, pełną pasji i fenomenalnej energii. Mike McColgan to naprawdę jest Gość przez duże G i zawodnik ekstraklasy. Niezły początek nowej dekady. Może być lepiej?
Członkowie The Riot Before mają niewątpliwie nosa do wyczuwania co się aktualnie święci w ich muzycznym światku. W 2008 osiągnęli sukces na fali podjarki country-blues-punkiem. Dziś dokonują niewielkiej wolty wymieniając odchodzące powoli do lamusa wpływy americany na nienachalny, zacierający się z punk rockiempost-hardcore. Ciekawie interpretowany, rodem z niewiarygodnie popularnego ostatnio Hot Water Music (właśnie tak powinny wyglądać „wpływy” niepokrewne z ksero-kopiowaniem) czy ziomków z Avail, do których porównują ich krytycy. Panowie cwanie celują w okolice terytoriów zdobywanych w zeszłym roku choćby przez Polar Bear Club. I co? I co? Sprzyja im ten perfidny koniunkturalizm? Jak najbardziej. NIE DA SIĘ zaprzeczyć, że urośli w oczach. Przestery, trzaski, hałasy z intra szybko prowadzą do punkowej nawalanki w "The Middle Distance". Kawałku, którego zakończenie automatycznie pobudza apetyt na zajebistość ciągu dalszego. Każdy kolejny numer częściowo zaspokaja głód jednocześnie stale pozostawiając nas nie do końca nasyconymi. Ogromny plus dla brzmienia jakim dysponują. Dużego, mocnego, wyrazistego. Instrumentarium wymiata tu aż miło, wokalista momentami wspina się na imponujące poziomy ekspresji. Przez szybkie tempa i dynamiczne akcje przewlekają stonowane, indie-emo’we oddechy oraz kunsztowne melodyjne solówki ("Answers For Change"). Nie ma tu nic z jednowymiarowej młócki, wszystko jawi się doskonale przemyślanymi zagraniami. Przede wszystkim jest to wyśmienita całość. Dziesięć pieśni tworzących „take it or leave it”, zgrany i wyborny album.
Najlepszą receptą na oryginalność pozostaje dzisiaj czerpanie grubymi garściami z wielu różnorodnych źródeł, koniecznie przy umiejętnym zlepianiu w całość. Titus Andronicus to grupa z potencjałem. Jeśli chcą być jak Bright Eyes, The Lawrence Arms i The Pogues w jednym to tak się właśnie dzieje. Poza tym mają nieprzeciętne aspiracje. Komu w dzisiejszych czasach chciałoby się nagrywać ponad godzinny koncept-album o wojnie secesyjnej? Druga sprawa by zrobić coś takiego nie popadając w nudną manierę i jednocześnie dostarczyć słuchaczowi rozrywki na poziomie słuchalnego odbierania samej muzyki. Titus Andronicus doskonale odnajdują się w folkowej rzeczywistości. Niezależnie czy jest to motoryczny folklor pijacko-biesiadny, zahaczający delikatnie o celtic-punk (dudy czy tam kobzy w "The Battle Of Hampton Roads"), Oberstowski rozemocjonowany indie-folk czy południowo-amerykańskie country’owe klimaty (skrzypki i wiejsko-imprezowy feeling w "Theme For Cheers", wokalny męsko-damski duet przy akompaniamencie pianina w "Too Old Friends And New"). Titus udało się coś co nie do końca wyszło Fake Problems oraz Yesterday’s Ring. Zwycięskie wyjście z potyczki jednoczenia wszystkich tych odmian. Nie jest to rzecz prosta. Karkołomnie wygląda już zarzucenie słuchacza kolosalnymi, trwającymi po 7-8 minut kompozycjami. Niewykluczone, że to co wyda się przy pierwszym odsłuchu nudne przy kolejnych powali na łopatki. Na przykład takie "A Pot In Which To Piss". Samo serce krążka, 8:53, zapierający dech epicki rozmiar. Ciągnące się w nieskończoność nudy czy urozmaicany co chwila zmianami tempa, kabaretowym pianinkiem, wkradającą się podniosłością wielki numer? Nie przeczę że to co dzieje się od "Four Score And Seven" wzwyż potrafi znużyć i zmęczyć. 14 minut kończącego "The Battle Of Hampton Roads" to również niemałe przegięcie. Doprowadzenie tego do końca w sposób perfekcyjny i bezbłędny zakrawałoby jednak na cud. Warto ich usprawiedliwić zwłaszcza, iż w tym roku nie słyszałem płyty z około-punkowego podwórka tak ambitnej.
Choć teksty na „We Don’t Stand A Chance” trudno uznać za afirmujące amerykańską rzeczywistość (pierwszy z brzegu "Dead Streets" doskonale tego nie robi…) to sam klimat tych opowieści i muzyki jest bardzo mocno Made In U.S.A. Ciężko pracujemy żeby mieć co jeść, sukcesów nie ma, nieciekawe otoczenie i skomplikowane relacje miłosne, ale wszystko przedstawione jakoś tak… z duszą na ramieniu, romantycznie i zagrane z wielką dozą nadziei. Klasyczny amerykański rock, neo-punkowe inklinacje oraz gitarowo-klawiszowe kołysanki składają się na klamrę wyznaczającą zakres stylistyczny materiału. Całe szczęście tym razem obyło się bez MacZestawu z country, folku i bluesa. Zaczniemy od perfidnie melodyjnego wejścia "Dead Streets", Istnego „no future” hymnu, o tych i dla tych, którzy o opuszczeniu rodzinnych stron i rozpoczęciu ciekawszego życia mogą jedynie marzyć. Poprzemy jeszcze lepszym, pewnie najlepszym „The Mistake”, gdzie deklamowane zwrotki przechodzą w doskonały energetyczny refren, choć niepewność i pesymizm w tekście są nazbyt wyraźne. I kwestia ballad, żeby nie powiedzieć BALLAD. Urokliwych, nastrojowych jak „Maydays And Rosaries” (duet Kriera z Genevieve Shatz), ale i z czającym się zewsząd powerem w rodzaju „Tanner Boyle VS The 7th Grade”, który aż promieniuje zanim z należytym sobie wdziękiem głośno uderzy potęgą gang-wokali. Klawisze czarują szczególnie w "Reckless Ways", elegancko prowadząc do fenomanelnej chorusowej cześci oraz szybkim, motorycznym "Woodpecker" przywołującym na myśl Gaslightów z czasów "Sink Or Swim". Na koniec perełka w stylu Counting Crows czyli skromne, rozczulające "Champagne Toast". Zespół startuje być może od razu z miejsca swojego "The ’59 Sound". Nie było wcześniej czasu na nagranie bardziej punk rockowej płyty. Debiut AM Taxi to już przebojowy, chwytliwy tylko trochę punkujący pop-rock. I to jest w tym chyba najlepsze. "We Don’t Stand A Chance" przywraca wiarę w przystępnego, acz stojącego na wybornym poziomie radiowego rock’n rolla.
1. Bomb The Music Industry – Adults!!! Smart!!! Shithammered!!! And Excited By Nothing!!!/ Everybody That You Love
Dziwić może usytuowanie na najwyższej pozycji mini albumu równowartego zwykłej EP’ce. Tak się jednak złożyło, że rzetelnie nie potrafiłbym postawić tu nikogo innego jak tylko Jeffa Rosenstocka i jego ekipę. Bomb The Music Industry! to grupa jawnie wybijająca się na całej obecnej punkowej scenie, zachowująca wspaniały poziom i jakość. „Adults!!!” jest przykładem krążka krótko i treściwie streszczającego wszystkie najlepsze patenty jakiego można oczekiwać od dzisiejszego inteligentnego ska. Coś co nie jest tylko przysłowiowym napierdalaniem w trąbki, coś co nie pretenduje do bycia wysoką sztuką, ale posiada głęboką treść zaserwowaną na pełnym luzie. „You Still Believe In Me” to jeden z moich ulubionych kawałków roku i to bez żadnych podziałów stylistycznych, jeden z najlepszych w ogóle. Na równi z nim praktycznie „Slumlord” ze swoim „cold and mice and stoooolen bikes” , eksplodujący energią i pomysłowością, zawierający wszystko od ładnych melodii przez skoczne rytmy po zdzieranie gardła. „Planning My Death” w niecałe dwie minuty perfekcyjnie rozpracowuje metodę grania Catch-22 i Streetlight Manifesto, którzy dziś do Rosenstocka nawet nie próbują startować. „The First Time I Met Sanawon” powala za pomocą wielkiego chorusu, zrezygnowane „All Ages Show” zostaje w pamięci ze względu na wokalne kwestie Jeffa i Laury Stevenson, z kolei „Struggler” z pogwizdywaniem i banalnie prostym gitarowym brzdąkaniem dałby może radę jako przebój radiowy, gdyby tylko pozbawiono go gwałtownej końcówki… Jako uzupełnienie potraktujmy wydany kilka miesięcy później singiel „Everybody That You Love / Matchless, Considerable Weirdness, the B48 Home”. Równie sympatyczne, nie odstające od nagrań z „Adults” post scriptum. Na progu nowej dekady Bomb The Music Industry! nagrywają kapitalne numery, grają niesamowite koncerty, mają lidera będącego interesującą postacią, która w siłę swojej muzyki wierzy na tyle by udostępniać ją w 100% za darmo. Punk rock roku 2010 dla mnie równa się BTMI!!