Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrew Jackson Jihad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrew Jackson Jihad. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Podsumowanie 2016: piosenki 50-41


































Spencer Krug zaczyna „C'est La Vie Way” od serii trudnych pytań. „Czy słuchając składanki od swoich przyjaciół płaczesz? Czy tęsknisz za nimi bardziej niż tęskniłabyś za mną, gdybyś została?” Za tymi słowami kryje się historia muzyka i jego partnerki, która z rodzinnej Finlandii (gdzie Krug spędził kilka lat), zdecydowała się wrócić wraz z nim do Kanady. Sytuacja naznaczona rozterkami idealnymi do umieszczenia w sercu tekstu i kompozycji. Spencer trzymając rękę na pulsie, trochę w swoim stylu z Sunset Rubdown, ale i bardzo przy estetyce odpowiedniej już dla Wolf Parade prowadzi wraz z Danem Boecknerem piosenkę w ciągu niecałych czterech minut mieszczącą garść frapujących manewrów i zakrętów. Unoszoną jakby na tej osobistej, szczerze przeżywanej emocji, integralnie wkomponowanej w muzyczno-liryczną strukturę. W trzecim utworze z powrotnej EP’ki grupy słyszymy żywotną sekcję rytmiczną, barwne klawisze i zawsze mile widzianą, po Krugowsku teatralną manierę (You said if you ever leave me I will die!). Wraz z kapitalnym zakończeniem, przywołującym soczyste zwroty akcji rodem z „Dragonslayer” składają się one na najsmaczniejszą z czterech przystawek zaserwowanych przez indie rockowych herosów na „EP 4”.



Najciekawsza kwestia związana z nowym albumem The Monkees dotyczyła dla mnie tego, kto z zaproszonych do współpracy kom-pozytorów napisze „dziadkom” najlepszą piosenkę. Andy Part-ridge, Rivers Cumo, Adam Schlesinger, Ben Gibbard, Noel Gallagher i Paul Weller – obsada dość interesująca oraz trafna ze względu na to, że wszyscy panowie to spece od szeroko pojętego gitarowego popu, z którego słynęli także Monkees. Po przesłuchaniu płyty sprawa była już prawie jasna. Partridge lub Cuomo, Cuomo albo Partridge. Wokalista XTC czy lider Weezera? „She Makes Me Laugh”, a może „You Bring The Summer”? Obydwa utwory słoneczne i beztroskie, tematycznie łudząco podobne, melodyjne i zgrabnie skomponowane. Najpierw nieco bardziej przekonywała mnie propozycja Riversa. Później gotowy byłem umieścić w podsumowaniu kawałek Andy’ego. Kiedy sprawa wydawała się już przesądzona, finalne odsłuchy w ostatniej chwili przyniosły kolejną zmianę.

Utwór autorstwa Cuomo zyskuje wiele dzięki drobnemu szczegółowi w postaci niepozornej, acz szalenie chwytliwej zagrywki, pojawiającej się od pierwszych sekund i wyraźnie nadającej zwrotkom arcyprzyjemnego, nieco figlarnego charakteru. Zwrotkom wyśmienitym, bezpretensjonalnym, traktującym o radosnym zakochaniu, wspólnym graniu w scrabble czy pływaniu łódką. Nawet refren, jakkolwiek niezły, musi im pod względem atrakcyjności jednak ustąpić. I choć wszystko to pojawia się też właściwie w „You Bring The Summer”, gdzie Micky Dolenz przy równie piknikowym nastroju oraz co najmniej tak samo dobrych zwrotkach Partridge’a pada na kolana przed dziewczyną „przynoszącą lato”, to Rivers chyba wyłącznie za sprawą nieśmiertelnej, o wszystkim rozstrzygającej kwestii gustu zwycięża u mnie o włos.



„Everybody Wants To Love You” jawi się jedną z tych małych, zręcznych piosenek, w których nie musi dziać się za wiele i które nie muszą uderzać niczym nadzwy-czajnym, by znakomicie brzmieć i sprawiać, aby chciało nam się ich słuchać niezliczoną ilość razy. Dwuminutowy „baby-face killer” autorstwa Michelle Zauner ukrytej pod pseudonimem Japanese Breakfast to promienny indie pop oddychający pełną piersią dzięki sympatycznym partiom wokalnym, jangle’ującej gitarze i nie biorącemu jeńców refrenowi. Efekt dopełniają szczegóły: połyskujące gdzieniegdzie klawisze, chorusowy featuring lidera Radiator Hospital i wrażenie „orientalności” słyszalne zarówno w melodiach, jak i w głosie. Jest tu ogółem pewien błysk, coś co sprawia, że singiel Amerykanki o koreańskich korzeniach wypada bardziej rześko od większości sobie podobnych propozycji. To do spółki z całą wymienioną resztą, bezwzględnie każe mi dołączyć kawałek Michelle do grona w mijającym roku najchwytliwszych.

















Literackość i przewrotność. Prostota i urokliwość. Delikatność i wulgarność. W „Lost” znajdziemy wiele cech, z których zazwyczaj składają się piosenki Owena. Utwór z „The King Of Whys” nie posiada skomplikowanej budowy, nie ma żadnego refrenu, pełen jest za to ciepłych, klimatycznych dźwięków i treści zgrabnie skompresowanej w efektywnych linijkach. Jako kawałek z szuflady podpisanej singer/songwriter/accoustic rock prezentuje się umiarkowanie, nieprzesadnie, zwyczajnie ładnie. Na zasadzie tej zwyczajnie niezwyczajnej ładności, która wraz z rezolutnymi zdaniami pokroju: Stay poor and die trying, Take the drugs I didn't take... nabiera większego znaczenia. Okazuje się wystarczająca i pełna, niewymagająca żadnych dodatkowych fajerwerków.


R&B mrocznawe, ciekawe brzmie-niowo, wokalnie trochę popisowe, a trochę stonowane, takie jak „Crybaby” ABRY to R&B optymalnie w moim guście. Struktura na tle, której wokalistka prowadzi swoje pociągające, choć zarazem chłodne wokalne zawijasy brzmi pasjonująco i odrobinę tajemniczo. To kompozycja, której nastrój wbrew pozorom nie tak łatwo określić. ABRA nie decyduje się na żaden do końca jednoznaczny ton. Jeśli mu-sielibyśmy umieścić „Crybaby” na czarno-białej osi wesoło-smutno, to zdecydowanie bliżej byłoby jej oczywiście do drugiego bieguna, choć wtedy też nie do końca bylibyśmy w domu. Tak czy inaczej, jest to utwór, w który warto się wsłuchiwać, ponieważ każdym szczegółem, każdą eightiesową partią klawiszy, sekwencją bitów czy melodią wokalu można się tu podelektować. Tym lepiej, że na wsłuchiwanie się słusznie dostajemy tu grube i treściwe pięć i pół minuty.



W przeciwieństwie do znacznej części piosenek Nicole Doll-anganger, choćby tych zawartych na udanej zeszłorocznej płycie „Natural Born Losers” „Chapel” nie należy do utworów szczególnie drastycznych pod względem lirycznym. Co prawda przelewa się tu trochę krwi, ale ów przelew wiąże się jedynie z podcinaniem dłoni przyszłych małżonków w ramach romantycznego gestu.* Co nie znaczy, że jest tak całkiem szczęśliwie i wesoło. Przeciwnie, balladę wypełnia najczystszy smutek, ale przy tym i nieprzeciętne piękno. Jest coś symbolicznego w dacie wydania singla – 15 lutego, nie walentynki, ale dzień po.** „Chapel” to trochę taka ostateczna piosenka miłosna. Urzekająca w zwrotkach, wstrząsająco bezpośrednia i piękna w refrenie, łamiąca serce w outro. Poruszająca za sprawą oszczędnego użycia dźwięków i delikatnego śpiewu wokalistki, w którym każde słowo wymawiane jest z jednakowym ogromem uczucia i wrażliwości.

*nawiązanie do sceny z filmu „Natural Born Killers”

**pierwszy raz „Chapel” ukazał się już w 2015 r. na EP’ce „Gretta Gibson Forever”, ale w lutym 2016 wydany został singiel, a następnie utwór pojawił się też w jednym z odcinków „The Walking Dead” przynosząc Nicole sporo pozytywnego szumu.


Witch Hats poznałem jakieś cztery-pięć lat temu dzięki koledze z wymarłej już instytucji znanej jako forum muzyczne. Zespół pochodzi z Australii, co w jakimś stopniu nawet słychać w ich knajpianym, zadziornym i dusznym rock’n rollu z wpływami post-punku czy psychodelii. Uwielbiałem ich balladę „In The Mortuary”, w której niewiele się dzieje i kilka motywów pow-tarzanych jest w kółko. Mimo to uwielbiam szczerze do dziś. Lubiłem numery takie jak „Hear Martin” pełne zadymionej atmosfery, dziwacznych klawiszy, ostrych wokali i gitar. W 2011-2012 roku nikt ich nie znał, choć temu, kto znał mogli się wówczas wydawać duszą muzyki rockowej, ostatnim prawdziwym gitarowym zespołem na ziemi, który się w tej Australii gdzieś na jakimś zadupiu uchował. Nie archaicznym, ale całkiem oryginalnym i kreatywnym, a przy tym w dalszym ciągu w jakiś sposób klasycznym. Coś z tego wszystkiego, a nawet dużo, zostało do chwili obecnej. Riffy i wokale w „Deliverance” nadal mają w sobie przyciągającą moc, ikrę i temperament. Świetnie brzmi tu przechodzenie ze zwrotek do refrenu, a powracanie z refrenu do zwrotki nawet lepiej. Wciąż jest w tym zadzior i ogień oraz energia wprawiająca mnie w spazmatyczne odruchy.


















Singiel zapowiadający bezkompromisowo zatytułowaną płytę „The Bible 2” świadczy o tym, że pomimo zagadkowej modyfikacji nazwy, z zespołem znanym dotąd jako Andrew Jackson Jihad wszystko jak najbardziej w porządku. „Goodbye, Oh Goodbye” jawi się kolejną folk punkową petardą, tryskającą inteligencją i kreatywnością. Wzbudzającą ciekawość linijkami tekstu (np.: 7th grade was hard enough, Someone thought that they knew me, If I stay in bed long enough, They’ll go to church without me), miażdżącą rzężącymi partiami gitar oraz błyskawicznie wpadającą w ucho dzięki prostemu jak drut refrenowi, któremu z powodzeniem towarzyszą: „zjeżdżający” motyw i dźwięki skrzypiec. To nadal w stu procentach oni, lirycznie bystrzy, muzycznie mocni, przejawiający wyśmienitą formę.  


„Satan” D.D Dumbo to praw-dopodobnie najlepsza tegoroczna piosenka z kategorii „dobre, bo rytmiczne”. Australijczyk udo-wodnił przy jej pomocy, że wpadające w ucho kawałki zawsze można zrobić nieco inaczej, sprytniej i ciekawiej. Używając np. klarnetu basowego czy melotronu do wstrzyknięcia w utwór życia. Singla z „Utopia Defeated” nie trzeba właściwie dzielić na części ani wyznaczać z niego posz-czególnych momentów, które miałyby wypadać lepiej od pozostałych. Dominuje raczej wrażenie ciągłości i skondensowania, jakby co najmniej znaczną część numeru nagrano jednym tchem na fali regularnego, plemiennego transu. 


Słuchając „Wanted It Too Want It Too” C Duncana doświadczam miłych retrospekcji związanych z indie popowymi wykonawcami, którzy na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat lubili sobie też trochę poeksperymentować. Przypomina mi się bardzo The Velvet Teen z etapu „Elysium”. Kojarzy się również Baths sprzed połowy dekady. Do tego może jeszcze coś od Grizzly Bear? Utwór muzyka z Glasgow to próbka znakomitego barokowego indie, jakiego wśród muzyki ukazującej się na bieżąco nie słyszałem od dłuższego czasu. Z jednej strony mamy u Duncana substancję jakby rozpuszczoną, harmonie wokalne mgliste i senne. Z drugiej przeciwnie, ultrawyraźne klawiszowe rozbłyski stanowiące główny hook. „Wanted It Too Want It Too” jest eteryczne, ale i pulsujące konsystencją. Fenomen utworu rodzi się być może właśnie ze zderzenia obydwu elementów. Nieuchwytnego i namacalnego zarazem.

piątek, 29 kwietnia 2016

2010-2014: punk & emo (piosenki) - miejsca 10-1


Muzycznym melodramatem pod tytułem „Rory” Foxing zdeklasowali konkurencję w sposób spektakularny. Przejmująca kompozycja uknuta przez grupę z St. Louis satysfakcjonowałoby w pełni już dzięki pomyślnej próbie skrajnego poruszenia wrażliwości słuchacza. Główną rolę w osiągnięciu tego celu odegrał rozchwiany wokalnie Conor Murphy artykułujący na przestrzeni kolejnych sekund coraz dosadniej i pewniej, choć przy tym znajdujący się jakby nieustannie na skraju, kanalizujący w końcu napięcie za sprawą niszczycielsko wykrzyczanego zapytania: So why don't you love me back? Dodatkowym atutem jest tu również nieco oryginalniejsza forma. Nawet jeśli pogrążony w smutku fortepian oraz zbierające ostatki po finalnym lamencie lidera kapeli trąbki sporadycznie już się w emo zdarzały, zbawienną świeżość, słyszalną zwłaszcza w porównaniu do innych propozycji z tego gatunku, utwór zawdzięcza właśnie ich obecności. 

Foxing - Bloodhound 
Free Throw - Two Beers In



It takes worried man to sing a worried song. Piąty utwór z „Fire Works” jawi się wypełnioną bezsilnością opowieścią o niedoli artysty, bazującą na autentycznych doświadczeniach lidera The Saint Catherines Hugo Mudie'ego. Pomimo wszechobecnego rozczarowania, czającego się z każdego kąta nawet tu zauważalne jest jednak światełko nadziei zaakcentowane we fragmencie skandowanym przez wyborne gang-wokale na końcu piosenki. Moment wyjścia z mroku nie oznacza przy tym bynajmniej totalnego happy endu, a nieśmiałą szansę na nawiązanie porozumienia. “Chub-E & Hank III/Vimont Stories Part II” to zarazem desperacka punk rockowa piguła. Szorstki orgcore z gorzkimi partiami gitarowymi i wspomnianym już fenomenalnym rozwiązaniem kompozycji. 

The Saint Catherines - We Used To Be In Love 
None More Black - Mr. Artistic



Klimatycznie opowiadana przez Tima Kashera historia o „kotku i myszce”, Cassiusie i jego złowrogim bliźniaku Pollocku wciąga bez reszty. Dzięki tematyce oraz misternie wysmakowanej aranżacji można się tu poczuć trochę jak w nowelce z dreszczykiem. „The Cat And Mouse” złowieszczo zaprasza, intrygująco nabiera prędkości, po czym dobiega końca za sprawą wybuchowego finału (Kill the demon, kill the doppelganger!). Odrobina teatralności nie kłóci się przy tym z niebywałą chwytliwością i totalnie zgrabną konstrukcją. 

Cursive - The Sun And The Moon  
The Good Life - Everybody



„Sorry Bro” to dowód błyskotliwości swoich twórców na tyle błyskawicznie się dokonujący, że trudno mi nawet bez oszołomienia przekazać dalej wrażenie związane z jego słuchaniem. Rzecz chyba w relacji pomiędzy muzyką a tekstem, czy inaczej mówiąc - w efekcie artykułowania inteligentnych linijek podczas rozgrywania punkowego wymiatacza. Na kapitalny rezultat składa się zarówno to, co Sean Bonnette do nas mówi, jak i sposób tego spektakularnego mówienia, czyli nic innego jak trójakordowa forma utworu. Swoista synergia implikująca siłę rażenia. Ot, cała tajemnica. 

Andrew Jackson Jihad - Zombie By The Cranberries By Andrew Jackson Jihad  
Wingnut Dishwashers Union - Never Trust A Man (Who Plays Guitar) 



Bohaterowie dzisiejszego punk rocka w sposób niemal wybitny pokazywali jak z porażek wywodzić największe psychiczne zwycięstwa. Jak od utraty własnego poczucia wartości przechodzić przez stan akceptacji pewnych rzeczy do całkowitego oswobodzenia. Kluczowa linijka: You will always be a loser pojawia się w „No Future Part Three: Escape From No Future” całe trzydzieści razy i odśpiewywana jest przez zespół w stylu niewątpliwie triumfalnym, ale jeszcze ważniejsze jawi się tu być może dopowiedzenie Patricka Sticklesa – And that’s okay na końcu utworu. Pocieszenie i zapewnienie. Śmiertelnie proste, ale zarazem magiczne. Słabego ogniwa nie znajdziemy również w warstwie muzycznej opartej na sekwencji: markotność i stagnacja-niechlujne zwrotki-ekstatyczna końcówka. 

Titus Andronicus - In A Big City 
Cheap Girls - Gone All Summer



Za pomocą „Time Tables” można właściwie objaśnić klimat sceny amerykańskiego melodic punku w pierwszych latach drugiej dekady XXI wieku. Ten kto rozumie specyficzną wrażliwość towarzyszącą przełomowym nagraniom Polar Bear Club z 2006 r. czy Gaslight Anthem z 2007 instynktownie pojmie zapewne dlaczego na wysokości 2010 The Menzingers, właśnie w tym kawałku wycisnęli esencję. Mamy tu historię totalnego rozczarowania i sprawy przegranej. Obezwładniającą intensywność grania, melodyjne zagrywki i rozgniatający na miazgę refren. Przede wszystkim chyba jednak wprowadzający do gatunku nową jakość wokal Grega Barnetta, który w zawrotnym tempie wyrzuca z siebie rozżalone wrzaski i piosenkowe zaśpiewy (I’ll give you a dollar for another ride hoooome), a także wykorzystuje swą dziwną, nieco melodramatyczną*, choć bardzo pociągającą manierę, mocniej wyeksponowaną później w wielu innych utworach. „Time Tables” należy w zasadzie do tej samej szufladki co „Leather Jacket”, „Constant Headache” czy „Beach Community” Joyce Manor. To opowieść o niefortunnym zakochaniu filtrowana przez punk rockową oczyszczającą wściekłość. Ekstatyczny wyraz kilku różnych, nakładających się na siebie doznań.

* Zwłaszcza linijka: Well maybe if you want to wander around outside tonight 

The Menzingers - Who's Your Partner 
Masked Intruder - I Don't Wanna Be Alone Tonight



Któż inny  potrafiłby lepiej zaaplikować wyważoną podniosłość klawiszy, zjawiskowość gitarowych partii, perkusyjnych przejść i wysmakowanego dramatyzmu niż wiecznie samodoskonaląca się grupa z New Brunswick? „No Answers” to kompozycja precyzyjnie skonstruowana oraz dograna na ostatni guzik przez każdego z muzyków. Technicznie mamy się nad czym rozpływać, ale przecież decydujący jest i tak potencjał do poruszania i oddziaływania na odbiorcę. Zwłaszcza w fantastycznej końcówce, gdzie pięknie zaakcentowany smutek ponownie okazuje się wartością nadrzędną, prowadzącą do powstania momentu, jaki pozostaje w pamięci na długo. 

Thursday - Past And Future Ruins
Sunny Day Real Estate - Lipton Witch 



Touche Amore na wysokości “Parting The Sea Between Brightness And Me” niektórzy poznawali ponoć za pośrednictwem Dirty Boots, co dla mnie jawi się wyjątkową nobilitacją zważywszy na to, jak “dużymi zawodnikami” sceny post-hc/hardcore/emo/punk kapela stała się dzięki dwóm ostatnim albumom. Grupa pod dowództwem Jeremy’ego Bolma już w 89 sekundach "Tilde" - definitywnej punk rockowej petardy zamanifestowała swoją nietuzinkowość. Refleksyjna melodia na początek, następnie naładowany emocjami wokal, pasjonujące gitary i bezlitosna perkusja. We wszystkim tym wściekłość i nadzieja. W ciągu 1,5 minuty maksymalnie zaangażowanego grania stali się najbardziej zagłuszającym hałasem, jaki słyszeliśmy. 

Touche Amore - Home Away From Here 
Defeater - Dear Father



Wykrzykiwanie braterskich deklaracji przy pomocy zbiorowych męskich wokali stało się jednym z najbardziej zauważalnych motywów współczesnego amerykańskiego punk rocka. Rewelacyjną egzemplifikacją tego stanu rzeczy jest skandowana na wysokości 1:27 kulminacja „Everybody That You Love”. Sprawia ona, iż pierwsza, już bezbłędna, część utworu zostaje jednak bezwzględnie przebita przez dalszy ciąg. Ważne jest również, że pada tu mądry wniosek na temat przyjaźni: All the people I love the best, Are starting to get frustrated with my being a mess, And the people I kind of hate are always impressed. Wokół niego właśnie wydaje się być zbudowana cała ta doszczętnie zakręcona piosenka, towarzysząca dziwnej historii o znalezieniu się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. 

Bomb The Music Industry - Everybody That Loves You 
Laura Stevenson And The Cans - Master Of Art



Utwór kończący debiut Joyce Manor uznaję za najważniejszą chwilę okołopunkowego grania ostatnich 5 lat z dwóch powodów. Pierwszym jest oczywiście fakt, iż „Constant Headache” jawi się numerem piekielnie dobrym, zawierającym niezłe melodie i wyrazisty refren, łatwo budującym ze słuchaczem więź. Drugi to pewna symbolika. Piosenka chłopaków z Torrance ucieleśnia ducha nowego punk rocka, w którym nieskrywana wrażliwość czy emocjonalna refleksja odgrywają ogromną rolę. Fenomen Joyce’ów można zademonstrować na przykładzie refrenu. Barry Johnson wkracza w niego potężny i rozgoryczony. Wychodzi natomiast zrezygnowany i pokonany: You hang me up unfinished, With the better part of me no longer mine. Na tym polega właśnie cała sztuczka. Uczuciowa przegrana staje się tematem zasługującym na wyniesienie do rangi hymnu, gdyż w niej zawiera się najintensywniejsze przeżycie i najczystsza autentyczność. A w punk rocku zawsze chodziło przecież głównie o to drugie. 

Joyce Manor - Beach Community 
Summer Vacation - Tiffany Sucks 

spis treści