Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A.J Mogis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A.J Mogis. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 listopada 2011

Cursive - Mama I'm Swollen (2009)












8

O „Mama I’m Swollen” zdarzyło mi się pisać dwa razy. Najpierw w długiej recenzji dla pewnego nieistniejącego już serwisu (7/10), następnie w podsumowaniu roku 2009 również dla niego. Opinie zmieniały się, a ta pierwsza na dzień dzisiejszy jest najmniej aktualna. Mimo to po drobnym retuszu wciąż utożsamiam się z ¾ pierwszego tekstu i całością drugiego.

1

„In The Now” to jakby post-scriptum po punkujących kawałkach lat poprzednich. Szybkie tempo, intrygująca przebojowość i klimat potęgowany przez zgrzyty gitary. W tekście mamy zaledwie cztery powtarzane w kółko linijki, ale wynagradza to przeznakomity fragment pod koniec z nagłym zahamowaniem prędkości słowami „repeat, repeat repeat!”.

„From The Hips” udostępniono w internecie na długo przed premierą płyty. Najpewniej pierwszy singiel. Spokojny, przyjemny równie przylepny jak poprzednik. W połowie drugiej minuty za sprawą perkusji robi się nieco żywiej, ale ładniutka melodia nie daje za wygraną. Naprawdę fajna piosenka. „I Couldn’t Love You” brzmi poprawnie. Nie ma zbytnio o czym mówić. Nadal mamy do czynienia z ułożonym albumem. Na nic słabszego Kasher i spółka nie mogli sobie pozwolić. Z niego rodzi się klimatyczny „Donkeys”. Zabójcza jest ta pozytywka nadająca dziecięco-klaustrofobicznego nastroju. Ta pieśń jako jedyna prawie sięga urokiem ballad rodem z „The Ugly Organ”.

W „Caveman” świetną melodię budują za pomocą specyficznie brzmiących klawiszy. Te dwa kawałki umiejętnie wkręcają w klimat. „We’re Going To Hell” jest już w nim umoczony po uszy. Tu też daje o sobie znać „organiczna” atmosfera. W „Let Me Up” da się słyszeć kościelne organy, Tim powtarza tytuł utworu, jest trochę gitary i trąbki. Utwór powoli dochodzi do wrzenia zakończonego wybuchem wokalnym i instrumentalnym. Kolejne „let me up” brzmią już jak płaczliwa prośba a chwilę później tytułowe słowa zostają potężnie wypowiedziane wraz z podniosłością orkiestrowego aranżu. Tym razem bardziej jak groźba…

Najdłuższa w zestawie „What Have I Done” kończąca szósty album Cursive jest na szczęście tworem całkiem konkretnym. Opowieścią o mężczyźnie, który zaszyty w motelu w El Paso wyżala się oraz wspomina dotychczasowe jałowe życie („I spent the best years of my life/Waiting on the best years of my life”). Dźwięk nieźle łączy się z tekstem. Strukturalnie przypomina „Bad Sects” z „Happy Hollow” oraz „Staying Alive” kończące „Ugly Organ”. Rozpaczliwe „What Have I Done? What Have I Done?” przy ostatnich mocnych dźwiękach (ten sam zabieg co dwie piosenki wcześniej) pozostawiają bohatera dramatu gdy sztuka dobiega końca.

Album za nami. Wnioski? Nie ma ani wiolonczeli ani dużego udziału ledwie słyszalnych dęciaków. Jest klimat, ale niesamowita dynamika gdzieś się ulotniła. Nie ulega wątpliwości, że legendarna kreatywność Kashera nieco oklapła. Teksty nie wypadają tak zacnie jak dawniej bo choć znajdzie się takie "The world was built on ego, It was built on slaves/The world was built on a tickle, Between our legs" a i banały Tim potrafi wyśpiewać przekonująco ("don’t tell me what you want cause I don’t wanna know") przebłysków talentu w tej kwestii doznajemy zbyt rzadko. Nie ma jednak mowy o ogromnym rozczarowaniu. Początkowe przesłuchania mogły wprawdzie budzić poważny niepokój, ale „Mama I’m Swollen” prędko ukazało swoich kilka wcale nie oczywistych walorów. Nie wiem czy się cieszyć, że jest dobrze czy żałować, że jest tylko dobrze. Najpewniej wybiorę i jedno i drugie. Płytę przyjmuje choć nie zadowala mnie ona w pełni. Odliczanie do następnej już rozpoczęte.

*

5. Cursive – Mama I’m Swollen (z podsumowania 2009)

Najbardziej niedoceniony z recenzowanych przeze mnie albumów i dowód na to jak łatwo można pomylić się względem muzyki. Nie żebym opisywał go kilka miesięcy wcześniej bez zastanowienia i po łebku, ale nawet jeśli wtedy poświęciłem „Mamie” naprawdę sporą ilość odsłuchów to i tak było za mało. Czas okazał się decydujący. Fakt, że to płyta po jaką sięgałem w 2009 zdecydowanie najczęściej, świadczy sam za siebie. To wciąż Kasher w pełni artystycznych sił, skierowany jedynie w zupełnie inne rejony niż na "Happy Hollow". Ostatecznie stwierdzam, iż nie ma tu ani jednej piosenki rozczarowującej. Każda daje coś od siebie w zupełnie inny sposób. Wymiatające „In The Now”, nieprzyzwoita przylepność „From The Hips” czy prosta przyjemność ze słuchania „I Couldn’t Love You”. Można tak wymieniać jedną po drugiej. „Donkeys” wprowadza w głęboki, nieco koszmarny klimat. „Caveman” ucieka od niego żwawszym, porywającym tempem. Z kolei „We’re Going To Hell” na dobre wciąga w nastrojowe bagno. Nie pierwszy już raz muszę oddać pokłon tekściarstwu Tima. Ono jest silnikiem dla dziesiątkowego „Mama I’m Satan”. Poprowadzonego mrocznymi linijkami prosto do burzliwego, chaotycznego zakończenia. Rozszalałe trąbki, dęciaki i żarliwie skandowane „I cast you out! I cast you out! I drag you out!” wyrzucają mnie z butów. Sam finał w postaci „What Have I Done” zasługuje na miano najbardziej elektryzującego closera roku. Od zdołowanego początku do wyładowującego frustracje, przeogromnie dramatycznego zakończenia. Czyżby muzyczna auto-terapia kompozytora? Skoro tak to Kasherowi trzeba życzyć aby swoje smuty nadal przelewał na albumy tak głębokie, doskonałe i paradoksalnie bardzo chwytliwe.

środa, 21 września 2011

Cursive - The Ugly Organ (2003)












10

(INTRO) Najpierw słyszymy dźwięki radosnej orkiestry, wesołe miasteczko, WTF? A potem ORGANY. Złowieszcza melodyjka. Jakiś psychopata wrzeszczy coś o perwersji, lamencie, spowiedzi i chorej obsesji. Ta atmosfera i obłąkańczy okrzyk. Dr. Frankenstein stworzył swojego potwora.

Chwilę później te same słowa docierają do nas już w postaci pierwszego utworu na „The Ugly Organ”. „Some Red Handed Sleight Of Hand” wchodzi tak pewnie i bezkompromisowo, że jedyne z czym może się kojarzyć to… szubienica. Perkusja, wiolonczela oraz gitary, w które uderzają chyba kijami tworzą morderczy, piosenkowy mechanizm. Ciach, ciach. W górę i w dół. W naszych uszach wybrzmiewa historia brzydkiego organisty. „Nie ma potrzeby utrzymywać sekretów, wszystko co ukryłem kończy się w tekstach, więc przeczytaj i mnie oskarż, jeśli to co napisałem wprowadzi cię w błąd”. Z tego co zdążyliśmy się dowiedzieć, organista nie posiada zbyt czystego sumienia. Jego tytułowym brzydkim organem jest w rzeczywistości pełna od grzechów dusza.

Nr 3 „Art Is Hard”. Teraz ten szatański instrument zwany wiolonczelą gotuje istne piekło. Brzmienie jak z soundtrack do sądu ostatecznego. „Więc jesteśmy znów w tym miejscu, sztuka udawanej słabości, zakochiwanie się dla porażki, dla podniesienia cen płyt. Więc płyty się sprzedają, och co za hit! Musisz to powtórzyć, musisz utonąć żeby popłynąć!”. Wygląda jak prosta do odczytania przestroga przed sprzedawaniem życia prywatnego, emocji i uczuć celem komercyjnego sukcesu oraz popularności. „Możesz oszukać, oszukać, oszukać ból, możesz uczynić, uczynić, uczynić z niego broń, możesz złamać, złamać, złamać nogę, kiedy jesteś na scenie i oni krzyczą twe imięęęęęęę. Wszyscy wiemy, że sztuka jest trudna. Kiedy nie wiemy już kim jesteśmy.”

Jedziemy dalej. „The Recluse”. Czas na odpoczynek od trudnego, szarpiącego nerwy nastroju. Ta cudowna kołysanka koi sfatygowany umysł. Jest słodko choć smutnawo. Jednakże sam tekst nie wnosi wielkiej poprawy do losów organisty. Niby pojawi się kobieta, dom, wygodne łóżko. Ale towarzyszą temu niepokój, obawy, niepewność. „Mogę wynieść się z jej łóżka ze strachu, że nigdy więcej nie będę już w nim leżał , Jak mam to skończyć aby rozpocząć? nie wiem, Czemu mam zaczynać coś czego nie mogę skończyć? Och proszę nie męcz mnie pytaniami do tych wszystkich brudnych odpowiedzi, moje ego jest jak mój brzuch, wydala wszystko czym je żywię… Może nie chcę już niczego kończyć, nigdy więcej, może mogę zaczekać w jej łóżku aż wróci, i wyszepcze: „Jesteś teraz w mojej sieci, zwiążę cię ciasno, dopóki mam czas by ukąsić.”

„Herald! Frakenstein” to krótkie, przerażające intro do dalszej części. Zaledwie jedno zdanie „Nie mogę powstrzymać bestii, którą stworzyłem…” zapowiada fascynujący ciąg dalszy wydarzeń.

I tak „Butcher The Song” przywraca posępność i grozę pierwszych utworów. Maksymalizuje ją wręcz do prawdziwego, dźwiękowego widowiska grozy. Budują je cztery złowróżbnie przemykające dźwięki. „Piszę piosenki dla rozrywki. Ale ci ludzie chcą wyłącznie bólu. Chcą zobaczyć moje najgłębsze grzechy. Piosenki z mojego brzydkiego organu… I to co wychodzi to koszmarny bałagan, piosenki, których nie mogę zapomnieć/ Wyrzuć rzeźnicki nóż, krzyczałem przez lata, ale zaprowadziło mnie to do nikąd, po prostu wyrzuć rzeźnicki nóż, WYRZUĆ RZEŹNICKI NÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓŻŻŻŻŻ. „Jaki piękny mamy dzień” – powiedział rzeźnik zanim uniósł swe ramię…”

„Driftwood: A Fairy Tale”. Kolejna po „The Recluse” niezwykła ballada sprowadzona do postaci bajki o Pinokiu i wróżce. Nasz rzeźnik-organista próbuje kochać, ale jego miłość okazuje się pusta.

Ale o miłości mamy także następny „Gentleman Caller”. Właściwie to o zdradzie. Ona podejrzewa o zdradę jego („Twój dżentelmen woła, och, on woła kogoś innego”). Dlatego sama naiwnie się jej dopuszcza („Ty zła dziewczynko, czy czujesz się dobrze będąc złą? i coraz gorszą?”). Dla odmiany ostrzejsza kompozycja z porządnie idącymi w ruch strunami. Pierwsza część nieszczęśliwie rozgoryczona, podsycona alkoholem. Druga spokojna, naznaczona już bólem głowy (dosłownym oraz moralnym). „Ale wczesnym rankiem, skacowanym zmierzchem niedzieli, nie jesteś pewna co zrobiłaś, kto ci powiedział, że miłość ucieka? czasem mężczyźni wprowadzają w błąd, po to by dostać czego od ciebie chcą."

„Harold Weathervein”. Muzycznie następny majstersztyk. Odgłosy ulicy, śpiewających ptaków, mrocznie stawianych kroków. „W jego głowie jest jak w pogodzie, w jego głowie jest jak w pogodzie”. Genialny motyw w okolicach refrenu i organiczna uczta trwa dalej.

„Bloody Murder”. Ten tytuł tu pasuje. Aranżacja i atmosfera wstrząsające. Pod czyimś łóżkiem jest duch. Ma najwyraźniej pretensję do swojego oprawcy. Kapitalnej prostoty słów „let go let go please let me be, look at the ghost you made of me” nie podejmę się tłumaczyć. „Krwawy morderco, pozwól mi spoczywać w pokoju, kiedy byłam twoja, ty zbiegłeś ze sceny, teraz nie wymyjesz swych rąk ze mnie”. To z kolei może wyjaśniać czemu w pierwszej piosence mieliśmy „Some Red Handed Sleight Of Hand”.

W „Sierra” niespodziewanie pojawia się motyw ojcostwa. „Na pustyni, gdzie miasta wykonane są ze złota, jest dziewczynka grająca w klasy, z warkoczami splątanymi różową wstążką, chciałbym wiedzieć kto jest jej ojcem, i czemu mówią na nią Sierra.”

No i finał. „Staying Alive”. Trwa co prawda całe 10 minut, ale najważniejszą konkluzją są słowa tytułowe. Dokładnie: „tonight I’ve decide, I’m staying alive/ zdecydowałem tej nocy, pozostaje przy życiu” . Chór odśpiewuje ostatnie „do do do do do do do do the worst is over…/ najgorsze się skończyło…”

Aktorzy kłaniają się, kurtyna opada, koniec spektaklu, koniec mistrzostw.


piątek, 12 sierpnia 2011

Cursive - Domestica (2000)












7

“Domestica” jawi się w dyskografii Cursive bardzo ważnym przystankiem czy może nawet pierwszą stacją nowego startu. Dwie początkowe płyty nagrali w stylistyce typowego, choć pierwszoligowego indie-emo po czym wydawać by się mogło, że idąc śladem innych ekip tego grania odejdą w niepamięć i zakończą swój żywot. Szczęśliwym trafem zespół Tima Kashera przegrupował siły wracając w nieco odmienionym stylu, z dobrą płytą, od której już tylko jeden odcinek dzielił do fenomenalnego „The Ugly Organ”. Skupmy się jednak teraz na samej „Domestice”, bo krążek to nie byle jaki. Kasher pierwszy raz próbuje pisać coś na kształt koncept-albumu, rozwija swój song-writting, zespół zaś lekko przeobraża brzmienie. Od strony dźwięków mamy do czynienia z hermetycznym, solidnym indie-rockiem łamanym na lekkie post-hc. Emocja cały czas odciska się mocnym piętnem, riffy brzmią porządnie, Tim śpiewa, krzyczy, broni się jako wokalista wyrazisty. Najbardziej zażerają pierwsze cztery kawałki : „The Casualty” ,„The Martyr” (Kasher wymawiający tytułowe słowa na końcu!), intensywne, najbardziej zakorzenione w stylistyce, z jakiej wyrośli „Shallows Means Deep Ends” oraz piękne „Making Friends And Acquaintances”, nad którym rozwodziłem się już tutaj (link). Lirycznie dostajemy opowieść o niełatwych relacjach pomiędzy mężczyzną i kobietą w związku („sweetie” i „pretty baby”). Podobno w pewnym stopniu oddającą przeżycia Tima związane z jego własnym małżeństwem oraz rozwodem. Linijki w rodzaju “I don’t want to be seen as a pretty thing ‘Cause it’s the pretty things that we’re always breaking” z “The Lament Of Pretty Baby” czy “Sweetie, the moon has raped me, It has left its seeds like a tomb inside me, So I must learn to abort these feelings, This Romance is bleeding” z "The Casualty" to już typowa dla lidera Cursive poetyka gorzkich doskonałych tekstów. “Domestica” to mały-wielki album, skromny, dopracowany, stanowiący przedsionek złotych czasów. Według niektórych właśnie tu grupa osiąga swe artystyczne spełnienie. Mi jednak daleko do podobnych wniosków. Najlepsze miało przyjść za 3 lata.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Silver Scooter/Cursive split (1999)












6

Na „The Other Palm Springs” z 1997 roku Silver Scooter byli jeszcze debiutującą kapelką z Teksasu, której muzyka plasowała się gdzieś pomiędzy indie-emo, a romantycznym pop-rockiem dla ogarniętych nastolatków. W środowiskach „emowców” za swoisty hit można uznać ich kawałek „Pumpkin Eyes” z kultowej składanki „Don’t Forget To Breathe”. Na splicie z Cursive zaś, chłopaki zebrali cztery typowo indie-rockowe numery, nieodległe z jednej strony temu co na debiucie, z drugiej jakby ciekawsze, lepiej zagrane, inspirowane Superchunkiem („Bob’s BBQ”) czy Built To Spill („Holding The Flare”). W rezultacie ich strona EP’ki niespodziewanie okazuje się być tą bardziej interesującą, a już na pewno przyjemniejszą. 14 zgrabnych minut, dwa utwory przebojowe, dwa spokojne i nastrojowe. Wokalnie i instrumentalnie wszystko trzyma się kupy. A przecież byli wówczas tylko jedną z setek podobnych grup obijających się po Stanach.

Tymczasem po stronie Cursive tym razem czegoś mi brakuje. „Returns And Exchanges” to próbka ich starego stylu, coś co na debiucie byłoby solidnym punktem programu. „Pulse” też niby brzmi nieźle, ale czemu mam przy tym wrażenie, że zespół powtarza się grając piosenkę, która już kiedyś była? „Tides Rush In” tradycyjnie spoko, bez emocjonowania się.

Siódemka dla Scootera, tylko piątka dla Tima i spółki. Panom z Omaha, Nebraska daleko na splicie do wybitności jak i tragedii. Ot po po prostu trzy numery dla fanów, których wszyscy inni przerabiać nie muszą. W sumie za całość, ze średniej arytmetycznej – szóstka.



niedziela, 31 lipca 2011

Cursive - The Storms Of Early Summer: Semantics Of Song (1998)












8

Nie ma co ukrywać, że muzyka na lato kojarzy się głównie z prostymi, melodyjnymi i wpadającymi w ucho piosenkami. Paradoksalnie zawartość „The Storms Of Early Summer” pomimo praktycznie zerowego posiadania tych cech mi wybitnie kojarzy się z okresem letnim. Wypada jednak ostrzec, że lato widziane przez pryzmat utworów Cursive jawi się jednym z tych wyjątkowo pochmurnych i deszczowych, a burze też nie należą tu do rzadkości.

U mnie właśnie za oknem pada, grzmi, szaro i jakoś tak za przeproszeniem chujowo. Krople ściekają po oknie, a mamy dopiero 1/3 wakacji. To jest ten czas żeby włączyć sobie „When Summer’s Over Will We Dream Of Spring”. Kawałek teoretycznie na ostatni dzień września (ewentualnie sierpnia), ale co za różnica kiedy na dworzu co najmniej październik. Do tej pory najwybitniejsze rzeczy na małych i dużych krążkach Cursive znajdowały się na samym początku. „A Disruption In The Normal Swing Of Things”, „After The Movies”, „Icebreakers”. Na ich drugiej płycie sprawa jest nieco bardziej dyskusyjna. Otwierający “Rhyme Scheme” do genialnych bez watpięnia się zalicza, więcej, to nawet moje ulubione nagranie z “Semantics Of Song”. Wspomniany utwór spod indeksu dziewiątego najdobitniej oddaje jednak ducha całości. Podszyte złością emocje zawarte zarówno w wokalnych ekspresjach Tima jak i znakomicie brzmiących gitarach i sekcji rytmicznej. Ostro cięte fragmenty melodii w głodowych dawkach przynoszące posmak końca lata albo końca relacji między dwiema osobami. Narastająca intensywność nie pozwala usiedzieć w miejscu, nieoczywisty tekst zaspokaja poetyckie wymogi. Co tu więcej pisać, „heart and soul” tego albumu.

Jeśli o liryki chodzi to Kasher daje się przyłapać na rozmyślaniu nad pewną istotną także dla recenzentów muzycznych kwestią. Już w „Rhyme Scheme” pojawia się zwątpienie w moc słów i wyrażanie znaczeń za pomocą pisania czy też samego mówienia… „Words have no feeling without loaded meanings, Words take too long to come across, Meanings are meant for defining defintions”, “Words... just... won't... work..., Words... are... slowly demeaning their meanings, Words... make... things... worse, Words... are... always repeating, Losing their meaning”. Relacja między emocjonalną dynamiką brzmienia, a zaangażowaniem tekstowym sprawia, że „Rhyme Scheme” w rezultacie wypada tak rewelacyjnie. Cała pierwsza piątka prezentuje się zresztą bez zarzutu. Przyjemne „A Career In Transcendence” zwieńczone całkiem ciekawym wokalnym kanonem dowodzi, że grupa jest w najlepszej formie i pomysłów na kompozycyjne rozwiązania w żadnym wypadku jej nie brak. Motyw słowa także nie idzie w las („Well, some words are like bricks, And so we build our fortresses”, “But your words weigh you down You've built your nest of bricks”). Choć później na kilka chwil znika ustępując miejsca historiom z czarnymi chmurami i deszczem w tle to powróci jeszcze w całej okazałości przy okazji „Semantics Of Sermon”, a szczególnie jego końcówki („Don't tell me that's all we're writing for, Picture postcards, Three minute essays, We can never fit in what we want to say”).

“The Road To Financial Stabillity” ujawnia zdecydowanie mroczniejsze, złowrogie, ale nie mniej frapujące oblicze. Trwające dokładnie tyle samo „Tempest” jest niczym jego druga część. Apogeum pesymizmu osiąga „Break In The New Year”. W przeciwieństwie do “Such Blinding Eyes” następca wręcz zachwyca równością. Świetne „Northern Winds” z wyrazistymi partiami bębnów Clinta Shnase’a i rasowa indie-emo ballada „Abscense Makes The Day Go Longer” (porównajcie melodię z późniejszym „One” Sunny Day Real Estate) zapewniają klasyczny koniec.

„The Storms Of Early Summers: Semantics Of Songs” jest już w pełni dojrzałym albumem zespołu, któremu udało się rozwinąć skrzydła i nagrać master-piece swoich wczesnych dokonań. Tim Kasher udowadnia tu, że pisanie tekstów nie musi ograniczać się do stereotypowych miłosnych tematów, a nawet jeśli to zapodanych w totalnie świeży sposób. Jeśli nie każdy gustuje w stylistyce „The Ugly Organ” albo „Happy Hollow”, "The Storms" może być jego ulubionym krążkiem Cursive. Następnym razem słyszymy się z tymi piosenkami za jakieś dwa miesiące. Będzie okazja przekonać się czy „When summer's over will we face autumn?”.




czwartek, 7 lipca 2011

Cursive - Such Blinding Stars For Starving Eyes (1997)












6.5

Rozpoczynając przegląd dyskografii Cursive wspomniałem wczoraj o spektakularnym wejściu pierwszego utworu na EP’ce „The Disruption”. Podobnie rzecz ma się z „Such Blinding Stars For Starving Eyes”. Inicjujące album „After The Movies” to zanurzona w smutnym klimacie miłosna historia, implodująca do rozmiarów totalnie rozemocjonowanego melodramatu. Zaczyna się dość niepozornie, obrazkiem pary wpatrzonej w siebie na parkingu, tuż po filmie. Ona pocałowała jego, on pocałował ją, jedna noc niczym wieczność… Wpadliście już w romantyczny nastrój? Prawidłowo, bo „After The Movies” to esencja poetyki złamanego serca. Obrazowy, niemal namacalny sposób w jaki Kasher wynosi doznania tej jednej chwili na wyżyny: "In the movies Well, they never had it so good One moment, So infinite ,On soft wet lips..." Zapewniam, że mało kto tak potrafi. Tym bardziej bolesna wydaje się druga część utworu, w której mamy już tylko rozpacz, poczucie straty i rozpamiętywanie tego co piękne było kiedyś. Wiem, wiem – płaczliwe emo w czystej postaci, ale w tym przypadku odwołujące się do prawdziwych korzeni gatunku.

Szkoda, że takiego natężenia wrażeń nijak nie podjęli się dalej. Kolejnymi piosenkami najpierw stopniowo obniżają loty, a potem już suną równo na mniej więcej podobnej wysokości. Lepiej niż zadowalająco brzmi jeszcze „Downhill Racers” – konstrukcja rzężących gitar, ładnych melodii, wpadania w stany uniesienia i opadania w nastrój. Zapada w pamięć charczane przez Tima “Running down, Losing speed, Time escapes us, Timing's everything” i boczny wokal jakby w stylu Archers Of Loaf co powtórzy się chwilę dalej w prawie równie dobrym „Ceiling Cracks”.

Próbka stylu zademonstrowana na wcześniejszym singlu i EP’ce na „Such Blinding Stars” odnajduje swe rozwinięcie. Cieszą takie kawałki jak „Vermont”, „Eight Light Minutes”, „Dedication To Desertion”, “Warped Wood Floors”. Ciarki przejdą jednak po plecach bardziej wyczulonych znawców dźwięków przy niektórych gwałtownych wrzaskach jakie nasz Timothy ochoczo z siebie wydaje choćby w “Dirt Of The Vineyard” czy „Retirement”. Podsumowując - na perfekcyjne, finezyjne krążki przyjdzie dla nich czas. Cursive datowane na 1997 to obiecujący, młody band, z wyraźnie zarysowanym potencjałem, całkiem urokliwymi utworami, ale i garścią wad, które ja osobiście jestem w stanie dość łatwo przełknąć.