Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fake Problems. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fake Problems. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 kwietnia 2016

2010-2014: punk & emo (piosenki) - miejsca 30-21




















Muzyka Football, etc opiera się na kontemplacji momentu. Zawieraniu w skrawkach tekstu krótkich, sugestywnych komunikatów. Oddawaniu słów i melodii z maksymalnym wyczuciem. Dla Lindsay Milton i jej zespołu nie ma zdań mniej ważnych. Każda linijka wypowiedziana musi zostać z optymalną starannością, melodyjnie intensywną oprawą przygrywanych akordów i taktem perkusyjnych uderzeń. Grupa z Houston poprzez dźwięki destyluje nam paletę przetworzonych wrażeń. Goryczy, rozczarowania, rezygnacji i ściskającego wnętrzności  smutku. Let's not save ourselves. Let's not save anyone at aaaall. Do zakochiwania. 

Football, etc - Fair 
Kittyhawk - Welcome Home 



“Preservatives” to zapewne moment, w którym kipiącym energią epigonom Cap’n Jazz udało się skonstruować najbardziej zażerający hook w swym krótkim dorobku. Trójka na „Parrot Flies” jest nagraniem tak kolorowym i skocznym, na jakie tylko można sobie pozwolić w obrębie math rocka czy może raczej math popu wywodzącego się z emo. Tym bardziej szkoda, że niedługo po wydaniu płyty z której pochodzi utwór grupa dostosowała się najwyraźniej do zawartych w nim słów:  I'm big enough to admit when I’ve had enough of the things I want. 

Algernon Cadwallader - Parrot Flies 
Into It Over It - Spinning Thread



Rzadko się zdarza, by kluczowym momentem płyty był jej wstęp. Nie w sensie „pierwsza piosenka z całego zestawu piosenek”, a właśnie zaplanowane, uroczyste preludium, które u The Hotelier posłużyło za coś znacznie więcej niż typowe intro. Introdukcja do albumu, kolejnej wiosny, czegoś nowego. Pomimo tekstu gorzkiego jak rozgryzana pigułka „An Introduction To The Album” może brzmieć niczym definitywny moment jakiegoś przełomu. Od nienarzucających się spokojnych melodii, towarzyszących wciąż tym samym liniom wokalnym Christiana Holdena, przez pierwsze whoa-oh wtórującego mu zespołu, po eksplozję w jakiś sposób pozytywnej i oczyszczającej frustracji „An Introduction To The Album” jawi się kawałkiem w każdym calu słusznym. 

The Hotelier - Dendron
Sorority Noise - Mediocre At Best 



Touche Amore przy okazji nowej płyty stali się niebywale popularni, choć wszystko co podobało mi się u nich wcześniej pozostało raczej tak samo szczere. Bo jak niby wykalkulować to co dzieje się w „Harbor” mniej więcej od połowy? Kiedy Jeremy Bolm ponownie wznosi się na wyżyny uniesienia i podobnie jak dwa lata wcześniej za sprawą „~ (Tilde)” urządza nam pełną patosu siekę, którą przyjmujemy niczym mannę z nieba? Wstyd wręcz słuchać wersów w rodzaju:  Without you I'm not pure, And without you I'm not clean, But if I'm going down with you, Then you're going down with meeeeeee, ale ta konfesyjna, ekstremalnie egzaltacyjna maniera nie pierwszy raz okazuje się tym, na co akurat oni mogą sobie pozwolić, a także tym, czego w ich wykonaniu my nie prędko przestaniemy oczekiwać. 

Touche Amore - Just Exit 
Loma Prieta - Fly By Night



This song is about doing drugs rzekł Chris Farren podczas występu w jednym z kanadyjskich klubów, przed publiką zgromadzoną głównie z młodych osób. Słowa te mówią nam „o czym”, podobnie jak sam tytuł wyjaśnia „dla kogo”. „Songs For Teenagers” to traktująca o mroczniejszej stronie dragowania przestroga zawarta w skromnej, podszytej smutkiem balladzie. Kiedy wokalista Fake Problems tuż przed refrenem wymawia niepewnie słowa: It’s all right, It’s okay, I’m all right, I’ll be okay wiemy, iż wciela się on w rolę kogoś, kto tylko pozornie kontroluje swoją sytuację i że są to w istocie deklaracje, w które nie wierzy do końca nawet on sam. Utwór grupy z Florydy przybiera formę relacji pozbawionej moralizowania, raczej autentycznej i w kilku miejscach oddającej stan uzależnienia w sposób frapujący. 

Fake Problems - Soulless 
Antarctigo Vespucci - I'm Giving Up On U2



Słysząc zabarwiony wpływami emo alternatywny pop rock „Gengar! Gengar! Gengar!” oczami wyobraźni widzę odcinek nieistniejącego serialu o szkolnej drużynie sportowej z USA i miłosnych perypetiach jej zawodników. Powiedzmy, że „Friday Night Lights” łamane na „One Tree Hill”. Dekadę wcześniej, za zgodę do umieszczenia tego utworu na ścieżce dźwiękowej jednej z telewizyjnych obyczajówek dla nastolatków Dowsing mogliby niewątpliwie zgarnąć garść dolarów. W roku 2012 stanowili jednakże już tylko sekret garstki niepoprawnych romantyków. A „Gengar!” to piosenka wręcz onieśmielająca swym koledżowym urokiem, intensywnie oddająca stany młodzieżowego przeżywania. W jakimś stopniu nostalgiczna, choć ową nostalgiczność wymuszająca poprzez formę nośną i przebojową. 

Dowsing - I Don't Even Care Anymore 
Tiny Moving Parts - Sundress



W przypadku żadnego innego zespołu nie byłoby możliwe stworzenie tak głębokiego utworu w oparciu o tak biedną kompozycję. Właściwie panowie z Andrew Jackson Jihad coś tu sobie tylko brzdąkają i podśpiewują uuuuuuu, a Sean Bonnette wygłasza kolejne życiowe prawdy, ale to właśnie połączenie tego wszystkiego daje nam wrażenie czystej, skromnej znakomitości. Piosenkowy urok przebijają trafne wnioski na temat odczuwania cierpienia. Czasem jest ironicznie: But hope is for presidents, And dreams are for people who are sleeping, czasem empatycznie: And Tony says it's important to bear some witness when you can, And that's not hard to do in the city that I live in. Tak czy inaczej, poświęcenie chwili skupienia “People II 2: Still Peoplin'?” wzbogaca.    

Andrew Jackson Jihad - Temple Grandin 
The Taxpayers - I Love You Like An Alcohol



Jeff Rosenstock do perfekcji opanował sztukę śpiewania o psychicznych i emocjonalnych problemach, potężnych dołach oraz niedoskonałych sposobach radzenia sobie z nimi. Ujmującym momentem wpisującym się w tę kategorię jest zwłaszcza „You Still Believe In Me?”, utwór pamiętny choćby ze względu na genialne nawiązanie do utworu The Beach Boys i losów Briana Wilsona. Kawałek ten pęka w szwach od rozpasanej melodyjności, charakterystycznych dla Bomb The Music Industry!! ska punkowych trąbek, dzwoneczków i iskrzących klawiszy. Niebagatelne są w nim również krzyki tracącego chwilami oddech, aczkolwiek dzielnie i konsekwentnie wyrzucającego każdą swoją myśl Jeffa. Mamy tu więc auto-terapię, wywnętrzenie bez wpadania w pułapkę egzaltacji i kawałek bystrego punkującego grania. Rzecz znakomicie oddająca sens powiedzenia „co nas nie zabije, to nas wzmocni”.      

Bomb The Music Industry - Slumlord 
Hard Girls - The Quark



Still, no complaints, it's the 5th of July, post-freedom. post restraint. A new life, a new craze, a new sound, all the rage. --> This is serious business. So if I ask you to sing along, just remember: It's only a business decision. United Nations od początku masakrowali swoją działalnością na wszelkie możliwe sposoby. Muzycznie i koncepcyjnie, enigmatycznością i prowokacją. Po czteroletniej przerwie wrócili, dowodząc, że można jednocześnie zrobić coś interesującego muzycznie i wypowiedzieć się o muzyce poprzez nią samą, z pozycji odśrodkowej. Geoff Rickly pod względem kreatywności wydaje się być studnią bez dna, co udowadniał w zasadzie na każdej kolejnej płycie Thursday oraz udowadnia tutaj, szokująco doskonale odnajdując się w roli frontmana hardcore’owej supergrupy. When I was a boy, they called me kid Lacan. Then in school, the teachers called me teen Camus. Każdy wers “Serious Business” to intelektualna zagwozdka, choć jeśli zdajemy sobie sprawę, że UN to żart i pretekst Geoffa dla realizowania swoich nostalgicznych fascynacji ekstremalnym hc, to nie powinnismy brać ich za bardzo na poważnie („ironia nadaje kontrast”). Nie zmienia to faktu, że kiedy Rickly wychodzi na powierzchnię zajadłych screamo-wokali i druzgocących ścian dźwięku, aby oświadczyć, że tę piosenkę dedykuje swojej ex, po czym rozpoczyna zacytowany na początku manifest, ja dostaję ciarek. 

United Nations - Meanwhile On Main Street 
Circle Takes The Square - Enter The Narrow Gates



“The Oregon Trail” to utwór, w którym punk rockowa wyśmienitość atakuje z każdego możliwego zakątka. Ostrzał dociera za sprawą śpiewanych ochoczo przez Bretta Adamsa hymnicznych linijek, soczystych gitar i zawrotnie dynamicznych przejść perkusisty. W największym stopniu zaś poprzez pękające w szwach od mocy wspólne partie wokalne całego zespołu. Doświadczamy tu jeszcze jednego absolutnego refrenu, następnego tekstu o braku pewności siebie, przegrywaniu i alkoholu oraz kolejnego błyskotliwego mostku-oddechu, po którym na koniec zaserwowana zostaje kumulacja wszystkiego, co w całym kawałku najatrakcyjniejsze. 

The Riot Before - Backstage Room
The Holy Mess - Captain, We're Drinking 

miejsca 20-11

czwartek, 28 lipca 2011

Lucky if we’re speaking on holidays

Parę słów o paru nagraniach, których przyszło mi regularnie słuchać podczas dwutygodniowego pobytu nad morzem i w okolicach warmińsko-mazurskich. Muzyczne ilustracje, zdarzenia i sytuacje…


Pixies – Head On












Są takie kawałki i takie momenty w życiu, że człowiek nie może usiedzieć w miejscu, bo coś go rozsadza od środka. Coś co panowie z The Jesus And Mary Chain idealnie opisali słowami „And the way I feel tonight, I could die and I wouldn't mind”, a Frank Black równie rewelacyjnie wyraził w coverze nagranym przez Pixies. Coś co sprawia, że chcesz CZUĆ, że chcesz się starać i zdmuchiwać pieprzone gwiazdki z nieba. Shoegazowy, ewentualnie przebojowy numer Amerykanie przerobili na eksplodującą, ewidentnie-ramonesowską petardę. "And I'm taking myself to a dirty part of town Where all my troubles can't be found".

LINK


They Might Be Giants – I Palindrome I












W “I Palindrome I” znajdziemy dwie podstawowe rzeczy wyrażające twórcze obsesje Johna Linnela. Harmonijną linię wokalu urzekającą już od samego startu oraz kombinatorskie podejście do tekstu, tym razem w postaci zabawy w palindromy. Jeżeli dodam, że singiel ten promujący niegdyś płytę „Apollo 18” stawiam tuż obok „Anna Ng” i „Birdhouse In Your Soul” to głębsze rozpisywanie się o jego wakacyjności i rozrywkowo-piosenkowym potencjale nie będzie już chyba konieczne.

LINK


Alkaline Trio - 5-3-10-4












Nawet zaciekli fani Alkaline Trio nie są w stanie powiedzieć o czym tak naprawdę opowiada to nagranie. Najbardziej zapadają w pamięć ci „schoolyard freaks”, a enigmatyczne cyferki jedynie intrygują skazując na bezowocne domysły. Od czego jednak mamy www.songmeanings.net i trzynasty aktualnie komentarz licząc od góry? Dla mnie „5-3-10-4” to przede wszystkim starszy brat „Beyond The Embarassing Style” autorstwa The Lawrence Arms i elegancki, punk rockowy numer, przy którym szedłem kiedyś na plażę w wielkich słuchawkach na uszach, nie odzywając się do nikogo.

LINK


The Good Life – Drinking With The Girls












Osobiście, tego rodzaju utworów na wakacje i z założenia wesołe wyjazdy nie polecam. Fakt, że nie zawsze wszystko wychodzi tak jakby się tego chciało i chwilami zamiast szczerzyć się przy plażowym indie-popie lądujemy na materacu w smutnym nastroju słuchając wynaturzeń Tima Kashera. „Picie z dziewczynami” przybiera różne formy. Na szczęście nie zawsze takie jak w tej dołującej opowieści. Czasem kończy się tylko na zachwianych powrotach do łóżka, poranionych stopach i wreszcie wypowiedzianych zalążkach wyznań jakie planowało się od dawna.

LINK


The Jam – That’s Entertainment












Poetyka brytyjskiej klasy robotniczej osadzona w formie akustycznego punk rocka. Nawet analizując liryki Wellera na sucho da się odczuć romantyczny realizm i potęgę promieniującą z poszczególnych nierymujących się linijek. Każda z nich brzmi wyraziście, każdy wiersz jawi się solidnie kopiącym estetycznie kawałkiem tekściwa. Te wszystkie łobuzerskie akcenty: "policyjne wozy i krzyczące syreny, tłuczone szkła i dudniące buty", życiowe rozterki: "oglądanie telewizji i rozmyślanie o wakacjach, karmienie kaczek i marzenie o tym by być daleko stąd", fizyczne odczucia: "budzenie się z koszmarnego snu i palenie papierosów, przytulanie ciepłej dziewczyny i wdychanie czerstwych perfum” są prawdziwe, sugestywne, prawie do dotknięcia. A na końcu jeszcze coś o całujących się kochankach, tracących „spokój samotności”.

LINK


Fake Problems – Songs For Teenagers












“This song is about doing drugs” rzekł Chris Farren podczas występu przed publiką zgromadzoną głównie z osobników w wieku lat kilkunastu, góra dwudziestu paru w jednym z kanadyjskich klubów. Słowa te mówią nam „o czym”, podobnie jak sam tytuł wyjaśnia „dla kogo”. „Songs For Teenagers” to nienachalna przestroga, skromna ballada podszyta smutkiem, ale bardziej mająca na celu podniesienie na duchu. Typ piosenki z duszą na ramieniu, która sprawdza się zawsze, wszędzie, w każdych warunkach.

LINK


Modest Mouse – A Life Of Arctic Sounds












7 kilometrów ze Stegny do Jantaru, nocą (is a long walk without a car…)
6 kilometrów - (is a long walk without a car…) ale nie dla kogoś kto ma o czym myśleć
5 kilometrów – (is a long walk without a car…) już tylko plażą, prosto przed siebie
4 kilometry - (is a still long walk without a car…) ludzi prawie nie ma, nieliczni siedzą przy ognisku
3 kilometry – (is not so long walk without a car…) ani żywej duszy, tylko ja, myśli, noc, wielkie morze i muzyka, mogę nawet śpiewać
2 kilometry – (is a close walk without a car…) coraz bliżej celu, drugą stronę widać i słychać wyraźniej
1 kilometr – (is a really close walk without a car…) - już tam praktycznie jestem

Szybkie zdjęcie, dowód, że byłem, i z powrotem... W międzyczasie można jeszcze pokrzyczeć

I WROTE MY NAME ON THE SUN
HEY ALL RIGHT I MIGHT BE GODDAMN!
A LIFE OF ARCTIC SOUNDS
HEY ALL RIGHT I MIGHT BE GODDAMN!


LINK


Aloha – Ice Storming












Ciężko pisać o piosenkach tak pięknych, że właściwie przerastających możliwość adekwatnego wyrażenia własnego zdania na ich temat. Co mi więc bez przesadnego myślenia przychodzi do głowy? Numer 3 ulubionych utworów na „Some Echoes”, kompozycyjna bezbłędność mająca swoje uzasadnienie w nietuzinkowej muzykalności każdego z czterech panów, wyjątkowy nastrój, odpowiedni tylko dla tej grupy, totalna niepodrabialność. Pozostaje jedynie westchnąć, posłuchać słów, posłuchać muzyki, zamknąć oczy, poczuć się dobrze.

LINK


Face To Face – Bikeage












Kolejny za przeproszeniem urywający dupę, kolosalny cover, który przez moją playlistę przewinął się niezliczoną ilość razy. Face To Face kultowy kawałek Descendents podkręcili szybkościowo i energetycznie. Nawet jeśli oryginałowi niczego nie brak to tu mam wrażenie, że sprawiedliwości stało się zadość ponad miarę. Słowa tekstu kierowane do imprezowych nastolatek zatracających się w używkach i szybkim seksie. Najbardziej istotne wydaje się jednak pocieszne „Don’t be afraid, it’s not too late, save yourself, I need you here”. Żaden inny numer nie dał mi w ciągu ostatnich tygodni tyle bezwarunkowej radości ze słuchania.

LINK


Armchair Martian – Jessica’s Suicide












Dobry typ do gry w najbardziej zapomniane, a warte pamiętania zespoły z około-melodic punkowego podwórka. Armchair Martian najlepiej kojarzeni są zapewne z utworu innej kapeli, a mianowicie The Ataris i ich „Song For A Mixtape” gdzie Kris Roe wymienia ich jednym tchem obok Built To Spill i Jawbreakera. „Jessica’s Suicide” to majstersztyk przebojowego, alternatywnego rocka. Mnie na przykład powala już słowne rozegranie początku piosenki:„Jessica suicide takes me for a ride, I'm just a crazy one-armed man, Strange world, Dead girl, Die each day or so you say it…” dwa razy podsumowane chodzącym później po głowie “How much death can one man stand?”. Świetna sprawa szczególnie dla tych, którzy do cna wymęczyli już twórczość Jimmy Eat World, Ataris i Texas Is The Reason.

LINK


Red House Painters – Medicine Bottle












Kiedyś wydawało mi się, że to utwór maksymalnie depresyjny i dołujący. Genialny Mark Kozelek na tle zimno-falowych, mrocznych plam melodii. Jakby spóźniony na to by z tym epickim nagraniem w połowie lat 80’tych ujść za klasyka. Wszystko jedno, prędzej czy później, stało się i tak. A wracając do pierwszej myśli, kiedy przyszło mi słuchać „Medicine Bottle” w chwili własnego smutku, „najgorszej nocy życia”, to nawet tych 9 with out you minut nie brzmiało aż tak beznadziejnie.

LINK


The Clientele – Step Into The Light












Dźwięki jakie oznaczać mogą wyłącznie chwile czystego szczęścia, duchowego spokoju i kroczenia drogą światła… Ciepłe dreszcze łaskoczą serce przy wymawianym przez wokalistę „So goodnight my darling goodnight” i doprawdy trudno mi sobie wyobrazić by dało się to zrobić lepiej i jeszcze bardziej romantycznie.

LINK


The Get Up Kids – Shorty












Wersja zarejestrowana na żywo z pamiętnego, planowo ostatniego występu dzieciaków w Grenada Theater. „Shorty” to sztandarowy kawałek Get Up Kids jeszcze z cudownie szczeniackich czasów „Four Minute Mile”. Matt Pryor wrzeszczący "You never find another friend like meeeeeeeeeeeeee!" uosabia tu wszystkich z powodu złamanego serca wkurwionych, wiecznie dorastających. I to bez względu na wiek, bo kto nie dorasta ten się już tylko starzeje.

LINK


Grizzly Bear – Central And Remote












Nie potrzebuję żadnego teledysku, występu live, niczego co zepsułoby mi obecny odbiór „Central And Remote”. Obrazkiem do tego muzycznego fragmentu już zawsze pozostaną dla mnie wieczorne latarnie przy chodniku w Stegnie, mijane około godziny 1:00. Odgłosy dzwoneczków, mistyczne wokale, światła i drzewa wykreowały magiczną atmosferę powrotu z najlepszego spaceru jaki zdarzyło mi się odbyć.

LINK


Guided By Voices – Game Of Pricks












Któregoś razu chciałem sobie posłuchać muzyki na plaży. Nic z tego nie wyszło, bo koleżanka dorwała się do telefonu, posiedziała chwilę przy „Game Of Pricks”, stwierdziła, że „jakiś rock’n roll” po czym przerzuciła się na radio zastrzegając przy tym, że „podoba jej się ta muzyka, ale woli posłuchać radia”. Nie miałem za złe, poszedłem popływać w zimnym morzu co oczywiście na dobre mi wyszło, bo nołlajfować się przy piosenkach Pollarda mogę przecież zawsze, a być zalewanym przez fale słonej wody już nie do końca.

LINK


Male Bonding – Crooked Scene












Oczywiście swoje i tak odsłuchać zdążyłem, a „Crooked Scene” słonecznych indie-punków z Male Bonding idealnie wpisało się w klimat leniwego plażowania. Co prawda to napiedalańczo-melodyjne szaleństwo wypada raczej kontrastowo, ale i tak jeszcze chwila, dwie przy upalnej pogodzie, gorącym piasku i kręcących się dookoła półnagich ludziach, a uwierzyłbym, że jestem w Kaliforni.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Ulubione utwory 2010 (miejsca 45-31)

45. Senses Fail – The Fire












Kawałek będący następcą kilku niemal identycznych tworów wyprodukowanych przez grupę Buddy’ego Nielsena dotychczas. Po „Buried A Lie”, „Calling All Cars”, „Can’t Be Saved” i „Family Tradition” przychodzi „The Fire”. Stuprocentowy Senses Fail, zespół który umiejętności zmiany czegokolwiek po czterech płytach nadal niezbyt się nauczył. Ale chwila, It’s OK. to feel lost. Powrót do czegoś znajomego, ogranego, ale czegoś na czym się nie zawiedziemy. Nostalgia optymistycznego refrenu, neo-post-hardcore’owych wrzasków i nadal się nabieram.

LINK


44. Sufjan Stevens – Age Of Adz












Szkoda, że dogadaliśmy się z Sufjanem zaledwie na przestrzeni jednego utworu z „The Age Of Adz”. „Epicki, grubaśny początek, nawet intrygujący. Rozwinięcie też dobre, tu jeszcze ten chór mi się podoba, bogactwo wszystkiego jak z Flaming Lips, tylko wokal tak jakby miał za moment zajodłować. „Illinoise” olśniewało rozmachem i wtedy wszystko wyszło perfekcyjnie. W tym kawałku chyba najbliżej do uchwycenia „tego czegos” z tamtego albumu. – 8.5”. Teraz nie wadzi mi już nawet wspomniany łamiący się głos, bo słabość to rzecz ludzka i szczera, a tu słychać małego, kruchego człowieka tracącego siły do walki, postawionego przy widowiskowej, przytłaczającej paradzie dźwięków. Egzystencjalna walka bez jasno przedstawionego rezultatu? It's only that I Still love you deeply It's all the love I got… (?) Znów zmotywował do rozmyślań.

LINK


43. Her Name Is Calla – A Sleeper












Noc, ognisko, facet siedzi z gitarą. Członkowie plemienia odprawiają radosny rytuał, wszyscy tańczą i śpiewają. Linia wokalna wykonana w sposób chóralny, do tego klaskanie, inne instrumenty, więcej instrumentów, dziko-folkowy klimat gęstnieje. Jeden muzyk zagłusza drugiego, a drugi trzeciego. Do wszystkiego trzeba się dokopać, a jednak wszystko ze sobą zadziwiająco współgra. Czuć natchnienie, moc i zbudzonego ducha.

LINK


42. The Riot Before – The Oregon Trail













Kiedy słyszymy początek piosenki pierwszej z brzegu melodic-punkowej kapeli, z miejsca możemy sobie wyobrazić jej rozwinięcie i zakończenie. Konstrukcje z „Rebellion” to nieco inna para kaloszy. Przebieg ciekawszy przy jednoczesnym, pełnym pozostawaniu w swojej stylistyce. „The Oregon Trail” to świetne szczytowanie tej formuły i współczesny punk rock w najbardziej powalajacym wydaniu. Szczególnie jego druga część, szlachetne wyciszenie rozpoczęte słowami crossing the room here feels like crossing rivers, In a video game I played when I was ten… i kapitalne gitarowo-perkusyjne łojenie owy numer podsumowujące.

LINK


41. Fake Problems – 5678












Wyliczanki rozpoczętej na „It’s Great To Be Alive” ciąg dalszy. O ile „1234” było ledwie wstępem tak „5678” to już jeden z ważniejszych punktów trzeciej płyty Fake Problems. Nie tak rozskakany, nie aż tak chwytliwy jak „You’re A Serpent, You’re A She-Snake” albo „Diamond Rings”, ale kilkoma sprytnymi zagraniami zdobywający zaufanie. Chris Farren wokalnie i tekstowo rozpoznawalny, zwrotki prowadzi falsetem, w zaraźliwym refrenie ekspresyjnie daje się wykazać swojej barwie przy funkujących zagrywkach i całkiem fajnych hand-clapach. Don't let them in, They are holy ghosts, And they're not gonna be happy, til everybody's clapping along czyli jakby napisał krytyk Gazety Telewizyjnej “Ku przestrodze!”.

LINK


40. Laura Marling – Alpha Shallows












Cygańskie, smutnawe, przejmujące. Laura potrafi pisać i intrygować.

LINK


39. Bad Books – Baby Shoes












Kawałek z dziecinną niewinnością wkrada się w łaski, długo chodzi po głowie i wymusza kolejne odtworzenia. Nagromadzenie rymów i chwytliwych linijek atakuje na każdym kroku, Andy Hull śpiewający w manierze Marka Linkousa również wydaje się wiedzieć jak słuchacza sukcesywnie przyciągnąć. Do tego przeszkadzające tu i ówdzie gitarowe przerywniki pomiędzy kolejnymi składowymi zwrotek.

LINK


38. Bronze – Deep Freeze












Bronze, jeden z wielu młodych indie-popowych zespołów łączących słodkie, modne wokale z gitarą, elektroniką, klawiszami i tanecznością. Debiutancka EP’ka żadnych Kolumbów z nich nie czyni, ale wykazuje niewątpliwy potencjał do godnej rywalizacji z takimi powiedzmy MGMT, *gdzieś*kiedyś*przy okazji dużego albumu*. Mi do gustu wyjątkowo przypadło Pull my body in the deep freeeeeeeeee-ze, eeeeeze, eeeeeeze. W porze letniej chłodzący super-orzeźwiacz.

LINK


37. Wolf Parade – What Did My Lover Say?












Niebagatelna kwestia Spencera Kruga, solidnie dowartościowująca trzeci, wywołujący mieszane uczucia krążek kanadyjskiej super-watahy. Kawałek Sunset Rubdown’owego tworzywa, który na „Dragonslayerze” nie odstawałby wcale od reszty stawki. Wszechmocna perkusja i majestatyczne „la la la la la la la la” to najpewniejsze punkty całościowo znakomitej kompozycji.

LINK


36. The Futureheads – Struck Dumb












“Struck Dumb” to warszawskie juwenalia, słoneczny majowy wieczór na zielonej trawce SGGW, psycho-fanki piszczące w sposób odkrywczo wręcz irytujący, ludzie serdecznie i bez oporu pogujący w spoconej masie i ci, którzy kręcili nosem z tyłu, bo na Futureheads przyszli sobie kulturalnie postać jak słupy.

LINK


35. The Tallest Man On Earth – Burden Of Tomorrow












Najładniejsza piosenka Mattsona? Może, choć na debiucie jest przynajmniej kilka godnych do rywalizacji. W takim razie najbardziej urodziwa na „The Wild Hunt”? No tym razem bez dwóch zdań. Pogoda ducha w „Burden Of Tomorrow” jest niezaprzeczalna i wszechobecna. Dźwięki szarpanych strun i ślicznie poprowadzony wokal w rejonach refrenowych (Oh once I held a pony by its flying mane,) czarują.

LINK


34. Titus Andronicus – A More Perfect Union












“…The Monitor jak już wcześniej rzekłem, otwiera siedem minut mocarnego, energetycznie niespożytego, opartego na solidnym riffie „A More Perfect Union”. Kawałek z kości, krwi, mięsa i potu. Klasyczna pasja drzemiąca w muzyce rockowej. „Baby we were born to dieeeeeee!!!” na początku i pocieszne glory glory alleluja!!! pod koniec.”

LINK


33. One For The Team – Every Little Thing












Tak, proste to boleśnie. Klawiszowa melodyjka, Pornographersowa wymiana wokali, falsety, podbicie wzmagające poczucie nośności. Czysty indie-pop, który mógłby stać się całkiem popularny gdyby jakieś inne zespoły grające w tym stylu nie święciły akurat triumfu albo byłoby na scenie więcej miejsca. Ale chwila, przecież są tu jeszcze te wparowujące z prawdziwym impetem, kolosalne gitary, które prostą pioseneczkę rozrywają na pół. „Every Little Thing” to postawienie obok siebie dwóch skrajnych elementów - lekkości i pierdolnięcia, współgrających ze sobą z gracją.

LINK


32. MGMT – Flash Delirium












Nie kręciła mnie ta grupa (singlowe oczywiste wyjątki) aż do, no zgadnijcie… ukazania się „Congratulations”. „Flash Delirium” przyjmuje już z otwartymi ramionami „jako swoje”. Stopień pokręcenia tego kawałka, te drobne dziwactwa, flecik wytrzaśnięty niewiadomo skąd, seria oderwanych od kontekstu (jakiego kontekstu?) motywów, a w szczególności ten ostatni po zagrzaniu temperatury, podsumowujący bałagan kilkunastosekundowy, punkowy zryw rodzący u mnie szelmowską minę. Im dalej temu do „Time To Pretend”, a bliżej do Of Montrealow’skiego modelu układania piosenek z różniących się do siebie hooków tym ciekawiej. No i koniec końców jak przebojowo im to w sumie wyszło.

LINK


31. Superchunk – Learned To Surf












If I seeem ooooooooooooooooooooouuuuuut of it!!!
Circles cloooooooooooooooooosuuuuuuse up but circles are wide!!!

Za każdym razem powala jak McCoughan wstrzykuje w ten kawałek falę energii, wokalnym zabiegiem banalnie prostym, a jednocześnie tak zaskakująco zajebistym, że wymiękają nawet te melodicowe akordy odmładzające sam zespół o jakieś 25 lat.

LINK