Pokazywanie postów oznaczonych etykietą folk punk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą folk punk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 lutego 2017

Podsumowanie 2016: albumy 50-41

Archetypowy dziewczęcy indie rock, urozmaicany elementami punku, power popu czy glam rocka. Przede wszystkim jednak udana pozycja z kategorii „catchy and fun”, złożona z zagranych na gitarowym wykopie dwunastu krótkich kawałków, właściwie zawsze uzbrojonych w jakąś zgrabną melodię. Jakość tych kompozycji da się łatwo zdiagnozować, przyjemność ze słuchania jest najzupełniej oczywista. Spełnienie tych dwóch warunków wyczerpuje w zasadzie temat oraz sprawia, że uznając „Lost Time” za dobry, warty miejsca w podsumowaniu album, stawiam w tej chwili kropkę.


Kilka tygodni temu wyróżniając w piosenkach roku „Song For Ana” pisałem, że „At This Age” to niezła płyta, z której jednak na dłuższą metę pewnie niewiele zapamiętam. W tej chwili nadal co prawda nie sądzę, aby ten album znalazł się za kilka lat w mojej czołówce dekady, ale w perspektywie roku winny jestem mu kilka cieplejszych słów. Krążek tej raczej mało znanej kapeli grającej coś zupełnie na skrzyżowaniu pop punka i midwest emo, lecz nie będącego do końca ani jednym ani drugim to rzecz nie tylko solidna, ale momentami ponad tę zwykłą solidność wybijająca się. Nawet jeśli panowie nie dbają o ogromną rozpoznawalność swojego stylu czy wyrazistość poszczególnych kawałków, to w swoim fachu dokonują pracy nadal mocno wartościowej. Signals Midwest brzmią trochę jak Braid i Hey Mercedes, odznaczając się zacięciem i witalnością podobnymi do tych, które zespoły Boba Nanny wykazywały w swoich najlepszych etapach działalności. Nie ma tu właściwie numeru, który nie cieszyłby instrumentalną sprawnością, trafną dynamiką rozkładania cichszych i głośniejszych akcentów czy przemyślaną warstwą liryczną. Warto zainwestować chociaż w kilka przesłuchań.



Podczas, gdy w Polsce słucha się Ani Wyszkoni, Margaret i Ani Dąbrowskiej, w Szwecji niezwykle popularna pozostaje Veronica Maggio. Blondwłosa wokalistka nie wykraczając poza próg czystego popu, pop rocka lub ewentualnie lekkiego synthpopu, podobnie jak jej ubóstwiany w kraju kolega Håkan Hellström, nagrywa wpadające w ucho, porządne pod względem kompozycyjnym, schludnie wyprodukowane utwory. Jest jakaś całkowita uczciwość w tej dostarczanej masom, acz opartej na „wartościach” muzyce. „Femton”, „Dom sa!”, „Play och sen repeat” czy „Verkligheten” to mainstreamowe single na poziomie nadal rzadko spotykanym u polskich typowo radiowych wykonawców. Piosenki zazwyczaj nienachalnie pogodne, czasem trochę smutniejsze, ale zawsze jakoś tam ruszające i z duszą.



Po wymieszaniu art-popowych, prog-rockowych i post-punkowych składników Field Music uzyskali na „Commontime” efekt, o którym nie można powiedzieć, by stanowił zaledwie prostą wypadkową tych kilku muzycznych gatunków. W kompozycjach z szóstej płyty Brytyjczyków style przenikają się i ulegają kreatywnemu łączeniu w różnych proporcjach oraz konfiguracjach. Biorąc pod uwagę pomysłowość braci Brewis, wystarcza to na przynajmniej trzy kwadranse zajmującego rozkładania elementów. Czasem górę bierze konstruowanie w duchu progresywnym, innym razem podsłuchane u Gang Of Four układanie figur z ciętych riffów i wymyślnej rytmiki, jeszcze kiedy indziej zaś funkowa giętkość lub melodyka eightiesowego soft rocka. Rezultat nigdy nie rozczarowuje i choć odjęcie tego czy owego mogłoby wyjść krążkowi na dobre, to jego ogólnej jakości nie wypada podważać.



Debiut D.D Dumbo leżący stylistycznie gdzieś pomiędzy Dirty Projectors a Vampire Weekend zaspokaja apetyt na niestandardowy, polirytmiczny i in-spirująco kombinatorski indie pop. Dziesięć ciekawie brzmiących, nie-oczywistych, ale bez wątpienia chwy-tliwych kawałków Australijczyk wypełnił aranżacyjną egzotyką, wpływami world music oraz sporą porcją ekologicznego przesłania. Najmocniejszymi momentami „Utopia Defeated” czyniąc prowokujące do dziwnego tańczenia „Satan”, urzekającą balladę „Toxic City” i rozkosznie kanciaste, pokomplikowane, choć konsekwentnie powracające do motywu przewodniego „Walrus”.   



Słysząc ciepły, lekko kołyszący groove najlepszych utworów na „Everybody’s Heart Is Broken Now” jestem w stanie bardzo łatwo wybaczyć szwedzkiemu duetowi słabszy poziom tych gorszych. Jeśli kręcę nosem na przykład przy „You Play It On My Radio”, to rozpogadzam się już przy „Lost UB” i całkiem zapominam o sprawie, kiedy wchodzi wyborne „Coconut Kiss”. Jeśli nie do końca podoba mi się „Brand New”, to pozytywne wrażenia z „Ode To Dancefloor” przedawniają sprawę. Abstrahując jednak od solidnych highlightów, drugi album Niki And The Dove również jako całość ma po prostu zbyt dużo zbyt mocnych walorów, aby dało się go nie lubić. Czucie skandynawskiego synthpopu i eightiesową melancholię, smutnawą atmosferę i taneczny rytm, wpływy soulu/r&b oraz ponad wszystko, rozczulające partie wokalne Malin Dahlström. Wysokiej klasy łamanie serca.



Wspomagani przez śmietankę gitarowo popowego songwritingu panowie z The Monkees uraczyli nas w tym roku płytą niepoprawnie radosną, pełną pogody ducha. Co prawda „Good Times!” trąci nieco banałem, ale jest on najzupełniej wpisany w prostotę i bezpośredniość rozrywki, na którą sympatyczni rock&rollowi emeryci stawiają tutaj w pierwszej kolejności. Można powiedzieć, że zawartość albumu to rock i pop najklasyczniejsze z możliwych, niczym nie skalane. Utwory zagrane tak, jakby poza najczystszą piosenkową formułą nie istniało nigdy nic więcej i jakby dobra zabawa oraz szlachetne wzruszenie („Me & Magdalena”, „I Know What I Know”) były jedynymi celami, dla których warto tworzyć muzykę.



Jessy Lanza na „Oh No” to bez wątpienia dziewczyna, która się stara i chce zaimponować. Zabawić paletą strzelających bitów i elastycznych synthów, jak również romantycznie i trochę na poważniej oczarować. To w sumie zabawne, kiedy najpierw w „Never Enough” dobiera głos dziecięco-dziewczęcy, by za chwilę w „I Talk BB” wznieść się na wyżynę dojrzałego wokalnego r&b. Albo jak z totalnie bezpośrednich deklaracji sophisti-popowego „Going Somewhere” w mgnieniu oka przechodzi do klubowo grimesowego „It Means I Love You”. Te dwa oblicza raczej nie walczą, a w nieco szalony sposób, ale jednak w zgodzie, współegzystują ze sobą, naprzemiennie doprowadzając słuchacza do czystego zadowolenia.



Na trzeciej płycie Still Corners dalej oscylują między przebojowym blaskiem klawiszowych melodii a hipnotycznym półmrokiem generowanym zaraz obok. Pierwszym świecą tym razem najjaśniej na początku płyty, w singlowym „Lost Boys” i następującym po nim „Currents”. Najwięcej cienia opada z kolei na przedostatnie „Night Walk”, którego finał brzmi trochę jak spotkanie Chromatics i Blondie oraz ostatnie, krótkie i narkotyczne „River’s Edge”. W pozostałych kawałkach proporcje są różne, ale zazwyczaj nieco bardziej wymieszane. Być może duetowi nie zaszkodziłoby odrobinę mniej przystępne brzmienie, gęstsza atmosfera i niedający się łatwo przeniknąć mrok w kilku miejscach więcej. Choć Tessa Murray i Greg Hughes mają już w zasadzie do tego ideału odbyte pół drogi, można odnieść wrażenie, że ich bardzo dobry ulotno-tajemniczy synthpop mógłby za sprawą podkręcenia niektórych „gałek” nadal sporo zyskać. Warto jednak podkreślić, że i przy obecnym stanie rzeczy twórcy „Dead Blue” przekonują swą muzyką w stopniu, jakiego wielu mogłoby im pozazdrościć.



Dzięki “The Bible 2” Sean Bonnette z palcem w nosie zachowuje status najbystrzejszego tekściarza amerykańskiej sceny punkowej, a samo AJJ nadal odmawia zejścia poniżej poziomu 7-8/10. Zadziwiające jest, jak niewyczerpywalne okazują się u zespołu z Phoenix złoża pomysłów, tematów, emocji i sposobów na pisanie kolejnych piosenek w zbliżonym stylu. Utwory na ostatnim albumie zwracają uwagę zaczepnymi linijkami z podobną częstotliwością jak dotychczas (When I was a kid, I was a total dick, To inanimate objects). Zdarza im się zawierać jakąś nieznaczną nowość (syntezator w „American Garbage”), brzmieć bardziej charakternie (rzężące gitary „Goodbye, Oh Goodbye”) i zadziornie („Cody’s Theme”) od materiału z „Christmas Island”. Tradycją pozostaje obecność kilku balladowych, poruszających fragmentów, jakim tu jawi się chociażby „Small Red Boy” potwierdzający, że Sean i koledzy to tak naprawdę niepoprawni i totalni wrażliwcy. 

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Podsumowanie 2016: piosenki 50-41


































Spencer Krug zaczyna „C'est La Vie Way” od serii trudnych pytań. „Czy słuchając składanki od swoich przyjaciół płaczesz? Czy tęsknisz za nimi bardziej niż tęskniłabyś za mną, gdybyś została?” Za tymi słowami kryje się historia muzyka i jego partnerki, która z rodzinnej Finlandii (gdzie Krug spędził kilka lat), zdecydowała się wrócić wraz z nim do Kanady. Sytuacja naznaczona rozterkami idealnymi do umieszczenia w sercu tekstu i kompozycji. Spencer trzymając rękę na pulsie, trochę w swoim stylu z Sunset Rubdown, ale i bardzo przy estetyce odpowiedniej już dla Wolf Parade prowadzi wraz z Danem Boecknerem piosenkę w ciągu niecałych czterech minut mieszczącą garść frapujących manewrów i zakrętów. Unoszoną jakby na tej osobistej, szczerze przeżywanej emocji, integralnie wkomponowanej w muzyczno-liryczną strukturę. W trzecim utworze z powrotnej EP’ki grupy słyszymy żywotną sekcję rytmiczną, barwne klawisze i zawsze mile widzianą, po Krugowsku teatralną manierę (You said if you ever leave me I will die!). Wraz z kapitalnym zakończeniem, przywołującym soczyste zwroty akcji rodem z „Dragonslayer” składają się one na najsmaczniejszą z czterech przystawek zaserwowanych przez indie rockowych herosów na „EP 4”.



Najciekawsza kwestia związana z nowym albumem The Monkees dotyczyła dla mnie tego, kto z zaproszonych do współpracy kom-pozytorów napisze „dziadkom” najlepszą piosenkę. Andy Part-ridge, Rivers Cumo, Adam Schlesinger, Ben Gibbard, Noel Gallagher i Paul Weller – obsada dość interesująca oraz trafna ze względu na to, że wszyscy panowie to spece od szeroko pojętego gitarowego popu, z którego słynęli także Monkees. Po przesłuchaniu płyty sprawa była już prawie jasna. Partridge lub Cuomo, Cuomo albo Partridge. Wokalista XTC czy lider Weezera? „She Makes Me Laugh”, a może „You Bring The Summer”? Obydwa utwory słoneczne i beztroskie, tematycznie łudząco podobne, melodyjne i zgrabnie skomponowane. Najpierw nieco bardziej przekonywała mnie propozycja Riversa. Później gotowy byłem umieścić w podsumowaniu kawałek Andy’ego. Kiedy sprawa wydawała się już przesądzona, finalne odsłuchy w ostatniej chwili przyniosły kolejną zmianę.

Utwór autorstwa Cuomo zyskuje wiele dzięki drobnemu szczegółowi w postaci niepozornej, acz szalenie chwytliwej zagrywki, pojawiającej się od pierwszych sekund i wyraźnie nadającej zwrotkom arcyprzyjemnego, nieco figlarnego charakteru. Zwrotkom wyśmienitym, bezpretensjonalnym, traktującym o radosnym zakochaniu, wspólnym graniu w scrabble czy pływaniu łódką. Nawet refren, jakkolwiek niezły, musi im pod względem atrakcyjności jednak ustąpić. I choć wszystko to pojawia się też właściwie w „You Bring The Summer”, gdzie Micky Dolenz przy równie piknikowym nastroju oraz co najmniej tak samo dobrych zwrotkach Partridge’a pada na kolana przed dziewczyną „przynoszącą lato”, to Rivers chyba wyłącznie za sprawą nieśmiertelnej, o wszystkim rozstrzygającej kwestii gustu zwycięża u mnie o włos.



„Everybody Wants To Love You” jawi się jedną z tych małych, zręcznych piosenek, w których nie musi dziać się za wiele i które nie muszą uderzać niczym nadzwy-czajnym, by znakomicie brzmieć i sprawiać, aby chciało nam się ich słuchać niezliczoną ilość razy. Dwuminutowy „baby-face killer” autorstwa Michelle Zauner ukrytej pod pseudonimem Japanese Breakfast to promienny indie pop oddychający pełną piersią dzięki sympatycznym partiom wokalnym, jangle’ującej gitarze i nie biorącemu jeńców refrenowi. Efekt dopełniają szczegóły: połyskujące gdzieniegdzie klawisze, chorusowy featuring lidera Radiator Hospital i wrażenie „orientalności” słyszalne zarówno w melodiach, jak i w głosie. Jest tu ogółem pewien błysk, coś co sprawia, że singiel Amerykanki o koreańskich korzeniach wypada bardziej rześko od większości sobie podobnych propozycji. To do spółki z całą wymienioną resztą, bezwzględnie każe mi dołączyć kawałek Michelle do grona w mijającym roku najchwytliwszych.

















Literackość i przewrotność. Prostota i urokliwość. Delikatność i wulgarność. W „Lost” znajdziemy wiele cech, z których zazwyczaj składają się piosenki Owena. Utwór z „The King Of Whys” nie posiada skomplikowanej budowy, nie ma żadnego refrenu, pełen jest za to ciepłych, klimatycznych dźwięków i treści zgrabnie skompresowanej w efektywnych linijkach. Jako kawałek z szuflady podpisanej singer/songwriter/accoustic rock prezentuje się umiarkowanie, nieprzesadnie, zwyczajnie ładnie. Na zasadzie tej zwyczajnie niezwyczajnej ładności, która wraz z rezolutnymi zdaniami pokroju: Stay poor and die trying, Take the drugs I didn't take... nabiera większego znaczenia. Okazuje się wystarczająca i pełna, niewymagająca żadnych dodatkowych fajerwerków.


R&B mrocznawe, ciekawe brzmie-niowo, wokalnie trochę popisowe, a trochę stonowane, takie jak „Crybaby” ABRY to R&B optymalnie w moim guście. Struktura na tle, której wokalistka prowadzi swoje pociągające, choć zarazem chłodne wokalne zawijasy brzmi pasjonująco i odrobinę tajemniczo. To kompozycja, której nastrój wbrew pozorom nie tak łatwo określić. ABRA nie decyduje się na żaden do końca jednoznaczny ton. Jeśli mu-sielibyśmy umieścić „Crybaby” na czarno-białej osi wesoło-smutno, to zdecydowanie bliżej byłoby jej oczywiście do drugiego bieguna, choć wtedy też nie do końca bylibyśmy w domu. Tak czy inaczej, jest to utwór, w który warto się wsłuchiwać, ponieważ każdym szczegółem, każdą eightiesową partią klawiszy, sekwencją bitów czy melodią wokalu można się tu podelektować. Tym lepiej, że na wsłuchiwanie się słusznie dostajemy tu grube i treściwe pięć i pół minuty.



W przeciwieństwie do znacznej części piosenek Nicole Doll-anganger, choćby tych zawartych na udanej zeszłorocznej płycie „Natural Born Losers” „Chapel” nie należy do utworów szczególnie drastycznych pod względem lirycznym. Co prawda przelewa się tu trochę krwi, ale ów przelew wiąże się jedynie z podcinaniem dłoni przyszłych małżonków w ramach romantycznego gestu.* Co nie znaczy, że jest tak całkiem szczęśliwie i wesoło. Przeciwnie, balladę wypełnia najczystszy smutek, ale przy tym i nieprzeciętne piękno. Jest coś symbolicznego w dacie wydania singla – 15 lutego, nie walentynki, ale dzień po.** „Chapel” to trochę taka ostateczna piosenka miłosna. Urzekająca w zwrotkach, wstrząsająco bezpośrednia i piękna w refrenie, łamiąca serce w outro. Poruszająca za sprawą oszczędnego użycia dźwięków i delikatnego śpiewu wokalistki, w którym każde słowo wymawiane jest z jednakowym ogromem uczucia i wrażliwości.

*nawiązanie do sceny z filmu „Natural Born Killers”

**pierwszy raz „Chapel” ukazał się już w 2015 r. na EP’ce „Gretta Gibson Forever”, ale w lutym 2016 wydany został singiel, a następnie utwór pojawił się też w jednym z odcinków „The Walking Dead” przynosząc Nicole sporo pozytywnego szumu.


Witch Hats poznałem jakieś cztery-pięć lat temu dzięki koledze z wymarłej już instytucji znanej jako forum muzyczne. Zespół pochodzi z Australii, co w jakimś stopniu nawet słychać w ich knajpianym, zadziornym i dusznym rock’n rollu z wpływami post-punku czy psychodelii. Uwielbiałem ich balladę „In The Mortuary”, w której niewiele się dzieje i kilka motywów pow-tarzanych jest w kółko. Mimo to uwielbiam szczerze do dziś. Lubiłem numery takie jak „Hear Martin” pełne zadymionej atmosfery, dziwacznych klawiszy, ostrych wokali i gitar. W 2011-2012 roku nikt ich nie znał, choć temu, kto znał mogli się wówczas wydawać duszą muzyki rockowej, ostatnim prawdziwym gitarowym zespołem na ziemi, który się w tej Australii gdzieś na jakimś zadupiu uchował. Nie archaicznym, ale całkiem oryginalnym i kreatywnym, a przy tym w dalszym ciągu w jakiś sposób klasycznym. Coś z tego wszystkiego, a nawet dużo, zostało do chwili obecnej. Riffy i wokale w „Deliverance” nadal mają w sobie przyciągającą moc, ikrę i temperament. Świetnie brzmi tu przechodzenie ze zwrotek do refrenu, a powracanie z refrenu do zwrotki nawet lepiej. Wciąż jest w tym zadzior i ogień oraz energia wprawiająca mnie w spazmatyczne odruchy.


















Singiel zapowiadający bezkompromisowo zatytułowaną płytę „The Bible 2” świadczy o tym, że pomimo zagadkowej modyfikacji nazwy, z zespołem znanym dotąd jako Andrew Jackson Jihad wszystko jak najbardziej w porządku. „Goodbye, Oh Goodbye” jawi się kolejną folk punkową petardą, tryskającą inteligencją i kreatywnością. Wzbudzającą ciekawość linijkami tekstu (np.: 7th grade was hard enough, Someone thought that they knew me, If I stay in bed long enough, They’ll go to church without me), miażdżącą rzężącymi partiami gitar oraz błyskawicznie wpadającą w ucho dzięki prostemu jak drut refrenowi, któremu z powodzeniem towarzyszą: „zjeżdżający” motyw i dźwięki skrzypiec. To nadal w stu procentach oni, lirycznie bystrzy, muzycznie mocni, przejawiający wyśmienitą formę.  


„Satan” D.D Dumbo to praw-dopodobnie najlepsza tegoroczna piosenka z kategorii „dobre, bo rytmiczne”. Australijczyk udo-wodnił przy jej pomocy, że wpadające w ucho kawałki zawsze można zrobić nieco inaczej, sprytniej i ciekawiej. Używając np. klarnetu basowego czy melotronu do wstrzyknięcia w utwór życia. Singla z „Utopia Defeated” nie trzeba właściwie dzielić na części ani wyznaczać z niego posz-czególnych momentów, które miałyby wypadać lepiej od pozostałych. Dominuje raczej wrażenie ciągłości i skondensowania, jakby co najmniej znaczną część numeru nagrano jednym tchem na fali regularnego, plemiennego transu. 


Słuchając „Wanted It Too Want It Too” C Duncana doświadczam miłych retrospekcji związanych z indie popowymi wykonawcami, którzy na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat lubili sobie też trochę poeksperymentować. Przypomina mi się bardzo The Velvet Teen z etapu „Elysium”. Kojarzy się również Baths sprzed połowy dekady. Do tego może jeszcze coś od Grizzly Bear? Utwór muzyka z Glasgow to próbka znakomitego barokowego indie, jakiego wśród muzyki ukazującej się na bieżąco nie słyszałem od dłuższego czasu. Z jednej strony mamy u Duncana substancję jakby rozpuszczoną, harmonie wokalne mgliste i senne. Z drugiej przeciwnie, ultrawyraźne klawiszowe rozbłyski stanowiące główny hook. „Wanted It Too Want It Too” jest eteryczne, ale i pulsujące konsystencją. Fenomen utworu rodzi się być może właśnie ze zderzenia obydwu elementów. Nieuchwytnego i namacalnego zarazem.