Pokazywanie postów oznaczonych etykietą college rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą college rock. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 listopada 2014

Weezer - Everything Will Be All Right In The End (2014)




8.5

Nowa płyta Weezera to zaskoczenie chyba dla każdego. Od 2005 roku, w którym ukazało się wyjątkowo chłodno przyjęte „Make Believe” każdą albumową propozycją panowie Rivers Cuomo i spółka udowadniali nam, że nie dążą już do bycia poważnymi zawodnikami, a nagrywają bardziej dla przyjemności niż z ambicji. „The Red Album”, „Raditude”, „Hurley” – wszystkie jawiły się jako materiały nierówne, tak jakby wypracowywano na nich kompromis między zabawą i eksperymentowaniem (zapraszaniem gości, robieniem nieudolnego hip-hopu, mainstreamowego popu, zamienianiem się instrumentami) a próbami konstruowania dobrej muzyki. Pierwsze satysfakcjonowało samych członków zespołu, drugie słuchaczy. Na „Everything Will Be All Right In The End” nie dziwi sama obecność świetnych kawałków, co raczej wzorowa równość materiału, o którą nikt by ich już dziś nie posądzał. Znając tegoroczny krążek można ulec wrażeniu, że wszystko co wydarzyło się w ciągu ostatniej dekady było ze strony Riversa, Briana, Scotta i Patricka zwyczajnym lenistwem. „EWBARITE” brzmi jak album, który mogli popełnić w dowolnym momencie po „Pinkertonie”. To nie żadna stylistyczna wolta, a typowy Weezer, ale w postaci optymalnej.

Z nimi zresztą wszystko zawsze na odwrót. Trzy razy pod rząd przed wydaniem nowej płyty łudzili obiecującymi singlami („Pork And Beans”, „If You’re Wondering If I Want You To I Want You To” i „Memories”), choć kończyło się zawsze tak samo. Kiedy kilka miesiecy temu usłyszałem manifestacyjne „Back To The Shack” wraz z obietnicami powrotu do korzeni straciłem jakąkolwiek wiarę w dobre chęci Riversa. Nawet słowa Briana Bella o prawdziwym nawrocie świetności i wybraniu na singla jednego ze słabszych utworów wydało mi się podejrzane. Ale Brian mówił czystą prawdę. „Back To The Shack” obok „Foolish Father” (tu gościnnie na gitarze Patrick Stickles z Titus Andronicus) jest na „EWBAITE” najmniej imponujące. Przy reszcie panowie wymiatają równo.

Zaczynając od najlepszych, „The British Are Coming” jest ich najbardziej udanym Beach Boysowym kawałkiem od czasu „Holiday”. Na „Czerwonym Albumie” mieliśmy bardzo dobre „Dreamin”, po którym pozostawał ogromny niedosyt. Sześć lat musieliśmy czekać by pozbyć się tego uczucia. Napakowana wokalnymi i gitarowymi melodiami, pełna hooków i zwrotów konstrukcja sprawia, że czuję się całkowicie syty. Pogwizdywane „Da Vinci” z bezpruderyjnie przebojowym refrenem w dużej mierze bazującym na dowcipnie romantycznym tekście („Even Da Vinci couldn’t paint you, Stephen Hawking can’t explain you”) zapętla się na długo. „Ain’t Got Nobody” to świeżość i luz, rock’n roll w wyjątkowo chwytliwym wydaniu. Kawałek fajny od początku do końca, z najprzyjemniejszą na całej płycie solówką i wesołym podśpiewywaniem na koniec. Łatka Piotrusia Pana muzyki gitarowej przylgnęła do Riversa na dobre. Mówiąc ściślej, w rolach, w jakie się wciela nie jest on może wiecznym dzieckiem, a wiecznie nieszczęśliwym lub niedojrzałym młodzieńcem. Raz rzuca wyznaniami w rodzaju „ain’t got no one to kiss and hug me”, innym razem bywa zakochanym durniem proszącym o drugą szansę po dopuszczeniu się zdrady. Z tej drugiej perspektywy śpiewane jest właśnie „Go Away”, udany zwłaszcza w zwrotkach, banalny, ale i uroczy utwór, duet z Bethany Cosentino.

Same teksty na „Everything Will Be All Right In The End” szczególnie wybitne nie są. Żaden nie ociera się o bycie bardzo dobrym, ale też nie wydaje mi się, by piosenki cokolwiek na tym traciły. Taka choćby „Cleopatra” lirycznie wypada przeciętnie („You can’t control me no more Cleopatra, patra, patra, patraaaa”), ale muzycznie jest już kąskiem na tyle smakowitym, że linijki naprawdę nie grają roli. Klimatycznie smutnawe, „Pinkertonowe” wręcz, akustyczne zwrotki, harmonijka oraz prawdziwy czad przy skandowanym „5-10-15-20-25-30-35-40!” robią nam wyśmienitą całość. Totalnie „Zielono Albumowa” „Lonely Girl” opiera się na rymach niemal podręcznikowych, ale co z tego skoro jest kolejną trafioną, czysto hedonistyczną w piosenkowym sensie produkcją zagraną na odpowiednim wykopie? No i cóż, że kręcę nosem słysząc toporne “Don't want to be mass consumed, I'm not a happy meal” skoro „I’ve Had It Up To Here” ma tak fantastyczne, popowe flow?  

„Eulogy For A Rock Band” współpisane z Danielem Brummelem z Ozmy* byłoby idealną kompozycją na do widzenia, jednakże tym razem chłopaki z Los Angeles jeszcze się z nami nie żegnają. Dzieło wieńczy pomysłowa, w dużej mierze instrumentalna trylogia. I tu znów szkolna piątka, zwłaszcza za wyciskające łezkę „Anonymous”. Kto się nie ugnie pod „I don’t even know your name, No, I don’t know the words to say so….” ten nigdy nie był nastolatkiem zakochanym w jakiejś bliżej nieznanej, anonimowej koleżance.

Kwartet z Los Angeles przygotował wreszcie długo wyczekiwany materiał z jajami, garść piosenek godną starego Weezera z lat 90, lepszą może nawet od bardzo dobrego „Green Albumu” z 2001 roku. „EWBARITE” to należna rekompensata dla fanów i wszystkich Weezerowych entuzjastów, ale też krążek, który powinien spodobać się każdemu miłośnikowi power popu czy innych odmian melodyjnego rocka. Kto wie z czym wyskoczą za dwa albo trzy lata? Co wymyśli Rivers by ponownie zinfantylizować oblicze zespołu? Póki co cieszmy się z unikalnego momentu realnej chwały jego grupy. Kto wie, czy drugi taki kiedykolwiek się jeszcze powtórzy?




* epigoni, którzy wsławili się więcej niż sympatyczną college-rockową płytą „Rock’n Roll Part 3” (2001)


wtorek, 24 grudnia 2013

Podsumowanie 2013: piosenki 28-25














And in my mind, There is something rotting dead. Tym razem u Deerhunterów mniej wzruszeń, a więcej rzeźniczenia. Bradford Cox i jego zespół z wdziękiem kameleonów przeistaczają się w specjalistów od garażowo-rockowego uboju. Gdyby „Monomania” składała się wyłącznie z ostatnich trzech minut w postaci maniakalnego wymawiania słów tytułowych i jazgotliwego nawalania, to pewnie i tak wrzuciłbym tutaj.
















Dziewczyna z football, etc ma naprawdę ładny głos i nie zawaha się użyć go tak, żeby brzmiał jeszcze ładniej. Przysłuchawszy się dokładniej zdajemy sobie sprawę, że magia wokalizowania Lindsay polega na przedłużaniu poszczególnych słów oraz nadawaniu im swoistej ulotności. Whaaaaaat dooooo yoooou seeeee wheeeen youuuuu cloooooose yooooour eyeeees, for the laaaaaast tiiiiiime. W tym pomagają zresztą urocze indie-emo’we melodie, dopasowane w taki sposób, by jedno i drugie funkcjonowało blisko ideału. Godni następcy Rainer Maria.




















Prawie 8 minut, tańczymy, nie nudzimy się. Win twierdzi, że jeśli w niebie nie odnajdzie swej wybranki, to nie ma dla niego sensu. Może nie jest to tekst tak dobry i na pewno nawet w ułamku nie tak poruszający jak rzeczy z „Funeral” albo „The Suburbs”, a i tak wciąż widać, że oni. Poza tym tu na pierwszym planie jest brzmienie. David wchodzi ledwie na chwilę, ale jego kwestia wnosi coś miłego i przedłuża sens tego zaskakująco równego pod względem chwytliwości tworu. 



















Chcę coś przeżyć i zachować by potem nie żałować/ Chcę tylko leżeć na podłodze i myśleć o sobie. Dość naiwnie byłoby uwierzyć, że w zastanym czasie i rzeczywistości utwory Lewych Łokci mają szansę stać się młodzieżowymi hymnami jakiejś generacji, a trochę szkoda, bo potencjału lirycznego jak i zawartego w zadziornej muzyce na pewno im nie brak. Sam fakt, iż w naszym kraju smutasów, wreszcie ktoś gra jak Superchunk łamany przez Weezera i po indie-rockowemu wesoło hałasuje warty jest uznania. Kto zna moje muzyczne upodobania ten wie, że kawałkom takim jak „Pomieszane Chwile” nie jestem w stanie się oprzeć. Owszem, gitary i perkusja sprawują się tu całkiem radośnie, ale tekstowo to wcale nie sielanka, bo niestety w życiu nadal młodych, choć mierzących się już z dojrzałością ludzi, którzy pragną z tej młodości coś jeszcze wycisnąć „niewiele się zmienia” nawet jeśli czasem tego by sobie życzyli. 

(Po raz pierwszy recenzja "Pomieszanych Chwil" ukazała się tutaj)


piątek, 15 lutego 2013

Pixies - Come On Pilgrim (1987)













6

Bywa czasem tak, że coś totalnie niesamowitego może nam przejść koło nosa. Ivo Watts-Russel z 4AD na przykład, przy pierwszym zetknięciu z demówką Pixies znaną jako „Fioletowa Kaseta” niespecjalnie wyczuł potencjał kapeli. Na szczęście dla zespołu (a także nas wszyskich) za namową swojej dziewczyny dał piosenkom jeszcze jedną szansę i podczas pewnego spaceru z płytą coś w końcu u niego chwyciło. Osiem kawałków spośród siedemnastu trafiło na wkróce wydany pod banderą londyńskiej wytwórni mini-album „Come On Pilgrim”.

Materiał to z pewnością bardzo ważny dla indie rockowej historii. Pixies od początku mieli coś co wyróżniało ich spośród zespołów ówczesnej niezależnej ligi. Na pewno luz, choć to mieli także inni, oni byli wyluzowani jakby w bardziej oryginalny sposób. Pisali specyficzne utwory, które brzmiały tak, a nie inaczej, bo po prostu tak wyszło. Nie sposób pomyśleć, że ktoś spinał się przy ich tworzeniu żeby przybierały jakiś określony kształt. Posiadali charyzmatycznego lidera. Nie jedyny Frank Black wśród wokalistów posiadał jaja, ale drugiego takiego jak on – ryczącego, piszczącego, podśpiewującego po hiszpańsku nie było.

Przypomina mi się przy tej okazji pewna wypowiedź Thurstona Moore’a:

T: Zupełnie nie znam „Surfer Rosa”. Wiem, że to klasyka. Nie powinienem tego mówić ale kiedy Pixies byli na topie, nie bardzo mnie to podniecało. To były odległe rzeczy. Oni byli dla mnie pop-punkową grupą, studencką w pewnym sensie. Pamiętam jak Nirvana cały czas wypatrywała tej nazwy. Mówiłem wtedy do nich „żartujecie sobie”. Ale oni tak na poważnie ponieważ kupowali bootlegi Pixies w trakcie trasy. Pytałem się „czy wy oszaleliście?”. [śmiech]*

Nic dziwnego zresztą, bo jeśli nie śledzi się tego co wypisują krytycy oraz nie słucha wszystkich gitarowych rewelacji  to kreowana zajebistość grupy może mocno umknąć. Chodzi mi o to, że muzyka sama w sobie, jakkolwiek dla mnie doskonała, nie u wszystkich musi wywoływać równie niesamowite wrażenia. Tak można powiedzieć co prawda o każdym zespole, ale o Pixies i ich prostych, niedbałych, rockowych piosenkach jakby tym bardziej. Nie dziwię się Thurstonowi, który prędzej zachwyci się skomplikowanym experimentalem i Ivo-Russelowi, który nie załapał na początku. W końcu nie dziwię się samemu sobie, że „Come On Pilgrim” przemawia do mnie co najwyżej średnio.

Powiedzieć, że te osiem numerów urywa dupę byłoby lekkim kłamstwem. Postawmy je choćby obok wydanej rok później, fenomenalnej „Surfer Rosy”, a odniesiemy wrażenie lekkiej anemiczności starszej siostry. Można się pozachwycać, że tu po raz pierwszy słyszymy atuty ich stylu, jednakże te zostaną należycie rozwinięte chwilę później. Ciekawie posłuchać wrzasków Franka w „The Holiday Song”, na którego melodii oparto potem „Allison” z „Bossanovy”. Nie odmówię fajności szarpanemu na akustycznej gitarce, latynoskiemu pół-punk rockowi „Nimrod’s Son” (perkusja Davida Loveringa). „I’ve Been Tired” mogłoby posłużyć przynajmniej za teorię tego co w Pixies najlepsze. Problem w tym, że „Broken Face”, „Bone Machine” i „Gigantic” miażdżą je wszystkie małym palcem u stopy.

Nie polecam „Come On Pilgrim” na rozpoczęcie znajomości z Pixies. To dobra płyta, ale raczej dla tych, którzy zespół ten już trochę poznali. Kto usłyszał jedynie „Where Is My Mind” w „Fight Clubie” niech się lepiej bierze za „Doolittle” i „Surfer Rosę”.




poniedziałek, 15 października 2012

Fang Island - Major (2012)












7

„Major” to album, który w kategorii najlepsze college rockowe/power popowe granie wakacji nie miał w tym roku dużej konkurencji. Fang Island okroili swoją muzykę z math-rockowego elementu pozostawiając więcej miejsca dla fajnych, melodyjnych piosenek. Delikatna i słuszna w mym mniemaniu zmiana proporcji (w porównaniu do „Fang Island”) zaważyła o pozytywnej recepcji płyty i artystyczno-rozrywkowym zwycięstwie nowojorczyków.

O tym co z matematyczno-progresywnego stylu zostało nawet nie chce mi się pisać, bo są to momenty jakie wolę raczej skipować. Esencję zajebistości tego krążka reprezentują ścieżki spod indeksów 3-5. „Sisterly”, „Seek It Out” i „Make Me” czyli powiedzmy, że umowne single. Ułożone na zasadzie “co jeden to lepszy”, słoneczne, sympatyczne, z dobrymi refrenami. Indie-dzieciaki w USA mogą sobie przy tym chodzić na plażę, surfować i bóg wie co jeszcze. Mi też nieźle się słuchało przy piwie nad siedleckim zalewem. Tym samym Fang Island mocniej wpisali się w nurt uprawiany wcześniej przez między innymi Surfer Blood.

Przybijam więc trójce z Providence „wysoką piątkę”, a właściwie siódemkę. „Major” to rzecz bardzo udana choć daleka do doskonałości. Z chęcią wybieram tu sobie fragmenty, ale na całość nie zawsze reflektuję. Wrzucam do worka z letnimi przebojami, chowam do folderu i czekam aż znów przyjdzie odpowiedni czas by po płytę sięgnąć.

sobota, 31 marca 2012

Guided By Voices - Devil Between My Toes (1987)












4.5

Rock’n’rollowy nauczyciel i jego pierwsza długogrająca płyta. Guided By Voices swój ikoniczny status zawdzięczają bez wątpienia albumom wydanym w okolicach połowy lat 90’tych. Mimo iż początki zespołu miały miejsce już jakąś dekadę wstecz, wczesnymi płytami Boba i spółki dziś prawie nikt sobie głowy nie zawraca. Czemu? Ponieważ najprościej mówiąc nie są na tyle dobre by na to zasługiwać. Podczas gdy R.E.M, Hüsker Dü albo Replacements grali w ekstraklasie amerykańskiego indie wydając kolejne fenomenalne krążki, Pollard znajdował się gdzieś wśród amatorskiej trzeciej ligi. W jego przypadku droga na „szczyt” była wyjątkowo żmudna i niespektakularna, a wszystko odbywało się na zasadzie krok po kroku. „Devil Between My Toes” trzyma średni na jeża poziom domowo-garażowych wydawnictw. Robert wraz z zespołem świadomie czy nie często imitują Michaela Stipe’a i spółkę serwując melodyjne próbki jangle-popowego grania w rodzaju „Hey Hey Spaceman”, „Discussing Wallace Chambers” albo „Hank’s Little Fingers”. Być może z powodu braku pomysłów na kompozycje, część przestrzeni wypełnia gitarowe, bezwokalne brzdąkanie „Bread Alone”, „Crux”, „Artboat”. Wyłamuje się nieco „The Tumblers” i przyłożenie do pieca w postaci ostatniego „Captain’s Dead”.

Gdyby w latach późniejszych GBV nie zaliczyło kilku solidnych wzlotów, dziś „DBMT” figurowałoby jako kolejna pozycja na Rate Your Music oceniona przez góra trzech użytkowników. Gdyby kometa rok temu uderzyła w naszą błękitną planetę, ja w ogóle nie wymyślałbym tych słów. W obydwu przypadkach dobrze się stało nawet jeśli ja piszę słabe teksty, a debiut grupy z Dayton rzadki jest jak kisiel.