Księżycowo, romantycznie, jak to u Ponda, ale przy tym też do przodu, żwawo, z życiem. Trafił w dziesiątkę ten, kto wpadł na to, by w „When The Moon Brings The Silver” wyeksponować całą tę motorykę, dać porządny rytm i zwyczajnie rozpędzić potencjał kawałka. Kompozycyjnie spoko, lirycznie jak trzeba. Studenckie wspominki, trzeci rok, drugi semestr.
Tak jak już ktoś kiedyś napisał: „Piosenka ma wszelkie predyspozycje do bycia tegorocznym, długofalowym hitem, lądującym w późniejszych podsumowaniach. Jest tu mocny synth-popowy hook przewijający się przez całość, towarzyszący rozmarzonemu śpiewaniu Tessy Murray. Przebity w refrenie najbardziej nawiedzająco-hipnotycznym motywem pierwszej kwarty roku, opartym właściwie na jednej, sugestywnie powtarzanej frazie. So young, so young, so youuung… . Ta nocna, romantyczna ulotność, manifestujący młodzieńcze uniesienia tekst i buszujące po głowie klawisze. Szkoda jedynie, że tak krótko, ale jest na to rada. Ja puszczam sobie dwunasty raz pod rząd.”
Takie piosenki nagrywają ludzie szczęśliwi. Bezpretensjonalność, dla kawałka spod indeksu drugiego na „Pythons” jest słowem kluczem. Kombinacja idyllycznego tekstu o tym „jak zajebistym farciarzem jestem, bo moja dziewczyna wybrała właśnie mnie” z najlżejszą, najbardziej wpadającą w ucho formą słonecznego college-rocka.
Wydawali się zwykłymi wychudzonymi indie-chłopaczkami z jednym, niezłym numerem a la MGMT na koncie, w którym gość śpiewał, że pieprzy romanse, woli podkochiwać się w dziewczynie z Warpaint. Wpadli nagle z datą 2013, aby przygotować kawałek o tak nielogicznej, nieprzystającej do „dzisiejszych czasów” budowie, okazujący się (moim) tegorocznym „I Wanna Be Adored”. W tym właśnie szaleństwie Swim Deep znaleźli metodę, przez całe 5:54 trzymając fason i nie myląc się ani razu.
Modnie jest ostatnio nie jarać się albumem Memoryhouse. Zespół był podobno fajny na wysokości EP’ki i singli, a kiedy przyszedł czas na pełnowymiarowe wydawnictwo okazało się, że część zwolenników spakowała manatki i ulotniła się. Może to mieć związek z częściową rezygnacją z hipnotycznej oniryczności i zmysłowego dream popu, jaki cechował „Lately”, „Caregiver” czy „To The Lighthouse”. Z jakiegoś powodu kanadyjski duet ostatecznie postawił na o wiele bardziej bezpośrednie przedstawienie kompozycji bez zbędnego wodzenia za nos. Co by jednak kto nie myślał, nie pisał i nie mówił „The Slideshow Effect” nadal pozostaje dobrą, bardzo równą płytą wyposażoną w pakiet wyjątkowo zadbanych melodii. Sądzę, że grupa mimo wszystko wyszła z tej sytuacji obronną ręką. Nikt nie zarzuci im ukrywania przeciętności utworów pod umiejętnym operowaniem klimatem. Niemal każda wzięta z osobna piosenka jest w stanie się wybronić, pod warunkiem, że lubimy balladowe kołysanki. Stylistyka wypada tu bowiem bardzo spójnie może poza wyjątkiem przebojowego indie popu „The Kids Were Wrong”. Jeśli o ten klimat chodzi to też nie ma specjalnie za czym płakać, bo przecież nadal mamy do czynienia z nieprzeciętnie rozmarzoną estetyką,. Kończący „Old Haunts” jest wręcz nie do pobicia pod względem dogłębnego zniewalania. Memoryhouse zagrali nieco na nosie, jednych zrazili, u innych zdobyli punkty. W tym momencie wiemy jednak na pewno, iż grupa nie ogląda się na czyjeś oczekiwania, nie wszystkich jest w stanie zadowolić, ale wykazuje się pewną niezależnością, co może być dobrym znakiem na przyszłość. Byleby po latach wciąż mieli coś do powiedzenia, a nie zostali zespołem, którego kojarzyć będziemy, bo brzmiał trochę podobnie do Beach House.
Duetowi Randy Randall & Dean Spunt od paru lat udaje się nieustannie utrzymywać pozycję bohaterów amerykańskiej indie-prasy. Zaledwie w 2007 wydali kompilację „Weirdo Rippers”, rok później potwierdzili klasę „Nouns”. O ile pierwsze wydawnictwo trochę zwróciło na nich uwagę, tak po tym drugim nie było już szanującego się fana alternatywy, który o No Age by nie słyszał. Trudno nie przyznać im zasług w szybkim spopularyzowaniu tej całej lo-fi punkowej/noise-popowej sceny, patrząc dziś na poczynania kapel w rodzaju Wavves czy Male Bonding. Choć niekoniecznie każdy w ich rzępoleniu odnajdywał pokłady garażowej poezji, to kawałki operujące energetycznym przyłożeniem oraz porcją kanciastej melodyki, takie jak „Teen Creeps”, na swój sposób podbijały serca. Można ich było odebrać jako przeciętną kapelę i to z beznadziejnymi wokalami, piszącą średnio finezyjne śmieć-rockowe piosenki, przewlekającą je czasami pseudo-artystycznymi fragmentami. Wielu jednakże widziało coś więcej.
Czy No Age to faktycznie cudotwórcy, którzy z pustych puszek i pękniętych butelek wyczarowują najwyższą, wysublimowaną sztukę, tego nie wiem. Jestem za to pewien, że jako rockowa kapela, grająca muzykę równie nośną, co mile kaleczącą narządy słuchu, a przede wszystkim porywająca do szaleńczej zabawy, sprawdzają się perfekcyjnie. Na „Everything In Between” nie brak galopujących, ociekających koncertowym potencjałem wymiataczy, czego egzemplarzowym przykładem jest zabójcze „Shed And Transcend” albo młócka w postaci „Depletion”. „Sorts” wkręca za sprawą swej banalnej rytmiki i niepoprawnie wyluzowanego wokalu. „Valley Hump Crush” z całkiem miłych senno-plażowych klimatów nie wiadomo w jaki sposób przechodzi do typowo No Age’owego modelu grania. Najbardziej zakręcona jazda to jednak świdrujące mózgownicę „Fever Dreaming”, schowane pod kultową na trackliście trójką.
Tak przedstawia się zaledwie jedna strona medalu. Na drugiej panowie dają upust eksperymentowaniu - ścianom dźwięku, shoegaze’ującym motywom, noise’owej, niczym nie ograniczonej, wesołej (albo i nie) twórczości. „Skinned” i „Katerpillar” to jak elementy jakiejś ambientowej/drone’owej układanki przypadkiem rzucone pomiędzy gitarową orgię. To samo z „Dusted”, na którym malują jeszcze dodatkowo coś na kształt dźwiękowego pejzażu do zachodzącego słońca. Fortepian zlewający się z szumem i delikatnym przesterem w „Positive Amputation” to już w ogóle kosmos.
Jak jedno z drugim może egzystować, nie gryząc się ze sobą? Na papierze może i wygląda to dość podejrzanie, ale wystarczy posłuchać aby stwierdzić, że się da. Styl grupy z Los Angeles na „Everything In Between” dzięki tej pozornej niespójności jedynie nabiera unikalnego smaku. A jeśli dodamy jeszcze kilka utworów, które nie wpisują się ani w jeden ani drugi schemat, wyłoni nam się danie wręcz wytrawne. Mowa tu o „Glitter”, który po kilku przesłuchaniach uświadamia słuchacza o swej genialności. Spokojny, pozornie nie rzucający na kolana singiel, gdzie wymawiane przez Spunta mądrym tonem kolejne słowa tekstu budują rzecz potencjalnie kultową. "I don’t fear god / Don’t fear anything at all/ Cause I know that’s where I’ve been/ Thoughts are moving/I’ve been wondering/When they take my turn to get a win/Everyone is out to get you again/ And I want you back/ Underneath my skin”. Skojarzenia z “Teenage Riot” uzasadnione. Mowa również o finalnym “Chem Trails”. Tam znów hałasy całkowicie schodzą z drogi piosenkowemu ułożeniu i urokliwym klawiszom.
Tak więc punkowy zgiełk ustawia się w parze z kojącym spokojem, prostota środków z bogactwem wyobraźni, gówniarska ekspresja z dojrzałością i stonowaniem. O co tu biega? „Everything In Between” jest jak zaduma nad dalszą przyszłością i zadyma na noise’owym gigu. Jak Bowie na drugiej części „Low” i Dismemberment Plan na nieokiełznanym debiucie. Może ja już za bardzo fantazjuję, wymyślam i przeginam, ale jak się nie podoba, to co za problem? Idźcie i ich sprawdźcie, zobaczcie koncert, kupcie płytę. Twórczość tej dwójki albo was wciągnie albo odrzuci. Obojętność nie powinna wchodzić w grę.
Jeżeli komuś nawet choć trochę nie podoba się romantyczna prostolinijność i sympatyczne college-rockowe brzmienie utworu Parasites to ja radzę się tej osobie udać do specjalisty w sprawie przepisania leku o nazwie Prozac. Rzeczywistość z piosenkami takimi jak „Refuge” w radiu byłaby bardziej optymistyczna, ludzie o wiele weselsi, a rachunki za telefon i internet niższe. Ok, to ostatnie może nie, ale i tak warto.
Kto wie czy nie najbardziej wpływowa kapela amerykańskiego punk rocka lat 90’tych. Nikt nie łączył wpływów melodicu, pop-punku, emo-core’a i post-hardcore’u tak jak Jawbreaker na swoich pierwszych trzech płytach wydanych w latach 1990-1994. „Want” otwierający świetnie przyjęty debiut „Unfun” to jak na rok 1990 pokaz dość odświeżającego, undergroundowego grania . Zabójczo chwytliwe melodyjne gitary i kontrastujący z nimi wystarczająco ochrypły wokal Blake’a Shwarzenbacha chcąc nie chcąc tworzyły nową jakość , która dziś dominuje na „org-core’owej” scenie. Być może tu zaczynał się prawdziwie inteligentny punk rock daleki od pozerstwa i afiszowania się tym jak bardzo punkowy jestem ja i mój zespół.
Dość dziwne kwestie zaprzątały głowę 18-letniego wówczas (w chwili wydania „39/Smooth”) Billiego Joe Armstronga, który w „16” zerwał poniekąd stereotyp gówniarza śpiewającego o dupach i imprezach, a zamiast tego pokusił się o tekst wyrażający obawy przed starzeniem się. „Every night I dream the same dream, Of getting older and older all the time”, “Every time I look in my past I always wish I was there I wish my youth would forever last, Why are these times so unfair?”. Kawałek po ponad dwudziestu latach broni się jako lekko specyficzna pochwała młodości oraz jakżeby inaczej prosta, kapitalna piosenka z rozbrajającym refrenem.
“Kreatywni, że ja pierdolę” – takim sloganem mogliby reklamować się Fugazi na każdym etapie swojej twórczości. „Shut The Door” z klasycznego „Repeatera” eksploruje rejony najwyższych lotów łączenia melodii z łomotem. Taki opis w tym przypadku nie mówi jednak zbyt wiele biorąc pod uwagę kunszt oraz oryginalność odróżniającą utwór od całej masy muzyki jaką można określić podobnymi słowami. Ian McKaye wyprowadza spokojne linijki w rodzaju „I burn a fire to stay cool I burn myself, I am the fuel” by po chwili wraz z zespołem zmiażdżyć gwałtownym „Don't you ever say I'm cruel!”. Te przejścia pomiędzy skrajnymi nastrojami, wyrażonymi w doskonały sposób (nastrojowość 10/10, wściekłość i rozpierdol 10/10) są kluczem do niewyobrażalnej klasy kawałka.
Jeden z większych przebojów undergroundowego, „prawdziwego” pop punku, w prostej linii wywodzącego się z inspiracji Ramones. W niektórych kręgach rzecz kultowa, z której każde zdanie począwszy od „I'm just a stupid kid and I get my kicks But she left me and it hit me like a ton of bricks” wyrzucane przez Joe’go Queera nosi znamiona zajebistości. Historie w rodzaju „Płaczę nad piwem, bo dziewczyny mnie nie chcą i nienawidzę tych wszystkich typów co mają powodzenie, Miłość to nie zabawa dla mnie” też zawsze w cenie.
Sam konkret tego co prezentuje sobą zespół Grega Graffina. Zaangażowane, anty-zbrojeniowe, anty-nuklearne teksty wyposażone w atrybuty punkowej petardy, pędzącej naprzód z prędkością błyskawicy. „Unacceptable” pomimo niecałych dwóch minut trwania siłą rażenia mogłoby obdzielić 15 innych kawałków. Pomyśleć, że „Against The Grain” składa się prawie wyłącznie z takich numerów.Unac-fucking-ceptable!