Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2004. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2004. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 października 2015

The Chills - Stand By EP (2004)












Osiem lat przerwy zanotował Martin Phillipps pomiędzy ostatnim przed dużymi wakacjami albumem „Sunburnt” a kolejną serią premierowych piosenek zebranych na EP’ce „Stand By”. W międzyczasie fani The Chills zaszczyceni zostali jedynie opasłym zbiorem bisajdowych rarytasów zespołu - „Secret Box: The Chills Rarities 1980-2000” oraz już nie aż tak pokaźnym, ale również treściwym zestawem szkicy samego Martina pod tytułem „Sketchbook: Volume One”. Pewien wpływ na opóźnienie powrotu mogły mieć z pewnością kłopoty zdrowotne Phillippsa będące wynikiem nadużywania narkotyków jakiś czas wcześniej.

Po niemal dekadzie przerwy można się obawiać wielu rzeczy. Tego, że dawny urok wykonawcy przeminie, zagubi się gdzieś, zniknie bezpowrotnie. Utraty iskry, smykałki, „tego czegoś” co wcześniej sprawiało, iż kompozytor błyszczał. Stania się cieniem samego siebie sprzed lat lub niedopasowania do trochę innych już czasów. Niestety każda z tych obaw w jakimś stopniu sprawdziła się w przypadku Martina i The Chills.

Całe „Stand By” wydaje się jakby wyblakłe. Nie wiem czy chodzi o produkcję, kompozycje, głos Phillippsa po czterdziestce, brzmienie instrumentów czy może wszystko po trochu? Niekiedy można odnieść wrażenie, że kompozycyjnie wcale nie jest źle i słuchamy właśnie zwyczajnego The Chills, jakie mogliśmy napotkać na każdym etapie dotychczasowej drogi kapeli, które jednak z jakiegoś powodu nie uzyskało w studiu pełnego happy endu. Rześkie „February” i melodyjnie ciekawie zorganizowane „Falling Of Your Throne” to chillsowa klasyka, raczej sprawnie napisane utwory, tracące jedynie na nieubłagalnie słyszalnym upływie czasu. Duch odpowiedni dla okresu „Brave Words”-„Submarine Bells” dający o sobie znać zwłaszcza poprzez klawisze czyni „This Time Tomorrow” równie pociesznym nagraniem. Pod kątem piosenkopisarskim ujdzie i fortepianowy, romantyczny pop-rock „True Romance”. Wszystko to okolice 6/10.  

Po którymś odsłuchu, kiedy przyzwyczaimy się już do nieco innego wokalu i obskurnych partii instrumentów można prawie zapomnieć o dotkliwych różnicach pomiędzy rokiem 1996 a 2004. Pod warunkiem oczywiście, iż nie słuchamy kawałków reprezentujących tę ciemniejszą stronę mocy. Należą do nich męcząco nudne, emeryckie na całej linii „Liberty Of Love”, „Bad Dancer” i „Torturing Me”, którym brak choćby kropli tej podkreślanej wielokrotnie unikalności zespołu z Dunedin.

„Stand By” odradzam każdemu, kto nie nosi w sobie choćby cząstki fanostwa dla The Chills. Jednocześnie wszystkim, którzy taką cząstęczkę w środku minimalnie wyczuwają polecam mimo wszystko sprwadzić.       

piątek, 21 lutego 2014

The Velvet Teen - Elysium (2004)











8.5

Wracasz zmęczony, choć niczego szczególnego tego dnia nie robiłeś.  Rano wsiadłeś w pociąg, chciałeś iść na zajęcia, ale ci odwołali. I tak umówiłeś się na 18:00 więc musiałeś spędzić jakoś cały dzień. Byłeś tu i tam, w szarej rzeczywistości odnalazłeś nowe fajne miejsca. Zjadłeś kebaba w Kebab Kingu, widziałeś pawia, w pracy dostałeś obniżkę. Spoko. A zmęczył cię pewnie znowu pociąg, ta przewożąca ludzi kołyska na szynach. Siedzisz teraz przed monitorem i nie za wiele ci się chce. Myślisz sobie, że takie płyty jak „Elysium” stworzono specjalnie dla ciebie.

To co powyżej jest bowiem klasyczną codziennością, realizmem, życiem. Całkiem przyzwoitym, spokojnym i wypełnionym względną harmonią, w którym mocne emocje zdarzają się raz na jakiś czas, raczej rzadko. Każdy chciałby ich chyba trochę więcej, stąd potrzeba dopompowania się nimi w rozmaity sposób. I tak jak magnez, wapń albo żelazo wypełniają niedobory w organizmie, tak zespoły w stylu The Velvet Teen wrażliwym na wrażliwą muzykę organizują fantastyczny emocjonalny suplement.

Utwory z tego dziesięcioletniego już albumu, o ile tylko odbiorca na to pozwoli, wchodzą z wyobraźnią w stosowne interakcje. Sprawdzają się jako ścieżka dźwiękowa do obrazów widzianych podczas wieczornego spaceru przez miasto, sięgają serca i bebechów, każą tworzyć ci FILMY W TWOJEJ GŁOWIE. Taka jest kluczowa dla „Elysium”, drastycznie przeoczona i prześliczna ballada „A Captive Audience”, zasługująca na miejsce wśród największych. Swoje bardzo robi tu Judah Nagler, wokalista melancholijnie-ekspresyjny, posiadacz świetnej barwy, w zależności od potrzeby ukazujący delikatność lub siłę własnego głosu. Chłopak ten, będący wówczas w moim obecnym wieku, nie wyśpiewywał jednak swoich kwestii na tle biednych, skąpo skomponowanych aranży. Przeciwnie, The Velvet Teen byli zespołem kombinującym na barokowo. Tworzącym mocarne, eleganckie konstrukcje składane za pomocą fortepianu, perkusji, klarnetu, fletu, wiolonczeli, puzonu, skrzypiec i Bóg wie czego jeszcze. W każdym razie, co może zaskoczyć albo zszokować, totalnie bez gitar. W takim „Forlorn” (drugie miejsce na płycie) dostajemy historię o kończącej się miłości, której tekst osiąga stany średnie (5-6/10), ale w żaden sposób nie jest tu rzeczą najistotniejszą. Tym co buduje ich opowieści są bowiem klimatyczne, stawiane ostrożnie niczym kroki przy łóżku śpiącego, wysmakowane dźwięki. Romantyczność uzyskana bez cienia ckliwej żenady.

Album ma momenty zaprzepaszczające opcję bycia bezbłędnym i nikogo nie powinno to dziwić. To właściwie taka płyta, że sam nie wiem czy niektóre jej fragmenty, jakie dziś robią na mnie wrażenie, jutro przy nieco innym nastroju nie ujawnią swej toporności lub egzaltacyjnej przesady. Mimo wszystko wstawienie dezorientującego intro „Sartre Ringo” albo dwunastominutowego giganta „Chimera Obscurant” wywołuje sympatię.  Wyżej wspomniane są nie do ruszenia, kilka innych też („Poor Celine”, jesienne „Penicillin”), no a zestaw robi wrażenie czegoś dalekiego całościowej perfekcji, ale w swych Momentach niewątpliwie przekraczającego jej śmieszne granice. 



poniedziałek, 11 lutego 2013

The Cribs - The Cribs (2004)












6.5


The Cribs wystartowali z pierwszą płytą w okolicach połowy dekady lat zerowych. Konkretnie w 2004 roku kiedy ruch new rock revolution wciąż stanowił ważny trend, a post-punkowy revival rodził się i w zawrotnym tempie rozkręcał. Jeszcze jeden nowy indie-band miał w tej sytuacji dobrze, ale i źle zarazem. Dobrze, bo istniało zapotrzebowanie na takie granie. Przechlapane, ponieważ podobnych kapel zalęgło się już całe mnóstwo.

Cribsi nie byli wśród nich najzdolniejsi. Właściwie tak sobie dopiero raczkowali grając całkiem przyjemne, młodzieżowe piosenki. Śmietankę spijali Franz Ferdinand i The Futureheads, nie mówiąc już o mega-gwiazdach w rodzaju The Libertines. Bracia Jarman trafili mniej więcej w środek. Całkiem pozytywnie zaznaczyli swoją obecność, dostali pochwały od kilku pism (NME 8/10), ale ostatecznie pozostali kapelą z drugiego sortu. To po prostu nie był jeszcze ich czas.

Słuchając „The Cribs” dzisiaj, nie sposób jakoś szczególnie tej płyty skrytykować. Nie wydaje mi się nawet by bracia usilnie celowali wówczas w wymogi modnego brit-indie. Czynili to tylko trochę (np: „Things You Should Be Knowing”). Polecam włączyć sobie singlowe „You Were Always The One” i „What About Me” by przekonać się, że niewinnej, romantycznej szczeniackości wczesnych Jarmanów daleko było do ekspansywnych hooków „Take Me Out” czy punkowej łobuzerki przebojów Libs. Utwory pisane w garażu, przy butelce browara do zaimponowania panience z sąsiedztwa, tak. Hity skrojone pod alternatywne listy przebojów, nie.

Kiedy w moich słuchawkach lecą dźwięki „The Lights Went Out” wierzę już, że gitarzysta The Smiths słysząc debiut Cribsów zechciał zagrać z nimi w jednym zespole. Ma to wszystko swój niezaprzeczalny urok. Nie każdy kawałek przekonuje mnie w równym stopniu, ale sądze, że jestem w stanie ulec większości. Weźmy takie głupie „Another Number”, hymn alienujących się samotników o konstrukcji godnej cepa. Wystarczy? Wystarczy.

wtorek, 5 czerwca 2012

Joan Of Arc - Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain (2004)












10

Jeśli pierwsze cztery płyty Joan Of Arc można uznać za okres poszukiwań, a kolejne dwie są już dowodem znalezienia tego „czegoś”, to wraz z „Joan Of Arc, Dick Cheney Mark Twain” dochodzi u nich do osiągnięcia pewnego mistrzowskiego pułapu i doprowadzenia własnej charakterystycznej estetyki do poziomu bliskiego perfekcji. Ten album uznaję osobiście za opus magnum grupy oraz pierwszy z jej trzech w ogóle najlepszych krążków, wydawanych kolejno w latach 2004-2008. Są na świecie arcydzieła niedocenione, są też ponoć rzeczy, które nie śniły się filozofom. Jeśli chcecie dowodu na ich istnienie, posłuchajcie po prostu tej płyty.

"Dick Cheney..." to przestrzeń, w której dochodzi do bezbolesnego zatarcia granicy między popem a awangardą. Pierwsze objawia się w znakomitych kompozycjach i melodiach. Drugie niczym duch nawiedza i przenika całość, nadając jej niewiarygodny wymiar. Teksty Tima są jak skomplikowana poezja rażąca geniuszem w wyrafinowany sposób. I to od samego właściwie progu, bo takie: I’ve materialized, Into this worded world, A metaphysical sceptic, An insomniac narcoleptic, So I live alone with Ben Franklin’s ghost, He’s my freemason, And I’m his host niejednego liryka pozostawiłoby w stanie osłupienia. „Questioning Benjamin’s Franklin Ghost” z filozoficznym zacięciem oraz zgrabnym fortepianowym motywem zaczyna paradę świetnych pomysłów i dowodów artystycznej unikalności. Wtóruje mu akustycznie zagrane, wyśmienite „Apocalypse Politics” – nieformalna zapowiedź „Eventually All At Once”, a następnie smagające umysł elektronicznymi biczami „The Title Track Of This Album”, gdzie doświadczamy m. in. odgłosów świdrowania, klasztornego chóru i kilku mechanicznych głosów wymawiających tytuł. JOAN OF ARC, DICK CHENEY, MARK TWAIN. Witajcie w naszej bajce.

Jako próbę sił Joan Of Arc w barokowym popie lub mrocznym kabarecie możemy potraktować „Queasy Lynn”. Utwór kompleksowo zaaranżowany i misternie poprowadzony. Ze świecą szukać na wcześniejszych płytach formacji tak zwartej kompozycji. Jak dotąd wszystko wypada wręcz idealnie, ale nie jest to aż tak dziwne, biorąc pod uwagę, że za album odpowiada chicagowski dream-team. Wśród muzyków między innymi Nate Kinsella, Mike, Tim, Sam Zurick, Bobby Burg czy wypożyczony z Alohy Cale Parks i jego wibrafon. Jakby tego było mało miksuje legenda tamtejszej alternatywy John McEntire, a płyta zapisuje się jako pierwsza pozycja JOA w katalogu Polyvinyl Records. Dopiero cztery kawałki za nami? Serio? To ja biorę sobie przerwę, bo już 2:43, a na zajęcia trzeba jakoś wstać.

Ok, dzień kolejny, możemy kontynuować. Powtarzane mantrycznie You can not want to not want w “White And Wrong” utwierdza mnie w przekonaniu, że takie Joan Of Arc kocham najbardziej. Miazgą kolosalną jest jednak dopiero „Onomatopoepic Animal Faces”, w którym głęboka melodia fortepianu przeszywa na wskroś, a Tim kruchym głosem, z nieokreślonym smutkiem i zadumą artykułuje zwrotkę, aby następnie wznieść się wokalnie i  równie emocjonalnie wyśpiewać refren.

„A Half-Deaf Girl Named Echo" to jeszcze jeden efekt wyśmienitego zgrania, muzykalności i owocnego kombinowania. Krótka wyliczanka na temat „konspiracji” - „80’s Dance Parties Most Of All”, elektroniczny dziwoląg „Deep Rush” i The Sea And Cake'owe „Gripped By Lips” składają się na ciąg przeróżnych dźwięków i pomysłów, jakim przesłuchujemy się z jednakowym zainteresowaniem. Ważnym punktem jawi się „Fleshy Jeffrey”, quasi-ballada, najbliższa stylistycznie „Queasy Lynn”, bardziej rozgoryczona, choć równie udana. „Abigail, Cops And Animals” wyśpiewane/deklamowane jest złowrogim szeptem na tle bogatej aranżacji, klawiszy, basu i wiolonczeli. Hałaśliwa przeszkadzajka „Still From Miss Kate’s Texture Dictionary” zapowiada zaś brzmiące niemal jak ghost story „The Details Of The Bomb”. Wraz z tym utworem robi się naprawdę zagadkowo oraz metafizycznie, a kontynuowanie podobnego klimatu w „I Trust A Litter Of Kittens Still Keeps The Colosseum” okazuje się strzałem w dziesiątkę. Tu następuje jego rozwinięcie i maksymalizacja. Awangardowo-jazzowe trąbki wkradają się w utwór, burząc fortepianową posępność i tworząc być może najbardziej zapierający dech w piersiach fragment albumu.

Jest w „Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain” coś z ducha „NYC Ghosts & Flowers” Sonic Youth. Aura niesamowitości, jakiegoś muzycznego spirytyzmu i ponadzmysłowego oddziaływania. W „Telephone Have Begun Making Calls” nie pada już ani jedno słowo, ale można odnieść wrażenie, że za moment Lee Ranaldo albo Thurston Moore zaczną tutaj swój nastrojowy storytelling. Zamiast tego do głosu dochodzi parada zupełnie innych dźwięków. Jakby w pustym, ponurym domu przedmioty i instrumenty same z siebie zaczynały grać i to w dziwnej, nawiedzonej harmonii oraz kombinacji.„The Cash In And Price” to już napisy końcowe. Lista nazwisk ludzi przeróżnych, od Osamy Bin Laddena po Kathleen Hannę. 

Epicki i pomysłowy, nieogarnialnie kapitalny "Dick Cheney..." zapisuje kolejną mocną kartę w dziejach chicagowskiej sceny niezależnej. Kreatywność oraz oryginalność w czasie długich 57 minut ani przez chwilę nie robią sobie na tym albumie przerwy. Nieodłączne elementy, które Joan Of Arc zaadaptowali wcześniej do swojego krwiobiegu, nie zawsze jednak dające się gładko pogodzić, dopasowane są tu do siebie w przemyślanych proporcjach i odpowiednich miejscach bez najmniejszego zgrzytu. Wszystko komponuje się w intrygujący porządek, a efektu o dziwo nie psuje zupełnie nic. Dwa lata później Tim Kinsella kontynuować będzie świetną passę, ale tym razem już za sprawą dzieła o wiele lżejszego kalibru.

czwartek, 3 maja 2012

Owen - I Do Perceive (2004)












7

Znowu on. Owen i jego nieodróżnialne od siebie albumy. No przynajmniej te trzy pierwsze. Recenzję debiutu pisałem na jesieni, drugą płytę przedstawiłem na przełomie zimy i wiosny. Dziś pora roku, w której kwiaty kwitną, a dziewczyny wyglądają ładniej jest już w pełnej krasie. Fajnie sobie właśnie teraz po „I Do Perceive” sięgnąć, bo z jednej strony jest to już inny zestaw piosenek, a mimo to i tak dostajemy to co wcześniej. Rzecz jasna „to co wcześniej” oczywiście nam się podobało.

Jeżeli Bóg istnieje to niech recenzentom potrafiącym oryginalnie rozpisywać się o muzyce Mike’a wynagrodzi w dzieciach. Tu chyba najlepiej byłoby się podeprzeć tekstami. Już kilka zerknięć na liryki do „Note To Self” sprawia, że w głowie powstaje pewna myśl. On to pisze o sobie, swojej dziewczynie, jakichś innych ludziach, sprawach i przemyśleniach. Takie totalnie osobiste, chyba nawet mało ekscytujące rzeczy i aż dziw bierze, że słuchają tego później tysiące osób. Warto również zauważyć, że wspomniany kawałek spod indeksu drugiego podpada pewnie pod jakieś top 5 najładniejszych utworów pana Kinselli. Zacne rzeczy dzieją się w „Playing Possum For A Peek” gdzie z średniej co najwyżej zapętlonej zagrywki wyczarowana zostaje śliczna melodia. Celnym strzałem jest także „The Tattoo Isn’t Funny Anymore”, nawiązujące tytułem do singla The Smiths*. Może minimalnie przesłodzone, ale i tak sprawiające, że na półmetku ta płyta wydaje się póki co lepsza od poprzedniej.

Tendencja utrzymuje się na nasze szczęście do końca. „Put Your Hands On Me My Love” to nurzanie się w zniewalających, melodyjnych harmoniach. Nie da się nic złego powiedzieć o „She’s A Thief”. Chwilami bardziej hałaśliwe „Light’s Out” ujdzie jako pieśń na dobranoc. W sumie udaje się przeskoczyć przyzwoite „No Good For No One Now” i zbliżyć do poziomu prawie bardzo dobrego „Owena” rocznik 2001.



*Mike lubi Morisseya i spółkę, niedawno coverował „Girlfriend In A Coma”.

środa, 14 marca 2012

Aloha - Here Comes Everyone (2004)












10

But we can have it all
Pet sounds and rubber souls
Let your fear go
Let all your fear go


W przypadku zespołu Tony’ego Cavallario powiedzenie “lepsze wrogiem dobrego” byłoby naprawdę ostatnim jakiego wypada użyć. Pierwsze dwie płyty okazały się w końcu conajmniej dobre, urzekały ciekawą stylistyką i udanymi kompozycjami. „Here Comes Everyone” udowadnia jednak, że receptą na sukces wcale nie musi być kurczowe trzymanie się bezpiecznej, sprawdzonej metody. Na „Sugar” post-rockowo eksperymentalnymi konstrukcjami zdradzili już chęć do poszerzenia zakresu działań. W tym natomiast miejscu pojawia się prawdziwa różnorodność i należyte zdefiniowanie się kapeli.

Na wydawnictwach z lat 2000-2002 nie ma choćby czegoś porównywalnego z killerem za jaki robi tutaj „All The Wars”. Grupa z miejsca wysuwa kawałek najbardziej nieprzystający do standardów niebieskiej i żółtej płyty. Wparowujące na „dzień dobry” niezmordowane partie perkusji Cale’a Parksa, nakręcające motorykę utworu do spółki ze zręczną gitarową zagrywką. Jeśli dorzucimy jeszcze rzucane przez Tony’ego w chwilach łapania wytchnienia „all the wars and their warriors, wanted a piece of you, in your living room...” ukaże nam się opener dziesiątkowy. Emocjonalnie w następnej chwili rozbraja „You’ve Escaped”, balladka przeurocza, w której dodatkowo zachowawczą solówkę ciekawie zastąpiono motywem wibrafonu. Tak, ten instrument robi u nich za coś o wiele więcej niż ładną dekorację i to tylko jeden z wielu powodów dlaczego Aloha powinni jawić się jednym z najlepszych indie rockowych zespołów ubiegłej dekady. Nie zawodzi singlowe, melodyjne „Summer Away”, łatwo wpada w ucho „Boys In The Bathtub”. Panowie ostatecznie zdecydowali się na formy piosenkowe, które jak się okazuje wcale nie muszą być specjalnie oczywiste. Jak się chce to można tam z powodzeniem wepchać zjadliwe dawki math-rocka czy rocka progresywnego.

„Here Comes Everyone” to przede wszystkim płyta z jaką nie sposób się nudzić. Pod każdym kolejnym numerem odnajdujemy następną ciekawie przyrządzoną, kompozycyjną i aranżacyjną perełkę. Jak tu nie rozpłynąć się nad „Be Near”? Poczucie romantycznej estetyki Tony’ego u mnie trafia w samo sedno. Pięknie było już przy „You’ve Escaped”, ale refren indeksu piątego doprawdy urzeka elegancją i idealnym wyważeniem nastroju. „Water Your Hands” wdzięcznie rozlewa się przez dwie minuty bez udziału wokalu, a kiedy tekst już się pojawia, przypomina się również co ludzie mówili o wizjach po LSD („In your mirrors, you have seen a giant cop car and animal eyes.”). Motyw wyprowadzony w „I Don’t Know What Else To Do” ponownie zastaje mnie z brakiem słów do opisania jak należy. Aloha to zdecydowanie nie jest zespół dla „punkowego” recenzenta, który technicznie nie ma o muzyce pojęcia i nigdy na niczym nie grał.

Schodami do muzyczno-doznaniowego nieba prowadzi nas dalej „Setting Us Shop”. Przewijają się subtelne, prog-rockowe elementy, o jakich na dobrą sprawę błahe mam pojęcie, ale nie szkodzi. „Thermostat” to taki zapychacz o jakim większość zespołów marzy. „Perry Como Gold” częstuje tęsknym fortepianem, kościelnym niemal zaśpiewem Cavallario, wspaniałą przestrzenią i harmoniami. Fani rozbudowanych solówek też coś dla siebie znajdą, ale i tak słowo KLIMAT odegra rolę kluczową. „Altoona” jako krótki retros z „Water Your Hands” no i na koniec „Goodbye To The Factory”. Modest Mouse, może jakieś Pink Floyd, ale na 1:17 bezwarunkowo zwycięża Aloha. „We'll not come home, We'll not touch ground, Take me to my favorite spot, And promise me they're still around”. Cała reszta tylko po to by Tony mógł wejść z tą linią wokalną.

Takie właśnie płyty w krainie moich upodobań zasługują na ocenę 10/10. Kiedy bezsilność w wynajdowaniu komplementów osiąga apogeum, a ocalałe poczucie dobrego smaku nie pozwala przedobrzyć w słodzeniu. Niesamowicie się cieszę, że są albumy trafiające jeszcze do mnie w takim stopniu. Malkontenctwu, wstrzemięźliwości w wydawaniu wysokich not, pierdoleniu o nowatorstwie i obiektywności śmiejemy się dziś w twarz.

And we go through it all
The harvest and the gold rush
Let your fear go
Let all your fear go
How can you tell?
I can tell


sobota, 23 kwietnia 2011

Maritime - Glass Floor (2004)












7

Na początek, nie dajcie sobie wmówić, że „Glass Floor” to zła płyta. Widząc jak niektórzy ją ocenili spodziewałem się naprawdę wielkiego shitu, tudzież dawki siermiężnego jak cholera nudzenia. I tak może nawet lepiej, bo przyjemne rozczarowania naprawdę bywają przyjemne. Mało ważne, że gra tu basista DISMEMBERMENT PLAN. Prawda jest taka, że wcale tego nie słychać. Davey VonBohlen na debiucie Maritime bierze głęboki, spokojny oddech od The Promise Ring. Pisze piosenki prościutkie, klasyczne, nie podlegające żadnemu bajeranckiego gatunkowi. Nie ma tu najmniejszego post, żadnego revival, żadnego właściwie indie ani hardcore. Jest zwykła gitara, jeszcze zwyczajniejszy głos (Davey to wokalnie totalna anty-gwiazda rocka), reszta instrumentarium i tworzone za ich sprawą ładne, łagodne piosenki. W sumie 45 minut miło upływających, mało angażujących, ale w takiej formie doskonale zdających sprawdzian kompozycji. „Glass Floor” powinno dostać etykietę „album na wiosenne wieczory”. Można się na nim głębiej skupiać analizując naprzykład teksty, ale ja tam tego nie polecam. Czy są to podbite nieco bardziej przebojowymi melodiami numery takie jak „James” albo „Someone Has To Die” czy refleksyjne ballady w rodzaju znakomitego „I’m Not Afraid” jedna rzecz pozostaje niezmienna – klimat. Niepoprawnie kojący, nieinwazyjny, przynoszący bezwarunkową błogość tak zwanego „łatwego słuchania”. Dla tych co lubią się chill-outować, choć nie trawią przesadnej melancholii. Dla sympatyków Daveya VonBohlena i tych, którzy w oknach dostrzegają drzwi…




Maritime - We, The Vehicles (2006) - recenzja

środa, 6 kwietnia 2011

The Crimea - Tragedy Rocks (2004)












9.5

Nie mam pojęcia, którą wersję „Tragedy Rocks” mam na dysku i jak dokładnie te numery powinny być ułożone. Ja poznawałem w takim, a nie innym układzie, więc w takiej też kolejności je opisuję.

*

Straight out of high school And into the jungle Searching for Tarzan who might be dad

Wejście niesamowitego “White Russian Galaxy”, już od samego progu, rozpoczyna płytę tak pewnie i bezkompleksowo jak w popowo-gitarowej muzyce można tylko sobie wymarzyć. Swobodnie płynące zwrotki, niszczący wyrafinowaną brit-popowością refren. Motyw, który solidnie wryje się w pamięć i raczej nie zaniknie. Perfekcja. Tylko jak teraz pociągnąć dalszy ciąg żeby reszta nie wypadła przy tym blado?

If she gets a black eye, I want a black eye, If she gets a splinter, I want a splinter too

Rozkołysane, łagodne “Lottery Winners On Acid” spowalnia tempo, na razie nie będzie zapieprzania do przodu i zapierania dechu w piersiach, a jednak trudno cokolwiek zarzucić. Ten element układanki pasuje tu jak ulał rozkosznie prowadząc do prawdziwie emocjonalnej destrukcji mającej nastąpić już za moment.

Isobelle, remember how it used to feel?

Wskazane zaczerpnąć głęboki oddech zanim zostanie się przygniecionym tragi-romantycznym ładunkiem zawartym w kluczowym utworze „Tragedy Rocks”. Davey McManus z przejęciem w głosie rysuje niewyraźną, ale jakże cholernie sugestywną opowiastkę o ponoć nigdy nie istniejącej dziewczynie. Każdy element to tak zwany dreszcz. Maniakalnie wypowiadane “You look so good I want to see, hundreds and thousands of you, Crawling through the desert, like a crusade of half-dead blue bottles”, pięknie podkreślające egzystencjalne odczucia klawisze, cały ten w sumie tekst czy najbardziej oczywisty monumentalny refren, gdzie zwykłe “You and I…” wystarczy do osiągnięcia fantastycznego rezultatu.

We’re just a bunch of buffalo, getting slaughtered…

Ciężka artyleria tym razem zamieniona na szlachetną balladę o wzorowo rozczulającej melodii. Bezradny śpiew Daveya, łzawa solówka, piękno w czysto wyrafinowanej postaci bez śladu przegięcia.

Feel the hurt Feel the pain Feel the bad vibrations

Tak jakby idealnie singlowego materiału było tu jeszcze mało. Bezcenny jest falsetujący głos wokalisty przy "feel the bad vibrations"…

Tornadoes are nothing compared to the power, The glory, the chaos, the nightmare recurring

Może na razie wystarczy.

*

Czytanie o tym jak wspaniały i niedoceniony był swojego czasu jakiś zespół lub album ostatnio wyjątkowo mnie irytuje. Naprawdę, sprawdźcie sobie na Youtube lub Rate Your Music jak często lista komentarzy rozpoczyna się od czegoś w rodzaju „They were the most underrated band of all time!”. Przedszkolak wie, że od kiedy w ogromnych ilościach poznajemy muzykę przez Internet, co krok zdajemy sobie sprawę z istnienia setek grup genialnych, choć nieznanych nikomu. Gdybym jednak wybrać miał tylko jedną jedyną, skrzywdzoną najbardziej, jednocześnie najbardziej zasługującą na sukces, w pierwszej kolejności przyszłaby mi do głowy The Crimea. Twórcy jednej z doskonalszych brytyjskich płyt ubiegłej dekady nigdy nie zostali wystarczająco docenieni przez krytykę, nie mówiąc już o triumfie komercyjnym i nie wspominając o tym, że z samym wydaniem materiału mieli problemy. Oczywiście można przyjąć, że „Tragedy Rocks” to w istocie nic wielkiego, przyzwoite wydawnictwo, którym podjarało się kiedyś kilku redaktorów Screenagers, robiąc przy nim trochę przesadzonego szumu. Mi przyszło poznawać ten krążek o wiele później, mimo to po odpowiednim "wgryzieniu się" w niego jestem w stanie zupełnie zrozumieć wszelkie zachwyty nielicznych.

Charyzma Daveya „Crocketta” McManusa liderującego niegdyś kapelce The Crocketts to podstawowy walor, od jakiego możnaby zacząć argumentację wielkości albumu. Facet pobrzmiewa co prawda barwą Liama Gallaghera ("she saaaaaaid" w refrenie znakomitego „Bombay Sapphire Coma”), ale jego artystyczna osobowość wydaje się nieporównywalnie głębsza. Wrażliwość jaką prezentuje jest właściwa chyba tylko jemu samemu, a przynajmniej ja żadnych innych skojarzeń już nie mam. I mowa tu zarazem o stylu pisania tekstów, śpiewie jak i przekonującym sposobie wyrażania emocji. Po drugie: błyskotliwe, wartościowe kompozycje, przy których żaden fetyszysta gitarowych melodii nie przejdzie obojętnie. O połowie z nich pisałem wyżej, nad resztą również mógłbym się jeszcze pozachwycać. Bo mamy tu poza tym „The Miserabilist Tango” ze smutnym pianinem, alkoholowo-rozkminowym klimatem i tekstem o relacjach. Oparte na niezniszczalnym hooku, maksymalnie hiciarskie „Bombay Sapphire Coma” albo na przykład bardzo dobre „The Great Unknown” ukryte gdzieś w cieniu najbardziej wyrazistych fragmentów.

Podsumowując, w muzyce tej udało się twórcom zawrzeć jakiś nieopisywalny magiczny środek sprawiający, że piosenki dynamiczne eksplodują przebojowością, a balladowe poruszają oraz wzbudzają refleksję. Za sam poziom chwytliwości należy się zresztą najwyższa nota, bo mi przez ostatni miesiąc trudno się było od „Tragedy Rocks” oderwać, zaś poszczególne linijki miałem nawet ochotę gdzieś wypisywać. Podobno dziś, po kilku latach nie wszyscy zwolennicy debiutu The Crimea podtrzymują swój „młodzieńczy” entuzjazm, ale to już póki co nie mój problem. Zobaczę jak z tym u mnie będzie w okolicach 2015.


poniedziałek, 11 października 2010

The Get Up Kids - Guilt Show (2004)












7.5

The Get Up Kids w swojej niezadługiej („acz burzliwej” jak zwykł dodawać przy każdej okazji pewien nauczyciel geografii) karierze przeszli drogę podobną do wielu emo-core’owych/indie-emo’wych składów. Najłatwiej porównać ich z zaczynającymi w podobnym momencie kolegami z Arizony czyli Jimmy Eat World. Z każdą płytą coraz dalej od niezależnego grania, a coraz bliżej popowi i przystępności. Jednocześnie ani jednym ani drugim nie można mieć za złe, bo w niemal każdym wcieleniu bywali tak samo przekonujący.

Na „Guilt Show” nic nie wydaje się zapowiadać końca „dzieciaków”, który już za chwilę miał nastąpić. Matt Pryor kontynuuje tu drogę kompozytora fajnych, chwytliwych piosenek, przyjemnych jak cholera melodii, przebojowych refrenów, oraz ładnych i romantycznych ballad. Po punku, indie i emo nie ma wielkiego śladu. Pop-rock, power-pop jednym słowem rządzą, prezentując się na poziomie wielce przyzwoitym. Na pierwszy plan wyrazistości wybija kawałek o ewidentnej aparycji singla „Wouldn’t Believe It”. Żwawe zaśpiewy i gitary Pryora i Suptica oraz klawisze Deweesa zapewniają nośność wystarczającą do późniejszego nucenia, podśpiewywania, czy co tam chcecie. Świetnym, melodyjnym wkręcaczem okazuje się „Martyr Me”, w którym znów keyboard służy za podkreślenie udanego refrenu. Tych zresztą na krążku nie zabraknie. Energetyczne, gitarowe „How Long Is Too Long”, sympatyczne i podbudowujące „Never Be Alone” (you never be aloooooone), ciekawie skonstruowane całościowo „The Dark Night Of The Soul”. Jako osobną ciekawostkę należy potraktować sześciominutowe “Is There A Way Out?”, rozwijające się przez mroki delikatnej melancholii, dążące do smutnawego chorusu z lekkostrawnym akompaniamentem smyczków. Takie “Sick In Her Skin” z kolei, z dzisiejszej perspektywy brzmi jak drogowskaz dla nagrań grupy powstałych już po kilkuletniej przerwie (w tym roku powrócili z nową EP’ką). Przestrzenne, nieco ambientowe, interesujące nagranie rozdarte w pewnym momencie przez krzyki Matta. Cokolwiek by to nie było ciepła, komfortowa atmosfera odpowiednia dla tej kapeli towarzyszy nam przez cały czas.

Czwartą płytę The Get Up Kids można traktować jako ich najlepszą, choć co ciekawe i równie dobrze za najsłabszą... Ekipa z Kansas City najbardziej znana pozostanie już pewnie na zawsze przez wzgląd na klasyczne w niektórych kręgach „Something To Write Home About” oraz „Four Minute Mile”. Trzecia zaś w kolejności „On A Wire” jest materiałem do „Guilt Show” raczej porównywalnym. Prawdopodobnie to jednak omawiana tutaj pozycja zawiera te najdojrzalsze, najbardziej „progresowe” nagrania tego właściwie wiecznie młodzieżowego zespołu. Osobiście również nie wymieniłbym „I’ll Catch You” na „Is There A Way Out”, a „Ten Minutes” za „Wouldn’t Believe It”. Jednakże słuchając tej płytki nie mam tak zwanego uczucia „ guilty pleasure”, słucha mi się świetnie, może nie doskonale, ale skoro to ich najsłabsza to i tak są zajebiści.