Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noise-rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noise-rock. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 lutego 2014

Eagulls - Eagulls (2014)


8

Nowa siła białasowskiego, gitarowego grania nadciągnęła z Leeds. Dla kogo nowa dla tego nowa właściwie, bo mowa o drugiej już w tym tygodniu grupie, której przyglądam się od paru ładnych miesięcy. Podobnie jak koledzy ze Spring Offensive, chłopaki z Eagulls dorastali w naszych oczach za sprawą poszczególnych nagrań, EP’ek i singli. Był swojego czasu ręcznie napisany list, który dedykowali „wszystkim plażowym zespołom ciągnącym sobie wzajemnie chuja”. Był entuzjazm towarzyszący pojawieniu się kawałków takich jak „Moulting”, „Possessed”, „Nerve Endings” albo „Tough Luck”. Przydarzył się  i przełomowy występ w nocnym programie Davida Lettermana. Ten w którym wyglądali jakby czuli się równie nieswojo niczym Ty sam gdybyś znalazł się na ich miejscu. Najszczersze zapewne chęci, choć efekt daleki od elektryzującego. Wokalista w długaśnej kurtce, z ręką trzymaną z tyłu i zamkniętymi oczami, chyba nie do końca wiedzący jak się zachować na scenie. Dzień później zdjęcie basisty, prężącego wątpliwe mięśnie wraz z Billem Murrayem. Wszystko po czym możesz później odnieść wrażenie, że to ten typ autentycznych ludzi, którzy w jednej chwili potykają się o własne nogi, aby w kolejnej pokazać totalne mistrzostwo i roznieść wszystko dookoła.

Brzmienie utworów na „Eagulls” niech posłuży za najlepszą odpowiedź na pytanie dlaczego wykonanie „Possessed” w „Late Night Show” dalekie było doskonałości. Weźmy dla przykładu takie „Hollow Visions”, nieznany wcześniej fragment debiutujący przy okazji albumu. Kawał ostrego jak papier ścierny post-punka z gitarami, w których nowo-falowa przestrzeń wprost zagryza się z atakującym uszy, blisko-noise-rockowym jazgotem. Eagulls generują rodzaj hałasu, przy jakim jedyną słuszną opcją jest podkręcenie głośności. Są zespołem napieprzającym trochę na jedno kopyto, ale robiącym to na tyle dobrze, że drugi, trzeci i czwarty numer w podobnym stylu dalej cholernie nam się podoba, a piąty i szósty będzie co najmniej mile widziany. Poza tym to wcale nie jest tak, że ich piosenki nie są tworzone z głową. Zawsze mamy do czynienia z lepszym, lub gorszym pomysłem na urozmaicenie formy, w którą za każdym razem pakują substancję złożoną z ogromnej energii, pasji i trochę też złości. Jakże cudownie skutkuje ta mieszanka w rozsadzającym na kawałeczki „Footsteps”, męczonym i katowanym chyba do ostatniego tchu zdesperowanego wokalisty George’a Mitchella. Przyjemnie jest dać się zmieść na koniec przez ścianę dźwięku w „Soulless Youth” (to samo nieco wcześniej w „Yellow Eyes”). Wyróżnia się ponadto wśród tej inspirującej młócki opatrzone teledyskiem „Tough Luck”, rzecz chyba w zestawie najbardziej wyrafinowana, osiągająca jakieś tam stany melodyjnej przebojowości. Tak mogliby brzmieć 30 lat temu The Chameleons gdyby tylko grali szybciej i zechcieli być mniej ułożonymi chłopcami. 



Dostaliśmy więc dobry, mocny, nieokrzesany debiut. Testostereonowy zastrzyk dla fanów ciekawszego punk rocka.  Zestaw rozedrganych emocji, wkurwień, wątpliwości i wyżyć. Bo gdzie niby indziej szukać dziś swoich własnych współczesnych hymnów, które wyrażają twoje frustracje jeśli nie w kawałkach takich jak wspomniane już „Soulless Youth”? Mitchell nie musi być wybitnym poetą aby jego lakoniczne myśli w rodzaju „I never, I never, I never feel fine, This soulness, this soulness, this soulness inside” trafiały prosto do celu. Jego odbiorca nie musi być z kolei odbiorcą wybitnym, aby na odpowiedniej płaszczyźnie zrozumienia ową myśl przyjąć, podzielić i zachować. A muzyka? Jakie czasy takie Sex Pistols, Gang Of Four albo Archers Of Loaf. Na narzekaniu mnie nie przyłapiecie. 

niedziela, 28 lipca 2013

Sonic Youth - Confusion Is Sex (1983)













5.5

Kontynuacja paranoicznego no-wave’u z pierwszej EP’ki. Wciąż bez Steve’a Shelleya, songwritersko udzielają się tylko Thurston i Kim. Duch nagrywania z Glennem Brancą nadal nieodłączny, grupa nie ma ochoty używać gitar w normalny sposób. Jak wiemy normalność straszy nudą.

Pozostajemy więc w muzycznej awangardzie, którą tradycyjnie można traktować jako oryginalniejszą formę sztuki, lub niesłuchalny śmietnik. Jest tu duszno i lodowato zarazem, trochę nieprzyjemnie, ciemno, a nawet chorobliwie. Uczucia wydają się zbędne, ale jeżeli komuś sprawia przyjemność mechaniczne artykułowanie, industrialne jazgoty oraz tworzące klaustrofobiczną ciasnotę hipnotyczne dzwony i zegary (między innymi „Lee Is Free”) ten powinien odczuć co najmniej ukłucie perwersyjnego zadowolenia. Kim Gordon jak zwykle z dobrym skutkiem udowadnia, że aby tworzyć interesującą muzykę nie trzeba wcale mieć talentu. To jej „Protect Me You” epatujące totalnym mrokiem jawi się najbardziej sugestywnym i zarazem „najładniej” brzmiącym utworem z płyty. Mi osobiście bardzo udziela się atmosfera dezorientacji i niepokoju zawarta w tekście oraz postawienie nacisku na klimatyczność. W interpretacji „I Wanna Be Your Dog” Kim nie jest już tak opanowana. Tu odziedziczona zostaje cała potępieńcza dzikość panów z The Stooges, zwłaszcza, że mowa o wersji wykonywanej na żywo. Innym elementem utrwalającym ciągłość nowojorskiej sceny jest całkiem niezłe „The World Looks Red” z post-apokaliptycznym tekstem Michaela Giry (w wykonaniu Thurstona). W przypadku „Shaking Hell”, trzeciego numeru Gordon, z początku niewiadomo czy ktoś tam na czymś gra czy może dwóch typów rytmicznie piłuje drzewo. Następująca dalej deklamacja i wykrzykiwanie haseł też raczej nie zachwycają, daleko do wrażenia z „Protect Me You”.  Czwarty, „Making The Nature Scene” to już czysta poezja miasta, wiersz w awangardowym stylu, w którym basistka Sonic Youth niczym Julian Przyboś staje się wykrzynikiem ulicy.
 
Numerami Moore’a są: adekwatnie zatytułowany „Inhuman”, w pewnym sensie manifestujący to co się dzieje na krążku „Confusion Is Next” (I maintain that, chaos is the future, And beyond it is freedom, Confusion is next, And next after that is true) i rozpoczynający całość “She’s In A Bad Mood” czyli wprowadzenie do rytualnej ceremonii, dawka czerni gęstej jak smoła.

Tak w skrócie prezentuje się długogrający debiut Soników. Album ciekawy, stanowiący pewną pożywkę intelektualną, choć raczej męczący jeśli mielibyśmy dla rozrywki słuchać go „na ripicie”. Do zaakceptowania, ale i do poprawki.




Protect me demons
that come at night



środa, 13 lutego 2013

Przegląd singlowy 2013 (1)


Pissed Jeans - Bathroom Laughter

7.5

W ubiegłe wakacje Pissed Jeans do spółki z Chromatics i The Wedding Present nadali sens mojemu pojawieniu się na Off Festivalu. Nie słuchałem ich przed tym wydarzeniem szczególnie namiętnie, ale pełen pogowego mięcha, potu i szaleństwa występ sprawił, że sięgnięcie po nowy album Matta Korvette i spółki stało się oczywistą formalnością. „Bathroom Laughter” to niemalże wierne odtworzenie tamtych emocji w wersji studyjnej. Kawałek mocarnego noise-rocka, zapieprzanie na szybkich, ostrych i mocnych jednocześnie gitarach zaprawione zwierzęcymi wrzaskami charyzmatycznego lidera. Energii co nie miara, choć o prawdziwie destrukcyjnym potencjale tego kawałka należałoby się przekonać dopiero w warunkach koncertowych.








8

Jest coś na serio przerażającego w najnowszym singlu szwedzkiego duetu. Szatan kolejnym narzędziem zdobywania dusz uczynił electro-pop. Swoją obecnością opętał klawisze i wokale, złem nasycił atmosferę spowijającą ten dziewięciominutowy, mroczny i naładowany setką detali piekielny twór. Zanim wezwiecie egzorcystę, porozkoszujcie się jego niebanalną, strukturalną doskonałością.



Off With Their Heads – Nightlife

6

O ile w roku 2011 w szeroko pojętym amerykańskim punku działo się sporo ciekawego tak w 2012 wyliczyłbym ledwie kilka płyt, które mnie naprawdę zainteresowały. W takiej sytuacji widząc na youtube’owym kanale Epitaph Records nowy utwór od Off With Their Heads rozbudziły się moje nadzieje. Nie na długo co prawda z uwagi na to, iż „Nightlife” okazuje się kawałkiem co prawda udanym i nie dającym plamy, ale też nie wystarczająco dobrym do wskrzeszenia silniejszego entuzjazmu. Chłopaki dalej grają swój org-core, wycinając piosenkowe kształty w anty-piosenkowej stylistyce gardłowych wrzasków i melodic-punkowych gitar. Mogłoby to wypaść całkiem całkiem, jednakże efekt psuje kilka obskurnych momentów i ogólna nie-orgazmiczność samej kompozycji. Tak więc, raczej okolice lekko powyżej środka co wystarcza mi by na płytę się skusić.





Pulp – After You












7

From disco to disco, From Safeway to Tesco. Singiel wydany ponad dekadę od poprzedniego, ale czymże jest dziś te 10 lat wobec niejakiego Kevina Shieldsa? Przerwa jaką zrobił sobie Jarvis Cocker z kolegami jawi się wobec lidera MBV poobiednią drzemką. Pulp brzmi zresztą jakby ta przerwa była jedynie wytworem naszej wyobraźni. „After You” jest kawałkiem zadziwiająco przystającym do dzisiejszych czasów jak i nie odstającym w żaden sposób od „wczorajszego” stylu grupy. Poza tym warto zauważyć, że niezależnie na wszystko mamy tu do czynienia z ponadczasowo udaną, regularnie chwytliwą, funkowo-popową piosenką. Aktualność kawałka to także zasługa produkującego Jamesa Murphy’ego, dzięki któremu pulpowe disco iskrzy nam w roku 2013 blaskiem tylko trochę mniejszym niż 15 czy 18 lat temu.





Deerhoof – We Do Parties

6.5

Deerhoof pozytywnie zakręcony jak zawsze. Paradoksalnie kiedy muzyczna krytyka co raz mniej jara się dokonaniami grupy mi ich nowsza muzyka siada lepiej niż dawniej. „We Do Parties” to poszarpany riff, hałaśliwe przeszkadzajki i słodkie przyśpiewki Satomi Matsuzaki. Dokładne odwzorowanie tego jak wyobrażam sobie termin noise pop.
















6.5

Naprawdę gratuluję gustu Brytyjczykom, u których „White Noise” jest w stanie osiągnąć popularność na tyle ogromną by w oficjalnym singlowym charcie przebić pod względem sprzedaży między innymi Britney Spears, Rihannę i Pitbulla. W tym miejscu spotykają się proste gusta popowej publiki, bywalców tanecznych klubów z wysublimowanym house’em oraz słuchaczy elektroniki wywodzących się z indie rockowych środowisk. Duet Disclosure zyskuje rozpoznawalność w bardzo różnych otoczeniach, a śpiewająca tu Alluna George dziwnym trafem zostaje ogłoszona na Offa.



Cheatahs – Coared

6

Coś z tym zespołem jest wyraźnie nie tak. Zamiast gołych bab dają 6,5 minuty teledysku z małymi dziećmi. Gdyby nie fakt, że z całkiem niezłym skutkiem kopiują najlepsze wzorce 90’sowego, motorycznego shoegaze’u w ogóle bym to coś wyłączył w cholerę. Wstrzymuje się zwykle z używaniem wyrazu „kopia”, ale tym razem robię to z pełną odpowiedzialnością. Swervedriver, That Uncertain Feeling, Ride, Moose, Chapterhouse i można tak dalej. Cheatahs ustawiają się w jednej linii i fajnie, że o wyspiarskim dziedzictwie tamtego okresu przypominają, ale wypadałoby też dołożyć coś od siebie.
















6.5

Nie doczekałem się klipu do mojego ulubionego „Keep On Lying”, trudno. „Mind Mishief” to też dobra piosenka, a towarzyszący jej teledysk jest jak spóźniona o 10 lat odpowiedź muzyki indie na słynne „Stacy’s Mom”.



Foxygen - No Destruction

7

O Foxygen zdążyłem się wiele nasłuchać zanim na dobrą sprawę posłuchałem choć jednego ich utworu. Jedni się zachwycają, inni są mocno wstrzemięźliwi, właściwie jak zwykle przy okazji dużego hajpu. Tymczasem dźwięki „No Destruction” płyną sobie tak ładnie i swobodnie, że chyba tylko ostatni drań odmówiłby im uroku. Nie wiem jeszcze czy zakocham się w ich muzyce na zabój, ale póki co całkiem reflektuję te hipisowskie, chilloutujące wyluzowanie. Bardziej kojarzące mi się z odpływającym w sielankowość Velvet Underground niż przywoływanym w kontekstach znajomych Dylanem.





Touche Amore – Gravity, Metaphorically

9

Na pożegnanie, opada mi szczęka. Wyobraźmy sobie, że Touche Amore nagrywają drugi tak intensywnie emocjonalny kawałek jak „Tilde”, ale tym razem rozbudowują go do formy dwa razy dłuższej. Potęgują epickość, mieszają nastroje, nawarstwiają esencję własnej zajebistości. Nie wyobrażajcie sobie tego, to się dzieje naprawdę. Dodajmy jeszcze ten obrazek z biegnącym facetem i do końca roku na gruncie post-hc mamy już być może pozamiatane.