Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ozma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ozma. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 stycznia 2015

Podsumowanie 2014: albumy 50-37



50. Hospitality – Trouble

Określenia których możnaby z grubsza użyć do scharakteryzowania Hospitality przedstawiałyby ich jako zespół niezbyt oryginalny, nieszczególnie ciekawy, nieodróżnialny o setek innych.  Kwartet grający indie pop (jak wiele mówi to w dobie Rate Your Music?), operujący klasycznym pakietem instrumentów, z dziewczyną na wokalu, nagrywający melodyjne, bardzo przyjemne piosenki. Wszystko to przecież prawda, ale wszystko to może również przyprawić o zwichnięcie szczęki i nie służy za dobrą rekomendację do sięgnięcia po „Trouble”. Nowojorczycy proponują nam jednak rzeczy godne uwagi, bo pomimo wyżyn i nizin ich drugiej płyty, jeśli już wchodzą na te wyżyny, to efektem są najzgrabniejsze w swojej kategorii kawałki roku. Brzmią jakby zawzięcie wierzyli, że z pomocą sprawnej sekcji rytmicznej, odrobiny główkowania w kwestii kompozycji i aranżacji, urozmaicania materiału oraz pewnej siebie wokalistki będą w stanie zagrać w pierwszej lidze. Albo wynika to z prawidłowości takiego myślenia, albo wiara czyni cuda, gdyż „Nithingale”, „Going Out”, „Rockets And Jets” czy „It’s Not Serious” błyszczą songwriterską starannością i nawet bez elektronicznych efektów specjalnych brzmią całkiem jak na standardy 2014 roku atrakcyjnie. Niepozorna Amber Papini nie tylko dwojąca się w zdobywaniu nas dziewczęcym wokalem, ale również serwująca gitarowe solówki wydaje się liderować poczynaniom kapeli nadzwyczaj fachowo. Nie dam sobie jednakże uciąć ręki za to, że byliby w tym rankingu gdyby nie decydująca obecność „Last Words”. Intrygującej, rewitalizującej 80’sy, klawiszowej petardy z wycyzelowanym do granic przebojowości, jedynym (nie licząc chórków) w ciągu tych niezłych 38 minut wejściem męskiego głosu.


49. Grumbling Fur – Preternaturals

Niektóre albumy często lądują na naszych listach roku nie z powodu swej wyrazistości,  wywoływania estetycznej ekstazy czy emocjonalnych stanów, a z prostej przyczyny - przyjemnego, przemiłego dla ucha brzmienia, w które chcielibyśmy się wtulić gdyby tylko istniała taka możliwość. Panowie z Grumbling Fur pod żadnym pozorem nie operują kategoriami spontanu czy emocjonalności. „Preternaturals” to wytwór tworzenia wykalkulowanego i intelektualnego, zbiór produkcji przewidzianych do odsłuchu dla wysmakowanego dźwiękowo odbiorcy. A jednak zbiór dźwięków gładkich, nadal popowych, odznaczających się godną uznania wytwornością („Feet Of Clay”), połyskujących kolorami ambientu, folku czy psychodelii, ale w tonacji wyjątkowo spokojnej. Płyta spod znaku przyjemności wyrafinowanej.


48. Generationals – Alix

Na „Alix” nie spełnia się niestety optymistyczny scenariusz tych, którzy z niżej podpisanym włącznie widzieli w Generationals wielką indie-popową nadzieję białych. Następca „Hezy” nie okazał się „kolejną dużą rzeczą”, a jedynie dobrym, skocznym albumem na poziomie jakości swego poprzednika. A więc szklanka do połowy pusta albo do połowy pełna, w zależności od tego, jak w danym momencie spoglądamy na rzeczywistość. Czwarta płyta duetu Joyner-Widmer to w końcu nadal chlubny dla Polyvinyla materiał nie odstający chociażby od tegorocznych krążków Alvvays czy Wampire. Szkoda tylko, że błyskotliwa parada pierwszych dwóch singlowych kawałków nie została tu pociągnięta nieco dłużej. Piszczałkowy motyw przewodni i wakacyjna linia wokalna w „Black Lemon” ożywiają tęsknotę za melonowymi drinkami przed zatłoczonym sopockim molem pewnego wczesno-wrześniowego popołudnia. Klawiszowy hook „Gold Silver Diamond” orzeźwia równie skutecznie i radośnie. Zawartość indeksów 3-10 nie kryje już może większych hitów, ale z niemal nienaganną równością ciągnie wózek tej konsekwentnie rozrywkowej, opartej na elastycznych rytmach, pulsujących bitach i znamiennym już dla zespołu „kauczukowym” brzmieniu, płyty.


47. Manchester Orchestra – Cope

“oh mom, my heart is so black”

Nieinwazyjny, zwykły album rockowy. To pierwsze co przychodzi mi do głowy, gdy myślę o “Cope”. Już sama okładka wydaje się podejrzana. Biały napis, prosta czcionka i czarne tło? Na płycie niby ta sama stuprocentowa Manchester Orchestra, ale w wydaniu gitarowo klasycznym, jednolitym, pozbawionym fajerwerków. Wypada powtórzyć – zwykły album rockowy, choć zaskakująco uczciwy i przyzwoity. Nie uświadczymy tu wyrazistych przebojów na miarę „Virgin” i „Simple Math” z poprzedniej płyty. Nic nie zabrzmi tak chwytliwie jak „Pensacola”, co nie oznacza całkowitego braku melodii. Wcale nie, nawet jeśli chłopaki nadzwyczaj często i ochoczo rozwijają swe hard-rockowe zamiłowania. „Cope” to trochę powrót do korzeni, wejście do garażu i zagranie tego na co ma się ochotę, bez potrzeby sprostania komercyjnym wymogom ani tworzenia dzieła życia. Z tej mało porywającej, a jednak sprawnej jedenastki przemawiają do mnie szczególnie nienachalnie wpadające w ucho „Choose You” i „Girl Harbor” oraz muskularnie uderzający w refren „See It Again”. Smaczny kąsek stanowi również sygnowane fatalistycznymi lirykami i potężnym riffem nagranie tytułowe. Andy Hull potwierdza solidność swej songwriterskiej firmy. Chłopaki z Atlanty nadal pozwalają ze sobą sympatyzować.


46. Ozma - Boomtown

“one wish before I go, oooh woah-oh”

Na „Boomtown” panuje niezły bałagan. W każdym kawałku śpiewa ktoś inny, rola wcześniejszego wokalisty została zmarginalizowana, świetne piosenki sąsiadują z kiepskim rockiem dla nastolatków, a kiczowate klawisze szaleją w najlepsze. Natury anachronicznych, nerdowatych romantyków tym razem nie dało się ujarzmić. Chęć nagrywania cukierkowych instrumentali, space-popowych odjazdów oraz skrajnie bezpośrednich wyznań miłosnych została spełniona i udokumentowana. Nawet jeśli przez ostatni krążek Ozmy trzeba się przedzierać skipując poszczególny momenty, to wciąż znajduje się na nim kilka takich, dla których warto go odpalić więcej niż dwa razy. W „Nervous” należy docenić zarówno kompozycję autorstwa perkusisty jak i wokalne poprowadzenie jej przez prześliczną keyboardzistkę. „Girlfriend You’re The One” to nieprzeciętnej urody, zakochana ballada, pod jaką mógł się podpisać wyłącznie dotychczasowy mózg grupy Daniel Brummel. Z kolei „Out The Window” gitarzysty Jose Galveza rozpuszcza w rozmarzonych, anielskich melodiach. Wymieniając highlighty nie sposób zapomnieć o tytułowym „Boomtown” klasycznie realizującym nieśmiertelny schemat spokojna zwrotka-podbijany refren.


45. Fire! Orchestra – Enter

"you've got to exit to enter and enter to exit"

Najpierw zapraszali nas do wyjścia, teraz proponują wejście. Od czasu „Exit!” element zaskoczenia minimalnie stracił na mocy, choć tworzona tu muzyka nadal przyprawia o przedstawione na okładce rozszerzenie źrenic. Wolność, dzikość, brak większych hamulców. Granie bardziej szalone i destrukcyjne od punka, choć ukryte pod eleganckim płaszczem kulturalnego przecież jazzu. Ekstremalne poczynania wokalne Mariam Wallentin każą zastanowić się czy zachodzi tu w ogóle jakaś relacja na linii instrumentaliści-solistka? Czy na przestrzeni „Enter Part One” mamy do czynienia z niezależnymi od siebie improwizacjami totalnymi na dwóch płaszczyznach, czy jednak ktoś tu kogoś prowadzi albo, jak ja to mówię, trwa wzajemne nakręcanie się? W „Enter Part Two” orkiestra zezwala Simonowi Ohlssonowi zdominować pierwszą część na modłę noise-rockową, co więcej, użycza mu swojego wsparcia, ale w okolicach połowy utworu liderowi Silverbullit już dziękuje, by snuć całkowicie własną pogrzebową narrację. Część trzecia to gratka dla miłośników jeżdżenia paznokciami po szkolnej tablicy, tudzież drapania styropianu. Kolejna okazja pani Wallentin na zrobienie użytku ze swej artystycznej niepoczytalności. Możemy wyobrazić ją sobie jak w towarzystwie jazgoczących saksofonów i puzonów konwulsyjnie deklamuje awangardową poezję. Czwórka powraca do motywu z jedynki, muzycy powoli spuszczają powietrze, wykrzesając na koniec jeszcze szczyptę zajmującego hałasu. Oby energia i kreatywność Fire! Orchestry nie wypaliła się za szybko, a kolejne albumy powstawały w podobnym tempie i z taką samą konsekwencją gościły na corocznych albumowych listach.


44. Angel Olsen – Burn Your Fire For No Witness

"if only we grew wiser with each breath, if only we could dance our way to death"

Nie ma nic nadzwyczajnego we współczesnych wykonawcach ostro eksplorujących starodawne stylistyki. Nic ciekawego w stylizowaniu się. Nic szczególnie oryginalnego w dziewczynach z gitarami w sukienkach swoich babć. A jednak relacja między atrakcyjną staroświeckością i pulsem współczesności przy odrobinie talentu i wyczucia estetyki może skutecznie zaiskrzyć. Mnie na przykład przekonuje niedzisiejszość Angel Olsen. Myli się ten, kto sądzi, że druga połowa „Burn Your Fire For No Witness” jest słabsza. Co prawda, pierwsza błyszczy przebojowym zacięciem wstępu i dwóch singli oraz frapująco złowieszczym „White Fire”, ale to chyba dopiero w uroczo przedwczorajszych kompozycjach pokroju „Iota”, „Dance Slow Decades”, „Enemy” i „Windows” koleżanka z Missouri z największą szczerością odsłania nam swą country’ową romantyczną duszę.  


43. Wampire – Bazaar

Trochę za szybko, trochę nie tego się spodziewałem, ale podobnie jak u kolegów z Generationals to nadal jest album, którym nie sposób pogardzić. Wampire świetnie zapowiedzieli się na przełomowym dla nich „Curiosity”, a więc naturalną koleją rzeczy miał być już potężny follow-up, od jakiego pospadają czapki z głów. I owszem, obiecująco się to zaczyna, masakrują obydwa single – halloweenowe, pędzące na złamanie kręgosłupa „The Amazing Heart Attack” oraz 70’sowy pop „Wizard Staff”. Ujdzie zdekonstruowany pop punk (wokal a la The Dickies) „Bad Attitude” i zapatrzony w „Definitive Gaze” Magazine „Fly On The Wall”. Tli się coś kompozycyjnie w „Millennials” i „Life Of Luxury”. ALE. Te kawałki są też początkiem ucieczki w jakby nie do końca naturalny, różnie służący eklektyzm. I co tu dużo mówić, wstrzemięźliwość na poprzedniczce była większym sprzymierzeńcem. W jednych utworach pomysły wychodzą dobrze, w innych może nie tyle wypadają źle, co raczej całkiem ich brak. Ostatecznie jednak, słuchałem tego z przyjemnością i będę słuchał dalej. Klawisze się spisują, saksofon szaleje. Coś jestem w stanie tu kupić, na niektóre rzeczy popatrzę z zaciekawieniem, inne bez większej refleksji pominę. Jak to na bazarze.


42. Eternal Summers – The Drop Beneath

„The Drop Beneath” to album ułożony i zadbany. Nic tu nie wystaje, nie wychodzi za linię, nie trzeszczy ani nie jazgocze. Ponad połowę materiału stanowią jangle’ujące, dream popowe, lub klasycznie indie rockowe piosenki umiejscawiające część inspiracji grupy w pierwszej połowie lat 90., część zaś gdzieś w drugiej lat 80. W tej dość mało spontanicznej stylistyce da się jednakże tworzyć prawdziwie majstersztykowskie kompozycje. Spójność nie zawsze musi oznaczać coś dobrego, czasem spójne mogą być przecież krążki na których konsekwetnie nie dzieje się nic. Eternal Summers w ramach polityki spójności udowadniają jednak kreatywność poprzez mieszczenie się z wieloma świetnymi rzeczami w przestrzeni nie potrzebującej rozrzutu form i stylistyk. Motoryczne, ładnie śpiewane przez Nicole Yun „Never Enough”, „100” czy „Gouge” uzupełniające się z połyskującymi melodiami twee-popowymi perełkami „Keep MeAway” i „Not For This One” osiągają pełnię atrakcyjności. Niepokojąca gitarowa eskapada „Make It New” i przekapitalna balladka „Until The Day I Have Won” wyłamują się z obydwu linii wzbogacając całość odrobiną ciekawszej kolorystyki. Trzeci album tria jawi się chyba jak dotąd ich najlepszym, choć jak dla mnie wciąż widać tu otwartą furtkę do czegoś więcej.


41. Komety – Paso Fino

Warszawskie zakamarki, emocjonalne rozterki, ładne piosenki. Te rzeczy zawsze były w twórczości Komet mocnym punktem, żeby nie powiedzieć filarem. Ciężko zaprzeczyć, że coś w stylu grupy uległo w międzyczasie naturalnej zmianie. Zniknęła młodzieżowość, zawitała słyszalna w różnych miejscach dojrzałość. Wyżej wypisana esencja nadal zajmuje jednak odpowiednie miejsce, przez co obcowanie z „Paso Fino” ma szansę jawić się dla słuchacza wartościowym zajęciem. Zwłaszcza, że próby odświeżenia brzmienia zdecydowanie zagrały na korzyść Lesława i spółki. Stąd pewnie moja miłość do barwnej i fascynującej „Ulicy Kasprowicza”, sympatyzowanie z funkowym „Prywatnym Piekłem” czy szczere uznanie dla nostalgicznej melodii „Hotelu Artemis”. Najwięcej ze starych Komet odnajduje w „Sparaliżowanej od pasa w dół”, uśmiecham się również przy ironicznym „Ona i Niestety On”. Całkiem klimatyczny soundtrack do pierwszego roku studiów w stolicy.


40. United Nations – The Next Four Years

"to go right or go left, same old prism, different prisons"

„The Next Four Years” to wbrew pozorom album do słuchania. Oczywiście dla tych, dla których tego rodzaju brzmieniowa  przemoc może być w ogóle przyjemnością. Co prawda intelektualne koncepty grupy są niezmiernie ważne i przy całej tej ich „politycznej” otoczce, mogą sprawiać wrażenie elementu nadrzędnego. A jednak muzyka United Nations w żadnym wypadku nie służy wyłącznie za środek ilustrujący. Teksty na drugiej płycie hardcore’owej supergrupy to zaaranżowane na punkowe buntownictwo skomplikowane żarty Geoffa. Ironiczne „dżołki”, które zamiast śmieszyć uderzają raczej po mordzie. Jeśli kogoś taka zapowiedź intryguje, polecam sprawdzić, nie odmawiając sobie przy tym odrobiny zaznajomienia z kontekstem. Nieco bardziej zaangażowane słuchanie przynosi dodatkową satysfakcję, ale tak jak już wspomniałem, powerviolence Stanów Zjednoczonych jawi się na tym krążku wartością samą w sobie. Składają się na nią kapitalnie wycinane riffy, ultra-szybko-ultra-mocno uderzająca perkusja, ostre i masywne ściany dźwięków oraz naturalnie dużo dobrego krzyku. Nie brak też refleksyjnych melodii. Może zabrzmię kuriozalnie, ale „Serious Business” to kawałek na dobrą sprawę oparty na chwytliwych hookach. Subtelniejsze momenty „Meanwhile On Main Street” czy „F#A#$” mają szansę zadowolić żałobników po Thursday. „False Flags” posiada jeden kapitalny moment, na który warto zaczekać, a „Music For Changing Parties” albo „United Nations Vs United Nations” poza fajnymi tytułami fundują po prostu pierwszorzędną dawkę soczystego screamo. Zgodnie z poradami głównego aktora tej sztuki – „The Next Four Years” nie wolno brać zbyt poważnie. Warto natomiast przy odpowiednim psychicznym (i estetycznym) nastawieniu z tym arcyciekawym materiałem się zmierzyć. 


39. Warpaint – Warpaint

„in my dreams we all wake”

Zarzut o przerost formy nad treścią to nieodłączny element zestawu recenzenckich klisz. Przydatny zwłaszcza w przypadku muzyki silnie bazującej na brzmieniu, klimacie, lub innych środkach spychających czysty songwriting na dalszy plan. Wydaje mi się jednak, że często, także w przypadku ostaniej płyty Warpaint, można go odpierać poprzez postawienie prostego pytania „czy wszystko musi polegać na pisaniu piosenek?”.  Zgoda, że wielu odbiorcom, to kompozycje mogły się wcześniej w przypadku zespołu z Los Angeles podobać najbardziej, ale czy jeśli tym razem panie postawiły na kształty gęste, tajemnicze i mniej wyraźne, to efekt musi być z samego założenia słabszy? Otóż, chyba właśnie nie. Utwory z „Warpaint” pewnie trudniej byłoby tak po prostu zagrać na gitarze, bez pomocy odpowiednich efektów, co nie zmienia faktu, że na albumie brzmią wybornie. Wsłuchując się w fascynujące dźwięki „Keep It Healthy”, „Go In” czy „Teese” mam wrażenie, że w takiej rzeczywistości dziewczyny czują się najlepiej. Im więcej zagadki i mroku, tym bardziej im do twarzy. Jeśli zaś mają śpiewać piosenki, to najlepiej takie w stylu hipnotyzująco-niepokojącego, rozjeżdżającego się w trip-hopowym sosie „Disco/very”.  


38. Natural Snow Buildings – The Snow Country

Napisałem niedawno, że muzyka zimowa jest dla mnie więcej warta od muzyki świątecznej. Dzieje się tak, ponieważ muzyka zimowa to pojęcie o wiele obszerniejsze, pod które podciągnąć możemy coś więcej niż banalne radiowe pioseneczki i zamęczone do granic bezbarwności kolędy. Na przykład mroźne, klimatyczne utwory z „The Snow Country”. Francuski duet wprowadza nas w świat swojej ostatniej płyty powoli, krótkimi, na zmianę niepokojącymi i urokliwymi fragmentami. W „No Light Pollution” nasłuchujemy i obserwujemy (w wyobraźni) jak nad zimowym krajem kłębią się mroczne obłoki, po czym zapada ciemność całkowita. Po chwili siedzimy urzeczeni śpiewaną dziewczęcym głosem, nagraną na starą kasetę, smutną balladą, przywodząca na myśl Grouper lub His Name Is Alive. Tylko po to, by za moment dać się zahipnotyzować dwuminutowemu gotykowi jakże nastrojowo zatytułowanego „Weird Meetings At The Water Castle”. Od tego momentu epickość albumu Natural Snow Buildings ma nas dopiero pochłonąć. Błyskotliwe miniaturki co prawda nie giną, ale coraz bardziej blakną pod cieniem długich, niespiesznie ewoluujących form. Doskonały przekrój całości stanowi siedemnastominutowy „Rusty Knives Valley”, skupiający wszystkie jej najistotniejsze elementy: nastrój średniowiecznych lochów, psychodeliczno-folkową melancholię, dzwoneczki i słodki śpiew Solange Gularte. Z tym że fenomen „The Snow Country” równie często polega na jednostajności. Utwór tytułowy zaszczyca magią niezmienną, jednolitą, ale nadal niemiłosiernie wciągającą. „Sister Ritual” dla odmiany paraliżuje atmosferą grozy i upiorności. Przy kolejnych 1017 sekundach „Sandman Traps” wiemy już, że więcej niczym nas nie zaskoczą, ale to nie szkodzi. Wycieczkę po mediewistycznej, przerażająco pięknej i posępnej krainie kończy spokojna „Gothic Suburbia”. Promyki słońca znów nieśmiało przenikają przez zbitkę gradowych chmur. 



37. Freddie Gibbs & Madlib – Piñata

Nie śledzę nawijki Gibbsa, nie wsłuchuje się w jego teksty, w ogóle w całą tę płytę kompletnie się nie angażuję. Może powinienem, ale przy tylu ciekawych albumach w gatunkach, z którymi jest mi bardziej po drodze, na tę jedną zwyczajnie nie starcza mi czasu. Po co więc ona w podsumowaniu? Z prostej przyczyny, nawet niezobowiązujące słuchanie „Piñaty” robi mi przyjemność na tyle dużą, że nie wspomnienie o niej tutaj byłoby czymś złym. Te kawałki to prawdziwa kopalnia wyśmienitych dźwięków, wytrawna produkcyjna żonglerka pomysłowymi drobnostkami, mistrzostwo wyrafinowanych loopów i sampli. Nawet jeśli szczerze nie chce mi się (na chwilę obecną) czytać tekstów, a przy słuchaniu nie kontempluję, bo zajmuję się jednocześnie czymś zupełnie innym, wyczyny Madliba sprawiają, że chce mi się zakładać słuchawki i wchłaniać tę muzykę z dbałością u nie uronienie ani jednej nuty.  

wtorek, 2 grudnia 2014

Podsumowanie 2014: piosenki 50-38





Z Angel Olsen po raz pierwszy zetknąłem się przy okazji wyjątkowo niszowego wydawnictwa Tima Kinselli pod tytułem „TimKinsella sings the songs of Marvin Tate by Leroy Bach featuring Angel Olsen”. Minęła chwila a nazwisko 27-latki z Missouri stało się jednym z częściej wymawianych i wypisywanych w kontekście żeńskiego indie-folku. W swoim największym obok szorstkiego, prawie garażowego „Forgiven/Forgotten” przeboju dziewczyna proponuje nam treść lekką, ale odrobinę wyłamującą się ze stereotypowego banału pisania o samotności. Choć Olsen już na wstępie wyznaje, że „czuje się tak samotna, że mogłaby płakać” to w praktyce ową samotność wynosi do rangi największego honoru. Nie ma tu miejsca na smutek i płacz, samotność jest w porządku, o ile tylko przyjdzie dzielić się nią z kimś równie samotnym. Teksty w folku zawsze były i będą ważne. Przesłanie „Hi-Five” niewątpliwie przesądza o atrakcyjności całej piosenki, której swobodna warstwa muzyczna wydaje się jednak naturalnie z nim łączyć. Angel Olsen, jako fajnej koleżance, która ani nie jest cukierkowa ani ponad stan nie zamula nie wypada dziś nie przybić piątki. 



Obrazki na albumach Empire! Empire! całkiem dobrze, jak na mój gust, oddają klimat ciepłych utworów duetu z Michigan. Szata graficzna „You Eventually Will Be Forgotten” przedstawia osobę w pustym pokoju, przeglądającą zdjęcia. Niektóre leżą na podłodze, za oknem zmrok, widać bloki budynków. Słuchając „A Keepsake” nie trudno wczuć się w klimat i wyobrazić sobie jak wykonywanie tej czynności wskrzesza historie z przeszłości. "When I was eight or nine, I took a trip up north with my brother, my father, and my uncle" śpiewa we wstępie Keith Latinen swym dziecięcym łamliwym głosem. W tym momencie jesteśmy nim, tym chłopcem i tym kimś z klaserem w dłoniach, a melodie są wieczorem za oknem. Perfekcyjnie została tu wyważona chwila, w której apogeum tychże melodii, solidnie wzorowanych zresztą na Mineral łączy się z wejściem drugiego wokalu. Duetów w emo chyba za wiele nie było, o ile w ogóle. Tymczasem ten tutaj stanowiący połączenie sił Latinena i Boba Nanny jest iście pokoleniowy. Lider Braid, czołowej formacji midwest-emo drugiej połowy lat 90. i grupa broniąca honoru gatunku 10-15 lat później, spotkanie na szczycie. Featuringowi Nanny niczego nie brak, podobnie jak przypominającemu tym razem American Football trąbkowemu zwieńczeniu urzekającej kompozycji. Intymna magia doznawania w czterech ścianach.



Odstęp pomiędzy pierwszą a drugą płytą Foxes In Fiction trwał długie cztery lata. Przez ten czas można skończyć studia, podjąć pracę albo dwie, przesłuchać kilkaset albumów. Warren Hildebrand nie odciął się od muzyki całkowicie, bo choć niczego większego nie nagrywał, to w ramach działalności maleńkiej, kasetowej wytwórni Orchid Tapes pomagał odnaleźć swoje miejsce wielu muzykom „sypialnianym”. Dawno nie słyszeliśmy nic nowego od Atlas Sound, na ostatniej płycie Deerhunter Bradford Cox poszedł zaś w rockerkę. Hildebrand wspomagany dziś przez wnoszącego skrzypcowe aranże Owena Palleta wybrał, bądź przypadkowo trafił w lukę doskonałą. „Shadow’s Song” reprezentująca krążek „Ontario Gothic” to szkicowa, bardzo ładna retro-ballada rodem z lat 60. przymglona smutkiem neo-dreampopowej produkcji i tekstu oddającego tęsknotę za zmarłą przyjaciółką. Koalicja szlachetnego piosenkopisarstwa z subtelnym, kojącym brzmieniem.   



“I swear I see my former glory still burning. It had every intent of returning”. Jeśli przyjmiemy, iż chodzi tu o niektóre momenty nowego albumu „pornosów”, to powiedzmy, że w deklarację Newmana nawet wierzę. W łagodnym „Wide Eyes” A.C i Neko Case pokazują się z twarzy całkowicie innej niż choćby w równie dobrym, eksplodującym bajerami „Brill Bruisers”. Dziewiątka na powrotnym krążku Kanadyjczyków to rzecz o charakterze, który czterdziestoparoletnim, sekundę temu najlepszym indie-popowcom planety w chwili obecnej wyjątkowo przystoi. Jestem w stanie wyobrazić sobie ich piosenkę na „Chutes Too Narrow” Shinsów gdzie nie odstawałaby ani stylistycznie ani jakościowo. Los chciał jednak by to właśnie The New Pornographers wypuścili ten dyskretny, sympatycznie rymowany rarytas z datą 2014 i w tym też roku otrzymali za niego, ode mnie, konsumencki laur uznania. 



Irlandczycy z Sea Pinks pod wodzą Neila Brogana grającego również na perkusji w nieco bardziej znanej post-punkowej kapeli Girls Names, podjęli się wskrzeszania zawartości zdecydowanie interesującej muzycznej szufladki. Oparte na żwawym, niezbyt urozmaiconym, choć niczego nie ujmującym piosence rytmie „Dream Happening” leży gdzieś na przecięciu Chillsowego jangle popu i proto-britpopu wczesnych lat 90. a la Kingmaker czy James. Słuchając zwrotek cały czas zastanawiam się co jest w nich takiego intrygującego i nietypowego, a coś jest na pewno. W ten sposób dziś się już właściwie nie gra i może dobrze, ponieważ wtedy symboliczny revival chłopaków z Belfastu nie byłby tak ciekawy. „Brzęcząca” zagrywka, wciąż te same zajmujące partie gitary, momentami przechodzące w intensywniejsze rejony, trzy zmiany melodii wokalu z czego każda trafna. Tak to wygląda, na papierze, ale ja nadal nie potrafię ująć w słowach tajemniczej nonszalancji czyniącej z „Dream Happening” czarnego konia wysparskiego indie rocka A.D 2014.



Teledysków zbyt dobrze współgrających z utworami, po których sama muzyka wydaje się już nieodwracalnie lepsza należałoby zabronić. Przy każdym kontakcie z „Dreams In Inertia” nawet w wersji bez obrazu, niemal szeptanym zwrotkom towarzyszą w mojej głowie ujęcia obracającej się kamery, ukazującej pokręcone schody oraz leżących obok siebie Jami’ego i Rebę. Ten utwór wciąga w złowrogą otchłań, hipnotyzuje i narkotyzuje swoim „złem”. Przeszywające na wskroś mrok i niepokój generowane przez młodzież, automatycznie kierują do wrażeń estetycznych pozyskanych w kontakcie z „Death Valley ‘69” Sonic Youth (tu znów spora zasługa klipów). Dzieciaki z Code Orange kochają jednak metal. Mocne gitarowe przejścia tnące zwrotki na kilka części oraz ostro uderzające w refrenie, wywołują u mnie obcy raczej jak dotąd odruch powolnego, majestatycznego headbangingu.  




Mac DeMarco jako piewca miłości, ale i przede wszystkim uczciwości w miłosnych relacjach. „Powiedz, że ją kochasz, jeśli ją naprawdę kochasz, Ale jeśli twoje serce nie jest pewne, daj jej odejść...”. Tak prosty, choć przecież mądry przekaz, mój kanadyjski rówieśnik odziewa w bujające, mieniące się kolorowo melodie. W upalną 70-sową Kalifornię wstępuje szczypta melancholijnej refleksji, a proponowany w tekście, oszczędzający większej przykrości sposób rozprawienia się z dylematem, w pewnym sensie usprawiedliwia i uzasadnia bezdyskusyjnie pogodną oraz jakże rozkoszną muzyczną formę. 



Dziewczynom, które do dyspozycji mają jedynie głos i gitarę jest dziś już chyba trochę trudniej przyciągnąć uwagę niż jeszcze pięć, lub dziesięć lat temu. Marissa Nadler to jednak niewiasta niestrudzona, wierna klasycznej singer/songwriterskiej stylistyce, uparcie i udanie pracująca na utrzymanie gatunku przy życiu. I mam tu na myśli życie, a nie wegetację. Marissa równie dobrze mogłaby stać się kolejną Laną Del Rey królującą w stacjach radiowych słuchanych przez naszych rodziców. Tymczasem jej to najwyraźniej nie w głowie, gdyż muzyka obok magii i staroświeckiego czaru zachowuje także pierwiastek niezależności, dzięki któremu urodziwa brunetka nie przekracza niebezpiecznej linii. „Was It A Dream” jawi się niemal dream popem w akustycznym wydaniu, rozpuszczającym słuchacza w wokalnych harmoniach i topiącym go w wypracowywanym przez cały czas trwania klimacie. 

Z kolei podczas uważnego słuchania “Dead City Emily” nie trudno dojść do wniosku, iż ten zadumany folkowy utwór posiada potencjał do sprawdzenia się zarówno w całkowicie ascetycznym anturażu jak i formie niezmiernie urozmaiconej barokowym bogactwem. Skromna Marissa śpiewająca i trącająca jedynie palcami struny w repetytywnym układzie oraz Marissa czyniąca to samo, ale wspomagana przez wokalne pogłosy, rozmyte efekty i wszelkie drobne melizmaty układające się w kompleksowy brzmieniowo obrazek a la Grizzly Bear. Obydwie możliwości wydają się wynikać z naturalnych właściwości tejże kompozycji. Poza tym, DEAD, CITY, EMILY. Ta pani wie jak wymawiać słowa by usidlić słuchaczy w niewieściej sieci. 



No i macie swoje sophisti. „Rude Boy” posiada wszelkie predyspozycje by zwrócić na siebie uwagę poptymistów, a kto wie może również opcji umiarkowanie rockistowskiej, dla której przecież „A Walk Across The Rooftops” czy „Steve McQueen” nierzadko pozostają albumami bliskimi sercu. Lukrowany, klawiszowy motyw we wstępie odsyła do ejtisowej kwintesencji i ku naszej uciesze sprytnie przemycony pojawia się później raz jeszcze. Pozostałe części składowe to wysmakowany funk i czarujący głos pani Andrei Estelli, która w refrenie pozwala sobie na totalny flirt, jakiego słuchacze złaknieni eleganckiego popu przegapić w żadnym wypadku nie mogą.



Po kilkunastu latach od napisania esencjonalnej piosenki “Baseball” grupa Ozma nadal obraca się w stylistyce niepoprawnego college-rocka. Za sprawą dźwięków „Boomtown” odżywa sceneria romantycznej obyczajówki, tym razem w nieco dojrzalszej odsłonie, bez komponentu młodzieżowo-komediowego. Spokojne zwrotki balsamicznie spływają na nasze bębenki słuchowe, lekkie podbicie refrenu jest już ledwie tylko zaakcentowane tak jakby chcieli nam powiedzieć, iż czasy „Battlescars” nie powrócą. Pech, że nagrali nową płytę w momencie chwalebnego comebacku Weezera. The Rentals biją w każdym razie na głowę, a piosenkowe „Boomtown” jako osobne małe dzieło broni sie w zupełności. 



Pomimo większej ilości różnic niż podobieństw u samych wokalistek, stylowy sposób prowadzenia tej piosenki oraz muzyczna otoczka na czele z wstawkami saksofonu powodują delikatne, ale bardzo korzystne retrospekcje z miłosnymi balladami Julee Cruise. Sharon balansuje między taktownym wykładaniem fraz, a wymawianiem jakby „na rauszu” i pozbawionym większego dramatyzmu rozciąganiem każdego słowa. „Tarifa” z której jednak strony by nie spojrzeć, jawi się bezsporną, znakomicie nastrojową propozycją do „wolnego”.   




2007 rok - Ariel Pink z zespołem Haunted Graffiti wydają na kompilacji “YAS DuDette” mocno kanciasty, ledwie słuchalny kawałek zatytułowany „Shower Me With Lipstick”.  Trzy lata później ukazuje się przełomowa i zarazem najprzystępniejsza płyta zespołu „Before Today”. Po kolejnych czterech dostajemy eklektyczne „pom pom” tym razem podpisane jedynie przez samego Ariela. Tu też swoj definitywny kształt osiąga kompozycja, której szkielet sprzed siedmiu lat Rosenberg opakowuje w klimatyczne i produkcyjne łaszki rodem z najsłynniejszego krążka APHG. Przemiana „Shower Me With Lipstick” w „Lipstick” to metamorfoza bezdomnego ćpuna w wytwornego, pachnącego perfumami eleganta. Przejście bezkształtnego tworu (do którego dopisano refren) w rasowy, intrygujący pop.  



Metronomy w szerszym ujęciu dzielą w tym roku zainteresowania tą samą muzyczną epoką z Arielem Pinkiem, Aveyem Tare i grupą Wampire. Co prawda to „Love Letters” jawi się zdecydowanie najbardziej wiarygodnym produktem odwzorowania wczesnej 70-sowej stylistyki, ale „Month Of Sundays” przebija nagranie tytułowe ostatniej płyty Londyńczyków pod względem uroku warunkującego możliwość totalnego zakochania. Absorbując te prześwietne melodie można jedynie żałować jeśli nie jest się w danym momencie pod czyimś wpływem.   

środa, 25 sierpnia 2010

Garść utworów (rok 2001)


Owls – Everyone Is My Friend












Tim Kinsella, Mike Kinsella, Sam Zurick i Victor Virrareal na początku ubiegłej dekady ponownie zebrali się do kupy by tym razem już nie pod szyldem Cap’N Jazz, a Owls aby stworzyć coś wspólnie. Do legendarnego line-upu z czasów „Burritos” brakowało już tylko Daveya von Bohlena. Cóż, ten zajęty był wówczas czymś innym, ale nie ma co płakać, bo chłopaki ogarnęli sobie do pomocy w produkcji takiego Steve’a Albiniego i znów grała gitara. „Owls” jakkolwiek diametralnie różniące się od Cap’N Jazza (pomimo tych samych ludzi), z powodzeniem mogłoby figurować jako kolejna płyta Joan Of Arc. Co do „Everyone Is My Friend” to jeden z weselszych kawałków Tima w całej historii jego muzykowania. Melodia pozytywna, pogodna, taki sam tekst „I know what I have to do it, I know what I have to do and do it…”. Kawałek prostego, kapitalnego, kinsellowego indie-rocka idealnie wpasowującego się w mój gust.

LINK


The Shins – Your Algebra

Dziwny, ale jakże intrygujący fragment twórczości Shinsów. Niecałe dwie i pół minuty przemykających tajemniczo dźwięków o które prędzej posądzilibyśmy Animal Collective niż załogę Jamesa Mercera. Jakiś depresyjny odcień lat 60’tych i tamtejszych harmonii wokalnych, podwodny pogłos, śmierć w tekście i dzieci śmiejące się na końcu. To się podobno nazywa „bad trip”.




Rainer Maria – Ceremony

Czołowa grupa wczesnych lat Polivinyl’a w swoim okresie środkowo-późnym. Już po sukcesywnym „Look Now, Look Again” , ale jeszcze kilka płyt przed rozpadem. Wzorowy pop-rock w wydaniu indie. Z pięknym, dziewczęcym, ale mocnym głosem Caithlin De Marrais. Spokojnymi zwrotkami, gdzie brzdąkane melodie spływają rozkosznie na bębenki uszne, refrenem nieskrępowanie wysuwanym na przód i kapitalnymi mostkami stanowiącymi „dreszcz” utworu.




Les Savy Fav – Disco Drive

Ach co to był za zespół na wysokości „Go Forth”! Chyba sam środek długotrwałej, genialnej formy Les Savy Fav. Kiedy na jednej płycie systematycznie kasowali takimi hitami jak „Adopduction”, „Crawling Can Be Beautiful” czy właśnie „Disco Drive”. Energetycznie bywało lepiej, ale nie w tym rzecz, bo w tym kawałku mamy doskonałe wyważenie między kunsztownością gitarowych linii, post-punkowej wirtuozerii, a odrobiną hałasu. Z której strony by nie spojrzeć – mistrzostwo. Do słuchania kilka razy pod rząd.




Owen – Dead Men Don’t Lie












Posługiwanie się tekstem w zupełnie zdawkowy sposób. Po dwa, trzy słowa w linijce. "An accident, an ambulance, what an ugly scene, we make as, human beings". Repetycja kilku muzycznych, łzawych motywów. Wokal, gitara, dzwoneczki. Minimalizm na każdym froncie, w tej wyjątkowo smutnej i pięknej piosence składa się w końcu na jedno duże wrażenie, pod którym jesteśmy kiedy to już się kończy. "Did anyone survive?, honestly I don’t know, Is anyone alive?, for sure no".

LINK


Mo-Ho-Bish-O-Pi – Playboy












Skoro poruszyłem już dwa opisy temu sprawę Les Savy Fav to głupio byłoby nie zauważyć, że Walijczycy z zespołu o najmniej chwytliwej nazwie świata w tym singlu dość wyraźnie zahaczają o rejony stylistyczne grupy Tima Harringtona. Jest to samo stare-dobre indie-rockowe czucie, nieco funkowa nośność i dynamiczne przejścia. W końcu refren i kilka wokalnych zrywów przesądzających sprawę. Fajna była z nich kapela, ale czasem ktoś ze sceny prędzej musi zejść by na niej dłużej pozostać mógł ktoś…

LINK


Ozma – Battlescars












Kolesie z Ozmy byli maksymalnie zapatrzeni w Weezer’owy patent na granie piosenek. Zwykle tych kilkuminutowych, treściwych i krótkich. W przypadku „Battlescars” sprawa ma się trochę inaczej. Minut jest aż osiem, a zamiast najczęściej przywoływanych wesołych nut dostajemy coś w rodzaju przygnębionego klimatu upijania się po miłosnym zawodzie. Tak, ale jest jeszcze to, jakby to lepiej wyrazić – pierdolnięcie. W momencie gdy klasyczne narastanie rytmu kumuluje się do gitarowej kick-ass-eksplozji, wokalista wykrzykuje zdanie-hymn: "There's battlescars on all my guitars but i still come out here and play" wznosząc college-rockowość do rozmiarów wzniosłych i epickich.

LINK


Hood – They Removed All Trace That Anything Had Ever Happened Here












Epoka lodowcowa w muzyce początku dekady. Najpierw swoje obawy wyrazili Radiohead. Rok później przyszła kolej na bracii Adams kroczących podobną drogą za sprawą „Cold House”. Pierwszy utwór na tym albumie to ich swoiste „Idioteque”. Mroźna, trzaskająca elektronika zestawiona z melancholią smucących w tle melodii, skrzypiec. Post-rockowy element rodem z twórczości Efrima Manucka zmuszony do walki o egzystencję z brzmieniem „Kid A”. Wokal ludzki i uczuciowy zastąpiony w końcu mechanicznym, zdehumanizowanym bełkotem. A jakby tego do ogarnięcia było mało są jeszcze szarpiące serce liryki w rodzaju: "There's coldness in this sky the last thing that you ever wanted was for the love to die…" I nie ma nas.

LINK


Isobella – Kidnap Someone And Make Them Happy

Kolejna porcja Claire’owego dream-popu z delikatnymi teksturami a la My Bloody Valentine (nie nachalnymi) i wybijającym się ponad nie wokalem Laury Poinsette lekko zaciągającym Elizabeth Fraser (bez tej niesamowitości i mistycyzmu). Miło spędzone pięć minut.




Hot Water Music – Paper Thin

Tak sobie słucham i myślę „WOW, mieli taki zajebisty kawałek na tej płycie?!!”. „A Flight And Crash” nigdy nie poświęciłem zbyt wiele uwagi za co w tym momencie sprzedaję sobie wirtualnego liścia (ała!). "White white walls and hospitals!!!" Czyżby „Paper Thin” > „Remedy”?




Sparklehorse – Sea Of Teeth

Słuchanie piosenek z „It’s A Wonderful Life” nabiera dziś większego znaczenia. Smutek w nie wpisany, jakieś unikalne, czyste piękno zawarte w tych oszczędnych, ale doszczętnie przesiąkniętych urokliwością aranżacjach. Kilka dźwięków „Sea Of Teeth”. Uderzająca skromnie perkusja, leciutko tkana melodia, przemykające pianino i szlachetny głos Marka. Wszystko wyważone w proporcjach precyzyjnych. Coś najzupełniej niepodrabialnego.




Hey Mercedes – Let’s Go Blue












Jeden z dwóch post-Braidowych projektów Boba Nanny. Zarazem jego najgłośniejsze, najbardziej gitarowe wcielenie. Łojenie miejscami, choćby tutaj w „Let’s Go Blue” nawet fajniejsze od macierzystej grupy tego sympatycznego zawodnika. Więcej konkretu, rozmyślnych uderzeń, i romantycznie nastrajających wołań wokalisty. Tej piosence przyszło zacnie kończyć każdo-nocno-fajerwerkowy album.

LINK


The Appleseed Cast – Blind Man’s Arrow












Przyznam, że nudzi mnie trochę ten zespół. Tam gdzie jedni znajdą muzyczną perfekcję, mnie zniechęci zbytnia rozlazłość. Trzeba im jednak przyznać, że mieli nieprzecietną smykałkę do kreowania sugestywnego nastroju. Styl będący ni to emo ni to post-rockiem, pełen melodyjnych wstawek, pogłosów, pojedyńczych uderzeń , lekkich wokali ginących gdzieś pod spodem. W takie „Blind Man’s Arrow” naprawdę warto się wsłuchać, chłonąc jeden wspaniały dźwięk za drugim.

LINK


Unwound – Off This Century












Chwila zajmującej zamuły z ikonicznie traktowanego już “Leaves Turn Inside You”. Albumu który każdemu prawdziwemu obrońcy indie-betonu kojarzy się z rokiem 2001. „Off This Century” jest pokazem klasy i doświadczenia. Muzyki okrzepłej, spełnionej i w każdym calu dotartej. Bez kompleksów wobec kolegów z tego drugiego Waszyngtonu.

LINK


South – Keep Close












Jak na dzisiejsze standardy dość zasuszona, z lekka przerdzewiała wręcz nuta. Szarpanie w struny, zblazowany brit-popowy wokal i jakoś to się wlecze do przodu. W pewnym momencie ktoś mówi „DOŚĆ!”, taśma robi „back” i wpuszczona zostaje ta kapitalna linijka "What I mean to say is you talked me round, Don't look back on the luck you found…". Niczym powiew świeżutkiego, niosącego ulgę powietrza sprawiającego, że na całość spoglądamy życzliwie, uśmiechamy się i jednak jest super.

LINK


Tiger Army – When Night Comes Down

Na pierwszy rzut oka Nick 13 i jego kompani wydają się gośćmi, z którymi w żadnym wypadku nie chciałbyś mijać się w ciasnym przejściu. Tatuaże, irokezy, skóry i trupie czachy - milutko. Strach jak to bywa ma jednak bardzo wielkie oczy, bo oto ta trójka okazuje się reprezentantami najbardziej romantycznej odmiany punka na amerykańskiej scenie. Mieszanki szybkiego, ostrego grania z klimatycznym piosenkowym psychobilly. Przyklepanej nieco Morrisey’owskim wokalem Nicka oraz księżycową poetyką tekstów.




Dropkick Murphys – The Gauntlet

Twarda, męska pieśń traktująca o tym, że trzeba wstać i walczyć. Wstać, walczyć i nie dać się! Niejaki „Johnny” wspinając się kiedyś na górę, złapany został przez burzę i kiedy pioruny trzaskały mu tuż nad głową myślał, że tu kończy się jego los. Ostatecznie przetrwał śpiewając sobie „The Gauntlet” urzekając tym samym czytelników www.songmeanings.net...




The White Stripes – We’re Going To Be Friends












Powrót do wczesno-szkolnej beztroski. Siedzenie z sympatią w jednej ławce na lekcji i spacerowanie z nią pod rękę podczas przerwy. Literki, cyferki, liściki. Wspólne leżenie na ziemi, granie w piłkę i zbieranie owadów. Czytanie lektur, śpiewanie piosenek, nie odczuwanie czasu który upływa. Ten Jack White to jednak ma najebane.

LINK


Fugazi – Epic Problem

Posłuchajmy„Epic Problem”. Nakręcającego się wokalnie, a jednocześnie samoistnie stopującego McKaye'a, strun wibrujących niczym krew w żyłach. "Stop. Stop. Stop. Stop. Stop!!!". Perkusyjnych połamanych partii i gitarowego jamowania budującego drogę do wspaniałego, niesamowitego 2:56. Ian wesoło odśpiewuje słowa-deklarację "I've got this epic problem, this epic problem's not a problem for me ,and inside I know i'm broken, but i'm working as far as you can see" natychmiastowo podsumowaną kolejna genialną instrumentalna jazdą. Kończyć karierę z kawałkami w TAKIM stylu nie wielu miało pewnie okazję.




Thursday – Standing On The Edge Of Summer

Znam ten zespół od końcówki gimnazjum i co ciekawe, w przeciwieństwie do większości ulubieńców sprzed lat Thursday wciąż rośnie w oczach. Tyczy się to zarówno sprawnie dostarczanych nowych wydawnictw jak i spojrzeń w przeszłość i powrotów do niezachwianych staroci z „Full Collapse” lub „War All The Time”. „Standing Of The Edge Of Summer” niesłuchane od jakiegoś czasu odżywa we mnie z entuzjazmem większym nawet niż dawniej. Brzmienia druzgocących gitar i pulsującej pomiędzy nimi melodii, stonowanego wokalu Geoffa i jego świetnych tekstów mógłbym słuchać do końca świata i o jeden dzień dłużej. Nazwijcie to „młodzieńczymi uniesieniami”, nazwijcie jak chcecie, ja zamykam oczy.