Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Birthmark. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Birthmark. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 stycznia 2016

Podsumowanie 2015: albumy 40-31














Część 2


Pierwszy utwór zapowiadający „How You Look When You’re Falling Down” wydano na singlu już dwa lata przed ukazaniem się samego albumu. Data „1 sierpnia 2013” przy „Suit Of Armor” okazała się jedyną barierą zdolną powstrzymać mnie przed umieszczeniem szóstego kawałka z nowej płyty Nate’a Kinselli na wysokiej pozycji listy piosenek roku. Olśniewające zabiegi rytmiczne, kilka wprost kapitalnych motywów, wokale, skrzypce i cały ten ultra-sprytny aranż rodziły podejrzenie, że kuzyn Tima i Mike’a to facet znacznie bardziej rozrywkowy niż można było sądzić. Cały krążek nie okazał się jednak potwierdzeniem tego faktu. Czwarta płyta Birthmark jest co prawda jakby w większym stopniu otwarta od „Antibodies” i podobnie jak ona stoi na wysokim poziomie, ale śladu rzeczy podobnych do „Suit Of Armor” już na niej nie znajdziemy. Mamy tu za to granie swobodnie mieszczące się w estetyce starych bywalców chicagowskiej sceny typu Joan Of Arc, The Love Of Everything czy Aloha, choć zdecydowanie uwzględniające indywidualny styl Nate’a. Tekstury oparte o tradycyjne instrumentarium, ale też różnego rodzaju marimby, ksylofony, trąbki, organy, a nawet znacznie egzotyczniejsze instrumenty. Dźwięki komponowane i realizowane przez człowieka orkiestrę, muzyka o sporej wyobraźni, ale i nie gubiącej się jakby w tym wszystkim wrodzonej skromności.         



Obiektem westchnień młodych i zdolnych dziewcząt w roku 2015 niejednokrotnie stawał się niezależny rock z lat 90. Wyrażały je wokalistki i piosenkopisarki z Hop Along, Speedy Ortiz czy Waxahatchee. Jakby tego było mało po dziesięciu latach powróciły też legendarne panie ze Sleater-Kinney. „Ivy Tripp” zdradza sympatię Katie Crutchfield do Throwing Muses czy Belly, a z kapel liderowanych przez facetów choćby do Guided By Voices (wykapany Pollard w „Poison”), ale każdy krok stawiany na nim przez 26-latkę ukazuje także naddatek jej własnej tożsamości. Apogeum kobiecego college-rocka przypada na „Under A Rock”, po którym dostajemy następnie długą paradę krótkich, melodyjnych majstersztyków także z czymś się kojarzących, a jednocześnie szalenie charakterystycznych dla stylu Amerykanki. Ciekawy w tej płycie jest jej ogólny nastrój. Choć Katie nie śpiewa o pierdołach, to nigdy nie robi się zbyt poważnie. Mimo, że utwory nie są totalnie radosne, to nie uświadczymy tu smęcenia. Zupełnie brak silenia się na natrętną przebojowość, a jednak kawałki mają w sobie coś przylepnego. Brzmi to wszystko zwyczajnie lekko, ale w żadnym wypadku nie banalnie. Z której strony nie spojrzeć – fenomen.    



Scena muzyczna przypomina czasem scenę polityczną w państwie demokratycznym. Nowe kapele startują z pomysłami łudząco podobnymi do tych, które proponowały już wcześniej inne, pokrewne stylistycznie zespoły. Zmieniają się twarze i nazwy, ale nie zmieniają się postulaty. Twarze zresztą też nie do końca, bo przecież tak, jak wodzowie nowych partii wywodzą się ze starych ugrupowań, tak i założyciele debiutujących grup muzycznych nie biorą się z próżni. Istotną różnicą jest tu fakt, iż muzyk może być jednocześnie członkiem nieskończonej ilości formacji, a polityk jest już tego przywileju pozbawiony.

Gustav Andersson i Hugo Randulv poza graniem w młodzieżowym Makhtaverskan z całkiem niezłym skutkiem próbują też swoich sił w młodzieżowym Westkust. Choć w macierzystej kapeli tych dwóch szwedzkich chłopaków liderką jest ostra jak brzytwa i rozwrzeszczana Maja Milner, a w ich nieco młodszym projekcie damskim wokalem operuje znacznie bardziej stonowana Julia Bjernelind, elektorat wydaje się być stosunkowo zgodny. Imputując pierwszemu z wymienionych zespołów zadziorność i rzucanie „fuckami” oraz zastępując je nieco większą subtelnością dostajemy podobne, nieśmiertelne dylematy: relacje, emocje i uczucia zamknięte w dynamicznych dream popowowych piosenkach. Westkust od początku do końca jadą na około-shoegaze’owych klimatach, jako paliwo wykorzystujących pop punkowy optymizm.

Tematyka i wydźwięk tekstów oraz sam charakter kawałków zdobywają uznanie dzięki swej obłędnej niewinności. Kiedy Julia i Gustav wyrażają zakochane stany, odczuwane przez podmioty liryczne, wydaje się to absolutnie czyste i nieskalane, jak choćby w finalnym, zapewne najlepszym na płycie „Another Day”. Kiedy zaś po raz kolejny śpiewają o wyczekiwaniu lata jako o oczywistej metaforze lepszych czasów, nie jest to w najmniejszym stopniu banalne. „Last Forever” to album, z powodu którego czuję się jak muzyczny „leming”, po raz n-ty bezkrytycznie dający się schwytać na skandynawską indie popową szczenięcość.



Projekt U.S Girls wydaje się puzlem idealnie dopasowanym do intrygującej, kobiecej układanki kompletowanej w ostatnich latach przez wytwórnię 4AD. Specyficzna, choć bardzo świadoma popowa wrażliwość Meg Remy uzupełnia zestaw stworzony z tak oryginalnych kompozytorek i wokalistek, jak choćby Grimes, Pixx czy Holly Herndon oraz zespołów dowodzonych przez liderki w stylu Purity Ring lub Daughter. W utworach Kanadyjki zauważalna jest gatunkowa niejednoznaczność. Brak tu miejsca na kawałki podporządkowane jakiejś stylistyce, tak by wybijała się ona na pierwszy plan. Wyłowimy tu coś psychodelicznego, hypnagogic-pop, wpływy dziewczęcych grup sprzed pół wieku, elektronikę i lo-fi. Piosenki Meg są jednak jakby ponad to wszystko. Ich aranże stronią od oczywistości, dźwiękowe kolaże w zagadkowy sposób rodzą się z różnych elementów, a każdy pomysł sprawia wrażenie bardzo dobrze zrealizowanego. Przodują pod tym względem zwłaszcza single: zjawiskowy, siedmiominutowy synth-pop „Woman’s Work”, oczarowujący rytmiką i wokalami „Damn That Valley”, przypominający wyrafinowane disco Saint Etienne „Window Shades” oraz nie dający mi się do końca określić, otwierający płytę bujającymi harmoniami „Sororal Feelings”. Równowaga panuje także na linii muzyka-teksty. Konieczne będzie z mojej strony na koniec zapewnienie, że w opowiadane historie artystka włożyła tyle samo zaangażowania, co w tworzenie dźwięków.



Wsłuchując się i wczytując w teksty Dana „Soupy’ego” Campbella czuję się trochę jak spowiednik, któremu lider The Wonder Years zdradza swoje złe uczynki oczekując rozgrzeszenia: I should have been there when you needed a friend, I was off on my own again, Selfish and stupid (“Cardinals”). Soupy nie tylko przyznaje się do grzechów, ale też wyraża skruchę i obiecuje poprawę:  So if you call me back or let me in, I swear I'll never let you down again. Chociaż nie lubi siebie z przeszłości i z samym z sobą rozlicza się bardzo brutalnie, to dostrzega również poprawę sytuacji, której wyjątkowo nie chce spieprzyć („I Don’t Like Who I Was Then”). Taka hipoteza nabiera większego sensu zwłaszcza w porównaniu z innymi tematami płyty (kluczowe “Cigarettes & Saints”) oraz samym jej, bardzo świadomie oddającym kontekst rozważań tytułem. Nawet jeśli Dan łokciami i kolanami zapiera się, że nie wierzy w Niebo, to powracające jak mantra przez cały album zdanie: We're no saviors if we can't save our brothers wydaje się wręcz esencją chrześcijańskiego światopoglądu, a sposób w jaki ubóstwia swoją wybrankę też nie jest przypadkowy (Goddamn, you look holy). Tylko co przy tym z muzyką? Ta brzmi jakby wypływała prosto z tekstów i wiernie odpowiadała intensywności emocji w nich zawartych. Filadelfijczycy na „No Closer To Heaven” mocno trzymają się łatki najambitniejszej melodic-punkowej kapeli ostatnich lat.



45 minut to jak na Natural Snow Buildings format niemal EP’kowy. Ten, kto obawiałby się z tego powodu utraty charakterystycznej dla francuskiego duetu monumentalności może jednak spać spokojnie. Nawet jeśli „Terror’s Horns” stanowi krążek prawie o połowę krótszy od wydanego w zeszłym roku „The Night Country”, to wszystkie niezbędne elementy są w nim obecne i jedynie w jakiś magiczny sposób skompresowane. Mehdi i Solange zaczynają od na pół mistycznej, a na pół upiornej, złożonej z trzech części kontemplacji. Głos wokalistki mamy okazję usłyszeć dopiero w czwartym utworze, czyli trwającym dziewięć minut epickim avant-folku „King In Yellow”. Najbardziej zapamiętywalnym, „piosenkowym” fragmentem krążka jawi się opatrzony rytualnym rytmem i bezwzględnym brzmieniem gongu „Sun Tower”. W kategorii tych rozległych wygrywa natomiast iluminacyjny „The Rising Portal”, rozpięty niemal do kwadransu. Mocarne fundamenty Śnieżnych Budynków pozostają niezachwiane.  



Sonny Smith wydaje się wyjątkowo wyluzowanym i równym gościem, ale biorąc pod uwagę genezę jego wyczynów muzycznych w rodzaju „100 Records” musi być to także spory szaleniec. Wyobraźmy sobie, że facet wymyśla setkę zespołów, pod każdym szyldem nagrywa po dwa utwory (w sumie 200), następnie zaprasza stu prawdziwych artystów, aby do wszystkich „wydawnictw” zaprojektowali okładki. Czyste wariactwo, a jednak tak było. Maniakalną miłość lidera The Sunsets do muzyki popowej i rockowej oraz przeróżnych odmian tych gatunków słychać również na „Talent Night At The Ashram”. Sonny przetwarza niemal wszystko, co w pisaniu gitarowych piosenek działo się na przestrzeni lat 1960-1990. Uwielbia psychodelię, garage rocka, sunshine pop, ale też lo-fi, folk, funk, wszelkie harmonie i ekscentryczne brzmienie syntezatorów. Jego wyrzucane z rękawa leniwe melodie, solówki i refreny, a nawet czyste gadaniny brzmią wyjątkowo płynnie i komfortowo. Po kimś tak zaprawionym w kompozycyjnych bojach trudno zresztą spodziewać się czegoś innego. W rozpoczynającym album kawałku „The Application” Smith aplikuje na istotę ludzką. Biorąc pod uwagę kompletny kosmos, jaki dzieje się w jego twórczości, a tym samym pewnie też w głowie, nie sądzę by papiery zostały przyjęte.



Jedna normalna płyta to najwyraźniej maksimum, na jakie stać Titus Andronicus pomiędzy nagrywaniem kolejnych imponujących albumowych konceptów. Po epickim „The Monitor” z 2010 roku zespół z New Jersey wydał w 2012 stosunkowo zwyczajny krążek „Local Business”, aby już w następnej chwili zaprezentować jeszcze bardziej monstrualny „The Most Lamentable Tragedy”. Na tym etapie pewne jak w banku jest już, że mózg projektu Patrick Stickles to facet, który nie podejmuje się karkołomnych zadań jeżeli nie ma pewności co do powodzenia ich porządnej realizacji.

Czwarte duże wydawnictwo Amerykanów jawi się dziełem wyzywającym słuchacza. Szorstką, rozgadaną i żądającą dla siebie sporej ilości czasu punkową operą. Ogromną część całości stanowią desperackie numery grane na przysłowiowych trzech akordach. Te jednak niezwykle swobodnie sąsiadują z utworami folkowymi (i to róznej maści), heartland rockowymi czy nawiązującymi do hard rocka. Stickles nadal nie ukrywa, że na szczycie listy jego najsilniejszych inspiracji widnieją nazwiska Bruce Springsteen i Shane McGowan, co demonstruje ukrytymi w morzu wrzasku highlightami pokroju najmelodyjniejszego na płycie „Mr E. Mann” czy quasi-stadionowego, prowadzonego motorycznym fortepianem „Fatal Flaw”, a także, naturalnie, coverem „A Pair Of Brown Eyes” The Pogues. Dobrze wychodzą im kawałki swojsko-rozrywkowe, wpadające w blues, gospel i imprezowy rock and roll ( „Lonely Boy” + „I Lost My Mind”), które są jednocześnie tymi najsilniej ukazującymi muzykalność kapeli. Miły akcent stanowią także kompozycje z wplecionymi nieco subtelniejszymi elementami, jak „Come On, Siobhan”, gdzie do pijackiego wokalu Patricka stają w kontrze partie smyczkowe.

O ile przyjmiemy luźno, że „The Monitor” był ich „London Calling”, to „The Most Lamentable Tragedy” robi w dyskografii Titus Andronicus za logicznego odpowiednika „Sandinisty”. Zawahałbym się przed polecaniem każdemu, ale jeśli ktoś lubi potężne obiady, złożone z kilku dań, po których nie trzeba już konsumować kolacji, pozostaje mi jedynie życzyć smacznego.



Dan Bejar na dobre zasmakował w sophisti-popie, gatunku, który na tym etapie muzycznej drogi wyjątkowo mu pasuje. „Poison Season” to album bardziej krwisty i kościsty niż miejscami oniryczny i zamglony „Kaputt”, ale nadal w podobny sposób wykwintny. Pięknie udaje się Destroyerowi zwłaszcza zacząć. W „Times Square, Poison Season I” muzyk The New Pornographers urzeka klawiszami i skrzypcami, intryguje krótką chwilą pomiędzy zwrotkami po czym w sposób znamienny wypowiada zdanie: You can follow a rose wherever it grows. Ten fragment zostaje z nami już na dłużej. Dużo dłużej niż trwa sama płyta. Jako drugi wparowuje z impetem singiel „Dream Lover”, gdzie rozbudowana orkiestra z każdą chwilą doprowadza utwór do coraz większego wrzenia. Następnie sugestywny (tajemniczy wokal) i kapitalnie zaaranżowany przy użyciu między innymi wiolonczeli, nadających rytm kongów i bongosów oraz szczypty saksofonu „Forces From Above”. Fetysz smyczkowy u Bejara jest tu zdecydowanie nie do przeoczenia, co słychać już choćby w kolejnym „Hell”.

Dłuższa, żywsza wersja intra zatytułowana po prostu „Times Square” dzieli krążek idealnie na pół. W tej drugiej, delikatnie mniej pasjonującej, aczkolwiek podtrzymującej klimat części wyróżnia się „Midnight Meet The Rain” z powracającą orkiestrą i przebojowym feelingiem. Tak mógłbym sobie wyobrazić każdy quasi-jazzowy hit z anten radiowych w połowie lat 80. „Poison Season” to ogółem płyta nastrojowa i wyrafinowana, subtelna i zadbana. Ukazująca muzyka okrzepłego, choć pozostającego w pełnej gotowości do dalszego artystycznego doskonalenia.



W tym roku mija dwadzieścia lat od wydania klasycznej dla młodzieżowego rockowego grania debiutanckiej płyty Ash. Tim Wheeler, lider grupy, dwie dekady temu symbol bycia „cool” jawi się aktualnie prawie czterdziestoletnim mężczyzną z wymalowanym na twarzy doświadczeniem życiowym. W tej sytuacji nasuwa się pytanie, jak bardzo karkołomne w skali od 1 do 10 jest przez tę ekipę weteranów dalsze zgrywanie młodzieniaszków i nagrywanie słodkich melodii pomieszanych z mocnymi gitarowymi wykopami? Czy to się może udać? Paradoksalnie wychodzi na to, że tak i to zapewne dlatego, iż Ash wygrywają tę płytę właśnie na nieudawaniu czegoś, czym nie są. Mogli przecież próbować eksperymentów, silić się na dojrzałość, urozmaicać brzmienie. Zamiast tego zrobili jednak prosty krążek od góry do dołu wypełniony przebojowymi wymiataczami i ładnymi balladami.

„Kablammo” to najkrócej rzecz biorąc bardzo dobry radiowy pop rock/power pop. Piosenka na piosence, hook na hooku, świetny refren na świetnym refrenie. Trzeba Wheelerowi przyznać, że jego głos nie zestarzał się w najmniejszym stopniu. Entuzjazm jaki w nim pobrzmiewa („Let’s Ride”), romantyczna naiwność („Machinery”) i spontaniczna energia („Hedonism”) nadal wydają się wysoce autentyczne. Kawałki takie jak singlowy „Cocoon” czy skryty w końcówce, wybuchowy „Dispatch” zaspokajają apetyt na szybkie, ładujące akumulatory kawałki. Tolerancja na fortepianowe serenady w rodzaju „For Eternity” jest już sprawą mocno subiektywną, ale ja także tutaj będę się upierał, że panowie wychodzą ze zmagań obronną ręką. Podsumowując – solidna firma, solidna forma. 

Albumy 50-41 

wtorek, 25 grudnia 2012

Najlepsze albumy 2012 część I



Częsć tekstów to tradycyjnie fragmenty z recenzji, które pisałem już wcześniej. Co prawda obijam się na studiach, ale nie jestem aż tak wolnym człowiekiem żeby pisać o poszczególnych płytach po dwa razy.



40. The Henry Clay People - Twenty-Five for the Rest of Our Lives 

39. The Raveonettes - Observator

38. The Gaslight Anthem - Handwritten

37. Zelienople - The World Is A House On Fire

36. The Saddest Landscape - After The Lights

35. Grizzly Bear - Shields

34. How To Dress Well - Total Loss

33. Lightships - Electric Cables     

32. Deerhoof - Breakup Song

31. Halls - Ark



30.  Egyptian Hip Hop - Good Don’t Sleep















7

Debiut Egyptian Hip Hop to produkt generalnie mocno nie łatwy. Długi, nie-singlowy, obrzydliwie spójny i wymuszający kilka głębszych przesłuchań. Zupełnie czego innego oczekiwałbym spoglądając na zdjęcia tych czterech, angielskich młodzieniaszków. Wyglądają nawet nie jak kapela hajpowana przez New Musical Express, a jakiś pseudo-emo band ze Stanów. Tymczasem zawartość „Good Don’t Sleep” zamyka nam usta dojrzałością i konsekwencją. Przez blisko godzinę raczymy się pustynną, post-punkową epickością. Słucham uważnie i sprawdzam, czy to aby na pewno nie kamuflaż i sprytne mydlenie oczu, czy przypadkiem nie daję się właśnie nabrać na efektowne lanie wody, ale odpowiedź brzmi nie. Oszczędne mimo wszystko środki, pejzaże konstruowane na bazie chłodno kalkulowanych dźwięków klawiszy, gitar, basu i perkusji w połączeniu z niesamowitą przestrzennością oraz pewną dozą gotyckości przynoszą satysfakcję niezależnie od tego, które nagranie wziąć pod lupę. Jakże wspaniale snuje sie „Iltoise” przypominające o najlepszych hipnotycznych wypadach The Cure. Miażdży „The White Falls”, urzeka muśnięte dyskotekowym czuciem „Alalon”. Jest coś zagadkowego w dźwiękach „Strange Vale”, „One Eyed King” czy „John Baker”. Przy sile tych kompozycji pewna staroświeckość krążka nie ma właściwie znaczenia, a kto wie czy nie działa wręcz na jego korzyść.



29.  Ava Luna – Ice Level















7

Aby uszyć coś z różnych materiałów uzyskując przy tym udany efekt, bez widocznych szwów po łączeniu, potrzebny jest przede wszystkim bardzo sprawny krawiec. Tej roli podjął się na „Ice Level” lider brooklyńskiego Ava Luna, Carlos Hernandez. Jego muzyczny kolektyw całkiem zręcznie i bezpretensjonalnie żongluje gatunkami oraz scala je w elegancko skrojony amalgamat. Siedmio-osobowa równie kolorowa co i muzykalna grupa serwuje nam brzmienie w rodzaju: TV On The Radio bierze na warsztat popularne r&b werbuje do współpracy członków Dirty Projectors, post-punkowego basistę oraz speca od połamanych rytmów. Już „No F”, swoiste zderzenie precyzji z szaleństwem, ciepłych głosów i chłodniejszej sekcji, z miejsca pokazuje jak dobrzy w te klocki są nowojorczycy. W utworze tytułowym Hernandez i dziewczyny rozpisują pomiędzy siebie zwrotki, co owocuje z jednej strony świetnymi harmoniami, z drugiej - niesamowitym groovem. Kapitalna jest tutaj całość, ale jeśli już wyróżniać tylko niektóre fragmenty, to nie da się nie wspomnieć także o „Sequential Holdings”, powiedzmy, że ich „Stillness Is The Move”. Innymi słowy „Ice Level” jest jedną z tych płyt, które bardzo ciężko nie lubić. Wątpliwości chowamy do kieszeni, pokonujemy lodowe podziały szufladkowych uprzedzeń, idziemy się bawić.

 

28.  Eternal Summers - Correct Behavior














7

Na pierwszy rzut oka, dwóch metali i Azjatka. Co z tego wynika muzycznie? Elegancko odkurzone twee, dream pop w nośnym, chwytliwym wydaniu i poważna konkurencja dla Asobi Seksu. Wokalnego podobieństwa między Nicole Yun, a Yuki Chikudate nie da się zlekceważyć, charakter kompozycji też nie jest wybitnie odległy choć Eternal Summers w swoich ciągotach do pewnego odłamu muzyki lat 80. posuwają się o wiele dalej, tu między innymi lekko zyskując. Za zespołem stoi ponadto jakość i pomysłowość. Utwory z „Correct Behavior” podobają mi się bardziej niż te z zeszłorocznego „Fluorescence” Nowojorczyków. Przy całej odtwórczości patentów shoegaze’u, twee-popu i C86 trio z Vancouver kilka razy wypada całkiem świeżo. Kłaniają nam się czysto wyeksponowane riffy (bardzo dobre „Wonder”), pełne i bogate brzmienia letnich piosenek („Millions”), rozmelodyzowane refreny („You Kill”) i przyjemnie zaaplikowane przejrzyste wpływy ( choćby podobieństwo do The Sundays w „Good As You” jak ktoś sprytnie dostrzegł). Jeśli nawet cała radość słuchania bazuje u nich na zręcznie przekalkowanych wzorcach to sama jej niezaprzeczalna obecność jest warta uznania. 



27.  Mount Eerie - Ocean Roar















7

“Ryk Oceanu” to album, na którym Phil Elverum realizuje tę bardziej chaotyczną i nieujarzmioną część muzycznych wizji. Pada tu niemal trzykrotnie mniej słów niż na „Czystym Księżycu”, a sam Mount Eerie wydaje się być skupiony na czymś zupełnie innym. Wtopiony w czysty, niszczycielski dźwięk  sprowadza momentami swe kompozycje do rozpoznawalnych noise’owo-post-rockowych okolic. Za sprawą grubych dziewięciu minut „Pale Lights”, apokaliptycznego „Waves”, chropowatego „Engel Der Luft” i kończącej ścieżki instrumentalnej możemy sobie wyobrazić jak świat pada pod falami wodnego żywiołu.  Nie brak także odpowiedniej dla Phila wrażliwości, liryczne fragmenty też mają swoje pięć minut. Brawa za „I Walked Home Beholding” naładowane elverumowskimi, plastycznymi opisami, króciutkie „Ancient Times” zgrabnie łączące fortepianowe dźwięki z field recording, jeszcze jeden, neo-klasyczny „Instrumental” i prawie piosenkowe „Ocean Roar”.



26.  Maki I Chłopaki – Dni Mrozów















7

„To stara gra, ale z zasadami / Łapię akordy, Ty kręcisz biodrami”. Trudno chyba o lepsze motto dla debiutanckiego albumu grupy Maki i Chłopaki. Mowa w końcu o nie wymagającym większego szufladkowania rock 'n' rollu, który ze względu na konkret i bezpośredniość nonsensownie byłoby określać alternatywnym. Jeśli myśleliście, że MKL prezentuje maksymalnie małomiasteczkowe nastroje, po osłuchaniu się z „Dniami Mrozów” przyjdzie Wam zweryfikować opinię. Oczywiście trio wpisuje się w podobne realia, ale liderujący grupie Makaron swoje własne poboczne historie jeszcze mocniej zakorzenia w „kopalniach”, „Parysewach”, „Witówkach”, „Olszowych” i „Leśnych”. To właśnie tu niezłe melodie i świetne teksty ilustrują prozaiczne perypetie chłopaków, którzy grając w kapeli ledwie wyrabiają na „frytki i Colę”, nie do końca rozumiani są przez lokalną społeczność, a z dziewczynami radzą sobie w kratkę. Z jednej strony nieco harcerskie klimaty, z drugiej - znajomość indie rockowych chwytów. Efekt? Taki jak w pogodnie otwierającej całość, zawadiackiej „Stronie B”, energetycznej i przebojowej „Ibizie”, ładnie zagranym, swobodnym „Złotym Lwie” czy praktycznie całej pozostałej, bezpretensjonalnej siódemce. Poza tym fajnie, że znalazła się i perełka w postaci singlowego „Casha”, niespodziewanie uderzającego rewelacyjnym refrenem. 



25.  Stagnant Pools - Temporary Room
















7

Brakowało w szeregach Polyvinyl Records kapeli stricte-shoegaze’owej, kogoś kto dopełniłby paletę barw tamtejszych artystów dorzucając ze swej strony nieco więcej szumów, rozmyć i przesterów. Tymczasowy Pokój jest raczej ciasny, nie ma w nim miejsca na dalekie wycieczki i muzyczną erudycję. Stagnant Pools – dwóch kolesi z gitarą i automatem perkusyjnym, zakochanych w Joy Division, post-punku, ścianach dźwięku i niewyraźnych wokalach zamiast kojącego rozmarzenia i zakamuflowanych popowych hooków serwuje nam dryfowanie po szorstkich, karkołomnych powierzchniach. „Illusions” pod każdym względem ma prawo skojarzyć się ze starym Deerhunterem. Nie zwalnia z tempa i dynamiki następujący po nim „Dead Sailor”. „Jumpsuit” jak przystało na nagranie spod „trójki” jawi się najbardziej przebojowym kawałkiem uderzającym w okolicach refrenu z hipnotyzującą mocą melodii i ulotnych słów. Niech nie zrażają się ci, którzy za Joy Division nie przepadają. Stagnant Pools to w żadnym wypadku nie wolne, dołującego granie a la Closer. Przeciwnie, płyta momentami wpada w kilkuminutowe, ożywcze transy tak, że nie poruszać przy niej spazmatycznie nogą nie da się. Bracia balansują między korzennym, zniewalającym shoegaze’em, a robocim, mechanicznym nawalaniem. Kto pamięta Bailter Space powinien wiedzieć co mam na myśli. Od niesamowicie tanecznego wręcz „Frozen” zaczyna się świetna końcówka albumu. Mocne, głębokie „Maze Of Graves”, „Alternate Ending” i „Waveland” zachwycą zapewne fanatyków gatunku. Pozostałych w najgorszym razie zadowolą.



24.  Matthew Dear – Beams















7

Off Festival 2011, Matthew Dear daje jeden z lepszych ponoć koncertów tej edycji. Mnie tam nie ma. Ciężko nawet sobie przypomnieć gdzie mogło człowieka ponieść, a na pewno nie był to występ Czesław Śpiewa. Znów wypada wszystko zwalić na piwo i rozmowy ze znajomymi, prawdopodobnie. Może zresztą wszystko jedno skoro płytowych wyczynów Amerykanina kompletnie wówczas nie znałem. Mogę pocieszać się, że i tak nie usłyszałbym tam rozbujanego tech-house'u „Up & Out”,  pulsująco imprezowego „Her Fantasy”, budowanego wokół post-punkowej linii basu „Earthforms” czy innych faworytów z świetnej tegorocznej płyty.  Do rangi największego urasta „Get The Rhyme Right”, w którym dzieje się tyle, że motywami i motywikami można obdzielić kilka dobrych kawałków, ale najważniejszy wcale nie jest fakt ich ilości, a raczej to jak zgrabnie i smacznie Dear posegregował je oraz rozłożył na całej szerokości utworu. Tak więc, nie widzieliśmy się 1,5 roku temu, ale nie ma straty. Kolejną okazję potraktuję już jako słodki obowiązek. 



23.  Twin Shadow – Confess















7

Mylił się strasznie ten kto kilka lat temu sądził, że powrót brzmień lat 80. to moda przejściowa. Trudno dziś wyobrazić sobie świat niezależnej, popowej muzyki bez albumów takich jak „Confess”. George Lewis Jr. jawi się zresztą czołowym interpretatorem stylistyki synth-pop/new romantic ostatnich dwunastu miesięcy. Swoich sił z niezłym skutkiem próbowali Wild Nothing, California Wives czy Work Drugs, ale tym, który na wspomnianym polu wylał swoje żale najdosadniej był bez wątpienia Twin Shadow. To jego syntezatory (wspierane siłą gustownych bitów) rozbrzmiały ostrym blaskiem soczystych, romantycznych melodii, wraz z tekstami przekonująco wpasowując się w konwencję. Łamiący serca miłosny zdobywca, alfonsiasty kochanek w skórzanej kurtce wyśpiewał kilka jawnie kiczowatych, ale wciąż doskonałych fraz dla tych tańczących ze łzami w oczach. 



22.  Birds In Row – You, Me & The Violence















7

Mój tegoroczny odpowiednik Touche Amore. Co prawda Birds In Row grają hardcore i screamo w czystszym, ostrzejszym wydaniu, ale emocjonalna intensywność przecinająca ich zażarte darcie mordy podobnie jak u Kalifornijczyków okazuje się ostatecznie kluczem do satysfakcjonującego rezultatu. „You, Me And Violence” to łomot bezceremonialny, dosadny i brutalny, ale przy tym finezyjnie dopracowany, zagrany z paradoksalnym uczuciem i dbałością. 



21.  Marriages – Kitsune EP















7

Choć grupa Marriages za sprawą „Kitsune” zadebiutowała niewiele ponad pół roku temu to w żadnym wypadku nie da się powiedzieć, że w jej skład wchodzą muzycy niedoświadczeni. Granie ich najnowszego projektu leży gdzieś na skrzyżowaniu ścieżek slowcore’u, post-rocka i dream popu. Wielu zachęci na pewno fakt, że jednoznacznie sklasyfikować się ich nie da. Dzięki temu znów możemy cieszyć się obiecującym, intrygująco prezentującym swą muzyczną tożsamość młodym zespołem. Emma poza tym, że odpowiada za śpiew, ciekawie sprawdza się też jako gitarzystka. W „Ride In My Place” instrument ten wyeksponowany na pierwszy plan przemawia jakby własnym językiem, snując monumentalną, tajemniczą opowieść, dla wokalu pozostawiając ledwie rolę dopowiedzenia. "Body Of Shade" jawi się istnym The Coral Sea. Melodia najpiękniejsza na całej płycie, głos, który chciałoby się słyszeć szepczący do snu. "Ten Tiny Fingers" to już sam rdzeń i centrum płyty, slowcore’owo-post-rockowy wysmakowany kolaż, w którym doskonale słyszalny jest udział każdego z muzyków. Naprawdę pod wrażenie talentu tria z Los Angeles możemy poczuć się w kończącym „Part The Dark Again” - uczuciowo-emocjonalnym rozkładaczu (na łopatki) opakowanym w klasyczną, trwającą siedem minut post-rockową formę. Kitsune jawi się EP’ką nie perfekcyjną, ale perfekcyjnie pobudzającą apetyt na dalsze dokonania zespołu. Jeśli oczekujecie muzyki głębokiej, niezbyt przebojowej, ale pochłaniającej bez reszty, wypatrujcie ich długogrającego debiutu.



20.  Alcest - Les Voyages De L ’Â me”















7

„Les Voyages De L’Âme” to album o dwa nieba spokojniejszy od swojego poprzednika. Paut a.k.a Neige a.k.a Alcest zrobił wszystko co mogłoby sprawić, że tym razem będzie mniej ciekawie, nużąco, powtarzalnie i nudno. Byłoby tak gdyby tylko muzyk okazał się mniej sprawnym kompozytorem i twórcą. Tak się jednak złożyło, iż rezygnacja ze screamowo-post-metalowych efektów wokalnych przy jeszcze wyraźniejszym pójściu w klimat i zadbaniu o idylliczność melodii wcale nie wyszła temu na gorsze. Przeciwnie, Neige świadomie czy nie postawił przed sobą pewne wyzwanie, z którego wybronił się znakomicie. Słucham tego sennego, rozmarzonego nucenia, smacznie zestawionego z gitarowo-perkusyjnym nawalaniem i mankamentów praktycznie nie zauważam. Nie nudzę się, nie czuję, że ktoś leje wodę i męczy bułę. Swój stary patent kolega stosuje jedynie w „Faiseurs De Mondes”, ale w sumie mógłby nie robić tego wcale. Takie „Summer’s Glory” dajmy na to z końcówki to dowód, że wciąż da się grać wciągająco melodyjne post-rockowe kawałki przez grube 8 minut. Kolejnym sprzymierzeńcem duetu (Neige’a wspomaga perkusista) okazuje się spójność. Taka prawdziwa, w klasycznym znaczeniu słowa. Nie chodzi o to, że utwory są identyczne albo niemal nieodróżnialne. Różnią się wystarczająco byśmy mogli uniknąć nieprzyjemnych odczuć, ale pasują do siebie tak by tworzyły wspólnie przyjemną, taktowną kompozycję. Jako fan starego Explosions In The Sky i shoegaze’u w stylu The Daysleepers nie potrafiłbym nie ulec urokowi „Autre Temps”, „Les Voyages De L’Âme” czy innych zawartych tutaj długich, uwodzących pieśni, z których zapamiętaniem tytułów będę miał pewien problem.



19.  Birthmark – Antibodies















7

Nate Kinsella to standardowy bohater drugiego planu, pozostający w cieniu kuzyn Tima i Mike’a, członek niemal wszystkich grup związanych z Joan Of Arc. Dawniej współtworzył znany dla grona wtajemniczonych Decembers Architects, jako Birthmark również nie zdobył do tej pory rozgłosu. I to wcale nie jest tak, że Nate na większą uwagę sobie nie zasłużył. Przeciwnie, mimo iż jego twórczość na tle wszystkiego co w muzyce niezależnej się dzieje, ani nie obezwładnia ani nie należy do szczególnie wyrazistych, z pewnością warta jest bliższego przysłuchania. Rzecz to nieprzeciętnie skromna, nieśmiała, jakby robiona w kącie bez intencji do dzielenia się nią z kimś. Owy fakt podkreśla głos Kinselli, wycofany, wyciszony, na tle równie gustownych dźwięków klawiszy, skrzypiec, wiolonczeli, wibrafonu, klarnetu. To on jest jakby tłem dla tkanki muzycznej, często kruchej i delikatnej choć misternie usnutej niczym pajęcza sieć. Birthmark nie jawi się smutnym folkowcem ani kolejnym facetem z akustyczną gitarą. Swoje wątpliwości i przemyślenia wyraża w sposób całkiem unikalny, inaczej choćby niż jego kuzyn Owen. Na „Antibodies” nie jeden raz wkrada nam się barokowy-pop co paradoksalnie świetnie godzi się z niemalże minimalizmem niektórych kompozycji (genialne „Shake Hands”). Trzecia płyta Nate’a jest dziełem wymagającym pewnego skupienia ze strony słuchacza. Przy zainwestowaniu odrobiny zaangażowania zwraca się naprawdę fajnymi wrażeniami, a już na pewno stanowi odświeżającą alternatywę dla smęto-folkowego odtwórstwa.


18. Fang Island – Major














7

„Major” to album, który w kategorii najlepsze college rockowe/power popowe granie wakacji nie miał w tym roku dużej konkurencji. Fang Island okroili swoją muzykę z math-rockowego elementu pozostawiając więcej miejsca dla fajnych, melodyjnych piosenek. Delikatna i słuszna w mym mniemaniu zmiana proporcji (w porównaniu do „Fang Island”) zaważyła o pozytywnej recepcji płyty i artystyczno-rozrywkowym zwycięstwie nowojorczyków.  O tym co z matematyczno-progresywnego stylu zostało nawet nie chce mi się pisać, bo są to momenty jakie wolę raczej skipować. Esencję zajebistości tego krążka reprezentują ścieżki spod indeksów 3-5. „Sisterly”, „Seek It Out” i „Make Me” czyli powiedzmy, że umowne single. Ułożone na zasadzie “co jeden to lepszy”, słoneczne, sympatyczne, z dobrymi refrenami. Indie-dzieciaki w USA mogą sobie przy tym chodzić na plażę, surfować i bóg wie co jeszcze. Mi też nieźle się słuchało przy piwie nad siedleckim zalewem. Tym samym Fang Island mocniej wpisali się w nurt uprawiany wcześniej przez między innymi Surfer Blood.


17.  The Shipyard – We Will Sea















7.5

Wszystkie puzzle ułożyły się finalnie w zrozumiałą całość. Gładkie oblicze reprezentowane przez „Downtown”, „Oyster Card”, „Under The Apple Tree” i „Fire Like Desire”. Każda z tych kompozycji mogła pozornie zawodzić z uwagi na pewne, nazwijmy to „ograne motywy” , ale ostatecznie wszystkie mają w sobie coś co pozwala ucieszyć ucho. Pop w nowo-falowym opakowaniu, przyciągające melodie, nimi ten krążek oddycha. Musi w końcu, bo z drugiej strony mamy przecież zapierające dech killery. Introdukcję w postaci „The Shipyard”, „Music Is The Only Chance” oraz znakomite „Free Fall”. Tutaj zimny niepokój sąsiaduje z ostrymi gitarowymi jazdami i szaleńczymi krzykami Rafała Jurewicza. Tych słucha się doprawdy fantastycznie, a połączenie kilku estetyk wnoszonych jakby przez każdego z członków znajduje wspólny, ciekawie brzmiący kompromis. Przy trójce i czwórce na „We Will Sea” można się nieźle wyżyć. Pełny obraz albumu uzupełniają trzy ostatnie nagrania. „Między Kobietą, a Meżczyzną” jest jak wiersz z nutką śpiewności recytowany na tle niemal transowych, trip-hopowych tekstur. Brudny, klaustrofobiczny „Cigaretto” przypomina nieco twórczość Suicide. I w końcu rozkładające mnie na łopatki „Free Of Drugs”. Kto przyjdzie, a kto wyjdzie, kto przyjdzie, a kto wyjdzie... Hipnoza, muzycznie i lirycznie. Post-punkowa otchłań, przepiękny, refleksyjny mrok. Momentami jestem z krążka bardzo zadowolony, innymi może trochę mniej, jak zwykle.  „We Will Sea” to w każdym razie rozdarta, niespójna, ale cholernie interesująca płyta.   



16.  The Megaphonic Thrift – The Megaphonic Thrift















7.5

Progres jaki w ciągu dwóch lat zanotowała grupa z Bergen jest jak najbardziej widoczny i wyraźny. Inspiracja Sonic Youth zanika na rzecz wpływów My Bloody Valentine, ale wpływy te dają o sobie znać w stopniu o wiele przyzwoitszym. Więcej melodii, luzu i świeżego powietrza. Za prawdę powiadam wam, że już od pierwszego numeru i tytułowego nastrojenia umysłów słucha się ich ze szczerą przyjemnością. Przy „Raising Flags” czuć, że zespół jest na fali i serio nie wiele mu potrzeba aby arcy-chwytliwy hałas wprowadzić w czyn. „Fire Walk With Everyone” udowadnia, że stać ich na ciekawą zagrywkę i gitarowy motyw. Perkusja wszędzie brzmi klarownie, dysonanse i efekty dźwiękowe sprawiają świetne wrażenie wpisując się w strukturę kawałków. „The Guillotine” to iście zautomatyzowana, rytmiczna kosa. W licznych, nakładających się na siebie pogłosach „Broken Glass, Yellow Fingers” można się utopić. Harmonie wokalne na płycie są być może najlepszymi jakie słyszałem w tym roku. Dobitnie słychać to zresztą w moim ulubionym z całego zestawu „Moonstruck”, który nie dość, że kołysze i wpada w ucho to ze skandynawską gracją zapewnia też powiew rozkosznego odświeżenia.