Pokazywanie postów oznaczonych etykietą saddle creek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą saddle creek. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 grudnia 2015

Podsumowanie 2015: piosenki 30-21














Gitarowo wyczynia się tu rzeźnia, tekst do suchej nitki przesiąknięty jest pesymizmem, główny wokal brzmi zaś jakby w jednostajnym tempie, całkiem obojętnie zmierzał ku przepaści. Ulegam zresztą wrażeniu, że Spoudsi ogółem w „It Work Both Ways” są jakby definitywnie skoncentrowani na podążaniu do jakiejś bliżej niesprecyzowanej skrajności. Absorbujący jak gąbka post-hardcore Warszawiaków mimo to nie wpędza człowieka w stany traumatyczne, a wręcz przeciwnie na swój specyficzny sposób porywa. Warunkiem jest jedynie rozsmakowanie się w wyczuwalnym podskórnie fatalizmie i ekstremalnej dekadencji.

















Scena dość późnego emo, poprzedzająca już chyba tylko epokę podkradających termin krzykaczy z paznokciami malowanymi na czarno, składała się między innymi z małego odłamu, w którym prym wiodły arcymelodyjne, niemal indie popowe kapele, nierzadko liderowane przez wokalistki. Muzykę Adventures, pobocznego projektu Reby Meyers z Code Orange, z grupami w rodzaju Rainer Maria czy Jejune łączy pewne pokrewieństwo. Jedno z żywszych tegorocznych nagrań zespołu, „Supersonic Home” oddaje esencję stylu uderzającego gdzieś między emo, indie, przebojowy pop-rock  czy power pop. Tak miłe dla ucha, młodzieżowe i dynamiczne granie można sobie śmiało wyobrazić jako standardowy fragment playlisty amerykańskiego, studenckiego radia z lat 1997-2000. I choć w warstwie muzycznej kawałek ten znacznie już odbiega od czystego, klasycznego emotional hardcore, to sympatycznych emocji nie brak w jego dźwiękach, ani tym bardziej w znamiennym dla gatunku tekście: I'm starting to slide, Letting go of the feeling inside, Makes you feel good and bad at the same time.















Coraz ciekawiej dzieje się u Króla pod względem brzmienia klawiszy, budujących solidny kręgosłup kompozycji. Były one niezmiernie intrygujące już rok temu na „Nielocie”, ale w kawałkach takich, jak „Start” z tegorocznego „Wija” poziom unikalności wydaje się w nich zauważalnie wzrastać. Intro utworu pana Błażeja kojarzyć się może z mechanicznym odliczaniem przed odlotem rakiety. Syntezatorowe popisy chwilę po nim dość ambiwalentnie sprawiają zaś wrażenie trochę futurystycznych, a trochę jakby wyłaniających się sprzed kilkudziesięciu dekad. Dzieła dopełnia bardzo ludzki dla odmiany wokal oraz zagadkowo uformowany tekst, przekazujący swój sens możliwie jak najmniej wprost.    



















Powracający z muzycznych zaświatów panowie z The Velvet Teen, twórcy dość zlekceważonej perły indie rocka sprzed jedenastu lat, czyli albumu „Elysium” przypomnieli w tym roku o swojej klasie między innymi dzięki tej wzruszającej, fortepianowej kołysance. Judah Nagler już wtedy wsławił się w dużej mierze poprzez umiejętność pisania nietuzinkowych, niekiedy epickich ballad, co jak widać nie zaginęło w nim wraz z upływem czasu. „All Is Illusory” uderza ciepłem, głębią i elegancją, porównywalnymi chociażby z pamiętnym „Transatlanticism” Death Cab For Cutie (też tytułowym nagraniem ze swojej płyty), będącym wzorem dla kompozycji tworzonych w takiej stylistyce. Mocna szkolna piątka w kategorii „piękne, tęskne i jesienne”.   


















Jeżeli o mnie chodzi, to „Well-Dressed” mogłoby nawet zostać wykonane bez użycia żadnego instrumentu i składać się wyłącznie z manewrów wokalnych genialnej pod tym względem Frances Quinlan. Niepozbawione są przy tym wartości zarówno dominujące w pierwszej części partie akustyczne, jak i prowadzące do pięknie nuconego finału wejście gitary elektrycznej z perkusją (1:43: I read about you...). Ale wracając do najważniejszego elementu kawałka, dziewczyna liderująca Hop Along wszystkimi swoimi górami i dołami, zaśpiewami na zmianę wrażliwymi i drapieżnymi, falsetująca i chrypiąca, unoszona i rzucana przez pasjonująco ukazywane emocje wygrywa tutaj wszystko. „Well-Dressed” brzmi jak realna chwała i zapowiedź grubych czasów dla charyzmatycznego kobiecego rocka.















Owocna kontynuacja muzycznego romansu ambientowego producenta i kompozytora z Lund oraz pochodzącej z tym samych rejonów Szwecji wokalistki o podobnych zainteresowaniach. Tym razem spotkanie dwójki artystów odbywa się na gruncie nieco odleglejszym od upojnych klimatów italo-disco. To już nie klub ani parkiet, a raczej ciepłe i bezpieczne domowe zacisze. Oparte częściowo na technice field recording „The Best Thing” przywołuje nastrój spokojnego, deszczowego wieczora. Agebjörn z niezwykłą dbałością waży swoje krystalicznie melancholijne, ale w gruncie rzeczy pogodne dźwięki, jak ulał pasujące do kojącego, delikatnego śpiewu Sally, a zwłaszcza nuconego przez nią bezsłownego refrenu. Pomiędzy parą muzyków panuje idealna chemia, której największym beneficjentem staje się oczywiście słuchacz.      



Jak pisałem już w recenzji „Headache” z 31 marca 2015 r. „Wasteland” to utwór hipnotyzująco-oszałamiający. Powtarzane w kółko: running running running wsparte zapętlonym motywem klawiszowym i nawracającymi sprzężeniami oraz wzbudzającym ciarki zdaniem: lepers in square 155 tworzą efekt wirującego cyklonu, w którego środku znajdujemy się my, odbiorcy tej muzyki. Członkowie Trupy Trupa jawią się tu swojego rodzaju ujarzmiaczami chaosu, opanowującymi go w pewnym stopniu i wykorzystującymi jego niszczycielską siłę do tworzenia muzyki niebezpiecznie fascynującej.   
















Horrendalnego przedstawienia kryzysu ludzkiej świadomości przez Joe’ego Caseya w „Why Does It Shake” nie sposób przecenić. Niezachwiana wiara w wieczność własnego trwania upada w starciu z zawsze zwyciężającym „obcym”. Strach wdziera się w umysł i opanowuje ciało tak, jak w utworze Protomartyr upiorne bębny, wzbudzające dreszcze gitary i obojętny wokal niszczą słuchacza na płaszczyźnie estetycznej. Post-punk może być szokująco dobry także dziś.

















Gdyby tak rzucić okiem na podział strukturalny części składowych „The Moment” widniejący tuż pod utworem na YouTube można by ulec wrażeniu, że piosenka Tame Impala posiada dość klasyczną budowę, w której zwrotki, refreny, mostek i outro są całkowicie na swoich miejscach. Trudno jednakże pojawiający się dwukrotnie fragment rozpoczęty od słów: Want them to be in the moment... uznać za jakikolwiek refren. W rzeczywistości Kevin Parker upycha tu raczej najpierw obydwie, słodko-gorzkie zwrotki, oddzielając je od siebie rzeczonym króciutkim momentem, aby już po upływie niecałych dwóch minut sprzedać bridge i outro będące prawdziwym odpowiednikiem refrenu, a już na pewno najsmakowitszym elementem kompozycji i celem jej dążenia. Nie dziwi bynajmniej, że na tę właśnie sekcję kawałka, czyli wymawiane bez końca, roztapiające się w pogłosowych harmoniach: it’s getting closer... zespół przeznacza większą część ścieżki trzeciej z „Currents”.     
















Jednym z ulubionych tematów Jeffa Rosenstocka nadal pozostają więzi łączące wokalistę z najbliższymi mu ludźmi. Jako ulubiona forma wyrazu ostaje się z kolei, co nie zaskakuje, charakterystyczny dla ex-lidera Bomb The Music Industry! hiper-energetyczny melodic punk. „You, In Weird Cities” opowiada o dyskomforcie posiadania najlepszych przyjaciół i zarazem muzycznych kolegów (członków BTMI!, Andrew Jackson Jihad czy Fake Problems) w wielu dalekich miejscach USA. Odległość i samotność okazują się jednymi z powodów koszmarnego samopoczucia Jeffa, faceta po trzydziestce, dla którego brak poważnych zobowiązań powoli staje się bardziej wadą niż zaletą: I don’t have to wake up, I don’t have to feed a kid, And it’s got to the point where I’m not sure if that’s something I wanted. Tęsknotę Rosenstock rekompensuje sobie nie poprzez oglądanie zdjęć, a słuchanie albumów nieobecnych kompanów, dzięki której może czuć się tak, jakby szwędał się z nimi tam w dziwnych miastach. Ostro chwytliwy, autentycznie krzepiący hymn. 

wtorek, 3 lipca 2012

Cursive - I Am Gemini (2012)












9

Kto trzy lata temu czuł się nieco zawiedziony albumem „Mama I’m Swollen” oraz zmianą stylu Cursive na spokojniejszy i bardziej zachowawczy, przy okazji „I Am Gemini” powinien odetchnąć z ulgą. Nowa płyta kwartetu z Nebraski swoją nie najgorszą, choć budzącą pewien niepokój poprzedniczkę przypomina w stopniu naprawdę niewielkim. Pod względem energii i kreatywności zdecydowanie bliżej jej do wcześniejszych, sztandarowych dzieł zespołu takich jak „The Ugly Organ” czy „Happy Hollow”. Tym razem Tim Kasher ideę koncept-albumu wykorzystuje w pełni, od początku do końca, tworząc spójną, logiczną historię Cassiusa i jego tajemniczego, mrocznego bliźniaka imieniem Pollock. Brzmienie panowie podporządkowują czemuś co z grubsza nadal nazwiemy „indie rockiem”, wyjątkowo dynamicznym, równie często połamanym, jak i melodyjnym, trochę progresywnym i trochę oczywiście popowym. „The Sun And The Moon” pozornie płaskie oraz nieefektowne po kilku przesłuchaniach okazuje się jeszcze bardziej przebojowe i uzależniające niż promujące poprzedni krążek „From The Hips”. Wspaniale skonstruowane, misterne „The Cat And Mouse” chwyta od początku, zmuszając do równie wielokrotnego zapętlania. Kapitalnie wypada sekcja rytmiczna „Warmer Warmer”, „Twin Dragon/Hello Skeleton” to progrockowa ciekawostka, a finalne „Eulogy For No Name” wprost niszczy końcową gitarową apokalipsą. Obóz Cursive w Omaha, Nebraska solidnym murem stoi. Opinie o przeciętności płyty, kryzysie w Saddle Creek czy końcu świata po wyborze czarnego papieża radzę włożyć między bajki.

niedziela, 27 listopada 2011

Cursive - Mama I'm Swollen (2009)












8

O „Mama I’m Swollen” zdarzyło mi się pisać dwa razy. Najpierw w długiej recenzji dla pewnego nieistniejącego już serwisu (7/10), następnie w podsumowaniu roku 2009 również dla niego. Opinie zmieniały się, a ta pierwsza na dzień dzisiejszy jest najmniej aktualna. Mimo to po drobnym retuszu wciąż utożsamiam się z ¾ pierwszego tekstu i całością drugiego.

1

„In The Now” to jakby post-scriptum po punkujących kawałkach lat poprzednich. Szybkie tempo, intrygująca przebojowość i klimat potęgowany przez zgrzyty gitary. W tekście mamy zaledwie cztery powtarzane w kółko linijki, ale wynagradza to przeznakomity fragment pod koniec z nagłym zahamowaniem prędkości słowami „repeat, repeat repeat!”.

„From The Hips” udostępniono w internecie na długo przed premierą płyty. Najpewniej pierwszy singiel. Spokojny, przyjemny równie przylepny jak poprzednik. W połowie drugiej minuty za sprawą perkusji robi się nieco żywiej, ale ładniutka melodia nie daje za wygraną. Naprawdę fajna piosenka. „I Couldn’t Love You” brzmi poprawnie. Nie ma zbytnio o czym mówić. Nadal mamy do czynienia z ułożonym albumem. Na nic słabszego Kasher i spółka nie mogli sobie pozwolić. Z niego rodzi się klimatyczny „Donkeys”. Zabójcza jest ta pozytywka nadająca dziecięco-klaustrofobicznego nastroju. Ta pieśń jako jedyna prawie sięga urokiem ballad rodem z „The Ugly Organ”.

W „Caveman” świetną melodię budują za pomocą specyficznie brzmiących klawiszy. Te dwa kawałki umiejętnie wkręcają w klimat. „We’re Going To Hell” jest już w nim umoczony po uszy. Tu też daje o sobie znać „organiczna” atmosfera. W „Let Me Up” da się słyszeć kościelne organy, Tim powtarza tytuł utworu, jest trochę gitary i trąbki. Utwór powoli dochodzi do wrzenia zakończonego wybuchem wokalnym i instrumentalnym. Kolejne „let me up” brzmią już jak płaczliwa prośba a chwilę później tytułowe słowa zostają potężnie wypowiedziane wraz z podniosłością orkiestrowego aranżu. Tym razem bardziej jak groźba…

Najdłuższa w zestawie „What Have I Done” kończąca szósty album Cursive jest na szczęście tworem całkiem konkretnym. Opowieścią o mężczyźnie, który zaszyty w motelu w El Paso wyżala się oraz wspomina dotychczasowe jałowe życie („I spent the best years of my life/Waiting on the best years of my life”). Dźwięk nieźle łączy się z tekstem. Strukturalnie przypomina „Bad Sects” z „Happy Hollow” oraz „Staying Alive” kończące „Ugly Organ”. Rozpaczliwe „What Have I Done? What Have I Done?” przy ostatnich mocnych dźwiękach (ten sam zabieg co dwie piosenki wcześniej) pozostawiają bohatera dramatu gdy sztuka dobiega końca.

Album za nami. Wnioski? Nie ma ani wiolonczeli ani dużego udziału ledwie słyszalnych dęciaków. Jest klimat, ale niesamowita dynamika gdzieś się ulotniła. Nie ulega wątpliwości, że legendarna kreatywność Kashera nieco oklapła. Teksty nie wypadają tak zacnie jak dawniej bo choć znajdzie się takie "The world was built on ego, It was built on slaves/The world was built on a tickle, Between our legs" a i banały Tim potrafi wyśpiewać przekonująco ("don’t tell me what you want cause I don’t wanna know") przebłysków talentu w tej kwestii doznajemy zbyt rzadko. Nie ma jednak mowy o ogromnym rozczarowaniu. Początkowe przesłuchania mogły wprawdzie budzić poważny niepokój, ale „Mama I’m Swollen” prędko ukazało swoich kilka wcale nie oczywistych walorów. Nie wiem czy się cieszyć, że jest dobrze czy żałować, że jest tylko dobrze. Najpewniej wybiorę i jedno i drugie. Płytę przyjmuje choć nie zadowala mnie ona w pełni. Odliczanie do następnej już rozpoczęte.

*

5. Cursive – Mama I’m Swollen (z podsumowania 2009)

Najbardziej niedoceniony z recenzowanych przeze mnie albumów i dowód na to jak łatwo można pomylić się względem muzyki. Nie żebym opisywał go kilka miesięcy wcześniej bez zastanowienia i po łebku, ale nawet jeśli wtedy poświęciłem „Mamie” naprawdę sporą ilość odsłuchów to i tak było za mało. Czas okazał się decydujący. Fakt, że to płyta po jaką sięgałem w 2009 zdecydowanie najczęściej, świadczy sam za siebie. To wciąż Kasher w pełni artystycznych sił, skierowany jedynie w zupełnie inne rejony niż na "Happy Hollow". Ostatecznie stwierdzam, iż nie ma tu ani jednej piosenki rozczarowującej. Każda daje coś od siebie w zupełnie inny sposób. Wymiatające „In The Now”, nieprzyzwoita przylepność „From The Hips” czy prosta przyjemność ze słuchania „I Couldn’t Love You”. Można tak wymieniać jedną po drugiej. „Donkeys” wprowadza w głęboki, nieco koszmarny klimat. „Caveman” ucieka od niego żwawszym, porywającym tempem. Z kolei „We’re Going To Hell” na dobre wciąga w nastrojowe bagno. Nie pierwszy już raz muszę oddać pokłon tekściarstwu Tima. Ono jest silnikiem dla dziesiątkowego „Mama I’m Satan”. Poprowadzonego mrocznymi linijkami prosto do burzliwego, chaotycznego zakończenia. Rozszalałe trąbki, dęciaki i żarliwie skandowane „I cast you out! I cast you out! I drag you out!” wyrzucają mnie z butów. Sam finał w postaci „What Have I Done” zasługuje na miano najbardziej elektryzującego closera roku. Od zdołowanego początku do wyładowującego frustracje, przeogromnie dramatycznego zakończenia. Czyżby muzyczna auto-terapia kompozytora? Skoro tak to Kasherowi trzeba życzyć aby swoje smuty nadal przelewał na albumy tak głębokie, doskonałe i paradoksalnie bardzo chwytliwe.

niedziela, 9 października 2011

Cursive - Happy Hollow (2006)












10

Zapraszamy do "Happy Hollow". Niczym nie wyróżniającego się amerykańskiego miasteczka. Zamieszkują w nim zwykli, uczciwi ludzie wiodący swe przyziemne żywoty tak jak im Pan przykazał. Pod zasłoną zwyczajności i bogobojności odnajdujemy jednak całą zgraję grzeszników. W każdym domu znajdziesz winę. Za sprawą Tima Kashera i Cursive przyjrzymy im się teraz nieco bliżej. Wraz z otwierającym hymnem odsłuchamy 14 współczesnych pieśni dla pogan. Biją dzwony kościelne, włącza się przester. Dorotka po czterdziestce jest nazbyt oderwana od rzeczywistości. Żyje w krainie snów, marzy o złotych ulicach, kolorowych tęczach i rubinowych miastach. Nigdy nie zrozumie, że marzenia się nie spełniają. „Marzyciele nigdy nie żyją, tylko o tym marzą, amerykańskie sny zanieczyszczają nasze miasta”. Przy kolejnej okazji dajemy się wciągnąć w dyskusje i rozterki egzystencjalne. Przy pikantnym, wybuchowym akompaniamencie „Big Bang” dowiadujemy się, że życie przyniósł człowiekowi wielki wybuch. Ale zaraz. Co w takim razie z Adamem i Ewą? Co z wężem i jabłkiem? „Ciekawe co by ten wąż powiedział gdyby tylko mógł nas dziś zobaczyć, ha ha ha!”. Tymczasem miejscowy ksiądz i przybyły niedawno młody kleryk czują do siebie coś dziwnego i ewidentnie zakazanego… („Bad Sects”). „Oni wiedzą, że to jest złe, bo powiedziano im, że to jest złe”. Gdzie indziej pewien chłopak przez całe życie postępuje tak jak należy. Wedle wskazań ojca, rodziny, ukochanej i jej rodziny. („Flag And Family”) Teraz rodzina patriotów i fanatyków wysyła go do boju za kraj. „Ale Czy kiedy klękał na kolana modlił się o świętą wojnę? Czy kiedy klękał na kolana modlił się o ropną wojnę?”. Jeszcze w innym miejscu („Dorothy Dreams Of Tornadoes”) dwoje ludzi od lat planuje ucieczkę z miasta. Z każdym rokiem to samo, ale nigdy się nie udaje. „To miasto, to miasto niszczy nas”. Przydałoby się jakieś tornado. W uwodzącej melodią, niezwykłej balladzie „Into The Fold” poznajemy historię pasterza i owieczki. Wyglądałoby to nawet na uroczą piosenkę o początkach miłości gdyby pasterz nie miał w torbie książki Dostojewskiego. Gdyby naprawdę był zagubionym studentem, a nie polującym na naiwne owieczki zbrodniarzem. Resztę hymnów poznajcie sami. Dla zachęty dodam, że przyprawione są pokaźną dawką energetycznego rocka. Niesamowicie brzmiącymi gitarami, rozszalałymi instrumentami dętymi oraz znakomitym wokalem. Bywa mocno, szybko, ponad wszystko porywająco. „Happy Hollow” to idealnie zrealizowany koncept album o tematyce anty-dewocyjnej. Nawiązujący do biblijnych przypowieści, ciut kontrowersyjny, choć w swej wymowie nie przekraczający granic dobrego smaku. Cięty, ironiczny, ale słuszny i w każdym calu doskonały.


środa, 21 września 2011

Cursive - The Ugly Organ (2003)












10

(INTRO) Najpierw słyszymy dźwięki radosnej orkiestry, wesołe miasteczko, WTF? A potem ORGANY. Złowieszcza melodyjka. Jakiś psychopata wrzeszczy coś o perwersji, lamencie, spowiedzi i chorej obsesji. Ta atmosfera i obłąkańczy okrzyk. Dr. Frankenstein stworzył swojego potwora.

Chwilę później te same słowa docierają do nas już w postaci pierwszego utworu na „The Ugly Organ”. „Some Red Handed Sleight Of Hand” wchodzi tak pewnie i bezkompromisowo, że jedyne z czym może się kojarzyć to… szubienica. Perkusja, wiolonczela oraz gitary, w które uderzają chyba kijami tworzą morderczy, piosenkowy mechanizm. Ciach, ciach. W górę i w dół. W naszych uszach wybrzmiewa historia brzydkiego organisty. „Nie ma potrzeby utrzymywać sekretów, wszystko co ukryłem kończy się w tekstach, więc przeczytaj i mnie oskarż, jeśli to co napisałem wprowadzi cię w błąd”. Z tego co zdążyliśmy się dowiedzieć, organista nie posiada zbyt czystego sumienia. Jego tytułowym brzydkim organem jest w rzeczywistości pełna od grzechów dusza.

Nr 3 „Art Is Hard”. Teraz ten szatański instrument zwany wiolonczelą gotuje istne piekło. Brzmienie jak z soundtrack do sądu ostatecznego. „Więc jesteśmy znów w tym miejscu, sztuka udawanej słabości, zakochiwanie się dla porażki, dla podniesienia cen płyt. Więc płyty się sprzedają, och co za hit! Musisz to powtórzyć, musisz utonąć żeby popłynąć!”. Wygląda jak prosta do odczytania przestroga przed sprzedawaniem życia prywatnego, emocji i uczuć celem komercyjnego sukcesu oraz popularności. „Możesz oszukać, oszukać, oszukać ból, możesz uczynić, uczynić, uczynić z niego broń, możesz złamać, złamać, złamać nogę, kiedy jesteś na scenie i oni krzyczą twe imięęęęęęę. Wszyscy wiemy, że sztuka jest trudna. Kiedy nie wiemy już kim jesteśmy.”

Jedziemy dalej. „The Recluse”. Czas na odpoczynek od trudnego, szarpiącego nerwy nastroju. Ta cudowna kołysanka koi sfatygowany umysł. Jest słodko choć smutnawo. Jednakże sam tekst nie wnosi wielkiej poprawy do losów organisty. Niby pojawi się kobieta, dom, wygodne łóżko. Ale towarzyszą temu niepokój, obawy, niepewność. „Mogę wynieść się z jej łóżka ze strachu, że nigdy więcej nie będę już w nim leżał , Jak mam to skończyć aby rozpocząć? nie wiem, Czemu mam zaczynać coś czego nie mogę skończyć? Och proszę nie męcz mnie pytaniami do tych wszystkich brudnych odpowiedzi, moje ego jest jak mój brzuch, wydala wszystko czym je żywię… Może nie chcę już niczego kończyć, nigdy więcej, może mogę zaczekać w jej łóżku aż wróci, i wyszepcze: „Jesteś teraz w mojej sieci, zwiążę cię ciasno, dopóki mam czas by ukąsić.”

„Herald! Frakenstein” to krótkie, przerażające intro do dalszej części. Zaledwie jedno zdanie „Nie mogę powstrzymać bestii, którą stworzyłem…” zapowiada fascynujący ciąg dalszy wydarzeń.

I tak „Butcher The Song” przywraca posępność i grozę pierwszych utworów. Maksymalizuje ją wręcz do prawdziwego, dźwiękowego widowiska grozy. Budują je cztery złowróżbnie przemykające dźwięki. „Piszę piosenki dla rozrywki. Ale ci ludzie chcą wyłącznie bólu. Chcą zobaczyć moje najgłębsze grzechy. Piosenki z mojego brzydkiego organu… I to co wychodzi to koszmarny bałagan, piosenki, których nie mogę zapomnieć/ Wyrzuć rzeźnicki nóż, krzyczałem przez lata, ale zaprowadziło mnie to do nikąd, po prostu wyrzuć rzeźnicki nóż, WYRZUĆ RZEŹNICKI NÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓŻŻŻŻŻ. „Jaki piękny mamy dzień” – powiedział rzeźnik zanim uniósł swe ramię…”

„Driftwood: A Fairy Tale”. Kolejna po „The Recluse” niezwykła ballada sprowadzona do postaci bajki o Pinokiu i wróżce. Nasz rzeźnik-organista próbuje kochać, ale jego miłość okazuje się pusta.

Ale o miłości mamy także następny „Gentleman Caller”. Właściwie to o zdradzie. Ona podejrzewa o zdradę jego („Twój dżentelmen woła, och, on woła kogoś innego”). Dlatego sama naiwnie się jej dopuszcza („Ty zła dziewczynko, czy czujesz się dobrze będąc złą? i coraz gorszą?”). Dla odmiany ostrzejsza kompozycja z porządnie idącymi w ruch strunami. Pierwsza część nieszczęśliwie rozgoryczona, podsycona alkoholem. Druga spokojna, naznaczona już bólem głowy (dosłownym oraz moralnym). „Ale wczesnym rankiem, skacowanym zmierzchem niedzieli, nie jesteś pewna co zrobiłaś, kto ci powiedział, że miłość ucieka? czasem mężczyźni wprowadzają w błąd, po to by dostać czego od ciebie chcą."

„Harold Weathervein”. Muzycznie następny majstersztyk. Odgłosy ulicy, śpiewających ptaków, mrocznie stawianych kroków. „W jego głowie jest jak w pogodzie, w jego głowie jest jak w pogodzie”. Genialny motyw w okolicach refrenu i organiczna uczta trwa dalej.

„Bloody Murder”. Ten tytuł tu pasuje. Aranżacja i atmosfera wstrząsające. Pod czyimś łóżkiem jest duch. Ma najwyraźniej pretensję do swojego oprawcy. Kapitalnej prostoty słów „let go let go please let me be, look at the ghost you made of me” nie podejmę się tłumaczyć. „Krwawy morderco, pozwól mi spoczywać w pokoju, kiedy byłam twoja, ty zbiegłeś ze sceny, teraz nie wymyjesz swych rąk ze mnie”. To z kolei może wyjaśniać czemu w pierwszej piosence mieliśmy „Some Red Handed Sleight Of Hand”.

W „Sierra” niespodziewanie pojawia się motyw ojcostwa. „Na pustyni, gdzie miasta wykonane są ze złota, jest dziewczynka grająca w klasy, z warkoczami splątanymi różową wstążką, chciałbym wiedzieć kto jest jej ojcem, i czemu mówią na nią Sierra.”

No i finał. „Staying Alive”. Trwa co prawda całe 10 minut, ale najważniejszą konkluzją są słowa tytułowe. Dokładnie: „tonight I’ve decide, I’m staying alive/ zdecydowałem tej nocy, pozostaje przy życiu” . Chór odśpiewuje ostatnie „do do do do do do do do the worst is over…/ najgorsze się skończyło…”

Aktorzy kłaniają się, kurtyna opada, koniec spektaklu, koniec mistrzostw.


wtorek, 16 sierpnia 2011

Cursive - Burst And Bloom EP (2001) & Small Brown Bike/Cursive (2001) split












8

they've got a good fan base
they've got integrity
they've got a DC sound
Shudder to Think, Fugazi
and Chapel Hill Around The Early 90's
this is the latest from Saddle Creek


Przypomnijcie sobie jeden bardzo ważny dla was album, być może najlepszy albo jeden z najlepszych jakie słyszeliście. Znacie go od deski do deski, każdą melodię, każde przejście i fragment tekstu. Gotowe? Ok, to teraz wyobraźcie sobie, że album ten posiada coś w rodzaju krótkiego wstępu-trailera, którego do tej pory z jakiegoś powodu nie odkryliście. Niemożliwe? Też mogłem tak myśleć przed zapoznaniem się z „Burst And Bloom”.

EP’ka ta jest dla „The Ugly Organ” swoistym „Fire Walk With Me”. Z tą różnicą, że o ile nakręcony później prequel serii Lyncha wywoływał mieszane odczucia tak mini-album Cursive z 2001 roku to pozycja niepodważalnie udana. Sporo się w międzyczasie zmieniło w składzie zespołu co ewidentnie odcisnęło piętno na brzmieniu. Po rozpadzie w 1998 i „pośmiertnym” wydaniu „Storms Of Early Summer” grupa rok później powróciła bez Steve’a Pedersena na gitarze, a z nową siłą nabytą z zacnego zespołu Lullaby For The Working Class, Tedem Stevensem. Prawdziwą rewolucję i stylistycznego kopa zapewniło jednak dopiero dołączenie do składu wiolonczelistki Gretty Cohn. Jej pierwszy „feature” słyszymy właśnie na „Burst And Bloom”. Za sprawą znakomitego „Sink To The Beat” (liryczny starszy brat „Art. Is Hard”) otwiera się nowy rozdział w historii Cursive. Coś zdecydowanie rusza, znikają ostatnie ślady toporności, wszystko finezyjniej zgrane, lepsze, wytrawniejsze. Już wcześniej Kasher dał się poznać jako kompozytor stroniący od rzeczy oczywistych. Tutaj mamy utwór o tworzeniu utworu, tekst, którego fenomenu nie da się do końca wytłumaczyć, ale przy bliższym zapoznaniu zadziwia unikalnością. „Clint steps in to establish the beat, 4/4 hip hop and you don't stop, this unique approach to start an EP, intended to shock, create a mystique”. Tim wyraźnie odczuwa jakiś ból związany z procesem pisania (wspominałem o tym w recenzji “Storms”) co nie zmienia faktu, że akt ten wychodzi mu więcej niż fantastycznie. Muzyka natomiast w żaden sposób nie odstaje, powalając kunsztem. Także w tej kwestii Kasher postarał się o odpowiedni opis już w samej piosence: „Some melodies are like disease, they can inflame your misery, they will infect your memory, they haunt me” i cóż tu więcej dodać? Niepokój wkradający się po drugiej minucie prowadzi do dramatycznego wywrzeszczenia tytulowych słow kawałka jak i albumu.

Elementem nadającym kompozycjom z „Burst And Bloom” wyjątkowości jest zresztą głodowe dawkowanie tych dynamiczniejszych, post-hardcore’owych fragmentów. Pojawia się ich zaledwie kilka, ale wejście każdego zwyczajnie rozsadza dany numer od środka. Najlepszym przykładem „The Great Decay” nad jakim warto się rozwodzić przez co najmniej kolejny akapit, pierwszy utwór w stu procentach oddający estetykę i klimat „The Ugly Organ”. Szczególnie dowodzi tego klaustrofobiczna końcówka i zauważalny wpływ instrumentu Gretty, dzięki któremu Cursive nie będzie się już dało pomylić z żadną inną kapelą. Sam sposób prowadzenia piosenki wypada zabójczo sprawnie. Niczym szybkie auto co chwila zbaczające w inną, nieznaną ścieżkę, bliskie kolizji, ale zawsze wyjeżdżające na prostą. Masa pomysłowych rozwiązań, smaczków, no i energii…„Falling into the great decay, GIVE IN! GIVE IN! GIVE UP!!!”.

Kawałkiem o nieco innym charakterze jawi się „Tall Tales, Tell Tales”, monumentalna ballada śpiewana przez Teda Stevensa, jakżeby inaczej – w pełni zanurzona w nastroju odpowiednim dla nadchodzącej płyty długogrającej. „Mothership, Mothership, Do You Read Me?” i „Fairytales Tell Tales” ponownie oczarowują inteligentnie-porywającą konstrukcją. Tyle szczerej chęci do nieprawdopodobnego wymiatania i wyczuwalnej radości z robienia tego (2:48 w „Mothership…) znajdziemy u nich później chyba tylko na „Happy Hollow”.

„Burst And Bloom” to moment, w którym dobry zespół staje się czymś o wiele więcej. Gitarowe eskapady, połamane rytmy, wokalna charyzma, do tego jeszcze upiornie doskonała wiolonczela. Pomyślcie o każdej z tych części składowych oddzielnie, a następnie skonfrontujcie je ze sobą. Efekt porównywalny z niektórymi wyczynami cytowanych tutaj Fugazi. Post-hardcore’owe dziedzictwo trafiło w najlepsze ręce.

*

Small Brown Bike/Cursive split (2001)












6

A na dokładkę takie oto jeszcze niepozorne wydawnictwo, które ukazało się tego samego roku co powyższy zawodnik pod szyldem bliżej nikomu nieznanego Makoto Recordings. Small Brown Bike, całkiem zasłużony zespół post-hc przełomu lat 90’tych i zerowych ma tu swoje 4 minuty przyzwoitego grania a la Hot Water Music czy Bear Vs Shark. Cursive z krótszym o 56 sekund nerwowo poprowadzonym kawałkiem „Nostalgia” (bez głównych wokaliz Kashera) także nie dają ciała. Do szybkiego przełknięcia w poczekaniu na split z japońskimi herosami indie-rocka.


piątek, 12 sierpnia 2011

Cursive - Domestica (2000)












7

“Domestica” jawi się w dyskografii Cursive bardzo ważnym przystankiem czy może nawet pierwszą stacją nowego startu. Dwie początkowe płyty nagrali w stylistyce typowego, choć pierwszoligowego indie-emo po czym wydawać by się mogło, że idąc śladem innych ekip tego grania odejdą w niepamięć i zakończą swój żywot. Szczęśliwym trafem zespół Tima Kashera przegrupował siły wracając w nieco odmienionym stylu, z dobrą płytą, od której już tylko jeden odcinek dzielił do fenomenalnego „The Ugly Organ”. Skupmy się jednak teraz na samej „Domestice”, bo krążek to nie byle jaki. Kasher pierwszy raz próbuje pisać coś na kształt koncept-albumu, rozwija swój song-writting, zespół zaś lekko przeobraża brzmienie. Od strony dźwięków mamy do czynienia z hermetycznym, solidnym indie-rockiem łamanym na lekkie post-hc. Emocja cały czas odciska się mocnym piętnem, riffy brzmią porządnie, Tim śpiewa, krzyczy, broni się jako wokalista wyrazisty. Najbardziej zażerają pierwsze cztery kawałki : „The Casualty” ,„The Martyr” (Kasher wymawiający tytułowe słowa na końcu!), intensywne, najbardziej zakorzenione w stylistyce, z jakiej wyrośli „Shallows Means Deep Ends” oraz piękne „Making Friends And Acquaintances”, nad którym rozwodziłem się już tutaj (link). Lirycznie dostajemy opowieść o niełatwych relacjach pomiędzy mężczyzną i kobietą w związku („sweetie” i „pretty baby”). Podobno w pewnym stopniu oddającą przeżycia Tima związane z jego własnym małżeństwem oraz rozwodem. Linijki w rodzaju “I don’t want to be seen as a pretty thing ‘Cause it’s the pretty things that we’re always breaking” z “The Lament Of Pretty Baby” czy “Sweetie, the moon has raped me, It has left its seeds like a tomb inside me, So I must learn to abort these feelings, This Romance is bleeding” z "The Casualty" to już typowa dla lidera Cursive poetyka gorzkich doskonałych tekstów. “Domestica” to mały-wielki album, skromny, dopracowany, stanowiący przedsionek złotych czasów. Według niektórych właśnie tu grupa osiąga swe artystyczne spełnienie. Mi jednak daleko do podobnych wniosków. Najlepsze miało przyjść za 3 lata.