Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Miegoń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Miegoń. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 listopada 2015

Melisa - Dla Melizy (2015)











6

Wolę brzydotę, Jest bliżej krwiobiegu. Te słowa mogłyby stanowić punkt wyjścia dla budowania przekazu przez zespół Melisa. Czerpiąc z antyestetyzmu pełnymi garściami kapela oddaje się bowiem kreśleniu realistycznych ilustracji społecznych patologii i skrajnie negatywnych stanów emocjonalnych. Obrazy nędzy i rozpaczy tworzą z noise’owo-hardcore’owym brudem alians całkowicie spójny oraz tak samo efektywny. 

Związek muzyki i tekstów na „Dla Melizy” jest zdecydowanie nierozerwalny. Przy tych dźwiękach dziwnie byłoby śpiewać o kwiatkach i motylkach. Analogicznie linijki w rodzaju Bardzo nie chcę tutaj być i zrzygałem się do krwii nie pasowałyby raczej do ładnych piosenek. Zdarza się tu co prawda czasem jakiś przetrącony, zabłąkany kawałek „melodii”, ale jawi się on prędzej ironicznie pozostawionym na kilka chwil niedobitkiem. Takie wrażenie można odnieść słuchając „Trotylu”, w którym zwłaszcza fragment: Zamknij sumę wszystkich dni w zadymionej klatce i... na swój zdegenerowany sposób wpada w ucho. Istota tego albumu to jednak granie nieubłaganie brutalne, mocne i ponure. Smakowity technicznie zlepek jazgoczącego noise-rocka z niezwykle mroczną odmianą post-hc. Najlepiej dzieje się na krążku, kiedy grupa wyprowadza najcięższą artylerię. W numerach takich jak: „Gdzie giną gołębie”, „Dla Melizy”, „Podróż za jeden uśmiech” czy ultra-masakrującym „Nie mam gdzie spać”. Nieprzypadkowo wymieniłem kompozycje najbardziej treściwe jeśli chodzi o zawartość słowa. Popisy liryczne Mateusza Romanowskiego zwielokratniają ostry wyraz muzyki i wraz z nią świadczą o największej sile Melisy. Szkoda, że w drugiej połowie stopniowo ulegają marginalizacji po czym ostatecznie znikają. 

„Dla Melizy” to płyta bez wątpienia oryginalniejsza od innej tegorocznej pozycji z udziałem Romanowskiego czyli „Fear Is The New Self-Awareness” The Spouds. Przy tym ani lepsza ani gorsza, bo zupełnie inna i na dobrą sprawę nieporównywalna. Solidna strawa dla antyestetów i fanów intelektualnej muzycznej agresji.

sobota, 11 października 2014

Kiev Office - Statek Matka (2014)


Otoczka to dużo, więcej niż mogłoby się wydawać. To, co dzieje się przed ukazaniem płyty, wszelkie zapowiedzi i zachęty nie zmieniają samej muzyki, ale mają ogromny wpływ na podejście przed sięgnięciem po nią. Podejście z kolei nie pozostaje bez wpływu na odbiór. I tak, na nowy Kiev Office narobiono mi smaku w całkowicie odpowiednim czasie, może tydzień przed premierą. Tak się również złożyło, że poprzednie dwie płyty, wcale nie z powodu premiery tej nowej, odświeżyłem sobie w niedalekiej i bardzo niedalekiej okolicy premiery „Statku Matki”. Otrzymanie świeżego materiału w tym momencie ucieszyło bardziej niż mogłoby w innym. Wzrósł entuzjazm, ale i podniosła się poprzeczka oczekiwań.

Moje zainteresowanie szczególnie ukierunkowane zostało do jednego z kawałków, o którym usłyszałem wcześniej to i owo.  „...a "Bulwar Molo" z refrenem "wirujesz wciąż jak fakir, zawijasz siebie w rollo, skaczesz przez bulwar, skaczesz przez molo" ma szansę stać się największym przebojem Kiev Office” pisał na fejsbukowym wallu Bartosz Chmielewski z Muzyki Końca Lata. Na wzmianki o przebojowości w kontekście zespołu, którego przebojowe fragmenty uwielbiam, zapaliłem się jak norweski kościół. Odpalając „Statek” miałem nawet zamiar zacząć swój odsłuch właśnie od numeru ósmego. A jednak coś mnie powstrzymało, ujarzmiłem ciekawość, postanowiłem rozprawić się z wszystkimi piosenkami po kolei, po bożemu. 

Zanim do meritum, jeszcze jedna około-tematyczna dygresja. Opowiadania z „bruLionu”, zadupijne dzielnice Katowic, podróże pociągami, „Lalamido”, reklamy Mazdy i szamponów do włosów wskrzeszane z YouTube’a, teledysk Code Orange, znane, młodsze trochę tylko gęby polityków w „Nocnej Zmianie”, wszelkiej maści brudna muzyka rockowa. Różne rzeczy w ciągu ostatnich miesięcy pobudzały moją ostrą nostalgię za latami 90. Ostatnim (jak dotąd) elementem owego pobudzania był live „Satelity” Kiev Office z 2009 roku. Nagranie ukazujące całą zadziorność kawałka i zawartą w nim, jedynie dla „ninetiesów” odpowiednią hiciarskość skumulowaną w gitarach. Klimatyczne w jednakowym stopniu - mrok i melodie czuło się już na „Antonie Globbie”, w zeszłym roku zniszczyła nadmorska narracja „Bałtyk Nocą”. „Statek Matka” również potrafi na całego wchłonąć i przetrawić sprawiając, że słuchacz zaginie zmysłowo gdzieś w krainie przepastnej, trójmiejskiej nocy.

Bartek nie kłamał, „Bulwar/Molo” jest niesamowite i zawiera tekst, który onieśmiela chwytliwością co najmniej tak, jak „Historia oka” Bataille’a zawstydzała grzeczne filolożki polskie 25 lat temu. Najpierw te skromne pół minuty zwrotki, jednostajny rytm, sprytna hipnoza, z której wyrasta refren gigant. „Kontuzje cię nie bolą, zapijasz wódkĘ colą” ze zmianą na „...walka przeciw zatorom”! Z samym zaśpiewem przywodzącym jakby na myśl Manaam, może Siekierę czy inny rodzimy post-punk. Albo brzmi to aż tak dobrze, albo ja uwierzyłem zanim jeszcze posłuchałem. Wyborne jest również „Girls From Rewa, Boys From Hel”, esencja Kiev Office, coś czego mogliśmy się po nich spodziewać, ale doszlifowane i epickie jak nigdy dotąd. Chórki Joanny Kucharski nigdy nie brzmiały tak dostojnie, wokal Gorana nigdy tak przejmująco, muzyka grupy nigdy tak bardzo nie przypominała potężnego i pięknego parowca... . Tekst osiąga zaś wartość definitywną*. Ich „A Day In The Life”.

Przedstawicielem absorbujących kompozycji, o których napomknąłem pod koniec trzeciego akapitu jest najdłuższy na płycie „Opat”. Instrumentalna, zadumana nowa-fala, noc ciemna zmysłów, mogłaby tak nieść się i przez pół godziny. Na przeciwległym brzegu – „Po południu Mechowo”, hardcore’owa jatka, następca „Karoliny Kodeiny” i „Człowieka Pełnego Powiek”. Jakże cholernie mięsiste potrafią tu być gitary. Zwłaszcza w „Statku Matce” i „Indianinie”, także w „Białej Sierści” Miegoń tnie riffy aż lecą wióry, ogółem więcej jest też fantazyjnych solówek. Z sześciu strun emanuje noise-rock i post-punk, dobrze rozumiany alternatywny rock, punk, szczypta bluesa i ciężkiego grania. Piosenkową lekkość najlepiej reprezentuje zaś zdecydowanie „Szary Mistyk”.

Przy ostatnim odsłuchu „Zamenhofa”, uraczyła mnie ponownie rozrywkowość ich stylu, totalna radość i relaks. Przy spotkaniu z „Antonem” z kolei niebywała żywotność – „Mężczyźni w strojach kosmonautów” wręcz wyłazili ze słuchawek. Jeżeli miałbym na tę chwilę ująć największy atut „Statku Matki” to celowałbym w umiejętne posłużenie się rockowym warsztatem i skonstruowanie czystego gatunkowo, choć złożonego podgatunkowo materiału, który sprawia szorstką przyjemność, ale też jawi się jako interesujący. Surowowość i pomysłowość dochodzą do porozumienia, szarość jest kolorowa. Pomimo rewitalizowania estetyk poprzednich dekad ciężko posądzić o nieświeżość.


*około-trójmiejskie smaczki zawsze u Kiev Office obecne, a wręcz nieodłączne, tutaj rozkwitają zupełnie. Same tytuły zdradzają zresztą wiele. 

środa, 25 grudnia 2013

Podsumowanie 2013: piosenki 24-21














Gitary, luz, energia, boskie chórki – wszystko to co lubiliśmy chociażby u Pixies znaleźć można również dziś w lwiej części twórczości Kiev Office. „Jerzy Pilch” niech posłuży za żywy przykład. Ileż tu radości z grania, kombinowania, robienia CZEGOŚ z niczego? Tak samo cieszą fragmenty z goranowym śpiewaniem o „alkoholu na śniadanie” czy „esencji twoich myśli” jak i te gdzie na dłuższą chwilę zostajemy już tylko z przyprawionymi twórczym hałasem auuuuu i ooooo.














Morning’s come you watch the red sunrise, The early day still flickers in your eyes

Opener ostatniej płyty Vampire Weekend nie mógłby brzmieć bardziej na miejscu. Pierwsze wersy “Obvious Bicycle” to esencja poranka, momentu w którym pozbawieni jesteśmy energii. Cały utwór oparty na niespiesznych mechanicznych uderzeniach, taktowny i harmonijny niczym spokojne śniadanie przed wyjściem z domu, proszki, dwie tabletki magnezu i kawa na pocieszenie. Przewdzięczne melodie między trzecią, a czwartą minutą i fragment o nas wszystkich w półśnie na podłodze sali gimastycznej liceum, przelewają szalę urokliwości.














Są zespoły, którym w ramach właściwej identyfikacji i zaznaczenia przynależności do jakiejś muzycznej szufladki, na każdej istniejącej stronie należałoby przykleić łatkę “lista FURS”. Kapele różne, ale o wrażliwości natychmiastowo rozpoznawalnej, forumowi faworyci szczególnie z lat 2008-2011. Clues, DeRosa, Deastro, Grand Archives, The Coral Sea. Taką klasyczną w naszym kręgu grupą jest też bez wątpienia Holopaw. Najlepsze na ich (aż cztery lata wyczekiwanym) „Academy Songs Vol. 1” „The Lights From The Disco” jawi się sentymentalnym powrotem w imponującym stylu. Wygrywa tu wszystko - bezsilny wokal, marszowa perkusja, melodyjne melancholijne brzdąkanie i ocierające się o absolut chórki. Mistrz w swojej wadze.   














Jedna z tych smutnych, 80’sowo zakrapianych pieśni na nieszczęśliwą miłość. Towarzysz nocnego snucia się po mieście. Dla tych, dla których jedynym dostępnym kolorem pozostaje niebieski. Symbolizujący łzawą melancholię i kurewski żal. 

środa, 13 listopada 2013

Zaległości i świeżynki z rodzimej sceny















The Shipyard? Tak, to ten zespół, który wczoraj w porze wczesno-wieczornej, nieco przed dobranocką zagrał kawałek Joy Division w TVP1. Jaja? Nie, nie robię sobie jaj i chyba mi się nawet nie przyśniło. Mimo, że herezje we mnie od lat... . Siląc się już na powagę i przechodząc do tematu kompletnie właściwego, kilka miesięcy temu grupa Rafała Jurewicza przypomniał o sobie za sprawą całkiem ciekawego, coverowego wydawnictwa. Zamiast po raz tysięczny brać na warsztat „Telefony” albo „Białą Flagę” panowie złożyli hołd Republice, przygotowując swoje wersje znacznie mniej znanych kompozycji autorstwa Grzegorza Ciechowskiego. Dla mnie faworytem z podwójnego singla jest istotnie hipnotyzujący kawałek ukryty pod indeksem drugim. A imię jego „Wielki Hypnotyzer”, trwający 4:44. Oryginał to oczywiście prawdziwa miazga, atakująca całym arsenałem środków wyrazu 80’sowego, zimnego jak lodowiec post-punka. Wykonanie The Shipyard ma natomiast swój własny klimat, jest pracą wykonaną rzetelnie, ultra-słuchalnie i wciągająco. Maniakalny, schizofrenicznie-abstrakcyjny i nie mniej godny uwagi „Układ Sił” przemieniono w momentami masywnie gitarową propozycję, w której jak to u The Shipyard (albo na przykład Killing Joke) wkrada się również smaczna warstwa nowo-falowej przestrzeni. Więcej takich przypominajek bardziej zakurzonych kawałków polskich klasyków miło byłoby usłyszeć okolicznościowo, raz na jakiś czas. Także od innych kapel.



Twórczość HOAP bardzo kojarzy się ze wczesnym, gitarowym Radiohead, zespołami reprezentującymi totalnie rozmarzone oblicze post-rocka (dźwiękowe pejzaże niczym u Alcesta) czy kilkoma innymi muzycznymi wspomnieniami, które uznaję za nie mniej, nie więcej jak przyjemne. Problem z tego typu wykonawcami polega na tym, iż przy tak wyraźnych inspiracjach przegiąć pałę mogą zdecydowanie zbyt łatwo. Chłopacy z Warszawy tej niemiłej sytuacji w moim mniemaniu jednak zręcznie unikają. Piosenki z ich debiutanckiej EP’ki są jak przysłowiowe „High And Dry” łamane przez piękny dream-pop, melodyjnie dopieszczone, ulotne i niekiedy wręcz zniewalające (kapitalny nr 3 - „Peter”). Tomasz Kopeć to nie ukrywajmy, naśladowca wyczynów wokalnych Thoma Yorke’a, ale śpiewający z nadzwyczaj sprawnym angielskim akcentem. Instrumentalnie też miewają momenty świetne (finał „New World”). Cóż na ten moment powiedzieć więcej? Dobry band, bardzo dobry pewnie jeszcze będzie.















Nie taka znowu wielka przemoc, właściwie dźwięki całkiem przyjazne dla tych, co lubią rzeźnię umiarkowaną. Jako zwolennik kompromisów i złotych środków do nowej EP’ki Brooks Was Here podchodzę więc entuzjastycznie. Panowie Mateusz Romanowski i spółka wyciskają tu swoistą esencję pewnego odłamu warszawskiej sceny niezależnej, którego złem byłoby nie uznać za samo dobro. Na „High Violence” do głosu dochodzi zgrzytający, wrzaskliwy, niekiedy niemalże zdychający post-hardcore, może nawet najlepszy od czasu ostatniej płyty Setting The Woods On Fire. Są i śladowe ilości czucia odpowiedniego dla zacnego 90’sowego emo’core’a, obowiązkowa garażowa niedbałość no i... lekka nierówność, nie mącąca jednakże głównie przyzwoitego wrażenia. Plusy stawiam przy „Under Control” i „Underclass Consumers”.


Crab Invasion – Way Too Close














Ostatnim razem Crab Invasion rzucili utworem doprawdy bardzo mocnym w kategorii balety/indie/sophisti-pop. „Dart” było lekkostrawnym, ale wysublimowanym jednocześnie i szalenie rozrywkowym towarzyszem wakacji. „Way Too Close” jest zaś uderzeniem we właściwie tę samą nutę, ten sam nastrój, tę samą zażerającą chwytliwość. Wypada to ledwie minimalnie słabiej od poprzednika, najwyżej pół noty, bo wciąż przebojowo nakręca i pląsa sobie radośnie. Można się sprzeczać o to z jak dobrym w rzeczywistości mamy zespołem do czynienia (pije do pewnej owocnej dyskusji dla wtajemniczonych), ja wiem jedynie, że ostatnio pod względem fajnych popowych hooków rozlokowanych w jednym niepozornym kawałku, aż tak wielu na rodzimej scenie im nie dorównuje.   




Na koniec wciąż ciepły, świeżutki singiel, w dodatku z zajebistą okładką. Judy’s Funeral swoje dotychczasowe noise-rockowo/shoegaze’owe brzmienie inspirowane A Place To Bury Strangers/Jesus And Mary Chain wymieszali tym razem z melodiami więcej niż lekko ocierającymi się o klimaty surf-rockowe. W efekcie, za sprawą „Down Deep” dostajemy coś przypominającego z twarzy twórczość sympatycznej, kalifornijskiej ekipy Crocodiles. Co to właściwie znaczy z mojej strony? Dobrze jest czy źle? Spoko, jak najbardziej. Po drugiej stronie, regularny b-side, „Lose Yourself”. Przestrzenny, intrygująco pulsujący i mieniący się ambientowymi (!) barwami instrumental. Niezła niespodzianka prawdę mówiąc, no i zagadka jednocześnie. Co oni na tym longplayu wykombinują?

czwartek, 24 stycznia 2013

Kiev Office - Zamenhofa (2013)













7

Coś pomiędzy albumem długogrającym, a kolekcją rarytasów. Właściwie bardziej opcja druga, ale nie do końca. Kiev Office nagrali właśnie trzeci krążek, który pod każdym względem wydaje się równie nieszufladkowalny jak oni sami.

Mniejsza zresztą o szczegóły. Po pierwsze, liczy się fakt, że dostajemy muzykę jakiej wcześniej nie słyszeliśmy. Po drugie, ta muzyka jest bardzo dobra co już wystarczy aby nie rozwodzić się nad innymi, mniej istotnymi kwestiami. Na wstępie w pas kłania się ostra przebojowość. „Jerzy Pilch” ze zwrotkami trochę przypominającymi Partię, chwytliwą gitarą, chórkiem, tekstem oraz przyjemnym zgrzytem w środku. „Ręce protestują znów” i nie pozwalają zmienić ścieżki. Dziesięć kawałków później trafia się nawet bardziej uzależniający „Uciekł w Niszę” gdzie Joanna Kucharska prostym „uuuu” w refrenie niczym Kim Deal podbija serca na amen. „Satelita” to próbka podobnego pop-rockowego hiciarstwa co „Własne Tajemnice” z pamiętnej miłoszowej EP’ki. Wszystkie trzy wspomniane piosenki mogłyby robić za single i ustawiać się w konkury z chyba największym do tej pory szlagierem Kiev Office czyli „Dwupłatowcami”.

Z „Bałtyk Nocą” emanuje taki klimat, że aż chciałoby się pojechac nad morze i pozbierać muszelki późną porą. Post-punkowym minimalizmem i mrokiem wybornie wciąga „Dance Through The End Of Night”. Gdzieś pomiędzy atmosferą, a przebojowością ustawiają się „Fallen In Love” i energetyczno-koszące „Laurel”.

Według podziału jaki tu sobie ustaliłem trzecią grupę stanowią typowo chałupnicze demówki. Takie z których można się pośmiać, a także czegoś mądrego dowiedzieć. Sprawdźcie „Archeologa” i „Reportaż”. Drugi polecam zwłaszcza studentom mającym do czynienia z przedmiotem zwanym gatunki literackie. Czysto zabawnie wypada autotjunowa zabawa „Uda Clinta Eastwooda” z jajcarskim tekstem. Daje radę akustyczne „Bernard i Borygo”. Żadnego z tych kawałków nie sposób wziąć na poważnie. Muzycznie nie są to na pewno żadne majstersztyki, ale... . Czasem dobrze wyluzować. 

Najbardziej podoba mi się to, że każdy kawałek ma tu swój charakter. Jeden jest gorszy, drugi lepszy, ale każdy zawsze JAKIŚ. Z Kiev Office moi drodzy nudzić się zwyczajnie nie da. Jako regularny album „Zamenhofa” wypada nieźle, jako zbiór odrzutów to robota niemal rewelacyjna. 


niedziela, 9 września 2012

The Shipyard - We Will Sea (2012)












7.5

Chronologicznie to było mniej więcej tak:

Podesłana na facebooku propozycja lubienia strony The Shipyard. Ci z Nasiona znowu coś wymyślili. Mało im, że Kiev Office, Marla Cingler, Trans-Syberia, przeróżne samplery, śpiewanie Miłosza... Kolorowo. Ok, przyjąłem fakt istnienia, polubiłem.

Przyswojona gdzieś w międzyczasie informacja, że tym razem Michał „Goran” Miegoń stworzył zespół wraz z człowiekiem z cold-wave'owego Made In Poland oraz kilkoma innymi muzykami grającymi w różnych kapelach. Mamy więc super-grupę.

„Downtown”. Nareszcie można ich posłuchać, sprawdzić o co tyle powstałego w międzyczasie szumu. Piosenka okazuje się miła, przyjemna, kojąca nerwy. Wydawać by się mogło, że jakieś karty odsłonięte. Nic bardziej mylnego. Przyszło mi napisać na pewnym forum następujące słowa: „Błędem jest szufladkowanie ich po jednej piosence, bo to raczej taki zespół-kameleon, raz spokojny i ułożony, a za moment niszczący gitarowym, industrialnym napierdalaniem”.

„Music Is The Only Chance” wersja koncertowa. Dowód na to, że grupa wcale nie zamierza się opierdzielać grając grzeczne utwory. Singiel był dla radia i dla zmyły. Tymczasem jak można się spodziewać po ludziach z nieokiełznanych artystycznie projektów typu Kiev Office, Sound Of Pixies czy Made In Poland czeka nas jednak coś o wiele bardziej nieoczywistego i bezkompromisowego. Gitarowe szaleństwo, wokalna histeria. Co raz ciekawiej.

„The Shipyard” i koncert na Offie. Kolejny udostępniony kawałek okazuje się prawdziwą kosą. Jego mocarny potencjał ujawniony zostaje jednak dopiero przy okazji koncertu. Polecam Youtube, posłuchajcie i zobaczcie jak oni to robią. Fajnie, że tam byłem.

Jest i płyta. Pan Jasiek listonosz wreszcie przyniósł coś co nie jest rachunkiem. W najgorszym możliwym dla mnie momencie, kiedy trzeba się uczyć na egzamin. Trudno, odpaliłem od razu. The Shipyard robili za soundtrack do Słowackiego i opracowania Siwickiej.

Wszystkie puzzle ułożyły się finalnie w zrozumiałą całość. Gładkie oblicze reprezentowane przez „Downtown”, „Oyster Card”, „Under The Apple Tree” i „Fire Like Desire”. Każda z tych kompozycji mogła pozornie zawodzić z uwagi na pewne, nazwijmy to „ograne motywy” (słynny już refren ostatniego z wymienionych), ale ostatecznie wszystkie mają w sobie coś co pozwala ucieszyć ucho. Pop w nowo-falowym opakowaniu, przyciągające melodie, nimi ten krążek oddycha. Musi w końcu, bo z drugiej strony mamy przecież zapierające dech killery. Introdukcję w postaci „The Shipyard”, „Music Is The Only Chance” oraz znakomite „Free Fall”. Tutaj zimny niepokój sąsiaduje z ostrymi gitarowymi jazdami i szaleńczymi krzykami Rafała Jurewicza. Tych słucha się doprawdy fantastycznie, a połączenie kilku estetyk wnoszonych jakby przez każdego z członków znajduje wspólny, ciekawie brzmiący kompromis. Przy trójce i czwórce na „We Will Sea” można się nieźle wyżyć.

Pełny obraz albumu uzupełniają trzy ostatnie nagrania. „Między Kobietą, a Meżczyzną” jest jak wiersz z nutką śpiewności recytowany na tle niemal transowych, trip-hopowych tekstur. Brudny, klaustrofobiczny „Cigaretto” przypomina nieco twórczość Suicide. I w końcu rozkładające mnie na łopatki „Free Of Drugs”. Kto przyjdzie, a kto wyjdzie, kto przyjdzie, a kto wyjdzie... Hipnoza, muzycznie i lirycznie. Post-punkowa otchłań, przepiękny, refleksyjny mrok.

Nie muszę chyba dodawać, że jestem zadowolony. Momentami bardzo, innymi może trochę mniej, jak zwykle. „We Will Sea” to rozdarta, niespójna, ale cholernie interesująca płyta.


czwartek, 12 lipca 2012

3x Nasiono

Jeśli coś się w polskim niezależnym graniu dzieje to od jakiegoś czasu spora w tym zasługa trójmiejskiej sceny i niezmordowanej wytwórni Nasiono Records. Poniżej krótki przegląd części zawartości ich tegorocznego katalogu.

Na początek recenzja, która już dwa miesiące temu miała pojawić się na łamach Electric Nights, ale wyszło inaczej.


Trans-syberia – 1/H (2012)












6

W oczekiwaniu na debiut The Shipyard fani nieobliczalnego kolektywu skupionego wokół Nasiona posilić się mogą krótką, gęstą od drone’ów i klimatycznych szumów płytą projektu Trans-syberia. Na placu boju pozostali już tylko Krzysztof Wroński i Joanna Kucharska, Michał Miegoń tym razem nieobecny. Można powiedzieć, że duet tworzy coś do czego jak dotąd nie zostaliśmy przyzwyczajeni, ale przecież znając wcześniejsze dokonania tych ludzi trudno być przyzwyczajonym do czegokolwiek. Tak więc, nie dziwi arktyczny, mroczny klimat, dźwięki zainspirowane Godspeed You! Black Emperor czy Autechre, hipnotyczna podróż po nieznanych, złowrogich przestrzeniach. Czuję się tu czasem jak w „Coś” Carpentera, lub niczym w łodzi podwodnej przemierzającej tajemnicze głębiny, choć zapewne każdy zwizualizuje sobie obrazy zupełnie odmienne. Najpierw dostajemy trzy kilkuminutowe fragmenty, zatytułowane sugestywnie jak „Sztokholm” czy „Lód” by w końcu na dobre pogrążyć się w niemal półgodzinnym, intensywnym transie nagrania tytułowego. Być może niektórzy uznają, że za mało się dzieje, brzmienie jest zbyt monotonne i stanowczo za długie. Można w końcu na to konto przesłuchać dziesięć klasycznych, trzyminutowych piosenek. Ta muzyka zapewne brzmi jednak w ten sposób, bo zwyczajnie taki efekt jej twórcy sobie założyli. Jeżeli chcecie sięgnąć, również bądźcie świadomi tego co was czeka. Dla lubujących się w kontrolowanej klaustrofobii, niepokoju i sugestywnym praniu mózgu.

BANDCAMP

*

Po drugie zapowiedź najbardziej oczekiwanej polskiej płyty wakacji, a może i roku.

The Shipyard – Downtown (singiel) (2012)












7

Grupa Piotra Pawłowskiego (Made In Poland), Rafała Jurewicza (Sound Of Pixies), Filipa Gałązki (Brygada Kryzys, Tymon & The Transistors, Izrael), Michała Miegonia (Kiev Office) i Neli Gzowskiej (Kobiety). Taki skład zobowiązuje, poza tym taki skład chcąc nie chcąc musi produkować świetną muzykę. „Downtown” w żadnym razie nie uderza awangardowością, eksperymentem czy alternatywą. To łagodnie poprowadzony, delikatnie shoegaze’ujący, wzorowo wręcz radiowy kawałek. Zręcznie sprawdzający się póki co jako samodzielny fragment, zachęcający lead-singiel i bezpretensjonalnie ładna piosenka. Nie ma raczej co liczyć na cały album w takim klimacie (sprawdźcie koncertowe „Music Is Only The Chance”), ciekawe jest jednak jak nagranie wpasuje się w zapowiadaną na 31 sierpnia całość.



*

Na koniec, jeszcze jedni przedstawiciele nadmorskiego, gitarowego uderzenia.

Pomelo Taxi – Gents/Muppets (singiel) (2012)












5.5

Pomelo Taxi, trio zainteresowane nową falą, hardcorem i alternatywnym popem. Z nimi rozmowa wygląda nieco inaczej, bo ich „pop” nijak ma się choćby do mega-przystępności piosenki zamieszczonej powyżej. Kapela nie jest najwyraźniej zainteresowana kompromisowymi rozwiązaniami. Milo i Max stawiają na garażowość i dezorientację, Rysiek (dziewczyna) dorzuca wokalny konkret. Na razie niewiele kart odsłaniają, bo obydwa nagrania trwają w sumie niecałe 5 minut. Niemniej jednak, do sprawdzenia dla tych, którym podobały się utwory Marli Cingler.

MySpace