Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natural Snow Buildings. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natural Snow Buildings. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 stycznia 2016

Podsumowanie 2015: albumy 40-31














Część 2


Pierwszy utwór zapowiadający „How You Look When You’re Falling Down” wydano na singlu już dwa lata przed ukazaniem się samego albumu. Data „1 sierpnia 2013” przy „Suit Of Armor” okazała się jedyną barierą zdolną powstrzymać mnie przed umieszczeniem szóstego kawałka z nowej płyty Nate’a Kinselli na wysokiej pozycji listy piosenek roku. Olśniewające zabiegi rytmiczne, kilka wprost kapitalnych motywów, wokale, skrzypce i cały ten ultra-sprytny aranż rodziły podejrzenie, że kuzyn Tima i Mike’a to facet znacznie bardziej rozrywkowy niż można było sądzić. Cały krążek nie okazał się jednak potwierdzeniem tego faktu. Czwarta płyta Birthmark jest co prawda jakby w większym stopniu otwarta od „Antibodies” i podobnie jak ona stoi na wysokim poziomie, ale śladu rzeczy podobnych do „Suit Of Armor” już na niej nie znajdziemy. Mamy tu za to granie swobodnie mieszczące się w estetyce starych bywalców chicagowskiej sceny typu Joan Of Arc, The Love Of Everything czy Aloha, choć zdecydowanie uwzględniające indywidualny styl Nate’a. Tekstury oparte o tradycyjne instrumentarium, ale też różnego rodzaju marimby, ksylofony, trąbki, organy, a nawet znacznie egzotyczniejsze instrumenty. Dźwięki komponowane i realizowane przez człowieka orkiestrę, muzyka o sporej wyobraźni, ale i nie gubiącej się jakby w tym wszystkim wrodzonej skromności.         



Obiektem westchnień młodych i zdolnych dziewcząt w roku 2015 niejednokrotnie stawał się niezależny rock z lat 90. Wyrażały je wokalistki i piosenkopisarki z Hop Along, Speedy Ortiz czy Waxahatchee. Jakby tego było mało po dziesięciu latach powróciły też legendarne panie ze Sleater-Kinney. „Ivy Tripp” zdradza sympatię Katie Crutchfield do Throwing Muses czy Belly, a z kapel liderowanych przez facetów choćby do Guided By Voices (wykapany Pollard w „Poison”), ale każdy krok stawiany na nim przez 26-latkę ukazuje także naddatek jej własnej tożsamości. Apogeum kobiecego college-rocka przypada na „Under A Rock”, po którym dostajemy następnie długą paradę krótkich, melodyjnych majstersztyków także z czymś się kojarzących, a jednocześnie szalenie charakterystycznych dla stylu Amerykanki. Ciekawy w tej płycie jest jej ogólny nastrój. Choć Katie nie śpiewa o pierdołach, to nigdy nie robi się zbyt poważnie. Mimo, że utwory nie są totalnie radosne, to nie uświadczymy tu smęcenia. Zupełnie brak silenia się na natrętną przebojowość, a jednak kawałki mają w sobie coś przylepnego. Brzmi to wszystko zwyczajnie lekko, ale w żadnym wypadku nie banalnie. Z której strony nie spojrzeć – fenomen.    



Scena muzyczna przypomina czasem scenę polityczną w państwie demokratycznym. Nowe kapele startują z pomysłami łudząco podobnymi do tych, które proponowały już wcześniej inne, pokrewne stylistycznie zespoły. Zmieniają się twarze i nazwy, ale nie zmieniają się postulaty. Twarze zresztą też nie do końca, bo przecież tak, jak wodzowie nowych partii wywodzą się ze starych ugrupowań, tak i założyciele debiutujących grup muzycznych nie biorą się z próżni. Istotną różnicą jest tu fakt, iż muzyk może być jednocześnie członkiem nieskończonej ilości formacji, a polityk jest już tego przywileju pozbawiony.

Gustav Andersson i Hugo Randulv poza graniem w młodzieżowym Makhtaverskan z całkiem niezłym skutkiem próbują też swoich sił w młodzieżowym Westkust. Choć w macierzystej kapeli tych dwóch szwedzkich chłopaków liderką jest ostra jak brzytwa i rozwrzeszczana Maja Milner, a w ich nieco młodszym projekcie damskim wokalem operuje znacznie bardziej stonowana Julia Bjernelind, elektorat wydaje się być stosunkowo zgodny. Imputując pierwszemu z wymienionych zespołów zadziorność i rzucanie „fuckami” oraz zastępując je nieco większą subtelnością dostajemy podobne, nieśmiertelne dylematy: relacje, emocje i uczucia zamknięte w dynamicznych dream popowowych piosenkach. Westkust od początku do końca jadą na około-shoegaze’owych klimatach, jako paliwo wykorzystujących pop punkowy optymizm.

Tematyka i wydźwięk tekstów oraz sam charakter kawałków zdobywają uznanie dzięki swej obłędnej niewinności. Kiedy Julia i Gustav wyrażają zakochane stany, odczuwane przez podmioty liryczne, wydaje się to absolutnie czyste i nieskalane, jak choćby w finalnym, zapewne najlepszym na płycie „Another Day”. Kiedy zaś po raz kolejny śpiewają o wyczekiwaniu lata jako o oczywistej metaforze lepszych czasów, nie jest to w najmniejszym stopniu banalne. „Last Forever” to album, z powodu którego czuję się jak muzyczny „leming”, po raz n-ty bezkrytycznie dający się schwytać na skandynawską indie popową szczenięcość.



Projekt U.S Girls wydaje się puzlem idealnie dopasowanym do intrygującej, kobiecej układanki kompletowanej w ostatnich latach przez wytwórnię 4AD. Specyficzna, choć bardzo świadoma popowa wrażliwość Meg Remy uzupełnia zestaw stworzony z tak oryginalnych kompozytorek i wokalistek, jak choćby Grimes, Pixx czy Holly Herndon oraz zespołów dowodzonych przez liderki w stylu Purity Ring lub Daughter. W utworach Kanadyjki zauważalna jest gatunkowa niejednoznaczność. Brak tu miejsca na kawałki podporządkowane jakiejś stylistyce, tak by wybijała się ona na pierwszy plan. Wyłowimy tu coś psychodelicznego, hypnagogic-pop, wpływy dziewczęcych grup sprzed pół wieku, elektronikę i lo-fi. Piosenki Meg są jednak jakby ponad to wszystko. Ich aranże stronią od oczywistości, dźwiękowe kolaże w zagadkowy sposób rodzą się z różnych elementów, a każdy pomysł sprawia wrażenie bardzo dobrze zrealizowanego. Przodują pod tym względem zwłaszcza single: zjawiskowy, siedmiominutowy synth-pop „Woman’s Work”, oczarowujący rytmiką i wokalami „Damn That Valley”, przypominający wyrafinowane disco Saint Etienne „Window Shades” oraz nie dający mi się do końca określić, otwierający płytę bujającymi harmoniami „Sororal Feelings”. Równowaga panuje także na linii muzyka-teksty. Konieczne będzie z mojej strony na koniec zapewnienie, że w opowiadane historie artystka włożyła tyle samo zaangażowania, co w tworzenie dźwięków.



Wsłuchując się i wczytując w teksty Dana „Soupy’ego” Campbella czuję się trochę jak spowiednik, któremu lider The Wonder Years zdradza swoje złe uczynki oczekując rozgrzeszenia: I should have been there when you needed a friend, I was off on my own again, Selfish and stupid (“Cardinals”). Soupy nie tylko przyznaje się do grzechów, ale też wyraża skruchę i obiecuje poprawę:  So if you call me back or let me in, I swear I'll never let you down again. Chociaż nie lubi siebie z przeszłości i z samym z sobą rozlicza się bardzo brutalnie, to dostrzega również poprawę sytuacji, której wyjątkowo nie chce spieprzyć („I Don’t Like Who I Was Then”). Taka hipoteza nabiera większego sensu zwłaszcza w porównaniu z innymi tematami płyty (kluczowe “Cigarettes & Saints”) oraz samym jej, bardzo świadomie oddającym kontekst rozważań tytułem. Nawet jeśli Dan łokciami i kolanami zapiera się, że nie wierzy w Niebo, to powracające jak mantra przez cały album zdanie: We're no saviors if we can't save our brothers wydaje się wręcz esencją chrześcijańskiego światopoglądu, a sposób w jaki ubóstwia swoją wybrankę też nie jest przypadkowy (Goddamn, you look holy). Tylko co przy tym z muzyką? Ta brzmi jakby wypływała prosto z tekstów i wiernie odpowiadała intensywności emocji w nich zawartych. Filadelfijczycy na „No Closer To Heaven” mocno trzymają się łatki najambitniejszej melodic-punkowej kapeli ostatnich lat.



45 minut to jak na Natural Snow Buildings format niemal EP’kowy. Ten, kto obawiałby się z tego powodu utraty charakterystycznej dla francuskiego duetu monumentalności może jednak spać spokojnie. Nawet jeśli „Terror’s Horns” stanowi krążek prawie o połowę krótszy od wydanego w zeszłym roku „The Night Country”, to wszystkie niezbędne elementy są w nim obecne i jedynie w jakiś magiczny sposób skompresowane. Mehdi i Solange zaczynają od na pół mistycznej, a na pół upiornej, złożonej z trzech części kontemplacji. Głos wokalistki mamy okazję usłyszeć dopiero w czwartym utworze, czyli trwającym dziewięć minut epickim avant-folku „King In Yellow”. Najbardziej zapamiętywalnym, „piosenkowym” fragmentem krążka jawi się opatrzony rytualnym rytmem i bezwzględnym brzmieniem gongu „Sun Tower”. W kategorii tych rozległych wygrywa natomiast iluminacyjny „The Rising Portal”, rozpięty niemal do kwadransu. Mocarne fundamenty Śnieżnych Budynków pozostają niezachwiane.  



Sonny Smith wydaje się wyjątkowo wyluzowanym i równym gościem, ale biorąc pod uwagę genezę jego wyczynów muzycznych w rodzaju „100 Records” musi być to także spory szaleniec. Wyobraźmy sobie, że facet wymyśla setkę zespołów, pod każdym szyldem nagrywa po dwa utwory (w sumie 200), następnie zaprasza stu prawdziwych artystów, aby do wszystkich „wydawnictw” zaprojektowali okładki. Czyste wariactwo, a jednak tak było. Maniakalną miłość lidera The Sunsets do muzyki popowej i rockowej oraz przeróżnych odmian tych gatunków słychać również na „Talent Night At The Ashram”. Sonny przetwarza niemal wszystko, co w pisaniu gitarowych piosenek działo się na przestrzeni lat 1960-1990. Uwielbia psychodelię, garage rocka, sunshine pop, ale też lo-fi, folk, funk, wszelkie harmonie i ekscentryczne brzmienie syntezatorów. Jego wyrzucane z rękawa leniwe melodie, solówki i refreny, a nawet czyste gadaniny brzmią wyjątkowo płynnie i komfortowo. Po kimś tak zaprawionym w kompozycyjnych bojach trudno zresztą spodziewać się czegoś innego. W rozpoczynającym album kawałku „The Application” Smith aplikuje na istotę ludzką. Biorąc pod uwagę kompletny kosmos, jaki dzieje się w jego twórczości, a tym samym pewnie też w głowie, nie sądzę by papiery zostały przyjęte.



Jedna normalna płyta to najwyraźniej maksimum, na jakie stać Titus Andronicus pomiędzy nagrywaniem kolejnych imponujących albumowych konceptów. Po epickim „The Monitor” z 2010 roku zespół z New Jersey wydał w 2012 stosunkowo zwyczajny krążek „Local Business”, aby już w następnej chwili zaprezentować jeszcze bardziej monstrualny „The Most Lamentable Tragedy”. Na tym etapie pewne jak w banku jest już, że mózg projektu Patrick Stickles to facet, który nie podejmuje się karkołomnych zadań jeżeli nie ma pewności co do powodzenia ich porządnej realizacji.

Czwarte duże wydawnictwo Amerykanów jawi się dziełem wyzywającym słuchacza. Szorstką, rozgadaną i żądającą dla siebie sporej ilości czasu punkową operą. Ogromną część całości stanowią desperackie numery grane na przysłowiowych trzech akordach. Te jednak niezwykle swobodnie sąsiadują z utworami folkowymi (i to róznej maści), heartland rockowymi czy nawiązującymi do hard rocka. Stickles nadal nie ukrywa, że na szczycie listy jego najsilniejszych inspiracji widnieją nazwiska Bruce Springsteen i Shane McGowan, co demonstruje ukrytymi w morzu wrzasku highlightami pokroju najmelodyjniejszego na płycie „Mr E. Mann” czy quasi-stadionowego, prowadzonego motorycznym fortepianem „Fatal Flaw”, a także, naturalnie, coverem „A Pair Of Brown Eyes” The Pogues. Dobrze wychodzą im kawałki swojsko-rozrywkowe, wpadające w blues, gospel i imprezowy rock and roll ( „Lonely Boy” + „I Lost My Mind”), które są jednocześnie tymi najsilniej ukazującymi muzykalność kapeli. Miły akcent stanowią także kompozycje z wplecionymi nieco subtelniejszymi elementami, jak „Come On, Siobhan”, gdzie do pijackiego wokalu Patricka stają w kontrze partie smyczkowe.

O ile przyjmiemy luźno, że „The Monitor” był ich „London Calling”, to „The Most Lamentable Tragedy” robi w dyskografii Titus Andronicus za logicznego odpowiednika „Sandinisty”. Zawahałbym się przed polecaniem każdemu, ale jeśli ktoś lubi potężne obiady, złożone z kilku dań, po których nie trzeba już konsumować kolacji, pozostaje mi jedynie życzyć smacznego.



Dan Bejar na dobre zasmakował w sophisti-popie, gatunku, który na tym etapie muzycznej drogi wyjątkowo mu pasuje. „Poison Season” to album bardziej krwisty i kościsty niż miejscami oniryczny i zamglony „Kaputt”, ale nadal w podobny sposób wykwintny. Pięknie udaje się Destroyerowi zwłaszcza zacząć. W „Times Square, Poison Season I” muzyk The New Pornographers urzeka klawiszami i skrzypcami, intryguje krótką chwilą pomiędzy zwrotkami po czym w sposób znamienny wypowiada zdanie: You can follow a rose wherever it grows. Ten fragment zostaje z nami już na dłużej. Dużo dłużej niż trwa sama płyta. Jako drugi wparowuje z impetem singiel „Dream Lover”, gdzie rozbudowana orkiestra z każdą chwilą doprowadza utwór do coraz większego wrzenia. Następnie sugestywny (tajemniczy wokal) i kapitalnie zaaranżowany przy użyciu między innymi wiolonczeli, nadających rytm kongów i bongosów oraz szczypty saksofonu „Forces From Above”. Fetysz smyczkowy u Bejara jest tu zdecydowanie nie do przeoczenia, co słychać już choćby w kolejnym „Hell”.

Dłuższa, żywsza wersja intra zatytułowana po prostu „Times Square” dzieli krążek idealnie na pół. W tej drugiej, delikatnie mniej pasjonującej, aczkolwiek podtrzymującej klimat części wyróżnia się „Midnight Meet The Rain” z powracającą orkiestrą i przebojowym feelingiem. Tak mógłbym sobie wyobrazić każdy quasi-jazzowy hit z anten radiowych w połowie lat 80. „Poison Season” to ogółem płyta nastrojowa i wyrafinowana, subtelna i zadbana. Ukazująca muzyka okrzepłego, choć pozostającego w pełnej gotowości do dalszego artystycznego doskonalenia.



W tym roku mija dwadzieścia lat od wydania klasycznej dla młodzieżowego rockowego grania debiutanckiej płyty Ash. Tim Wheeler, lider grupy, dwie dekady temu symbol bycia „cool” jawi się aktualnie prawie czterdziestoletnim mężczyzną z wymalowanym na twarzy doświadczeniem życiowym. W tej sytuacji nasuwa się pytanie, jak bardzo karkołomne w skali od 1 do 10 jest przez tę ekipę weteranów dalsze zgrywanie młodzieniaszków i nagrywanie słodkich melodii pomieszanych z mocnymi gitarowymi wykopami? Czy to się może udać? Paradoksalnie wychodzi na to, że tak i to zapewne dlatego, iż Ash wygrywają tę płytę właśnie na nieudawaniu czegoś, czym nie są. Mogli przecież próbować eksperymentów, silić się na dojrzałość, urozmaicać brzmienie. Zamiast tego zrobili jednak prosty krążek od góry do dołu wypełniony przebojowymi wymiataczami i ładnymi balladami.

„Kablammo” to najkrócej rzecz biorąc bardzo dobry radiowy pop rock/power pop. Piosenka na piosence, hook na hooku, świetny refren na świetnym refrenie. Trzeba Wheelerowi przyznać, że jego głos nie zestarzał się w najmniejszym stopniu. Entuzjazm jaki w nim pobrzmiewa („Let’s Ride”), romantyczna naiwność („Machinery”) i spontaniczna energia („Hedonism”) nadal wydają się wysoce autentyczne. Kawałki takie jak singlowy „Cocoon” czy skryty w końcówce, wybuchowy „Dispatch” zaspokajają apetyt na szybkie, ładujące akumulatory kawałki. Tolerancja na fortepianowe serenady w rodzaju „For Eternity” jest już sprawą mocno subiektywną, ale ja także tutaj będę się upierał, że panowie wychodzą ze zmagań obronną ręką. Podsumowując – solidna firma, solidna forma. 

Albumy 50-41 

czwartek, 15 stycznia 2015

Podsumowanie 2014: albumy 50-37



50. Hospitality – Trouble

Określenia których możnaby z grubsza użyć do scharakteryzowania Hospitality przedstawiałyby ich jako zespół niezbyt oryginalny, nieszczególnie ciekawy, nieodróżnialny o setek innych.  Kwartet grający indie pop (jak wiele mówi to w dobie Rate Your Music?), operujący klasycznym pakietem instrumentów, z dziewczyną na wokalu, nagrywający melodyjne, bardzo przyjemne piosenki. Wszystko to przecież prawda, ale wszystko to może również przyprawić o zwichnięcie szczęki i nie służy za dobrą rekomendację do sięgnięcia po „Trouble”. Nowojorczycy proponują nam jednak rzeczy godne uwagi, bo pomimo wyżyn i nizin ich drugiej płyty, jeśli już wchodzą na te wyżyny, to efektem są najzgrabniejsze w swojej kategorii kawałki roku. Brzmią jakby zawzięcie wierzyli, że z pomocą sprawnej sekcji rytmicznej, odrobiny główkowania w kwestii kompozycji i aranżacji, urozmaicania materiału oraz pewnej siebie wokalistki będą w stanie zagrać w pierwszej lidze. Albo wynika to z prawidłowości takiego myślenia, albo wiara czyni cuda, gdyż „Nithingale”, „Going Out”, „Rockets And Jets” czy „It’s Not Serious” błyszczą songwriterską starannością i nawet bez elektronicznych efektów specjalnych brzmią całkiem jak na standardy 2014 roku atrakcyjnie. Niepozorna Amber Papini nie tylko dwojąca się w zdobywaniu nas dziewczęcym wokalem, ale również serwująca gitarowe solówki wydaje się liderować poczynaniom kapeli nadzwyczaj fachowo. Nie dam sobie jednakże uciąć ręki za to, że byliby w tym rankingu gdyby nie decydująca obecność „Last Words”. Intrygującej, rewitalizującej 80’sy, klawiszowej petardy z wycyzelowanym do granic przebojowości, jedynym (nie licząc chórków) w ciągu tych niezłych 38 minut wejściem męskiego głosu.


49. Grumbling Fur – Preternaturals

Niektóre albumy często lądują na naszych listach roku nie z powodu swej wyrazistości,  wywoływania estetycznej ekstazy czy emocjonalnych stanów, a z prostej przyczyny - przyjemnego, przemiłego dla ucha brzmienia, w które chcielibyśmy się wtulić gdyby tylko istniała taka możliwość. Panowie z Grumbling Fur pod żadnym pozorem nie operują kategoriami spontanu czy emocjonalności. „Preternaturals” to wytwór tworzenia wykalkulowanego i intelektualnego, zbiór produkcji przewidzianych do odsłuchu dla wysmakowanego dźwiękowo odbiorcy. A jednak zbiór dźwięków gładkich, nadal popowych, odznaczających się godną uznania wytwornością („Feet Of Clay”), połyskujących kolorami ambientu, folku czy psychodelii, ale w tonacji wyjątkowo spokojnej. Płyta spod znaku przyjemności wyrafinowanej.


48. Generationals – Alix

Na „Alix” nie spełnia się niestety optymistyczny scenariusz tych, którzy z niżej podpisanym włącznie widzieli w Generationals wielką indie-popową nadzieję białych. Następca „Hezy” nie okazał się „kolejną dużą rzeczą”, a jedynie dobrym, skocznym albumem na poziomie jakości swego poprzednika. A więc szklanka do połowy pusta albo do połowy pełna, w zależności od tego, jak w danym momencie spoglądamy na rzeczywistość. Czwarta płyta duetu Joyner-Widmer to w końcu nadal chlubny dla Polyvinyla materiał nie odstający chociażby od tegorocznych krążków Alvvays czy Wampire. Szkoda tylko, że błyskotliwa parada pierwszych dwóch singlowych kawałków nie została tu pociągnięta nieco dłużej. Piszczałkowy motyw przewodni i wakacyjna linia wokalna w „Black Lemon” ożywiają tęsknotę za melonowymi drinkami przed zatłoczonym sopockim molem pewnego wczesno-wrześniowego popołudnia. Klawiszowy hook „Gold Silver Diamond” orzeźwia równie skutecznie i radośnie. Zawartość indeksów 3-10 nie kryje już może większych hitów, ale z niemal nienaganną równością ciągnie wózek tej konsekwentnie rozrywkowej, opartej na elastycznych rytmach, pulsujących bitach i znamiennym już dla zespołu „kauczukowym” brzmieniu, płyty.


47. Manchester Orchestra – Cope

“oh mom, my heart is so black”

Nieinwazyjny, zwykły album rockowy. To pierwsze co przychodzi mi do głowy, gdy myślę o “Cope”. Już sama okładka wydaje się podejrzana. Biały napis, prosta czcionka i czarne tło? Na płycie niby ta sama stuprocentowa Manchester Orchestra, ale w wydaniu gitarowo klasycznym, jednolitym, pozbawionym fajerwerków. Wypada powtórzyć – zwykły album rockowy, choć zaskakująco uczciwy i przyzwoity. Nie uświadczymy tu wyrazistych przebojów na miarę „Virgin” i „Simple Math” z poprzedniej płyty. Nic nie zabrzmi tak chwytliwie jak „Pensacola”, co nie oznacza całkowitego braku melodii. Wcale nie, nawet jeśli chłopaki nadzwyczaj często i ochoczo rozwijają swe hard-rockowe zamiłowania. „Cope” to trochę powrót do korzeni, wejście do garażu i zagranie tego na co ma się ochotę, bez potrzeby sprostania komercyjnym wymogom ani tworzenia dzieła życia. Z tej mało porywającej, a jednak sprawnej jedenastki przemawiają do mnie szczególnie nienachalnie wpadające w ucho „Choose You” i „Girl Harbor” oraz muskularnie uderzający w refren „See It Again”. Smaczny kąsek stanowi również sygnowane fatalistycznymi lirykami i potężnym riffem nagranie tytułowe. Andy Hull potwierdza solidność swej songwriterskiej firmy. Chłopaki z Atlanty nadal pozwalają ze sobą sympatyzować.


46. Ozma - Boomtown

“one wish before I go, oooh woah-oh”

Na „Boomtown” panuje niezły bałagan. W każdym kawałku śpiewa ktoś inny, rola wcześniejszego wokalisty została zmarginalizowana, świetne piosenki sąsiadują z kiepskim rockiem dla nastolatków, a kiczowate klawisze szaleją w najlepsze. Natury anachronicznych, nerdowatych romantyków tym razem nie dało się ujarzmić. Chęć nagrywania cukierkowych instrumentali, space-popowych odjazdów oraz skrajnie bezpośrednich wyznań miłosnych została spełniona i udokumentowana. Nawet jeśli przez ostatni krążek Ozmy trzeba się przedzierać skipując poszczególny momenty, to wciąż znajduje się na nim kilka takich, dla których warto go odpalić więcej niż dwa razy. W „Nervous” należy docenić zarówno kompozycję autorstwa perkusisty jak i wokalne poprowadzenie jej przez prześliczną keyboardzistkę. „Girlfriend You’re The One” to nieprzeciętnej urody, zakochana ballada, pod jaką mógł się podpisać wyłącznie dotychczasowy mózg grupy Daniel Brummel. Z kolei „Out The Window” gitarzysty Jose Galveza rozpuszcza w rozmarzonych, anielskich melodiach. Wymieniając highlighty nie sposób zapomnieć o tytułowym „Boomtown” klasycznie realizującym nieśmiertelny schemat spokojna zwrotka-podbijany refren.


45. Fire! Orchestra – Enter

"you've got to exit to enter and enter to exit"

Najpierw zapraszali nas do wyjścia, teraz proponują wejście. Od czasu „Exit!” element zaskoczenia minimalnie stracił na mocy, choć tworzona tu muzyka nadal przyprawia o przedstawione na okładce rozszerzenie źrenic. Wolność, dzikość, brak większych hamulców. Granie bardziej szalone i destrukcyjne od punka, choć ukryte pod eleganckim płaszczem kulturalnego przecież jazzu. Ekstremalne poczynania wokalne Mariam Wallentin każą zastanowić się czy zachodzi tu w ogóle jakaś relacja na linii instrumentaliści-solistka? Czy na przestrzeni „Enter Part One” mamy do czynienia z niezależnymi od siebie improwizacjami totalnymi na dwóch płaszczyznach, czy jednak ktoś tu kogoś prowadzi albo, jak ja to mówię, trwa wzajemne nakręcanie się? W „Enter Part Two” orkiestra zezwala Simonowi Ohlssonowi zdominować pierwszą część na modłę noise-rockową, co więcej, użycza mu swojego wsparcia, ale w okolicach połowy utworu liderowi Silverbullit już dziękuje, by snuć całkowicie własną pogrzebową narrację. Część trzecia to gratka dla miłośników jeżdżenia paznokciami po szkolnej tablicy, tudzież drapania styropianu. Kolejna okazja pani Wallentin na zrobienie użytku ze swej artystycznej niepoczytalności. Możemy wyobrazić ją sobie jak w towarzystwie jazgoczących saksofonów i puzonów konwulsyjnie deklamuje awangardową poezję. Czwórka powraca do motywu z jedynki, muzycy powoli spuszczają powietrze, wykrzesając na koniec jeszcze szczyptę zajmującego hałasu. Oby energia i kreatywność Fire! Orchestry nie wypaliła się za szybko, a kolejne albumy powstawały w podobnym tempie i z taką samą konsekwencją gościły na corocznych albumowych listach.


44. Angel Olsen – Burn Your Fire For No Witness

"if only we grew wiser with each breath, if only we could dance our way to death"

Nie ma nic nadzwyczajnego we współczesnych wykonawcach ostro eksplorujących starodawne stylistyki. Nic ciekawego w stylizowaniu się. Nic szczególnie oryginalnego w dziewczynach z gitarami w sukienkach swoich babć. A jednak relacja między atrakcyjną staroświeckością i pulsem współczesności przy odrobinie talentu i wyczucia estetyki może skutecznie zaiskrzyć. Mnie na przykład przekonuje niedzisiejszość Angel Olsen. Myli się ten, kto sądzi, że druga połowa „Burn Your Fire For No Witness” jest słabsza. Co prawda, pierwsza błyszczy przebojowym zacięciem wstępu i dwóch singli oraz frapująco złowieszczym „White Fire”, ale to chyba dopiero w uroczo przedwczorajszych kompozycjach pokroju „Iota”, „Dance Slow Decades”, „Enemy” i „Windows” koleżanka z Missouri z największą szczerością odsłania nam swą country’ową romantyczną duszę.  


43. Wampire – Bazaar

Trochę za szybko, trochę nie tego się spodziewałem, ale podobnie jak u kolegów z Generationals to nadal jest album, którym nie sposób pogardzić. Wampire świetnie zapowiedzieli się na przełomowym dla nich „Curiosity”, a więc naturalną koleją rzeczy miał być już potężny follow-up, od jakiego pospadają czapki z głów. I owszem, obiecująco się to zaczyna, masakrują obydwa single – halloweenowe, pędzące na złamanie kręgosłupa „The Amazing Heart Attack” oraz 70’sowy pop „Wizard Staff”. Ujdzie zdekonstruowany pop punk (wokal a la The Dickies) „Bad Attitude” i zapatrzony w „Definitive Gaze” Magazine „Fly On The Wall”. Tli się coś kompozycyjnie w „Millennials” i „Life Of Luxury”. ALE. Te kawałki są też początkiem ucieczki w jakby nie do końca naturalny, różnie służący eklektyzm. I co tu dużo mówić, wstrzemięźliwość na poprzedniczce była większym sprzymierzeńcem. W jednych utworach pomysły wychodzą dobrze, w innych może nie tyle wypadają źle, co raczej całkiem ich brak. Ostatecznie jednak, słuchałem tego z przyjemnością i będę słuchał dalej. Klawisze się spisują, saksofon szaleje. Coś jestem w stanie tu kupić, na niektóre rzeczy popatrzę z zaciekawieniem, inne bez większej refleksji pominę. Jak to na bazarze.


42. Eternal Summers – The Drop Beneath

„The Drop Beneath” to album ułożony i zadbany. Nic tu nie wystaje, nie wychodzi za linię, nie trzeszczy ani nie jazgocze. Ponad połowę materiału stanowią jangle’ujące, dream popowe, lub klasycznie indie rockowe piosenki umiejscawiające część inspiracji grupy w pierwszej połowie lat 90., część zaś gdzieś w drugiej lat 80. W tej dość mało spontanicznej stylistyce da się jednakże tworzyć prawdziwie majstersztykowskie kompozycje. Spójność nie zawsze musi oznaczać coś dobrego, czasem spójne mogą być przecież krążki na których konsekwetnie nie dzieje się nic. Eternal Summers w ramach polityki spójności udowadniają jednak kreatywność poprzez mieszczenie się z wieloma świetnymi rzeczami w przestrzeni nie potrzebującej rozrzutu form i stylistyk. Motoryczne, ładnie śpiewane przez Nicole Yun „Never Enough”, „100” czy „Gouge” uzupełniające się z połyskującymi melodiami twee-popowymi perełkami „Keep MeAway” i „Not For This One” osiągają pełnię atrakcyjności. Niepokojąca gitarowa eskapada „Make It New” i przekapitalna balladka „Until The Day I Have Won” wyłamują się z obydwu linii wzbogacając całość odrobiną ciekawszej kolorystyki. Trzeci album tria jawi się chyba jak dotąd ich najlepszym, choć jak dla mnie wciąż widać tu otwartą furtkę do czegoś więcej.


41. Komety – Paso Fino

Warszawskie zakamarki, emocjonalne rozterki, ładne piosenki. Te rzeczy zawsze były w twórczości Komet mocnym punktem, żeby nie powiedzieć filarem. Ciężko zaprzeczyć, że coś w stylu grupy uległo w międzyczasie naturalnej zmianie. Zniknęła młodzieżowość, zawitała słyszalna w różnych miejscach dojrzałość. Wyżej wypisana esencja nadal zajmuje jednak odpowiednie miejsce, przez co obcowanie z „Paso Fino” ma szansę jawić się dla słuchacza wartościowym zajęciem. Zwłaszcza, że próby odświeżenia brzmienia zdecydowanie zagrały na korzyść Lesława i spółki. Stąd pewnie moja miłość do barwnej i fascynującej „Ulicy Kasprowicza”, sympatyzowanie z funkowym „Prywatnym Piekłem” czy szczere uznanie dla nostalgicznej melodii „Hotelu Artemis”. Najwięcej ze starych Komet odnajduje w „Sparaliżowanej od pasa w dół”, uśmiecham się również przy ironicznym „Ona i Niestety On”. Całkiem klimatyczny soundtrack do pierwszego roku studiów w stolicy.


40. United Nations – The Next Four Years

"to go right or go left, same old prism, different prisons"

„The Next Four Years” to wbrew pozorom album do słuchania. Oczywiście dla tych, dla których tego rodzaju brzmieniowa  przemoc może być w ogóle przyjemnością. Co prawda intelektualne koncepty grupy są niezmiernie ważne i przy całej tej ich „politycznej” otoczce, mogą sprawiać wrażenie elementu nadrzędnego. A jednak muzyka United Nations w żadnym wypadku nie służy wyłącznie za środek ilustrujący. Teksty na drugiej płycie hardcore’owej supergrupy to zaaranżowane na punkowe buntownictwo skomplikowane żarty Geoffa. Ironiczne „dżołki”, które zamiast śmieszyć uderzają raczej po mordzie. Jeśli kogoś taka zapowiedź intryguje, polecam sprawdzić, nie odmawiając sobie przy tym odrobiny zaznajomienia z kontekstem. Nieco bardziej zaangażowane słuchanie przynosi dodatkową satysfakcję, ale tak jak już wspomniałem, powerviolence Stanów Zjednoczonych jawi się na tym krążku wartością samą w sobie. Składają się na nią kapitalnie wycinane riffy, ultra-szybko-ultra-mocno uderzająca perkusja, ostre i masywne ściany dźwięków oraz naturalnie dużo dobrego krzyku. Nie brak też refleksyjnych melodii. Może zabrzmię kuriozalnie, ale „Serious Business” to kawałek na dobrą sprawę oparty na chwytliwych hookach. Subtelniejsze momenty „Meanwhile On Main Street” czy „F#A#$” mają szansę zadowolić żałobników po Thursday. „False Flags” posiada jeden kapitalny moment, na który warto zaczekać, a „Music For Changing Parties” albo „United Nations Vs United Nations” poza fajnymi tytułami fundują po prostu pierwszorzędną dawkę soczystego screamo. Zgodnie z poradami głównego aktora tej sztuki – „The Next Four Years” nie wolno brać zbyt poważnie. Warto natomiast przy odpowiednim psychicznym (i estetycznym) nastawieniu z tym arcyciekawym materiałem się zmierzyć. 


39. Warpaint – Warpaint

„in my dreams we all wake”

Zarzut o przerost formy nad treścią to nieodłączny element zestawu recenzenckich klisz. Przydatny zwłaszcza w przypadku muzyki silnie bazującej na brzmieniu, klimacie, lub innych środkach spychających czysty songwriting na dalszy plan. Wydaje mi się jednak, że często, także w przypadku ostaniej płyty Warpaint, można go odpierać poprzez postawienie prostego pytania „czy wszystko musi polegać na pisaniu piosenek?”.  Zgoda, że wielu odbiorcom, to kompozycje mogły się wcześniej w przypadku zespołu z Los Angeles podobać najbardziej, ale czy jeśli tym razem panie postawiły na kształty gęste, tajemnicze i mniej wyraźne, to efekt musi być z samego założenia słabszy? Otóż, chyba właśnie nie. Utwory z „Warpaint” pewnie trudniej byłoby tak po prostu zagrać na gitarze, bez pomocy odpowiednich efektów, co nie zmienia faktu, że na albumie brzmią wybornie. Wsłuchując się w fascynujące dźwięki „Keep It Healthy”, „Go In” czy „Teese” mam wrażenie, że w takiej rzeczywistości dziewczyny czują się najlepiej. Im więcej zagadki i mroku, tym bardziej im do twarzy. Jeśli zaś mają śpiewać piosenki, to najlepiej takie w stylu hipnotyzująco-niepokojącego, rozjeżdżającego się w trip-hopowym sosie „Disco/very”.  


38. Natural Snow Buildings – The Snow Country

Napisałem niedawno, że muzyka zimowa jest dla mnie więcej warta od muzyki świątecznej. Dzieje się tak, ponieważ muzyka zimowa to pojęcie o wiele obszerniejsze, pod które podciągnąć możemy coś więcej niż banalne radiowe pioseneczki i zamęczone do granic bezbarwności kolędy. Na przykład mroźne, klimatyczne utwory z „The Snow Country”. Francuski duet wprowadza nas w świat swojej ostatniej płyty powoli, krótkimi, na zmianę niepokojącymi i urokliwymi fragmentami. W „No Light Pollution” nasłuchujemy i obserwujemy (w wyobraźni) jak nad zimowym krajem kłębią się mroczne obłoki, po czym zapada ciemność całkowita. Po chwili siedzimy urzeczeni śpiewaną dziewczęcym głosem, nagraną na starą kasetę, smutną balladą, przywodząca na myśl Grouper lub His Name Is Alive. Tylko po to, by za moment dać się zahipnotyzować dwuminutowemu gotykowi jakże nastrojowo zatytułowanego „Weird Meetings At The Water Castle”. Od tego momentu epickość albumu Natural Snow Buildings ma nas dopiero pochłonąć. Błyskotliwe miniaturki co prawda nie giną, ale coraz bardziej blakną pod cieniem długich, niespiesznie ewoluujących form. Doskonały przekrój całości stanowi siedemnastominutowy „Rusty Knives Valley”, skupiający wszystkie jej najistotniejsze elementy: nastrój średniowiecznych lochów, psychodeliczno-folkową melancholię, dzwoneczki i słodki śpiew Solange Gularte. Z tym że fenomen „The Snow Country” równie często polega na jednostajności. Utwór tytułowy zaszczyca magią niezmienną, jednolitą, ale nadal niemiłosiernie wciągającą. „Sister Ritual” dla odmiany paraliżuje atmosferą grozy i upiorności. Przy kolejnych 1017 sekundach „Sandman Traps” wiemy już, że więcej niczym nas nie zaskoczą, ale to nie szkodzi. Wycieczkę po mediewistycznej, przerażająco pięknej i posępnej krainie kończy spokojna „Gothic Suburbia”. Promyki słońca znów nieśmiało przenikają przez zbitkę gradowych chmur. 



37. Freddie Gibbs & Madlib – Piñata

Nie śledzę nawijki Gibbsa, nie wsłuchuje się w jego teksty, w ogóle w całą tę płytę kompletnie się nie angażuję. Może powinienem, ale przy tylu ciekawych albumach w gatunkach, z którymi jest mi bardziej po drodze, na tę jedną zwyczajnie nie starcza mi czasu. Po co więc ona w podsumowaniu? Z prostej przyczyny, nawet niezobowiązujące słuchanie „Piñaty” robi mi przyjemność na tyle dużą, że nie wspomnienie o niej tutaj byłoby czymś złym. Te kawałki to prawdziwa kopalnia wyśmienitych dźwięków, wytrawna produkcyjna żonglerka pomysłowymi drobnostkami, mistrzostwo wyrafinowanych loopów i sampli. Nawet jeśli szczerze nie chce mi się (na chwilę obecną) czytać tekstów, a przy słuchaniu nie kontempluję, bo zajmuję się jednocześnie czymś zupełnie innym, wyczyny Madliba sprawiają, że chce mi się zakładać słuchawki i wchłaniać tę muzykę z dbałością u nie uronienie ani jednej nuty.